12 grudnia 2013

Powrót na wieś. Nowa szkoła.


„Kto na wsi był dobrze wie już o tym, że nie ma to jak spokojna wieś” Tak zaczyna się jedna ze znanych dziecięcych bajek, którą lubi oglądać Młody. 

Jedni czują się lepiej na wsi, inni wolą miasto. My mieszkaliśmy najpierw w małej wsi, potem w małym mieście, w końcu w dużym mieście i na koniec znów wróciliśmy na wieś. Jak dla mnie – wszędzie było dobrze – taka już mam naturę, że szybko sie dostosowuję do otoczenia. Każda lokalizacja ma swoje zalety i wady. Ale niektóre miejsca mają swoja magię – nasze aktualne mieszkanie właśnie ma taką magię, specyficzny klimat. Chodzi tu zarówno o sam dom jak i całą miejscowość. Po prostu człowiek wchodzi do domu i wie, że jest u siebie. Nawet jak wokół tylko puste pokoje – jak to jest przy przeprowadzce.

Tu dzieci maja blisko do szkoły, bo tylko około kilometra. Można chodzić na nogach lub jeździć rowerem. To takie sympatyczne spokojne zadupie. Poza godzinami, gdy ludzie idą do pracy lub odwożą/odbierają dzieci ze szkoły uliczki świecą pustkami. Czasem jakiś traktor przejedzie. Czasem grupa szalonych rowerzystów – bo tu wiele szlaków rowerowych się krzyżuje. A tak to sielanka. Wokół pastwiska koni, krów, osiołków, pola kukurydzy, kapusty, selerów, las i temu podobne otoczenie. Wiadomo w sezonie letnim jest tu zapewne większy ruch, gdy ludzie krzątają się w swoich  gospodarstwach: sieją, orzą, zbierają.

Do stolicy jest tylko kilkanaście kilometrów i oczywiście jeździ tam autobus. Tak samo jak do pomniejszych miasteczek.
Najważniejsze jednak, że ludzie są tu przesympatyczni. Każdy z daleka woła „dzień dobry” lub „cześć” po niderlandzku. Nikomu nie przeszkadza, że jesteśmy tu obcy, że nie znamy języka, nikt nie patrzy wilkiem. Sąsiedzi machają zza płotu, wszyscy się uśmiechają, pozdrawiają. A szkoła? W pierwszy dzień dziewczyny przywitał taki orszak u bram szkoły, że się wzruszyliśmy do łez. Najpierw Pani Dyrektor przedstawiła wychowawczynie, potem przybiegły wszystkie dzieci z obydwu klas i przedstawiając sie po kolei poprowadziły Młode do swoich sal. My poszliśmy do dyrektorki, która kazała się o nic nie martwić. Wszystko powoli... Dzieci poszły tu rok wyżej niż szły by w pl. W związku z czym jak będą musieć powtórzyć rok, to w zasadzie nic nie stracą. I to jest bardzo dobre rozwiązanie.

W ten  pierwszy dzień – jak opowiadały dziewczyny – dzieci pokazywały im każdy kąt w szkole tłumacząc na migi, co gdzie jest. Tego pierwszego dnia dziewczyny szły zestresowane na maksa, ale drugiego dnia już praktycznie nie mogły się doczekać szkoły. I jak dotąd ani razu nie usłyszałam, że się którejś nie chce iść do szkoły, jak to w pl czasem się zdarzało. Gdy wracamy razem ze szkoły to jedna drugą ucisza, żeby opowiedzieć swój dzień. Młodsza ani razu nie narzekała na brzuch ani na głowę. Starsza przez ten miesiąc stała się o wiele śmielsza, weselsza. Nawet w Polsce nigdy taka rozgadana i zadowolona nie była. Normalnie aż się sama nadziwić nie mogę. Musi więc być im tam dobrze. 

Zresztą juz w pierwszym tygodniu obie dostały zaproszenia na przyjęcia urodzinowe do swoich koleżanek. Powiem, że miałam sporo wątpliwości, czy puszczać je na te imprezy, żeby źle się nie czuły jeśli dzieci będą się bawić, gadać a one zostaną zostawione same sobie. Jednak pani dyrektor i zaprzyjaźniona z nią Polka, z którymi akurat miałam w międzyczasie spotkanie, powiedziały, że dzieci powinny iść i że nie ma się co martwić.
 I tym oto sposobem jedna była na urodzinach w kawiarence parafialnej, na które zaproszona była cała klasa, druga zaś uczestniczyła w urodzinach na basenie i mcdonaldzie obie wróciły więcej niż zadowolone. 

