20 czerwca 2017

Agencja Ślubna Project Wedding, czyli jak spełniać swoje marzenia. Gość bloga.

Każdy ma w życiu jakieś marzenia, idee, mniej lub bardziej szalone pomysły. Ilu jednak ma odwagę je realizować? No cóż, sporo osób myśli, że marzenia same się spełnią, że to musi przyjść dobra wróżka albo czarodziej i za pomocą magicznej różdżki zmieni ich życie. Czekają tak na wygraną w totka nie kupiwszy nawet jednego losu. A może by tak ruszyć głową, ruszyć kuper, zakasać rękawy, wyjąć z szuflady swoje marzenia, odkurzyć  i zabrać się samemu wreszcie za ich spełnianie? Oczywiście, można siedzieć nadal przed telewizorem, użalać się nad sobą, czekać na dobrą wróżkę  i zazdrościć tym, którzy robią coś fajnego, a swoje marzenia te małe i te duże nadal trzymać w zakurzonej szufladzie...


Gosia postanowiła spełnić swoje marzenie o tym by spełniać marzenia innych.

Pomieszkała trochę w Belgii, popracowała, pozwiedzała, pouczyła się języka i zrozumiała, że mimo iż Belgia jest bardzo fajnym miejscem i kawałek serca już na zawsze tu zostanie, to fajnie by było wrócić do Polski, bo tam jednak najlepiej się czuje. Pora zatem zrobić następny krok na drodze do szczęścia i zacząć realizować pomysł, który tłucze się po głowie już od kilku lat... Jak postanowiła, tak zrobiła.

Większość dziewczyn już w przedszkolu zaczyna planować swoje wesele i marzyć o sukni ślubnej i welonie. Nie wiem jak jest teraz, ale w moich czasach non stop wyprawiało sie wesele lalkom  i stroiło je w suknie ślubne, choćby z kawałka starej firanki. Myślę, że każda dziewczyna choć raz wyobrażała sobie swój idealny ślub i weselicho, inne marzą o tym cały czas, aż w końcu nadejdzie taki moment, że dorosną, spotkają swojego księcia i zaczynają planować prawdziwy ślub. No niestety, o ile lalki mogą codziennie wychodzić za mąż, stroić się w coraz to inne suknie ślubne, szykować coraz to inną imprezę, tak żywi  ludzie zwykle ograniczają się do jednego razu a takie wesele trwa dzień, czy dwa i koniec zabawy. No trudno, takie życie, nic nie poradzisz... a może jednak? No... można się rozwieść i zorganizować sobie drugie wesele, a potem trzecie.... Nie, no bez przesady.

Gosia wymyśliła, jak robić dużo wesel bez rozwodzenia się ze swoim mężem. Nie zamierza też czekać, aż dorośnie jej córka, by znowu poświęcić się całym sercem przygotowaniom weselnym, wyborze miejsca, dekoracji, muzyki, sukni ślubnej i całej tej oprawy.

Ona zawsze uwielbiała wesela a organizację swojego uważa za najfajniejszą przygodę, jaką w życiu przeżyła i bardzo chciała takie przygody przeżywać bez końca.

Właśnie spełnia swoje marzenie a przy okazji zamierza spełniać marzenia innych, WIELU INNYCH dziewczyn i chłopaków.
Gosia będzie organizować wesela każdemu, kto tylko się do niej zgłosi. W zasadzie już to robi dla jednej z polskich firm. Jednak powoli startuje z własną działalnością, bo takie postanowienie noworoczne zapisała sobie na lodówce, opracowała szczegółowy plan i realizuje go  krok po kroku.

Wypytałam ją o wszystko, bo po pierwsze jestem trochę zielona w kwestii wesel (co prawda wychodziłam za mąż dwa razy, ale bez żadnych wesel), po drugie pomysł Gosi uważam za fascynujący i bardzo ciekawy. Determinacja z jaką działa i doskonale opracowany plan zapowiada pełny sukces.

Ta kobieta wie, czego chce i nie zawaha się tego zrealizować.

Jak się robi takie rzeczy? Z głową, od podstaw. Wiadomo, sama fascynacja weselami i gadżetami ślubnymi oraz radość z organizowania imprez to za mało, choć bez wątpienia to już COŚ, to już mocny fundament, na którym można wybudować porządną firmę. Gosia wybrała się najpierw do ojczyzny, gdzie odbyła profesjonalne szkolenie renomowane przez Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych w najdłużej działającej w Polsce agencji ślubnej. W ten sposób zdobyła oficjalny CERTYFIKAT KONSULTANTKI ŚLUBNEJ.

Czego uczą na takim szkoleniu? Ano wszystkiego, co powinno się umieć: założenie i prowadzenie firmy, marketing, identyfikacja wizualna, wpółpraca z klientem, wszystko na temat ślubów i wesel od strony formalnej i organizacyjnej (rodzaje ślubów, ślub międzynarodowy, śluby i wesela plenerowe), stylizacja wesela, motyw przewodni, pełna personalizacja (czyli wesele oddające rzeczywiste cechy Młodej Pary i opowiadające ich historię, zainteresowania, styl), a także ślubno-weselna etykieta oraz koordynacja dnia ślubu i wesela.

Mówiąc po ludzku – Gosia na dzień dzisiejszy wie o ślubach i weselach wszystko. Potrafi je zorganizować przy pomocy współpracowników z najdrobniejszymi detalikami od początku do końca z uwzględnieniem nawet najbardziej szalonych, nieoczekiwanych i wymyślnych fantazji przyszłych małżonków, którzy nie muszą się martwić zupełnie niczym, mogą cieszyć się sobą i tą magiczną, niepowtarzalną chwilą.


Agencja ślubna Project Wedding zadba o wszystko zgodnie z życzeniami i planem ustalonym przez Młodą Parę. Znajdzie najodpowiedniejsze miejsce, zadba o poczęstunek, dekorację, zaproszenia, noclegi, transport dla gości i pierdyliard pozostałych rzeczy, załatwi wszelakie formalności z tym związane, dopilnuje wykonania poszczególnych zadań przez podwykonawców przed i w dniu wesela aż do jego zakończenia.

Nie dawno Gosia otrzymała ofertę pracy w jednej z wielkich agencji ślubnych, jednak uparcie trzyma się swojego postanowienia i marzenia, by prowadzić własną agencję ślubną.

Każdy wie, że wesele wiąże się ze sporymi kosztami. Każdy ma też innej grubości portfel. Czy mniej zamożny może uderzyć do takiego weselnego konsultanta? Oczywiście. Konsultant jest od tego, by możliwości klienta dostosować do jego potrzeb, a to wszystko wpasować w realia brutalnej i drogiej codzienności. Ktoś chce mieć niezapomniane wesele, ale nie wygrał w totolotka? Może zatem zamiast typowej weselnej potupai w sali zdecyduje się na szalone weselicho w plenerze, na przykład jakiś wypaśny grill nad jeziorem? Gosia jako konsultant na pewno każdemu coś będzie w stanie zaproponować i znaleźć zadowalające narzeczonych i ich rodziny rozwiązane. Konsultant ma zawsze listy sprawdzonych  podwykonawców (dekoratorów, muzyków, kelnerów, kucharzy, etc), których może zagonić do roboty.

Młoda Para nie musi się o nic martwić. Co ważne, w ten sposób można śmiało organizować własne wesele z zagranicy. Wszak wiele młodych ludzi pracuje na obczyźnie, a ślub i wesele organizuje w ojczyźnie, bo tam są zwykle wszyscy ich przyjaciele, znajomi, rodzina i inni bliscy, z którymi chcą świętować tą szczególną chwilę.

Gosia w swojej agencji Project Wedding zamierza organizować śluby i wesela dla ludzi z całej Polski, swoją ofertę kieruje też dla Polaków przebywających za granicą, czyli np tutaj w Belgii. Dzisiaj większość rzeczy można omówić i załatwić przez telefon, skype’a czy mejle. Pewne rzeczy oczywiście trzeba przedyskutować w cztery oczy,  coś podpisać, a wtedy Gosia zaprasza klientów na kawę. W razie potrzeby może się wybrać na spotkanie z klientem w każdy rejon kraju, a nawet dalej...

