28 grudnia 2013

Święta, święta i poświąteczne refleksje okołokościołowe

Święta? Jakoś nie zauważyłam różnicy między tymi a innymi dniami...
W zasadzie od dawna nie lubię świąt. Ani tych, ani tych na wiosnę... No bo o co tyle hałasu?

 W dzieciństwie owszem z niecierpliwością czekało się na święta... ubieranie choinki, duża wigilia z babcią, wujkami, ciociami i wspólne śpiewanie kolęd, szopka, choinki w kościele, fajne filmy w tv, które oglądało się z całą rodziną, pomaganie przy pieczeniu tych wszystkich serników, makowców, robieniu sałatek,  odwiedzanie rodziny...
Z czasem zagubiła się właśnie głównie rodzinność tych dni, każdy siedzi przed swoim telewizorem, komputerem, jak już się pójdzie w gości lub też goście przyjdą to każą się opychać sałatkami, ciastami na które się nie ma ochoty, ale trzeba jeść, by gospodyni nie obrazić. Zresztą żarcie takie samo jak przez cały rok... No i ulubione tematy rozmowy: co ma sąsiad czego my nie mamy i skąd to ma jak mieć nie powinien i nie zasłużył to nam się należy a ta od tamtych z tym od tego jak ona wygląda a jak się zachowuje a te ich dzieci a to wszystko przez ten rząd... A by tylko kto wstał od stołu, żeby na ten przykład do wuceta się udać to już jego d w temacie, bo "czy wy wiecie, że on..." i każdy bierze udział w tej szopce, bo to się udziela wszystkim choć każdy pewnie wie, że jak pójdzie do kibla...
Wszechobecna zawiść, wrogość - bo to Polska właśnie - nawet, a może zwłaszcza, w święta.
Dlatego znielubiłam święta jakiś czas temu. Sytuacji nie poprawił fakt, że Starsza Młoda urodziła się w wigilię, gdy to najgorszy personel miał dyżur na porodówce i ledwo co obie przeżyłyśmy... ale to inna bajka.

Jednak w pl to jeszcze czuć trochę tej świątecznej atmosfery. Ludzie idą do kościoła, spotykają się z rodziną (nawet jeśli to wygląda jak powyżej, to się spotykają), jak nie muszą pracować to świętują.
Tutaj w be już na początku grudnia ludzie wytargali  przeróżne świecące dekoracje, które świecą się dzień-noc, dzieci w ostatnim tygodniu wymieniały się kartkami świątecznymi z życzeniami od całych rodzin, ale - jak mówi znajoma Polka z 40letnim stażem w be - tutaj ludzie tak nie świętują. Dzieci co prawda mają ferie świąteczne jak w pl i odpoczywają, ale dorośli jak widzę mieli wolne tylko w Boże Narodzenie, bo w "Szczepana"już sklepy czynne, listonosz pocztę rozwoził itd. A do kościoła też raczej tłumy nie walą, o czym, świadczy chociażby fakt,że pasterka jest co 5 lat w innej parafii. W tym roku akurat wypadało w naszej wsi, ale przyznam się, mimo szczerych chęci doczekałam tylko do 22ej :) No cóż jak ktoś chodzi spać z kurami i z kurami wstaje to żywcem nie da rady siedzieć do północy. Nie mówiąc o tym by chciało się jeszcze wychodzić z domu, gdy leje jak z cebra, a tak było w święta. Zresztą nie miałam wielkiej motywacji, bo jednak Msza po niderlandzku, to Msza po niderlandzku i tak nic się nie rozumie. Jak powszechnie wiadomo, ja nie jestem wzorową katoliczką, niemniej jednak czasem mam potrzebę pójść do kościoła, zwłaszcza odkąd sprawy wszelakie (typu chrzty, komunie, ślub) w tej kwestii mam "formalnie" uporządkowane. W święta lubię pójść choćby po to, by posłuchać czy pośpiewać kolęd i dać tym samym się ponieść magii świąt. I właśnie możliwe, że tym razem właśnie tego zabrakło. No ale dopóki się nie zaznajomię z językiem to nie mam wielkiej ochoty uczestniczyć w Mszy. Chyba że dorobimy się jakiegoś jeżdżącego klamota, to odwiedzimy polskie kościoły.
Poza niezrozumieniem tesktów belgijskie kościoły mogą działać przygnębiająco z innego powodu. Bo Belgia to kraj kiedyś katolicki, są tu przepiękne kościoły i stare i nowoczesne, ale jak się przekonałam, świecą pustkami. Powiem Wam, że mimo średniej raczej integracji mojej z Kosciołem, smutno się robi, gdy człowiek widzi takie ogromne a puste świątynie.