Zresztą tu codziennie mogę obserwować, że moje Młode zostały całkowicie zaakceptowane przez szkolną społeczność, nie wiem, czy nawet nie bardziej niż to miało miejsce w pl. Nieraz słyszę jak koleżanki i koledzy wołają z daleka do moich dziewczyn po polsku: „cześć” zamiast tutejszego: „dag”, nie dalej jak wczoraj obie dostały laurki z lizakiem od jakichś zaprzyjaźnionych przedszkolaków i powiem, że to jest wzruszające. 

Potem Młoda została zaproszona na kolejne urodziny, tyle że na tzw krytym placu zabaw jakieś 8 km stąd więc zapytała poprzez wspomnianą już zaprzyjaźniona ze szkołą Polkę, (którą dyrektorka zapraszała do szkoły, by moje dzieci mogły opowiedzieć o sobie) czy ktoś ją zabierze na to przyjęcie. No i zaraz na drugi dzień podchodzili do mnie rodzice i oferowali że ją z chęcią zabiorą na urodziny. Oczywiście wszyscy tu wiedzą, że nie mówimy po niderlandzku, więc od razu nawijają po angielsku, jak nie mogę zrozumieć to przechodzą na niemiecki a resztę na migi się tłumaczy :) 

Ta znajomość wielu języków ciągle mnie zdumiewa. Dziewczyny też się dziwują, że dzieci w szkole znają już trochę francuski, a niektóre trochę angielski oprócz swojego niderlandzkiego. Teraz dodatkowo uczą się niektórych polskich wyrazów. Jak opowiadają dziewczyny, gdy one uczyły się np liczebników niderlandzkich, to resztę klasy miały uczyć liczyć po polsku. I tak jest często, że pani pyta jak to czy tamto jest po polsku albo sama sprawdza w słowniku, który leży w obydwu klasach. Dzieci zresztą same też zaglądają do słownika. Jak choćby ostatnio, gdy Młode rozdawały zaproszenia na swoje urodziny, to koleżanki natychmiast przewertowały słownik by zobaczyć jak jest „dziękuję” po polsku. Dzieci tu są naprawdę sympatyczne. Dorośli zresztą też.

W Brukseli też ludzie byli pozytywnie nastawieni do nas innych obcych. Nie ma porównania z pl. Powód chyba jest prosty do wyjaśnienia. Tu od dawien dawna ludzie wiodą ustabilizowane życie, była i jest praca, godziwe zarobki, godziwe emerytury, nie ma takich różnic między sąsiadami, że jeden nie wie co z kasą zrobić a drugi niema na chleb mimo pracy 12h/dobę jak w pl. No ale to inny temat...

A jak poza tym wygląda tutaj szkoła? W be jest zupełnie inny system, całkiem inne zasady panują w szkole. Szkoła – moim nader skromnym zdaniem – jest o wiele bardziej przyjazna dla ucznia niż w pl.

Sama organizacja zajęć wg mnie jest lepsza niż w pl i dla dzieci i dla rodziców. Tu dzieci nie muszą mieć planów lekcji. Codziennie zajęcia zaczynają się o godzinie 8.30 a kończą o 15.30. Z wyjątkiem środy, gdy zakończenie zajęć jest o 12.00. To świetne rozwiązanie dla rodziców pracujących -  nie trzeba się martwić, co zrobić z dzieckiem, bo siedzi bezpiecznie w szkole. Oczywiście w każdej szkole dodatkowo funkcjonuje świetlica, gdzie za symboliczną opłatą może przebywać dziecko po i przed lekcjami. 

Mało tego, mimo że dzieci większość dnia są w szkole, nie wracają zmęczone jak nieraz nawet po 4 lekcjach w pl. Nie ma też sztywnego podziału na 45minutowe lekcje. Zasadniczo zajęcia trwają od 8.30 do 10tej, potem jest przerwa „ciasteczkowa” jak niektórzy mówią, kiedy można przekąsić gofra lub jakis owoc i pobiegać po podwórku.. Potem zajęcia do 12. W południe jest godzinna przerwa obiadowa. Wszystkie dzieci bez względu na pogodę zaraz po jedzeniu gonią na podwórko. Co w pl jest nie do pomyślenia!!!