Gdyby ktoś z Was lub Waszych znajomych planował w najbliższym lub dalszym czasie wesele i nie wiedział jak się za to zabrać, albo nie miał czasu, niech natychmiast biegnie, dzwoni, pisze do Agencji Ślubnej Project Wedding i czym prędzej umówi się na spotkanie z Gosią. Ona zorganizuje Wam ślub Waszych marzeń.


Znajdziecie ją:


Strona internetowa jest już też prawie gotowa: www.project-wedding.pl

Możliwy jest też kontakt telefoniczny i mejlowy:
+48 665 588 752 
biuro@project-wedding.pl


Uwaga konkurs! 


W najlepsze trwa sezon ślubny, ale trwa również nasz ulubiony miesiąc ❤ W związku z tym postanowiliśmy Was trochę porozpieszczać i ogłosić czerwcowy konkurs! Do wygrania bezpłatna KOORDYNACJA DNIA ŚLUBU! Chcemy być przy Was w tym ważnym dniu, podopinać wszystkie szczegóły oraz uczestniczyć w ostatnich przygotowaniach, abyście mogli spokojnie cieszyć się dniem! 
Co należy zrobić? 
1. Polubić stronę Agencji Ślubnej Project Wedding na FB kliknij tutaj!
2. Polubić oraz udostępnić konkursowy post (przypięty na górze strony na FB)
3. Odpowiedzieć w komentarzu pod postem na pytanie konkursowe: W JAKIM MOTYWIE PRZEWODNIM LUB PALECIE KOLORYSTYCZNEJ WIDZICIE SWÓJ SLUB I WESELE? 
A że jesteśmy ogromnymi fanami oryginalnych motywów przewodnich.. 😉 Nie bójcie się ponieść wyobraźni! Wybierzemy najciekawszą odpowiedź. 
Konkurs trwa do 30 czerwca 2017. Wyniki ogłosimy zatem w pierwszy lipcowy weekend. 
Powodzenia! 
Agencja Ślubna Project Wedding








15 czerwca 2017

Gdy dorastanie nas przerasta.

Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby Wasze dziecko postanowiło uciec z domu?
Nie zastanawialiście sie, bo uważacie siebie na pewno za dobrych rodziców (jeśli nie za wspaniałych, czy wręcz idealnych), zaś Wasze dzieci są zapewne mądre, grzeczne, dobrze wychowane i nie mają żadnych problemów ani najmniejszych powodów by robić TAKIE rzeczy. Laba? Kłamstwo? Wulgaryzmy? Symulowanie choroby? Papierosy? Alkohol? Ucieczka z domu? Próby samobójcze? Nie. Was to zupełnie niedotyczy.... Prawda?

Nie dawno krążyły po sieci (krążą pewnie nadal) informacje na temat bardzo interesującej zabawy zwanej pod nazwą nie.bie.ski.wie.lo.ryb. Taka internetowa forma podwórkowej zabawy w wyzwania, w której jeden drugiemu zleca przez net różne mniej lub bardziej debilne zadania do wykonania. W podwórkowej zabawie nie jeden jadł robaki albo skakał z dachu, żeby udowodnić kolegom, że nie jest cykorem, że jest zajebisty. Moim zdaniem cykorem nie jest tylko ten, kto jest w stanie przeciwstawić się bandzie idiotów a nie ten kto zniży się do ich poziomu, no ale to moje zdanie. Gównażeria od wiek wieków lubi udowadniać rówieśnikom 'jaki to ze mnie gieroj'. Zresztą nie tylko gównażeria - mało to dorosłych i do tego znanych ludzi wylewało se na łeb lodowatą wodę w Ice Bucket Challenge? To niby miało jakiś szczytny cel, ale każda wymówka jest dobra by zabłysnąć przed innymi i zebrać parę lajków... Ten niebieski ssak rybopodobny to też właśnie taki challenge (tych czelendży krąży w sieci od groma i gdy sobie poguglujecie to skarpetki wam się mogą sfilcować od myślenia na temat granic ludzkiej głupoty) tylko dosyć dziwny, bo nie można się cieszyć z jego ukończenia, no chyba że dna piekła, bo samobójców ponoć do nieba nie wpuszczają (ale jeszcze nie byłam, to nie wiem na pewno). 

No ale co mnie najbardziej zastanowiło i zaniepokoiło w informacjach na temat tego (w dużej mierze pewnie nadmuchanego przez dziennikarzy zjawiska)? Ano komentarze. Jacy to ludzie są pewni siebie i swoich dzieci. Jakie to ludzie mają wysokie mniemanie o sobie, no bo "jakim to trzeba być rodzicem, by nie zauważyć, że własne dziecko bierze udział w czymś takim?". No jakim - według was - trzeba być rodzicem? Moim zdaniem jak najbardziej całkiem normalnym, czyli takim, który nie każe się nastolatkowi kąpać przy otwartych drzwiach (żeby przypadkiem czegoś pod prysznicem nie robił), który nie sypia z nastolatkiem (z powodu j/w), który nie czyta pamiętnika nastolatki ani smsów, który nie zagląda co 5 minut do komputera nastolatka, który nie odprowadza nastolatka pod szkołę i nie odbiera spod niej, który nie zabrania spotykać się rówieśnikami i chodzić samodzielnie na zakupy, czy do kina. Normalny zwyczajny rodzic nie prowadza nastolatka za rączkę ani nie kontroluje go na każdym kroku, pozwala dziecku na samodzielność, na popełnianie błędów i pakowanie się od czasu do czasu w kłopoty. Dzieci - MOIM ZDANIEM - nie można trzymać w klatce. Jeśli mają wyrosnąć na ludzi i coś w życiu SAMODZIELNIE osiągnąć, muszą od małego sobie same radzić. My dorośli jesteśmy od tego, by je wspierać, dopingować i czuwać, ale nie kontrolować na każdym kroku i prowadzić na łańcuchu jak głupiego barana, bo dziecko wcale nie musi iść tam gdzie my, ono może przecież samo wybrać sobie drogę. My musimy im pomagać, ale nie wyręczać.... Nie, no w sumie można trzymać dziecko w złotej klacie. Dać mu wszystko - jedzenie, odzienie, prywatnego nauczyciela (lub jeszcze lepiej samemu go uczyć), poświęcić mu każdą sekundę swojego życia, nie pokazać mu nigdy telewizji, telefonu, internetu i innych zagrożeń i zła, nie wypuszczać do niebezpiecznego świata, nawet mu znaleźć właściwe towarzystwo rówieśnicze z innego chowu klatkowego... Tylko co będzie, gdy kiedyś rodziców zabraknie? Kto przyniesie jedzenie? Kto kupi ubranie...? Ale można i tak.... To nie moja sprawa.

Każdy zwykły rodzic stara się wychować dziecko najlepiej jak potrafi, przekazać mu swoją wiedzę i swoje wartości, nauczyć je samodzielności, odpowiedzialności za siebie i innych, dać mu wszystko, co tylko może dać. Każdy rodzic chce i próbuje z całych sił być jak najlepszym rodzicem. Jednak każde dziecko jest inne, każdy człowiek jest inny, każdy żyje w innym otoczeniu, innych okolicznościach, ma inne predyspozyjcje i możliwości, każdy wyznaje inne wartości i kieruje się różnymi zasadami.. Nie ma więc jednej słusznej metody na wychowanie dzieci. Każdy musi opracować swoją własną i chyba większość tych metod jest bardzo dobra, ale żadna nie jest doskonała, bo żaden człowiek (ani dorosły ani dziecko) nie jest doskonały i każdy (tak, ty też, na 100%) popełnia co jakiś czas błędy i robi głupie rzeczy, do których czasem nawet się przed sobą samym wstyd przyznać.