Zaraz niedługo po przybyciu do be wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do Narodowej Bazyliki Najświętszego Serca w Brukseli. Dla zainteresowanych odsyłacz do Wikipedii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Narodowa_Bazylika_Naj%C5%9Bwi%C4%99tszego_Serca_w_Brukseli

Od naszego poprzedniego mieszkania to było jakieś 5 km, więc sobie spokojnie spacerkiem przeszliśmy. Świątynia jest przepiękna, jak widać na obrazku. Od jej drzwi głównych dodatkowo mamy widok na ładny Park Elżbietański. Przed bazyliką spotkaliśmy wielu turystów a na trawie przed głównym wejściem wypoczywających ludzi i - co mnie lekko zszokowało - ludzi opalających się w samej bieliźnie, co mi nijak nie pasowało do powagi tego miejsca bez względu na to jaką kto religię wyznaje. Ale to nic. Idziemy dalej w poszukiwaniu wejścia, bo główne zamknięte na cztery spusty. Wchodzi się bocznym wejściem, które jednocześnie jest tez wejściem do restauracji. Akurat trafiliśmy na jedną jedyną Mszę, w której uczestniczyło UWAGA! jakieś 30-40 osób, a świątynia olbrzymia i przepiękna. Jest też miejsce poświęcone Janu Pawłowi II, gdyż odwiedzając Belgię właśnie w tym kościele gościł. Tu zauważyłam czasem ktoś z turystów przystaje, modli się, zapala świeczkę... Ale tubylcy raczej nie bardzo zainteresowani pobytem w kościele. 

Później kilka razy uczestniczyliśmy w francuskojęzycznych Mszach w naszej okolicy. Razem z nami bywało tam około 50 osób. W większości kościołów brukselskich jest jedna Msza w niedzielę, w niektórych są jeszcze nabożeństwa w któryś inny dzień tygodnia. W kościołach, w których byliśmy, nie było ławek jak w pl, tylko krzesełka ustawione w półkole, tak, że każdy każdego widzi. Każdego wchodzącego wita ksiądz podaniem ręki (tak samo przy wyjściu z kościoła) a ktoś inny rozdaje każdemu kartkę z porządkiem Mszy i tekstami pieśni, czytań, Ewangelii na daną niedzielę.
Tutaj rzadko ktoś klęka zarówno przy wejściu jak i w czasie Mszy. przekazując "znak pokoju" każdy do każdego podchodzi podając ręce, także ksiądz do każdego podchodzi. Komunia rozdawana jest do ręki. Poza tym porządek jest taki sam jak w pl. No tylko język inny...