 Mogą pograć w piłkę, poskakać i wyszaleć się do woli. Moje Młode dlatego jeżdżą na hulajnodze do szkoły, bo można na niej śmigać na przerwie. Tutaj w be nie zmienia się butów!!! No, gdy jest błoto, to po południowej przerwie po prostu siedzą w skarpetach na zajęciach :) 
Jedynie na gimnastykę dzieci się przebierają.Stroje oczywiście trzymają w szkole, nie noszą codzień w plecakach jak to u nas w pl bywało.

Jest też obowiązkowy basen w niektórych klasach. Super sprawa. Moja Młodsza jeździ co dwa tygodnie. Ostatnio mieli skoki do wody i była wielce zadowolona.

Przybory szkolne, podręczniki, zeszyty, wszelakie akcesoria palstyczne w naszej szkole dzieci mają za darmo. Płaci się tylko za wycieczki, obozy, świetlicę i temu podobne rzeczy.  Do tego nigdy nie należy dzieciom dawać pieniędzy, bo wszystkie ewentualne opłaty są na fakturach, na których zapłacenie mamy 2 tygodnie.  I to wg mnie też bardzo dobre rozwiązanie. Czasem tylko potrzeba dać 2 euro, gdy jadą na basen, bo taki pieniążek jest potrzebny do szafki jako żeton. Podczas innych wycieczek można dać dzieciom 2-3 euro na napoje czy lody - nie można dawać więcej kasy.

I jeszcze jeden dobry pomysł, to zadania domowe na kartkach. Dzieci w be nie noszą 10kilogramowych plecaków do szkoły. Wszystko trzyma się w szkole od gumki do mazania do podręcznika. Do domu bierze się tylko to, co potrzebne. Inksza inkszość, że - jak pamiętam - w pl Młode miały do jednego przedmiotu po 3,4 książki i oczywiście nauczyciele musieli zadawać po jednym zadaniu z każdego, bo jak powszechnie wiadomo podręczniki i programy szkolne w pl jacyś kompletni idioci piszą. I potem te badania ile to kg pierwszak w pl dźwiga w tornistrze... No ale szczegół...


11 grudnia 2013

to szkoła podstawowa czy jakiś kurde poprawczak?

Wiele się oczytałam na forach internetowych na temat szkół w be. W końcu to jeden z naszych priorytetów, by dzieci mogły się uczyć i miały w życiu lepszy start niż my. Większość opinii na temat szkół jest bardzo pozytywna. Ludzie piszą że są lepsze i gorsze szkoły. Zasadniczo wszystkie szkoły flamandzkie cieszą się bardzo dobrą opinią, po ich ukończeniu łatwiej ponoć o dobrą pracę, ale dostać się do nich nie jest łatwo, zwłaszcza obcokrajowcom. No ale i o szkołach francuskojęzycznych też sporo pozytywów wyczytałam. Tak czy siak w Brukseli do szkoły dzieci trzeba zapisywać z rok, dwa wcześniej, bo potem nie ma miejsc - tak pisali forumowicze... Pytanie tylko jak zapisać dzieci do brukselskiej szkoły będąc w pl i do tego nie znając słowa po francusku? Zresztą trzeba mieszkać w be,żeby zapisać dziecko o szkoły, przynajmniej w niektórych okolicach.
Tak czy owak stwierdziliśmy, że w końcu do jakiejś szkoły zapiszą nasze dziewczyny, a znajomy miał nam w tym pomóc podobno... a że okazało się że jesteśmy zdani tylko na siebie, więc trzeba było szukać pomocy gdzie indziej i to w trybie pilnym, ale o tym już było. W każdym bądź razie tym sposobem dzieci zostały zapisane do pierwszej szkoły, w której właśnie zwolniły się miejsca, bo jak powiedział nam dyrektor, pełny stan był już w grudniu. Do tej szkoły mieliśmy ponad 3 km i niestety na początku naginaliśmy całą bandą na nogach dzień w dzień, bo z kasą wówczas było krucho, więc nie starczyło na miesięczne bilety. No więc wychodziliśmy o 7ej rano, gdy lało to Młodego trzeba było pakować "we folię", pod którą za czarta nie chciał siedzieć. Dziewczyny zostawały w szkole a ja z Młodym z powrotem na butach do domu. Oczywiście Młody musiał iść sam, po drodze głaskać napotkane psy, koty, zbierać kamienie, podziwiać dźwigi, koparki itede itepe. No więc czasem powrót zajmował ponad godzinę, no i za chwilę trzeba było robić druga rundę, aby odebrać dziewczyny ze szkoły. Tak więc w pierwszym miesiącu się ochodziłam za wszystkie czasy, hehe, jakieś 14 km dziennie. Następny miesiąc już korzystaliśmy z metra czy tramwaju i tylko czasem wracało się na nogach dla relaksu albo jak dziewczynom zachciało się jechać na rolkach czy rowerach.
Bruksela Laken