Znam swoje dzieci,  uczę się ich każdego dnia od dnia poczęcia (ich poczynania w moim brzuchu bardzo wiele mówią o ich zachowaniach dziś) wiem o nich bardzo wiele, słucham, co mają do powiedzenia, obserwuję każdego dnia, zadaję pytania, rozmawiam z nimi o poważnych i mniej poważnych sprawach, staram się przekazać im swoje własne wartości i poprowadzić właściwą ścieżką - jak każdy zwykły rodzic, ale czy jako mama mogę ręczyć głową za swoje dzieci, czy kiedykolwiek mogę mieć stuprocentową pewność, jak zachowa się w danej sytuacji moje dziecko? Nie. Tak samo jak nigdy nie mogę mieć pewności, jak ja sama zachowam się w takiej czy innej nowej, niecodziennej sytuacji. Człowiek jest istotą zagadkową i tajemniczą, do tego zmienną, a dziecko, młody człowieczek, który dopiero życie poznaje i wszystkiego się uczy, kształtuje swój charakter, jest wręcz chodzącą zagadką i niespodzianką, czasem dosyć wybuchową i niebezpieczną zarówno dla siebie jak i innych, szczególnie tych co są najbliżej.

Moje pociechy ciągle mnie zaskakują, ciągle robią mi niespodzianki, z czego nie wszytskie są fajne i miłe. Większości jednak warto doświadczyć, bo one urozmaicają nasze monotonne życie, pozwalają też bardziej docenić i poznać nasze dzieci. Nawet (a może zwłaszcza) te trudne momenty uczą nas czegoś nowego o życiu, o dzieciach i o nas samych. Pozwalają docenić i odkryć na nowo istnienie najbliższych osób, zwracają uwagę na problemy i cementują wzajemne relacje z kochanymi istotami. Dlatego też piszę od czasu do czasu o naszych błędach, wpadkach, pomyłkach i o tym, czego one nas ważnego nauczyły, o czym nam przypomniały. Być może ktoś tu trafi przypadkiem, przeczyta, pomyśli, weźmie do serca i zapamięta jako przestrogę czy też wskazówkę dla siebie samego i swojego żywota.

Gdy coś się dzieje niepokojącego musimy działać razem, czyli być z sobą, poznawać siebie, swoje możliwości i moc naszej małej wspólnoty - naszej rodzinki. Tu na obczyźnie, gdzie nie mamy zbyt wiele osób, na pomoc czy wsparcie których można by liczyć, ze wszystkim musimy sobie radzić sami. Sami w piątkę musimy pokonywać wszelkie trudności i rozwiązywać małe i wielkie problemy. To daje wiele satysfakcji i radości, ale nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, czasem trzeba wiele czasu by odkryć, gdzie rura przecieka i  że w ogóle przecieka, bo człowiek by się nie spodziewał.... a potem dopiero szukać sposobu na jej naprawienie. Naszym największym 'problemem' jest fakt, że wszyscy pięcioro jesteśmy osobami wielce wrażliwymi, uczuciowymi i empatycznymi. To bardzo utrudnia i komplikuje życie (choć czyni też piękniejszym i niesamowitym), gdy wszystko przeżywa się bardzo intensywnie. Z jednej strony człowiek potrafi się cieszyć byle zachodem słońca czy jednym cieplejszym słowem niczym najdroższym skarbem lub odkryciem, z drugiej każde niefajne zdarzenie, każde przykre słowo przeżywa jak najgorszą katastrofę. Dla własnego dobra jednak lepiej być chyba nieczułym samolubnym skur...nem i mieć wyjebane na wszystko... Nawet powoli próbuję iść w tym kierunku, ale to inna bajka.

Co byście zrobili, gdybyście rano znaleźli w pokoju waszego dziecka list pożegnalny zamiast własnego dziecka? 

Pewnie nic... 
Bo to was nie dotyczy na 100%. 
Wy jesteście wzorowymi rodzicami, więc wasze dzieci nie mają problemów i nigdy nie wpakują się w żadne kłopoty ani nie narobią wam wstydu. W życiu nie pójdą na wagary, nie pobiją się z nikim, nie będą przyklejać gumy pod ławką, nie będą mówić "kurwa", ani szukać w necie tego czego dzieci szukać nie powinny,  nie dostaną żadnej uwagi w szkole, nie będą próbować papierosów ani alkoholu na przystanku wieczorami. Taaaak, a ja jestem królową Belgii i dostanę literackką nagrodę Nobla, gdy tylko wydam te herezje w druku... 

Tak na codzień jestem jednak zwykłą matką Trójcy Nieświętej, której to matce wydawało się, że w kwestii pomysłów i przygód dzieci własnych już nic zaskoczyć nie może. Jednak znowu się cholera myliłam. Skubańce zawsze coś wymyślą. To była jedna z trudniejszych prób, jakim nas rodziców poddano. (zluzuj majty, Madzia, Młody ma dopiero 5 lat, a dziopy wkraczają w dorosłość - zabawa dopiero się rozkręca).

Znalezienie list pożegnalnego, w którym ktoś informuje pozostałych domowników o odejściu w siną dal, jest niezapomnianym  przeżyciem i doświadczeniem życiowym. Nie życzę Wam jednak tego typu ekstremalnych wrażeń, zwłaszcza jeżeli nie należycie do ludzi opanowanych o stalowych nerwach i wielkiej cierpliwości oraz zrozumieniu dla pomysłów młodych ludzi. Ja mam te wszystkie cechy i jestem  ponadto trochę obyta w nagłych dziwnych przypadkach dzieci własnych, ale jakiś czas temu rozpoczęłam grę w macierzyństwo  na levelu hard, zwanym inaczej: dorastaniem.

Człowiek żyje 40 lat i zaczyna myśleć, że wiele już widział i wiele już przeżył, że już wie jak kiedy się zachowywać i co robić w razie wu.... i  w tym momencie dostaje niespodzianie z buta w twarz. Pada na glebę i czuje że umiera  z bólu i przerażenia. Nie ma gorszych momentów, gdy wiesz że musisz działać szybko, ale nie wiesz zupełnie co robić, bo każde rozwiązanie wydaje się złe lub bez sensu...
Tym razem problem udało się pokonać w ciągu pół godziny, ale ten epizod dostarczył mi, nam wszystkim,  niesamowitych przeżyć i mocnych wrażeń.

Napisała list pożegnalny, spakowała torbę i sobie poszła. Tak zwyczajnie, po prostu, jak gdyby nigdy nic wyszła z domu po cichu. Wyszła żeby nie wracać już nigdy. Nie zastanawiała się nad konsekwencjami. Nie myślała, co będzie jutro, po jutrze, za tydzień, nie myślała, co będzie jeść, gdzie będzie spać....
Ty,  jak wpieprzysz się w banię os to nie wyjmujesz mapy, ani dżipiesa by zaplanować najkrótszą trasę ucieczki i znaleźć bezpieczne schronienie, tylko spierdalasz przed siebie na oślep.

Ona też uciekała przed problemami, które otoczyły ją niczym rozwścieczone osy i zaczęły kąsać coraz dotkliwiej, a ona nie wiedziała jak się przed nimi bronić i co robić.

To bardzo dzielna istota. Zawsze chce wszystko robić sama, zawsze chce być dzielna, nie lubi prosić o pomoc. Wszystkie moje dzieci są dzielne, muszą być, bo życie ich nie rozpieszczało za bardzo...
Próbowała samodzielnie wszystkie swoje problemy pokonać. Walczyła i nie dawała poznaki po sobie, że opada z sił, że nie daje już rady. Bo ona nie jest siuśmajtkiem i sama sobie ze wszystkim poradzi. Ona im wszystkim udowodni, że da rady, że jest najlepsza.

Ile może udźwignąć na swoich barkach dziecko?

Trzy nagłe przeprowadzki. Pozostawienie wszystkiego, co się kochało: cztery kąty, własne, łóżko, zabawki, psy, koty, króliki, babcie, dziadek, ciocie, wujki, kuzyni, koleżanki. Tęsknota. Ciągłe Zmiany. Stres. Strach. Obawy.