Tak się zastanawiam, ile czasu potrzeba by polskie kościoły świeciły takimi pustkami jak tutaj? Bo - moim zdaniem - w końcu tak będzie, no chyba że Kościół zmieni swe nastawienie, politykę,  znajdzie jakiś pomysł, a jakoś się a to nie zanosi. Uważam, że jeśli księża nadal będą zmuszać dzieci i młodzież oraz dorosłych do chodzenia do kościoła i próbować ich kontrolować na wszelkie możliwe sposoby zamiast skutecznie zachęcać to nastąpi to raczej prędzej niż później. No bo weźmy chociażby spowiedź z okazji ślubu, bierzmowania, chrztu... żeby dorosły człowiek musiał prosić o podpisanie zaświadczenia iż faktycznie u spowiedzi był, to dla mnie jest nie tyle nawet  śmieszna co wręcz chore. Dla kogo ja idę do spowiedzi, dla siebie, czy dla księżula i dla durnych formalności? A może by tak idąc w tą stronę kamery w domu, podsłuch w telefonie? bo może ja na ten przykład zdradzam męża a się nie spowiadam z tego? hę? skąd on wie czy ja nie cyganię na spowiedzi? skoro nie uwierzy że się spowiadałam jak nie pokażę dowodu? hę? 
Dobrze że są jeszcze - nieliczni bo nieliczni - tacy księża jak w naszej ostatniej parafii w pl, to jest dla polskiego Kościoła trochę nadziei. Facet, który nie mówi "róbcie" tylko "robimy", zakłada jeansy, podkoszulek i nosi wiadra z farbą do malowania plebanii. Ksiądz, który nie woła kasy za ślub, chrzest... nam powiedział np że mamy dzieci więc ważniejsze wydatki mamy, "jak kiedy będziecie mieć to dacie jakąś ofiarę, ale to przeważnie stare babki dają" No i właśnie poczucie humoru, które zjednuje serca zarówno dorosłych jak młodzieży i dzieciarni. Ma też pewnie swoje wady i upierdliwości jak każdy człowiek na Ziemi, ale ważne jest ogólne ludzkie, życzliwe podejście jakiego bez wątpienia potrzeba nie tylko w Kościele ale w całej Polsce.

No a tu? Tu dla kościoła jest już chyba za późno, za dużo ludzi innych wyznań. Czasem odnosi się wrażenie, że Belgia się wstydzi katolickich korzeni. Jednak jest pozytywna wg mnie strona tej sytuacji. Tu do kościoła idą tylko ci, co na prawę tego chcą,  a nie jak w pl, żeby sąsiedzi nie gadali, żeby ksiądz nie pokazywał palcem... I tu w kościele czuje się tą wzajemną więź, sympatię, nawet jak jest się obcym przybyszem. A w pl zwłaszcza na zadupiach zaraz po wejściu do kościoła każdy jest lustrowany od dołu do góry i już każdy ocenia, bo sąsiadka lepiej wie, czy powinieneś dziś przyjąć komunię Świętą i co masz na sumieniu... Przez to nie lubiłam chodzić do kościoła w pewnym okresie życia na skądinąd fajnym polskim zadupiu.



22 grudnia 2013

urodziny

No, pierwsze zagraniczne przyjęcie urodzinowe za nami...

Gdy Młode dostały zaproszenia na imprezy do koleżanek, pomyślałam mniej więcej:
- No to kiedyś trzeba będzie zorganizować przyjęcie Młodym...
- Kurde, one są z grudnia...
- Nie, nie ma mowy, przecież to niemożliwa niemożliwość... Przecież to nie ma sensu - ani się nie dogadam z dziećmi, ani nikogo tu nie znam ...nie ogarnę. Za rok zrobimy urodziny u nas.
- E, ja sobie nie dam rady z dziećmi? Ja?!

Po tej to wymianie myśli między jedną mną a drugą mną (dla tych, co nie wiedzą - jestem zodiakalnym bliźniakiem, czyli tzw 2 in1) oznajmiłam M, że musimy zorganizować urodziny.
-Jak tam uważasz... a ten mercedes to nawet lepszy niż tamten ford, popatrz ten model, co Ci się podoba.... - odpowiedział wielce tematem zainteresowany mój M gapiąc się w smartfona.

Skoro mój pomysł został zaaprobowany z wielkim entuzjazmem  :) to do dzieła. Zapytałam wujka Gugla w co bawią się nastolatki na imprezach, potem przeszukałam swoją osobistą pamięć i zaczęłam kombinować, które z zabaw nie wymagają wielu komentarzy. Niestety te zabawy, które nie wymagają gadania, potrzebują przygotowań. No ale coś za coś...