 O tu w Belgii to raj dla rowerzystów jest. Wszędzie ścieżki rowerowe  i kierowcy szanują rowerzystów, uważają na dzieci, przepuszczają na drodze. Jest bezpiecznie. Nie to co w pl, że strach wsiadać na rower. Tutaj też nikt nie wstydzi się założyć kasku czy kamizelki odblaskowej, co w pl traktowane jest jako szczyt głupoty i obciachu, tu jest po prostu normalne i człowiek jest widoczny na drodze. I to jest super dla każdego miłośnika roweru.

Ale te szkoły, ech!

Z czasem okazało się, że trafiła nam się chyba jedna z najgorszych szkół w Brukseli. Powiem Wam, Ludzie, że mieszkając w pl nie uwierzyłabym, że w centrum Europy, w takim niby nowoczesnym mieście mogą istnieć szkoły na takim poziomie.Jak dziewczyny opowiadały co dzień nowe  historie, to rysował mi się przed oczami obraz z jakiegoś starego filmu (tytułu teraz nie pamiętam) przedstawiającego życie w polskim poprawczaku. Masakra normalnie.

Szkoła niby ładna, umieszczona w bardzo ładnych zabudowaniach wśród szeregu pięknych kamienic. Dyrektor, nauczyciele i cały personel bardzo ale to bardzo sympatyczni, pomocni  i w ogóle nic do zarzucenia. Z każdym szło się dogadać mimo nieznajomości francuskiego. Problemem zdaje się są uczniowie ...i rodzice. Trafiliśmy bowiem do szkoły międzynarodowej, gdzie nie było chyba ani jednego dziecka rodowitego Belga. Tak na oko 90% stanowiły dzieci Arabów, poza tym trochę dzieci rumuńskich, polskich, hiszpańskich i paru jeszcze innych krajów. Do tego wyglądało a to, że większość dopiero co przyjechała do be. Taka mieszanina kultur, religii, narodowości, że nawet najlepszy pedagog nie byłby by w stanie nad tym zapanować. W związku z czym w szkole panował jeden wielki chaos, bałagan i syf. Niby lekcje zaczynały i kończyły się punktualnie ale jak to wszystko wyglądało to koszmar po prostu.Znam to głównie z opowieści dziewczyn, ale wiem, że one nie zmyślają głupot.Zresztą  miałam okazje co dzień obserwować zachowania rodziców odbierających dzieci i to mi naprawdę wystarczyło. Przychodząc po dzieci czekało się za murem na otwarcie bramy, jak w większości belgijskich szkół. Ale to co się działo po otwarciu bramy mniej więcej zostało przedstawione swego czasu przez kabaret Mru-Mru w scence "otwarcie hipermarketu"... Ludzie pchali się jakby swojego dziecka nie widzieli co najmniej z 5 lat. Dżizas! Na początku nie wiedziałam, jak to wygląda, to byliby mi Młodego stratowali. Taka cholerna dzicz. Potem już czekałam daleko aż wszyscy wepchają się na to cholerne szkolne podwórko. Bosszee, woźne ustawiały od samej bramy takie ogrodzenie jak podczas demonstracji dzielące podwórko na pół, żeby te matki i tatusiowie nie włazili tam gdzie ustawiają się dzieci, a i tak co chwila się któreś tam przedarło i musiały się woźne drzeć, żeby zawróciło.Istny cyrk. A dzieci? To dopiero weź ogarnij.