Obcy kraj, obcy język, dziwne obyczaje, zamachy, dziwni ludzie.

Cztery zmiany szkoły. Nowi koledzy, nowe zasady,  nowe zabawy, nowy język którym trzeba się posługiwać na co dzień bardzo dobrze. Drugi nowy język, którego się nie lubi.

Rosnące oczekiwania i wymagania. Im więcej umie, im bardziej się stara, tym większe szkoła ma wymagania. Bezradność.

Dorastanie. Całkowita przemiana - wczoraj chudziutka dziewczynka, dziś kształtna kobieta. Trudno rozpoznać się w lustrze. Do tego trądzik, menstruacja. Niepewność jutra. Strach przed nieznanym.

Szkoła średnia. Liceum. Najgorsza, najhałaśliwsza, najbardziej upierdliwa klasa w szkole. Mnóstwo nauki. Testy, egzaminy, odpowiedzi ustne. Stres. Przemęczenie. Brak zrozumienia. Samotność.

Rodzeństwo. Kłótnie. Zazdrość. Poczucie mniejszej wartości.

To nie jest zwykły Springtrap, to Springtrap namalowany przez Nastocórkę
Brak uwagi ze strony rodziców... bo praca, bo życie, bo problemy, bo to bo tamto bo siamto owamto... Zawsze coś, gdzieś, po coś, w biegu po ...w sumie niewiadomoco....

Jaką trzeba być matką, by co dnia czuć dumę ze świetnych osiągnięć dziecka, by podziwiać liczne talenty i zdolności, by cieszyć się, że dziecko jest wesołe, pogadane, towarzyskie, zaradne, że tak szybko dorasta i nie pomyśleć nawet,  że to wszystko może być dla samego dziecka jednym wielkim niczego nie wartym gównem? 
Jaką trzeba być matką, by nie zauważyć, że dziecko zaczęło czuć się nieszczęśliwe i samotne? Jaką trzeba być matką, by zapomnieć, że pozory często mylą? 
Jaką trzeba być matką by nie zauważyć cichego wołania o pomoc?

Nie zauważyłam, coś przegapiłam, nie myślałam, nie zastanawiałam się, cieszyłam się tym co jest i gnałam na przód. Trudno jest być mamą nastolatek. Jednak wcale nie łatwiej, może nawet trudniej jest być nastolatką. A już bycie wrażliwą nastolatką na emigracji może być nie do udźwignięcia chwilami....

My rodzice jesteśmy czasem ślepi. Wydaje nam się, że jak dziecko wiecznie się śmieje, dogaduje, hałasuje i dokazuje, to wszystko z nim jest wporząsiu i nie musimy się o nie martwić. Jak do tego ma świetne wyniki w szkole, interesujące hobby, otacza je wianuszek kolegów i koleżanek to już jesteśmy spokojni o nie i nawet przez moment nie pomyślimy, że coś może być nie tak, że to wszystko co oglądamy każdego dnia patrząc na naszą pociechę to tylko ładne opakowanie, które skrywa w swym wnętrzu przerażajace tornado wściekłości, smutku, tęsknoty, bezradności, niepokoju, strachu, samotności, braku wiary w siebie i wielu innych ponurych wiatrów.

Tornado zbiera wszystkie nawet najdrobniejsze okruchy zła i rośnie w siłę. Gdy go nie powstrzymamy i nie rozproszymy ciągle zbierających się czarnych chmur w  końcu coś nie wytrzyma i pierdolnie z hukiem, a usuwanie szkód i sprzątanie bałaganu może zająć nawet dobrych kilka lat.

U nas poszło w miarę sprawnie. Nastocórka dziś przyznaje, że to było bardzo głupie i - jak to bywa w takich sytuacjach - nie za bardzo przemyślane. Ja przyznaję, że zlekceważyłam niepokojące sygnały, bo dziecko zdecydowanie nie wyglądało na kogoś kto może mieć takiego megadoła, z którego nie da rady samodzielnie się wydobyć.

Zapytacie być może, co było powodem? Ha, sama bym to chciała wiedzieć. Nic się specjalnego nie wydarzyło, a jednoczeście wydarzyło się bardzo wiele, zbyt wiele jak na jedną młodziutką istotę...

Ile razy człowiek wstaje rano albo i budzi się w nocy i nie wie, co dalej, jak ogarnąć cały ten burdel zwany życiem? Jak często człowiek ma dość wszystkiego? Ile razy miało się ochotę zostawić wszystko i pójść w diabły, gdzie nikt nie będzie od nas niczego chciał. Jedni tylko tak mówią, inni rozważają taką opcję na poważnie.

Ona to zrobiła.

Zostawiła wszystko i sobie poszła. Człowiekowi wydaje się czasem, że od problemów można uciec. Można, ale tylko po to by wpakować się w inne, zwykle jeszcze gorsze....
Człowiek (nie ważne czy ma 10, 20 czy 50 lat) zdesperowany, pozbawiony nadziei, zmęczony ciągłą walką z problemami i spełnianiem oczekiwań innych ludzi nie zastanawia się nad konsekwencjami, po prostu wie, że musi coś zrobić, by nie zwariować, a może zrobić bardzo wiele głupich rzeczy, może wybrać najgorsze wyjście z możliwych.

Co się wydarzyło? Jakie to dziecko może mieć niby problemy? (niejeden debil zapyta na pewno, więc odpowiem w skrócie).

Kilka lat temu zostawiły wszystko, co znały i kochały: babcie, dziadka, ciocię, wujków, psy, koty, króliki, swoje łóżko, swój pokój, zabawki i znane kąty, zakamarki oraz koleżanki. Zamieszkały z mamą u obcego faceta w obcym mieszakniu, obcym mieście, gdzie poszły do nowej szkoły, musiały poznawać nowych kolegów i nowych nauczycieli. Facet był fajny i dobry, ale zabrał im trochę mamę, z którą wcześniej spędzały każdą wolną chwilę i mogły się do niej tulić bez ograniczeń. Potem pojawiła się jeszcze jedna konkurancja w postaci braciszka (kochany i słodki, ale matka miała przez niego mniej czasu dla nich).

Już prawie się zadomowiły, gdy znów przyszło wszystko zostawić. Tym razem wylądowały w ogromnym mieście, wśród dziwnych ludzi mówiących w dziwnym obcym, kompletnie niezrozumiałym języku. Poszły do szkoły, gdzie nie rozumiały ani jednego słowa, nie znały nikogo i z nikim nie mogły się porozumieć, gdzie dzikie niewychowane po ludzku bachory (zwane tam dziećmi) je wyśmiewały i biły. Po tych niemiłych doświadczeniach trafiły w końcu w inne miejsce - spokojne, przyjazne i dobre, ale tak samo obce i niezrozumiałe.

Pierwsze lata upłynęły na poznawaniu języka, zwyczajów, ludzi itd itd.

Potem przyszła kolejna zmiana szkoły i pierwszy krok w dorosłość - skończyły 12 lat, dostały dowód osobisty, musiały same dostać się do szkoły autobusami, rowerami, odnaleźć się wśród nowych kolegów, nowego systemu nauki i szkolnych obowiązków. W nowej szkole jest blisko 2 tysiące rozwrzeszczanych nastolatków z całego świata - jedni są mili i pomocni, inni wprost przeciwnie. Trzeba się nauczyć żyć pośród tej gromady, co nie zawsze jest łatwe szczególnie dla obcych.

Okazuje się że dziewczyny z Polski (które nie tu się wychowały) nie zawsze rozumieją tutejsze zabawy, tutejsze gusta muzyczne, hobby i sposób życia (i vice versa). Młoda mówi, że czasem nie idzie się dogadać, bo oni kompletnie czym innym się interesują niż nastolatki polskie, z którymi ona ma cały czas kontakt przez internet. Tu co innego jest modne, co innego się słucha, co innego ogląda, z czego innego się śmieje.