No dobra teraz zaproszenia.... oczywiście wujek Gugl i dobre człowieki na forach jak zwykle pomogli - dostałam kila gotowych tekstów zaproszeń po niderlandzku. W związku z powyższym nie mogę niestety się pochwalić, jakoby sama przygotowałam wszystko.
Tylko wydrukować... co za idiota produkuje drukarki, które po wykończeniu jednego koloru tuszu odmawiają dalszej współpracy?! i dlaczego k skończył się niebieski skoro mam tylko czarny w zapasie?! i dlaczego tu jeden kolor do brothera kosztuje ponad 20 euro jak na allegro kupowałam 25 zetów/komplet?
...że co? że po co kupowałam taką drukarkę?... hm, bo jest bardzo dobra... jak ma tusze.

Wypisałam 23 zaproszenia długopisem, a co. Jak za starych dobrych czasów i kliparty też se wstawiłam długopisem, a co. Dziewczyny pokolorowały i gitara.

Mając na uwadze fakt, że M nie przepada za dziećmi (przynajmniej w większych ilościach), imprę zaplanowałam od 11 do 14, kiedy przeważnie jest w robocie, ale się okazało, że zrobili im przymusowe wolne świąteczne... Ech. Jednak sam z własnej nieprzymuszonej woli po wyspacerowaniu Młodego postanowił się wybrać na 3 godzinne zwiedzanie sklepów. Nie ma to jak facet lubiący zakupy :)

Tak czy owak do jedenastej myślałam, że Młode jajo zniosą, zanim jakiś gość zadzwoni do drzwi. Gdy zrobiło się "za dziesięć" jedenasta, Młoda już prawie straciła nadzieję, bo przecież "już dawno powinne przyjść... " Od okna do zegara.... a Młody za nimi.... Dżizas....
Nagle za pięć jedenasta zajechało auto pod dom i dzwonek do drzwi.... "mamo, mamo, ktoś dzwoni, ktoś przyszedł...." Młoda się darła na całą wieś skacząc do drzwi... Wszyscy jak - na komendę - przyszli, przyjechali rowerami, autami praktycznie w tym samym czasie... Młoda prawie, że wyszła z siebie z radości.

Tak jak się spodziewałam - przyszło większość koleżanek. Tak jak mówiłam - urodziny tu taj to dosyć ważna uroczystość. Uzbierało się mnóstwo prezentów, co jak wiadomo nie jest bez znaczenia.

Zabawę zaczęliśmy od podzielenia gromadki na 2 grupy. Koleżanki Młodszej miały za zadanie odnaleźć pochowane wcześniej przez szaloną matkę owoce. Oczywiście nie gdzie indziej tylko w pokoju Młodej. Dostały listę i koszyki i poszły na górę.

Druga grupa w tym czasie dostała mapę dolnego piętra z zaznaczonymi miejscami, gdzie znaleźć mieli obrazki z kucharzem, które przyczepione były do różnych przedmiotów potrzebnych oprócz owoców do skonstruowania sałatki. Dzieci wyglądały na zadowolone z zabawy, z czego wnioskuję, że był to dobry wybór.
Potem - co jest oczywiste - zrobiły sałatkę. Tym oto sposobem mamy deser na dziś, bo sporo tych owoców było :)

Poza tym w programie był oczywiście tradycyjnie tort ze świeczkami i odpakowywanie prezentów oraz zabawy przy muzyce, w tym macarena, limbo itepe. Chwilę zajęło też kilka rund twistera no i zabawa w losowanie ubrań ze skrzyni. Szczegóły? Tańcząc w rytm muzyki rozstawieni po całym salonie podajemy balon. Co jakiś czasie robimy "muzyka stop". Kogo wówczas przyłapiemy z balonikiem, musi podejść do skrzyni, wybrać 1 sztukę garderoby (w tym korale, czapki, okulary słoneczne, szaliki, gacie taty, kapelusze, staniki) i założyć na siebie. Zabawa trwa do opustoszenia skrzyni. Najfajniej ubrani tańczą np macarenę. Zabawa się podobała, ale dziewczynka ubrana m.in.w 2 szaliki, włóczkową czapkę i kurtkę trochę narzekała na gorąco :)

Czy zabawa się podobała ogólnie - nie mnie oceniać. Młodym w każdym bądź razie się podobało i to mnie cieszy. Za rok - jak mniemam - już naumiem się języka, w związku z czym i bardziej skomplikowane zabawy będzie można zapodać.