W pierwszym tygodniu zginęła kurtka Starszej. Po interwencji u woźnej znalazła się drugiego dnia, ale z opustoszonymi z "dziewczyńskich skarbów" kieszeniami, no i do chałupy i tak trzabyło wracać w samym swetrze. Dobrze, że nie lało akurat. W drugim tygodniu Młodsza mówi, że jak wróciła z koleżanką z religii (bo tylko we dwie chodziły), to ich kurtek już nie było. Przeszukały z wychowawczynią pół szkoły, ale nie znalazły. Super. Kurtki odnalazły się później cholera wie gdzie. Zostały po tygodniu wystawione w koszu na podwórku wraz z innymi rzeczami odnalezionymi. Poza tym wystarczyło zostawić plecak bez nadzoru, co często się zdarzało, gdy dziewczyny szły na religię lub dodatkowy francuski, a już był przegrzebany i odchudzony z paru rzeczy. Przybory poniszczone albo ukradzione.

Do tego wyśmiewanie. Wystarczyło, że nie zrozumiały zadania z matematyki, które niby proste, ale po francusku. Nauczyciele mieli to w dupie, że one nie znają języka, zwłaszcza w klasie Starszej. I wtedy jeden z drugim gówniarze brali kartkę z zadaniem i latali po całej klasie zaśmiewając się z błędnych wyników. To podejrzewam przez to, że moje młode są bardzo dobre z matmy i cała tamtą klasę przewyższały swoją wiedzą matematyczną, co musiało ich wkurzać, bo powszechnie wiadomo, że jak ktoś nie zna danego języka uważany jest za głupszego. Więc jak przyłapały ich na niewiedzy to była radocha na maksa, jak to gówniarze... No, ale żeby nauczyciel nie reagował...

Pierwsze dni to moja wiecznie pilnująca ładu i porządku w szkole Młoda była w szoku. Nie mogła się nadziwić np że te dzieci nie wiedza do czego jest kosz. "wyobraź sobie mamo, że te gupki jak zjedzą banana czy mandarynkę, czy kawałek kromki im zostanie, to resztki wyrzucają na podłogę chociaż pełno koszy stoi. A pani woźna ciągle na nich krzyczy lecz oni i tak nie słuchają."

 A kible?Zgroza. Drzwi wisiały na jednej zawiasie, oczywiście wszędzie syf, smród zero papieru do pupy, o ręcznikach, mydle, to w ogóle można zapomnieć. Młode nie chciały korzystać z kibelków w szkole bo inne dzieci zaglądały, lały wodą, no i była grupa piąto- szóstoklasistek znęcających się nad młodszymi. Nauczyciele o tym wiedzieli, bo dzieci się skarżyły. No ale co? Wytargały je za uszy, dały po dupie, postawiły na godzinną przerwę obiadową bez jedzenia i zabawy w kącie a na drugi dzień znowu to samo.
 Z Młodą byłam kilka razy u lekarza, bo ciągle skarżyła się na ból brzucha, raz pojawiła się nawet krew podczas sikania. Lekarz mówił, że to na tle nerwowym... W końcu przyznała się ,że parę razy dostała w brzuch od tych francowatych dziewuch. Oczywiście pani je ukarała, ale na takie mendy nic nie działa. Wtedy dałam Młodym zezwolenie na obronę więcej niż konieczną, mówiąc "jak trzeba to przypierniczcie krzesłem i się nie ocyndalajcie i miejcie w d punkty za zachowanie". Wiem, że Młoda potrafi se poradzić,  ale też chce wszystkie konflikty rozwiązywać pokojowo i ja tez jestem za, ale w tej szkole nic nie było normalne.Więc pozostaje "oko za oko". Ona wie, że "krzesło" to za wiele i że to tylko metafora, ale jak użyje np swoich wiecznie za długich pazurów a druga jej pomoże i to pewnie wystarczy ;) No i sama świadomość, że jej wolno się bronić to dla niej coś znaczy.

Zresztą potem obie już wiedziały, że niedługo zmienią szkołę, to tylko liczyły dni i już się tak nie bały.

No i pocieszeniem dla Młodych był fakt, że cała ta gromada nie umie pływać. Tu basen jest obowiązkowy, a te dzieci zachowywały się na basenie jakby pierwszy raz wodę widziały. Młode się cieszyły, że są w grupie z najstarszymi bo dobrze pływają. Wszak do pływania język nie potrzebny.

No nie powiem, dziewczyny miały też fajne koleżanki i kolegów w szkole, podobała im się szkoła jako taka, bo ciekawe wycieczki, zajęcia, inna organizacja zajęć niż w pl. Ale atmosfera ogólna była tak koszmarna, że nie wiem, czy po roku nie nabawiły by się jakichś poważniejszych problemów zdrowotnych. Zresztą nie wyobrażam sobie, by miały chodzić dłużej do tej szkoły, czego się tam można było nauczyć oprócz chamstwa, złodziejstwa i innych paskudnych nawyków?