W międzyczasie rozpoczął się ten bardzo nieprzyjemny i trudny do ogarnięcia proces zwany dorastaniem, kiedy to człowiek nie jest już dzieckiem, ale nie jest jeszcze dorosłym i tak samo się czuje. Mówi, się że cudze dzieci szybko rosną, bo rodzice zwykle nie widzą, jak rosną ich dzieci. Tymczasem ja widziałam, bo Młoda rosła i zmieniała się  po prostu w oczach. 2 lata temu nosiła jeszcze rozmiar 140 i buty 36, dziś 164 i 39. Nie wiem, jak wy, ale ja gdy nagle zmieniałam fryzurę (np obcinałam bardzo długie włosy na całkiem krótkie albo farbowałam na jakiś odjechany kolor) przez kilka dni nie mogłam się przyzwyczaić do widoku mojego odbicia w lustrze. Jak zatem musi się czuć dziewczyna patrząc na siebie w lustrze, gdzie zamiast chudziny z wystającymi żebrami widzi zaokrągloną tam gdzie trzeba kobietę? Zmiana jest ogromna. Jak czuje się w klasie, gdzie tylko paru chłopaków jest od niej wyższych i to nie dużo?
Jak czuje się inna dziewczyna, która mimo że starsza, jest drobniejsza od swojej "małej" siostrzyczki? Dorastanie to bardzo niesprawiedliwy, ciężki do zrozumienia i trudny  czas.

Żeby na tym jeszcze był koniec, to pal licho. A tu jeszcze ten cholerny trądzik. W czasie, gdy człowiek najbardziej zwraca uwagę na wygląd - chce ładnie wyglądać, chce się podobać - pojawia się to gówno na twarzy i dekolcie. Nie dość, że psuje wygląd to boli. Ledwie jedna wybrała antybiotyk i pożegnała na długi czas to paskudztwo, już drugiej spaskudziło buzię. Zanim medykamenty zaczną działać, potrzeba czasu niestety.

Trądzik to jednak nic przy menstruacji, zwłaszcza takiej, co trwa ponad tydzień i której towarzyszy nieziemski ból. Ze swojej młodości pamiętam, że najgorsza w tym bólu (poza tym, że zwykłe środki dostępne bez recepty nie działały - potem odkryłąm ketonal) była świadomość, że za miesiąc znowu to samo, i za następny też, i kolejne tak samo, systematycznie co miesiąc mdlejesz z bólu i nic nie możesz z tym zrobić. No i ten stan napięcia przedmiesiączkowego - stara baba jak ja czasem nie może ze sobą zdzierżyć w te dni, a co dopiero dziewczynka. Jak tu się cieszyć z dorastania, bycia kobietą? Lekarz rodzinny nic nie poradził, na wizytę u gina trzeba czekać dłuuuuuugo. Czekamy...

Do tego jakieś drobiazgi: testy, sprawdziany, stres, fochy koleżanek, irytujące zachowania kolegów, upierdliwość starych i rodzeństwa, pogoda, zmęczenie....

i BUM!

Pójdę przed siebie. Odejdę. Ucieknę od tych debili wszystkich. Skończę z tym raz na zawsze. Wreszcie przestanę być dla wszystkich ciężarem. I tak wszyscy mają mnie w dupie. Nikt pewnie nawet nie będzie mnie szukał ani po mnie płakał czy tęsknił...

Mieliście kiedyś TAKIEGO doła? Ja i owszem. Zdarzyło się kilka razy być w czarnej dupie skąd jest tylko - jak się wydaje - jedno wyjście: ODEJŚĆ. Na zawsze. Gdzieś. Donikąd. Przedsiebie. Lub. Po prostu Nazawsze.

NIE ŻYCZĘ NIKOMU ANI TAKICH MYŚLI ANI TAKICH DOŚWIADCZEŃ.

Na wszelki wypadek (nawet jeśli ciągle uważacie, że takie rzeczy was nie dotyczą) rozejrzyjcie się teraz wokoło po swoim domu, bo może ktoś z najbliższych woła bezdźwięcznie o pomoc i prosi o wsparcie, czy uwagę. Może trzeba właśnie kogoś bardziej niż zwykle przytulić?

U nas wszystko dobrze się skończyło. Dziecko wróciło do domu. Przytuliliśmy się wszyscy. Popłakaliśmy się wszyscy ze szczęścia, troski, strachu i innych trudnych emocji. A potem gadaliśmy, wyjaśnialiśmy, pytaliśmy, odkręcaliśmy.... mijały godziny, dni, tygodnie...

Nie zastanawiamy się, co by było gdyby, bo to nikomu do szczęścia zwykle potrzebne nie jest. Przeanalizowaliśmy za to dogłębnie 'dlaczego?'. Znaleźliśmy razem mnóstwo odpowiedzi i rozwiązań. Jest już dobrze, ale  powinno być i może być jeszcze lepiej, tylko trzeba nad tym popracować jeszcze sporo. Jesteśmy na dobrej drodze i dopóki znowu ktoś się nie zgubi, nie wpadnie do doła lub czarnej dziury, będziemy maszerować dalej przed siebie i walczyć o nasze szczęście. Bo o szczęście ciągle trzeba walczyć, a ono czasem chce od nas uciec... A czasem my chcemy uciec od szczęścia...

Dlaczego o tym opowiadam publicznie? Dlatego, że to ważne wydarzenie i dlatego że nie uważam tego za porażkę czy niepowodzenie ani tym bardziej powód do wstydu. Dla mnie to wbrew pozorom przygoda dobra i potrzebna. Taki solidny kop w dupsko na opamiętanie jest czasem potrzebny. Zrozumiałam ponadto, a raczej utwierdziłam się w przekonaniu, że mam bardzo silne i odważne dzieci. Że wszyscy jesteśmy dzielni i każde może liczyć na drugiego w trudnych sytuacjach. Czasem warto przeżyć trudne chwile, by zauważyć i docenić to co się ma. Mamy siebie, mamy tak wiele...

6 czerwca 2017

Sanktuarium w Scherpenheuvel

W ostatnią niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę do Scherpenheuvel. Miejscowość niewielka, choć ładnie położona i - jak wszystkie miejscowości Flandrii - zadbana i czysta. Ma jednak bardzo ciekawą historię, a sanktuarium na pewno warto zobaczyć, nawet jak się nie jest wierzącym i praktykującym katolikiem, a jak się jest, to tym bardziej się powinno tam wybrać.
W Zielone Świątki są do tego miejsca organizowane polskie pielgrzymki z Brukseli, Gent i pewnie innych polskich kościołów. Są zatem polskie msze i droga krzyżowa.

Ja jednak bardziej interesowałam się, jak zwykle, historią i legendami tego miejsca. Podzielę się więc tym, co wyczytałam. Od siebie dorzucę kilka fotek ze smartfona, żeby Was zachęcić do wycieczki.
Scherpenheuvel leży w naszej prowincji (Vlaams Brabant) pomiedzy  Leuven i Hasselt.