Na szczęście trafiliśmy na życzliwych Flamandów, którzy nam pomogli znaleźć mieszkanie i szkołę.

W Brukseli bardzo nam się wszystkim podobało. Mieszkaliśmy w pięknej okolicy, gdzie było masę zieleni, placów zabaw, blisko metro, tramwaj, autobusy, sklepy. Ale ta szkoła.... po prostu koszmar.

Teraz mieszkamy na wiosce. I muszę rzec, że mimo nieznajomości języka właśnie tutaj czujemy się wszyscy jak w domu. Problemem jest tylko aktualny brak samochodu. Do centrum jest 3 kilometry i czasem ciężko na rowerze przywieźć zakupy, zwłaszcza jak pada deszcz. A tutaj jest tylko malutki sklepik z podstawowymi produktami i piekarnia i wielu rzeczy tu nie kupimy.


10 grudnia 2013

bariera językowa, biurokracja, pierwszy kontakt z rodakami....

Zanim tu przyjechałam, przeguglowałam trochę na temat tego kraju, M trochę popytał na miejscu i wyszło nam, że formalności typu zameldowanie, potem ubezpieczenie, otrzymanie dodatku rodzinnego itd to tak za 3 miesiące średnio trwa... E, no to nie tak źle - pomyśleliśmy.

No niestety okazuje się, że to wszystko zależy od tego kto się melduje i gdzie. My akurat wylądowaliśmy w dzielnicy "opanowywanej" aktualnie przez emigrantów z Północnej Afryki, czyli wszędzie tłumy interesantów. No więc na dzień dobry stanie w kolejkach przy każdej wizycie w gminie.

Plus taki, że Bruksela ma to super zorganizowane (nie tylko w gminach, ale np też na poczcie itp): przychodzisz, bierzesz numerek i czekasz, aż pojawi się on na tablicy wraz z numerem okienka, przy którym cię obsłużą. Na obsługę też nie ma co narzekać, wszyscy bardzo mili, nikomu nie przeszkadza, że twoje dzieci biegają, że się śmieją, że muszą do kibelka... Nawet jak posługujesz się tylko łamana angielszczyzną, to możesz wszystko załatwić.Nikt z tego nie robi problemu, nie stroi min ani nie szydzi jak było by w pl.

Oczywiście nie ma co ściemniać - znajomość któregoś z dwóch języków urzędowych zdecydowanie upraszcza załatwienie czegokolwiek, wiadomo. No nic, my wychowani w PRLu tylko pa ruski gawarim haraszo, a tutaj prawie każdy porozumie się swobodnie co najmniej w 3 językach europejskich. Wiecie jak człowiekowi głupio na początku i wstyd, że oni tu wszyscy znają różne języki? I jak ktoś zagadnie po francusku na ten przykład, a ty umiesz tylko, "że ne parle pa frąse", to on wymienia kolejno: "a niderlandzki?  a niemiecki? a angielski?"... Kurde, człowiek się robi taki malutki... "no trochę po angielski mówić"... Kurde ale co to za angielski, ja w życiu nawet na żaden kurs angielskiego nie chodziłam, tyle co się zna z tv, komputera i samodzielnego uczenia kiedyśtam.No ale jak mówię, ludzie się nie śmieją, raczej widzę w oczach zdziwienie "gdzie oni się wychowywali, że mówić nie umieją w jakimś cywilizowanym języku?".
No dobra, ważne, iż mimo bariery językowej ludzie traktują cię z dużą sympatią i wyrozumiałością każdy ci chce pomóc. No może z wyjątkiem rodaków, ale o tym później...

Tak czy siak pierwsze dni to był koszmar - jak tu pójść cokolwiek załatwić jak się nie zna języka, mało tego, nie wiadomo gdzie tu urząd gminy?, gdzie poczta?, szpital?, przychodnia?...

Jak kogoś zapytać jak się nie zna francuskiego? dżiżas....Gdzie tu jakaś szkoła dla dzieci? 2 tygodnie do wakacji a tu nie ma jak zapisać dzieci do szkoły. Liczyło się na internet, że się wygugluje i może jakąś pomoc się znajdzie językową a tu dupa.... Do tego ci, którzy zachęcali nas do przyjazdu deklarując swą pomoc okazali się... hm... zbyt zajęci swoimi sprawami...(?!)