Już w 1304 roku ksiądz z Zichem (Lodewijk van Velthem) napisał w "Spieghel Historiael" o cudownym dębie, który wyrósł w krztałcie krzyża i do którego ściągają licznie pielgrzymi. Z czasem - choć nie wiadomo dokładnie kiedy - na dębie zawieszono figurkę Matki Bożej. Legendy mówią, że pewnego dnia (bodajże w 1514 roku) pewien pastuch zobaczył tę figurkę leżącą pod drzewem i postanowił sobie ją zabrać na pamiatkę. Gdy tylko podniósł ją z ziemi coś sprawiło, że nie mógł się ruszyć. Stał tak biedaczysko z wyciągniętymi rękami, w których tkwiła figurka, aż zaniepokojony jego długim zniknięciem pan zaczął go szukać. Zobaczywszy, co się stało, zabrał mu figurkę i odwiesił na drzewo, gdzie jej miejsce. Wtedy pastuchowi wróciła możliwość poruszania się, a wieść o tym cudzie rozeszła się błyskawicznie wśród ludu. 
Kilka lat później podczas ruchów reformatorskich figurka zaginęła w bliżej nieokreślonych okolicznościach. Nie przeszkodziło to jednak wierzącym w pielgrzymowaniu do tego cudami słynącego miejsca. Mieszkańcy Zichem postanowili zatem zrobić nową figurkę (tą, która jest tam do dziś w sanktuarium) i zawiesić na cudownym dębie.
http://www.galaxyclassics.com

obraz ze strony: http://www.erfgoedbankhoogstraten.be

obrazek ze strony: http://www.dbnl.org

W 1602 roku pastor z Zichem Godfried Van Thienwinckel wybudował w pobliżu dębu drewnianą kapliczkę i przeniósł tam figurkę.
W pewnym momencie biskup z Antwerpii, wysłany przez arcybiskupa z Mechelen z misją zbadania rzekomych cudów w Scherpenheuvel-Zichem, kazał wyciąć zabytkowy dąb. Oficjalnie ze względów bezpieczeństwa, jednak faktycznym powodem była  niepoprawna kościołowo historia tego drzewa. W zamierzchłych czasach, zanim na dębię pojawiła się Matka Boża, był ów dąb zamieszkiwany - jak podają legendy - przez jakieś bóstwo pogańskie. Wiadomo wszak powszechnie, że księża, pastorzy i inni katoliccy guru zawsze bardzo sprytnie wykorzystywali zastaną sytuację i naprędce wymyślali adekwatną historię katolicką, do której dało się dopasować oswojone miejscowe bóstwa, zwyczaje, tradycje, wierzenia, a to co nie pasowało do ich myśli, stawało się "pogańskie" i złe.  Jak widać nie zawsze się udało całkiem wyrugować wszystko, bo legendy żyją zwykle swoim własnym życiem. 

Dąb został pocięty na 3 kawałki, z których wyrzeźbiono ponad 100 malutkich figurek Matki Bożej z Scherpenheuvel i które rozesłano po całej Europie.

Mimo licznych ataków protestantów na Ostre Wzgórze ciagle ściągali pielgrzymi. Kiedy w 1603 roku Hiszpanie pokonali protestantów, stwierdzono, że stało się to zapewne dzięki pomocy Matki Bożej. Na tę okoliczność arcyksiążęta Albrecht i Izabela ufundowali kamienną kapliczkę i postanowili stworzyć tam narodowe sanktuarium. 2 lata później arcyksiążęta postanowili Scherpenheuvel nadać prawa miejskie i wybudować duży kościół.

 W ciągu XVII wieku sława Scherpenheuvel ciągle rosła. Ściągali tam pielgrzymi z kraju i zaranicy, w tym władze kościelne i królewskie. Tak oto mniepozorne miejsce stało się miastem, a niewielki kościół słynnym na cały świat sanktuarium.

Dziś Sanktuarium Matki Bożej w Scherpenheuvel  jest najważniejszym miejscem kultu maryjnego w Belgii i najpopularniejszym miejscem pielgrzymek.





ogromna zabytkowa (z 1632r.)  studnia - 63metry głębokości





Młody czeka aż mu się kolanko zagoi (czasem biega za szybko)





jedna ze stacji Drogi Krzyżowej w parku


Droga Krzyżowa. W każdą niedzielę o 14 można ją przejść z innymi.









Mariahaal - w tym budynku też odbywają sie Msze












świeczki z prośbą o wstawiennistwo


różańce, świece, figurki katolickie oraz  indiańskie łapacze snów 
 Wdepnęliśmy do pierwszej lepszej restauracji na kawę. Bardzo nam się wystrój spodobał - na starą modłę, każde krzesło i stół z innej parafii, fajnie to razem wyglądało.

restauracja

A tu kamerka na żywo w Scherpenheuvel:




4 czerwca 2017

Wyżej dupy nie podskoczysz, ale ja czasem próbuję :-)

Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak mi sie wydaje, iż nie mam czasu, to powinnam sobie znaleźć dodatkowe zajęcie, a bardzo szybko się przekonam, że jednak mam więcej czasu niż mi się wydaje. Ta metoda faktycznie działa i staram się z niej korzystać, ile się da. Jednak wszystko ma swoje granice i w końcu przychodzi taki moment, że już się nie da więcej wcisnąć w czasoprzestrzeń a jak się uda coś wcisnąć, to coś innego wypadnie. No,  jak to mówią, wyżej dupy nie podskoczysz, ale można próbować... 

Nie publikuję ostatno zbyt wiele, bo nie mam czasu. Od czasu do czasu spisuję nowe przemyślenia, by przy czasie je dopracować i opublikować, ale ...nie mam czasu. 

czasem dobrze się zatrzymać i popatrzeć wkoło

Pracuję około 30 godzin w tygodniu (no wiem, mówiłam już  pewnie ze 100 razy). 30 godzin to dużo godzin jak się przy tym dojeżdża rowerem po 10 km, ma własny dom, męża, troje dziecków w tym dwie nastolatki z 2 tysiącami problemów oraz na dokładkę królika i trochę własnych zajęć dodatkowych. Jest na prawdę co robić i nad czym myśleć. To kosztuje dużo energii, czasu i nerwów...

Zrezygnowałam z wolontariatu w bibliotece bo wyżej dupy... Może kiedyś tam wrócę, bo to zajęcie relaksujące i przyjemne. Może kiedyś..

Nie dawno postanowiłam zmienić biuro i właśnie jestem w trakcie. Nagle stwierdziłam, że mam dość Start People, bo po pierwsze zamknęli kantor w najbliższej okolicy (do którego miałam i tak 12 km z domu i ponad 20 km od klienta piątkowego) i który był czynny tylko w piątki, po drugie za często zdarza im sie zapominac o przysłaniu formularzy do wypełnienia (ileż razy można się dopominać), po trzecie płacą raz tak raz srak, nigdy nie wiem, kiedy dostanę jakieś pieniądze, po czwarte w innych biurach są różne dodatki, a w SP tylko łysa wypłata (no dodatek za przejazdy to nie dodatek). W nowym biurze dostanę dodatkowo do wypłaty ubezpieczenie szpitalne i dentystyczne oraz ELEKTRYCZNY ROWER. To ostatnie baaaardzo mi się podoba, zwłaszcza, że tego roweru mogę używać bez ograniczeń (zgodnie z regulaminem) także w prywatnych wycieczkach, w weekendy itp, a naprawy w razie wu opłaca firma. 

Jak się zmienia biuro? Sprawa niby prosta ale i dość skomplikowana zarazem. 

Ja zaczęłam od znalezienia nowego biura (jak chyba większość ludzi robi). Tych biur jest wszędzie od groma i ciężko tak na pierwszy rzut oka zgadnąć, które jest dobre a w którym jeszcze gorzej będzie. Doszłam do wniosku, że najlepszą wiedzę w tej kwestii będą mieć tubylcy, bo tylko oni tak na prawdę znają wszystkie opinie i plotki z okolicy :-) Tak się składa, że Młody ma w klasie koleżankę, której mama pracuje w branży, więc zapytałam ją gdzie i dlaczego warto właśnie to biuro wybrać. Nawet mnie umówiła ze swoją szefową i zawiozła na miejsce. W większości biur przyprowadzanie nowych koleżanek zwykle jest opłacalne (premia), ale ta znajoma - jak większość rodziców kolegów moich dzieci - jest bardzo sympatyczna, pomocna i przyjacielska.... Jak czytam opinie rodaków na temat Belgów (jacy to oni niedobrzy) to sobie myślę, że w jakimś dziwnym miejscu mieszkamy, bo "nasi" Belgowie są w większości  po prostu serdeczni, mili, pomocni i weseli... (ponuraki i niemili też się zdarzają oczywiście i wiem, że czasem jedna łyżka dziegciu może spieprzyć cały ten miód, kiedy się samemu nie jest optymistą z dystansem do siebie i świata). No ale szczegół.