 Stare przysłowie pszczół mówi, że jak możesz liczyć na kogoś to tylko na siebie. No i w ostatniej chwili zobaczyliśmy ogłoszenie w polskiej gazetce "pomagam w sprawach urzędowych, znalezieniu szkoły etc" no to sru - dzwonimy a baba mówi, że za znalezienie szkoły bierze tylko 250 euro... No k, tyle co w pl adwokat... za wysłanie paru mejli które nic nie kosztuje i jeden przyjazd na miejsce na wizytę z dyrekcją, no ja p 250 euro... a nam ledwie na chleb starcza.... wiadomo, przeprowadzka trochę pożarła kasy... No ale nic, jakie jest inne wyjście? Franca wzięła kasę przed robotą, było więc trochę stresu, ale szkołę znalazła.... że ciulową i że i tak trzabyło zmienić to już inksza inkszość, że się franca spóźniła pół godziny na spotkanie z dyrektorem i nawet "przepraszam" nie raczyła rzec a ja w deszczu z chorym dzieckiem czekałam to już szczegół, że przyprowadziła na to spotkanie swojego rozwydrzonego bahora,  to też szczegół. Najlepsze jest to, że w gabinecie dyrka obiecała że wypełni mi karty zdrowia, przeczyta regulamin i inne dokumenty, i kazała dyrkowi wysłac listę materiałów na swój emajl, że mi przyśle przetłumaczoną, gdy dyrektor zapytał o tel kontaktowy natychmiast podała swój no bo ja i tak nie zrozumiem jakby kto dzwonił (no fakt), ale potem dodała, że to kosztuje 70 euro... No nic. Potem po wyjściu rzekła, że bardzo się śpieszy, to się zdzwonimy i że owszem pomoże nam tez na komunie (czyli w gminie) - 50 euro za przyjazd... i tyleśmy ją widzieli... Przez 3 miesiące nie odbierała telefonów... Pani Ewa  która w swoim ogłoszeniu pisze "będziesz miło obsłużony i zadowolony" - polecam naprawdę polecam - pani bardzo miła (nie)kulturalna i 5 minut opierniczy cie z kasy na zero. Tak byliśmy zadowoleni z jej pomocy...  Jak w końcu we wrześniu odebrała telefon i została kulturalnie opierniczona, to powiedziała, żeby napisać do niej list, to ona odpowie... no nie wiem k co to miało by mieć na celu.

Tacy są często Polacy za granicą (w pl zresztą też) - patrzą by cię wydoić z kasy i podstawić nogę. Zwłaszcza nasi rówieśnicy i młodsi. Oczywiście nie wszyscy, nie wszyscy!

Koniec końców na komunę poszliśmy sami z naszym szałowym angielskim. Niestety na pierwszą wizytę zapomnieliśmy przetłumaczyć sądowego pisma o pozbawieniu praw rodzicielskich. Nasza wina. Bez tego nie można zameldować przecież dzieci, logiczne. No więc sru do tłumacza. Czekanie. Znowu do gminy. Co sie okazuje? Tym razem pani mówi, że dokumenty muszą mieć apostille, czyli taką pieczątkę z polskiego MSZ.  A żeby zrobili apostille na dokumentach sądowych, musi je najsampierw podpisać prezes Sądu Okręgowego. Jeszcze parę lat temu te formalności można było załatwić w ambasadzie. Teraz tylko w swoim kraju. No super! Po prostu zajebioza! Fajnie że w polskich urzędach sa tak kompetentni urzędnicy, iż zapominają poinformować o takim szczególiku podczas wybierania wielojęzycznych aktów urodzenia. Nie wiem z zazdrości, głupoty czy po prostu sami tego nie wiedzą...

Dodatkowo to kosztuje... kolejne 200 euro w plecy. No to na pocztę: dokumenty do rodziny, rodzina biegiem do sądu, potem śle do znajomych w Warszawie, oni biegiem do MSZtu  i ślą do nas.... no i amba fatima... Do pl list dotarł za 1 dzień, z pl nie dotarł po tygodniu.... Fajowo komplet naszych najważniejszych dokumentów: wszystkie akty urodzenia, rozwodu, małżeństwa szlag gdzieś trafił.... Po wielu telefonach, wizytach na pocztach się odnalazły w punkcie pocztowym w naszej gminie... no pewnie listonoszowi się awizo nie chciało do skrzynki wrzucić... Nicto ważne że są, opieczętowane spodpisywane ze wszech stron...