Gdy babka zobaczyła moją umowę (tygodniowa ...na czas nieokreślony), stwierdziła, że musi się zapytać prawnika, jak takie dziwo należy rozwiązać. Ostateczie jednak okazało się, że mnie obowiązuje 6tygodniowy okres wypowiedzenia. Jedna z moich klientek zadzwoniła do mojego przyszłego biura i kazała im (tak, to właściwe określenie) przysłać mi gotowe wypowiedzenie do podpisania i wysłania do SP, bo tak przecież będzie mi łatwiej niż samemu pisać po obcemu. Co też migiem uczynili. Bo klientów to ja też mam udanych - troszczą się o swoją sprzątaczkę :-)

Największy kłopot w zmianie biura polega - moim zdaniem - na tym, że każdy klient musi też wypowiedzieć umowę z poprzednim biurem i to musi być zsynchronizowane w czasie z moim 6tygodniowym wypowiedzeniem (czas wypowiedzenia zależny jest od różnych czynników). Klienta obowiązuje zawsze 4tygodniowy okres wypowiedzenia. Oczywiście nie każdy klient musi chcieć zmieniać biuro, niektórzy zapewne wolą zmienić pomoc domową, ale zostać z ulubionym biurem. Moi klienci zdeklarowali że idą ze mną... No zobaczymy... Każdego z osobna należało poinformować, że zmieniam biuro i że jak życzy sobie, bym u niego nadal pracowała, to on też musi zmienić biuro. Trochę młyn i zamieszanie, bo nie jestem pewna, czy wszyscy o tym pamiętają, a nie będę się jak głupia co tydzień pytać każdego. Niektóre babcie z kolei nie bardzo ogarniają o co w ogóle chodzi, zwłaszcza te które mówią dialektem i których w związku z powyższym rozumiem (z wzajemnością) tak średnio na jeża, bo dopiero jestem w trakcie przysfajania dialektu, a niestety nie ma szkoły uczącej "godać po tutyjszymu".  Komplikowanie sobie i innym życia to moja specjalność... Przekonam się niedługo co z tego mojego pomysłu wyniknęło i jak się jeżdzi tym elektrycznym rowerem. 

Wszyscy mówią mi, że powinnam mieć prawo jazdy, bo dziś bez tego nie można żyć i w sumie prawie udało się im mnie przekonać.... Przypomnę jednak, że w tym tygodniu skończyłam 40 (słownie: czterdzieści) lat i ciagle żyję, a nawet dość dobrze się mam, z czego wnioskuję, że jednak bez umiejętności kierowania samochodem żyć się daje. Co więcej ma to sporo zalet. Dzięki zapieprzaniu wszędzie na rowerze mimo jakże zacnego wieku ciągle mam zgrabny zadek, świetną kondycję, końskie zdrowie i jestem opalona (w ogóle fajna jestem, piękna, mądra, skromna i tak dalej, ale to już z rowerowaniem nie ma nic wspólnego - taka się po prostu urodziłam).

No ale w sumie co mi szkodzi sprawdzić, jak wygląda w Belgii uzyskiwanie uprawnień do poruszania się po drogach samochodami? Dowiedziałam się na przykład, że w tym dziwnym kraju nie trzeba chodzić na kurs teorii. MOŻNA, ale nie jest to obowiązkowe. Jak ktoś uznaje, że zna przepisy drogowe itd, to idzie do punktu egzaminacyjnego i mówi, że chce zdawać egzamin teoretyczny na prawo jazdy, płaci te kilkanaście euro i zdaje. Uda się, to można zapisywać się na kurs praktyczny, który też jest ciekawy, ale o tym innym razem... Jak się nie uda zdać 2 razy pod rząd, wtedy dopiero obowiązkowo trzeba zaliczyć kurs teorii i próbować dalej. Dziwne, ale to Belgia właśnie.

Ja zapisałam się  jednak na kurs teorii, za który zapłaciłam 125€, bo nawet jeśli znałabym tutejsze prawo drogowe (wcale nie jest takie samo jak w Polsce, dużo jest inniejszych rzeczy, takich tam drobiazgów na których się mozna wyłożyć na egzaminie jak złoto a i na drodze też - w PL chodziłam kiedyś na kurs prawa jazdy i egzamin nawet za 1 razem zdałam, a takiej sklerozy jeszcze nie mam, by zapomnieć przez 10 lat) to jest przecież od cholery nowego słownictwa, którego się muszę nauczyć, żeby mieć jakiekolwiek szanse na zdanie egzaminu teoretycznego po niderlandzku. Wybrałam sobie nawet świetny moment - 1 czerwca właśnie zmieniły się zasady... No dobra, tego kursu było 3 dni (2 soboty i 1 wtorkowy wieczór po kilka godzin). Nauczyłam się trochę nowych wyrazów, dowiedziałam sie kilka ciekawostek drogowych, ale to cały pikuś w sumie. Teraz próbuję w domu przyswoić słownictwo i materiał, który tu jest na egzaminie, a pytania w testach z książki, internetu i apkach na telefon są dosyć dziwne. W każdym razie nie ograniczają się one zdecydowanie do krzyżówek i znaków, czy innych tam podstawowych rzeczy drogowych, niektóre to rzekłabym dosyć odjechane są. Ostatnio trafiłam na takie: "Masz zamiar zwiedzać z grupą 15 znajomych Antwerpię i Mechelen. Jaki środek transportu najlepiej wybrać? A. Auto B. Pociąg C.Rower". Nie pytajcie mnie, czy na egzaminie są serio  tego typu pytania, ale skoro jest 50 pytań, to różne głupoty można tam wcisnąć. Na każdą odpowiedź jest 15 sekund, czyli szału nie ma, zwłaszcza jak mnie czasem przeczytanie i ZROZUMIENIE pytania (w sensie językowym) więcej czasu zajmuje, o załapaniu sensu (są pytania podchwytliwe tak samo jak w PL) już nie mówię. Na dzień dzisiejszy udaje mi się udzielić jakieś 30 prawidłowych odpowiedzi na 50 (z czego niektóre po czasie), gdy do zaliczenia egzaminu potrzeba minimum 41/50. Z czego wynika, że jeszcze trochę trzeba poćwiczyć, żeby mieć choćby małą szansę. Kiedyś pewnie spróbuję zdać - egzamin wszak  niedrogi jest. Póki co cieszę się, ze zdobytej wiedzy, bo jednak są detale, których w PL nie znałam. Taki przykład fietsstraat, czyli droga rowerowa. Nie chodzi tu bynajmniej o ścieżkę rowerową. Droga rowerowa to zwykła droga, po której auta i motory mogą jeździć, ale z prędkością max 30km/h, przy czym rowerzyści są na tej drodze królami - mogą jeździć w obie strony, kierowcom aut nie wolno ich wyprzedzać i zawsze mają przed autami pierwszeństwo. Taka droga jest np w Mechelen, jest przy niej nasz ulubiony polski sklep "Sami Swoi". Jak tam bywaliśmy, nie wiedziałam o co chodzi z tą drogą, że tyle tam rowerów wszelakiej maści a rowerzyści jeżdżą, jak im się podoba i nikt na nich nie trąbi. Teraz już wiem.

Tak właśnie wesoło i ciekawie mijają mi dni ostatnio, a mój mąż tymczasem zapiernicza jak dziki osioł w robocie, a po powrocie do domu od razu wdrapuje się na strych i zabiera się za piłowanie różnych desek, wiercenie, wkręcanie, silikonowanie, malowanie. Jako się rzekło, postanowiliśy poszerzyć powierzchnię mieszkalną domu i przeprowadzić jedno dziecko (sorry, jedną młodą kobietę) na strych. Z rozważań teoretycznych wyszło, że to się da zrobić tanio i szybko, bo tylko tu parę desek przybić, tam rzucić farbę, a tam coś poprawić... Zrobi się raz dwa... miesiące? Mąż wnosi tam te deski, listewki, dokupuje silikony, wkręty, farby, a ja się zastanawiam, ile tam się jeszcze zmieści? Nie, no okej już prawie skończone. Jak dobrze pójdzie, to jutro będzie wielka przeprowadzka i podział majątku wspólnego dziewcząt. Małżonek odwalił kawał dobrej roboty. Mówił, że kompletnie nie zna się na stolarce, a okazuje się, że własnymi rękami bez żadnej pomocy (pardon, Młody cały czas mu towarzyszył i pomagał) stworzył pokój jak marzenie. Teraz się zastanawia, czy samemu się tam nie przenieść... gdyby tylko nie te wszystkie schody - komu by się chciało tak wysoko codziennie wspinać?

przyszły pokój
tata z synem przy pracy

ostatnie pociągnięcia pędzla

Czekamy tylko na lampę... Kurde, zamówiłam na vidaxl.be łóżko dla Najstarszej oraz 2 lampy, a także przy okazji gofrownico-opiekaczo-grill i teraz se czekam i czekam, i czekam... Już nawet śmietanę w sprayu do gofrów kupiłam (wyrzuciałm starą gofrownicę, bo oblazła z farby i teraz żyjemy na bezgofrzu - tragedia, jak to w Belgii nie jeść gofra raz w tygodniu - kupne to nie to). Muszą tam niezły burdel mieć, Łóżko przyjechało z kurierem za 2 dni (tak jak było napisane na stronie) a druga paczka umarł w butach - ostatniego maja minęło 10 dni. Napisałam mejla to otrzymałam przeprosiny i obietnicę "ponownego" wysłania w ciągu 4 dni roboczych, we wtorek będzie ten czwarty  dzień, bo jutro jest święto. W środę będę dzwonić i pisać pozdrowienia na fb i stronie sklepu z opiniami. Opinie w necie chyba są skuteczniejsze niż jakiekolwiek mejle czy telefony, ale może akurat mnie zaskoczą i pojutrze przyjedzie kurier... Dobrze, że łóżko przysłali :-)

Młode też mają swój udział w organizowaniu mi czasu. Pomysły - jak wiecie - dzieciom nigdy się nie kończą, dzieci mają też zwyczaj pakować się w różne kłopoty. Poczynania moich dzieci mogą przyprawić o zawał serca. A to zgubią się w nocy na obcej wsi, a to wrócą z policją do domu, a to do psychiatry je wysyłają, bo nie robią tego co wszyscy (o tym będzie osobny wpis) a to łamią palce na długiej przerwie, a to wywalają się na rowerach i ktoś obcy dzwoni, że udzielił im pierwszej pomocy, a to znowu uciekają z domu (o tym też będzie osobny wpis - już jest prawie gotowy, prawie). Poza extremalnymi przygodami jednak na co dzień mają zwykle codzienne problemy, które jednak wymagają zawsze trochę uwagi z naszej strony i poświęcenia choćby kilku minut - a to trzeba przekonywać, że szkoła jest fajna, a to trzeba szkołe przekonywać, że z dzieckiem jest wszystko w porządku i/lub że każdy ma chwile słabości i lenistwa, a to trzeba dziecko przekonywać, że jak się czasem coś w głowie nie mieści to lepiej jest mieć to w dupie, a to trzeba tłumaczyć, dlaczego mycie, sprzątanie i temu podobne niedorzeczne zachowania są jednak mimo wszystko człowiekowi potrzebne do szczęścia, a to trzeba liczyć do stu, zanim się zaproponuje zjedzenie kanapki zamiast tego pysznego obiadu, nad którego przyrządzeniem spędziło się 3 godziny, a nad którym ktoś inny kręci nosem, a to znowu wspólne czytanie - ja czytam Młodemu wieczorami, a Młoda czyta dla mnie na głos po niderlandzku (taki przypadkowy fajny pomysł nam się ostatnio urodził i został). To ostatnie to w sumie nie problemy żadne, a przyjemności, które jednakowoż też gdzieś w harmonogramioe dnia upchać koniecznie trzeba.

Nie samą robotą i kłopotami człowiek żyje. W życiu ważne jest też wspólne spędzanie czasu z najbliższymi - czytanie, przytulanie, całusy, wycieczki, zwykłe pogaduchy i poważne rozmowy. Czasem zdarza się tak utonąć w obowiązkach i problemach, że zapomina się o tym co jest równie ważne albo i ważniejsze, o bliskości, o cieple domowego ogniska, a które trzeba dbać odpowiednio i pielęgnować, by nie zgasło ani nie sfajczyło niczego. Bo wystarczy chwila nieuwagi...

Czasem życie mnie przerasta, czasem mam dość wszystkiego, a czasem mam wrażenie, że próbuję podkoczyć wyżej niż mam dupę, a czasem czuję się zwyczajnie kurewsko zmęczona tymi wszystkimi nawarstwiającymi się problemami i nic mi się nie chce, nawet oddychać i spać. W takich chwilach w domu panuje ciężka atmosfera, bo złość, smutek, przygnębienie, niepokój, strach, nerwowość bardzo szybko się udzielają innym. Te emocje rozchodzą się po domu szybciej niż smród bąka-cichacza i tak samo zanieczyszczają atmosferę. Mama jest w domu tą osobą, do której wszysycy walą z najróżniejszymi problemami i wszelakimi pytaniami. Mama powinna wszystko wiedzieć, gdzie co leży, gdzie kto się znajduje, po co tam poszedł i kiedy wróci, kto ma co zadane i na kiedy, mama powinna być zawsze czujna, cierpliwa, troskliwa, wesoła, pomocna, odpowiedzialna, mama powinna pamiętać o wszystkich i o wszystkim.

Czasem sobie myślę, że żeby być dobrą mamą (i żoną) powinnam przede wszystkim na tym się skupić, nie chodzić na żadne kursy, nie zapisywać się do żadnych organizacji, nie pisać żadnego debilnego bloga, nie korzystać z fejsbuka czy innego gówna, nie czytać żadnych książek, bo marnuję cenny czas na te głupoty zamiast zajmować się tym, czym powinnam, czyli być porządną matką i żoną. Jednak czasem muszę się odstresować, zresetować, wyłączyć i zapomnieć o całym tym gównianym świecie choć na chwilę, by nie zwariować od myślenia, kombinowania, martwienia się o wszystkich i wszystko, o dziś, o jutro...

Na szczęście gorsze dni zdarzają się tylko od czasu do czasu, poza tym nadal jakimś cudem udaje mi się zachować optymizm i poczucie humoru, bo problemów nie brakuje nigdy - jak nie urok to sraczka, co z jednym się człowiek upora, to pojawi się 5 innych i tak bez końca. Też tak macie? Ja czasem na prawdę wymiękkam.

Wszyscy tak mamy - ja, mój mąż, dzieci (te duże) - czasem chcielibyśmy uciec przed światem, schować się tak by nas nikt nigdy nie znalazł, by nikt od nas nic więcej nie chciał, nie prosił o nic i nic nie wymagał, bo już więcej nie udźwigniemy na swoich barkach. Czasem wydaje się nam, że nikt nas nie rozumie, nikt nas nie kocha, nikomu tak na prawdę na nas nie zależy, każdy tylko od nas czegoś chce i oczekuje, a tu żeby człowiek stanął na rzęsach to tym oczekiwaniom nie sprosta.

Z drugiej strony człowiek chce być dla najbliższych oparciem, wsparciem, pomocą, szczęściem,  słońcem, przewodnikiem, opiekunem, ciepłem, przyjacielem, chce czuć się potrzebny i doceniany, a tu często brakuje nam na to sił i zamiast wysłuchać, przytulić, pomóc to drzemy ryj, zajmujemy sie sobą samym albo przechodzimy obok niezauważywszy, że coś jest nie tak, że ktoś nas potrzebuje albo że ktoś coś dla nas zrobił...

Trudno jest być mamą, trudno jest być żoną, trudno jest być przyjacielem, trudno być dobrym człowiekiem.