Jednak zanim to wszystko się pozałatwiało, udało się znaleźć mieszkanie w miejscu, gdzie jest dobra flamandzka szkoła dla naszych pociech i postanowiliśmy się przeprowadzić, w związku z czym nie miało sensu kolejne odwiedzanie gminy, gdyż M który pierwszą wizytę w urzędzie odbył w kwietniu dowód odebrał dopiero po pół roku - tyle to trwa. Przeto postanowiliśmy meldować resztę rodziny już w nowym miejscu. I tym oto sposobem wszystkie dokumenty trzeba było teraz tłumaczyć na język niderlandzki. Na szczęście trafiliśmy na fajną niedrogą tłumaczkę. Tutaj w gminie nie ma takich  kolejek jak w stolicy, w ogóle jak poszliśmy rano, to tylko my byliśmy w urzędzie. W końcu to mała miejscowość i nie ma wielu obcokrajowców. Pani policjantka też szybko przyszła sprawdzić dom. No a teraz czekamy na wezwanie do gminy przygotowani na kolejne problemy... bo kto wie, co tu znowu za przepisy obowiązują...

Najważniejsze, że czujemy się tu wszyscy jak w domu, kasy na jedzenie i opłaty też starcza, choć dodatkowe parę euro z dodatku rodzinnego też by nie zaszkodziło, no i ten brak ubezpieczenia.... to też trochę stres. A bez zameldowania ani jednego ani drugiego nie chcą załatwić. No więc czekamy i czekamy....



9 grudnia 2013

Internet w Belgii - trudne początki.

Planując wyjazd całą rodziną do Belgii nastawiliśmy się na wiele trudności, jednak okazało się że...
 tych trudności jest jeszcze więcej :)

Przed wyjazdem zaplanowałam, że będę opisywać na blogu nasze pierwsze dni... No ale żeby prowadzić bloga, trzeba mieć internet!!!

 Nam udało się założyć internet dopiero po pół roku mieszkania w tym skądinąd pięknym kraju, bo tyle czeka się na dowód osobisty w Brukseli, a bez belgijskiego dowodu o Internecie można pomarzyć. No, mogliśmy założyć "radiówkę", ale stwierdziliśmy że "ten miesiąc, dwa nas nie zbawi, poczeka się na papiery i założy tv+net+telefon"... ech kto przypuszczał, że spotkamy tyle problemów z meldunkiem i że AŻ TYLE TO TRWA!

A trwało tyle, że zdążyliśmy przeprowadzić się na wieś, co oczywiście wywołało kolejne kłopoty w kwestii internetu, gdyż niektóre belgijskie firmy telekomunikacyjne nie podłączą Neta w innym miejscu niż to, w którym jest się zameldowanym, a  zmiana adresu w dowodzie to znowu miesiąc czekania: na policję, na wezwanie do urzędu, ech... No ale znalazła się jedna fajna firma, której nie przeszkadza niezgodność adresu zameldowania z adresem zamieszkania, uch...

INTERNET JEST JUŻ TAK BLISKO....

...blisko... coraz bliżej...

Cóż,  po okazaniu nowiusiego, pachnącego dowodziku belgijskiego i zamówieniu internetu  kazali jeszcze  poczekać 3 tygodnie na jego założenie.

Super. Po prostu super.

trzy........
długie........
tygodnie.......

przyszedł nawet esemes powiadający o przyjeździe ekipy.

No i dupa. 

Nikt nie przyjechał. No więc znowu telefon do firmy... pan sprawdza w komputerze... no faktycznie nie zainstalowane... przeprasza, ale nie wie dlaczego nikt nie przyjechał ani się nie skontaktował... przeprasza raz jeszcze... ustala nowy termin....

NO I JEST! W KOŃCU WYMARZONY, WYTĘSKNIONY INTERNET!!!

Ludzie, wyobrażacie sobie pół roku bez Internetu? Bez telewizji?  W nowym mieście? W obcym kraju? Bez znajomości języka urzędowego? Z 3 małych dzieci? Bez znajomych?

Ja sobie już nie muszę wyobrażać. Dobrze, że to już za nami. Ale ile jeszcze przed nami?