31 grudnia 2013

Rok minął, jaki był?


Niektórzy robią sobie postanowienia noworoczne, których i tak nikt nie dotrzymuje... 

Ja tam wolę sobie zrobić pozytywne podsumowanie roku, czyli co DOBREGO się wydarzyło, jakież to trudności udało się pokonać...

Wszystko po to, żeby w chwilach zwątpienia sobie je przypomnieć... i pomyśleć "teraz też dam radę".



Rok mijający zaczęliśmy od rozstania. M wyjechał do be w poszukiwaniu lepszej pracy, a ja z całą trójcą zostaliśmy w pl.

Owo rozstanie dało nam wszystkim wiele dobrego. Nie tylko to, ze teraz jesteśmy tu gdzie jesteśmy, ale i jacy jesteśmy...

Czasem potrzeba odejść daleko, żeby znaleźć się bliżej, żeby docenić, to co się ma... Skomplikowana przeszłość kobiety z przeszłością i mężczyzny po przejściach, kłopoty finansowe , brak pracy, perspektyw, przy tym nowy członek rodziny i 5 człowieków na 35 metrach... najmocniejsza miłość, największa cierpliwość może nie wytrzymać takiej próby... 

na szczęście los dał nam rozstanie i drogie telefony.

Jaki pozytyw może być w drogich telefonach spytacie?

Otóż...

Z  M poznaliśmy się przez net. Pisaliśmy baaardzo długie listy przez długie miesiące. Nawet spotykając się w realu nadal wymienialiśmy e-maile – oboje lubimy czytać, oboje lubimy pisać. Takie stare świry z nas.

I właśnie będąc od siebie 1500 km zaczęliśmy znowu korespondencję, wyjaśniając po trochu różne nieporozumienia. 

Wiele rzeczy, o których ciężko mówić w cztery oczy, z łatwością można wystukać z klawiatury i wcisnąć Wyślij...

 Gdy spotkaliśmy się po prawie 4 miesiącach niewidzenia byliśmy innymi zupełnie ludźmi, zupełnie nową rodziną choć niby tą samą.


Potem nagła decyzja o przeprowadzce do be,
 duży, 
OGROMNY stres, 
zamieszanie, 
załatwianie w ostatniej chwili różnych spraw, 
kłopoty z przewoźnikiem, 
stresująca podróż 18 godzin prawie bez odpoczynku: dzień-noc... 
po prostu szaleństwo!!!

Jednakowoż już na miejscu mimo kłopotów opisanych wcześniej napłynął zachwyt urokami miejsca, w którym zamieszkaliśmy. Dla mnie i dla dzieci był to pierwszy wyjazd za granicę. Przyznam, dziwne to uczucie. Nie, nie miałam obaw – ja lubię zmiany i przygody, przeto raczej niepokój – jak to będzie? co spotkamy na miejscu? bo opowieści opowieściami, ale to trzeba zobaczyć i poczuć... 

Okazało się, że nasze mieszkanie znajduje się w przepięknej okolicy. Duże miasto, stolica Europy a tu prawie jak na wsi: dużo drzew, ładne kamienice z pięknymi, dużymi ogrodami. Tyle że do metra 2 kroki, tyle samo do tramwaju, autobusu, dużych sklepów. I ogród dla dzieci, a w nim drzewa i krzewy owocowe, Młode posiały swoje kwiaty, które im cudnie zakwitły...  Po mieszkaniu przez 3 lata na 4 piętrze w kawalerce to raj na ziemi wręcz.

Bruksela - tu mieszkaliśmy
No i mogliśmy pozwiedzać Brukselę, a bez dwóch zdań to bardzo piękne miasto. Nawet pomijając główne atrakcje turystyczne, to praktycznie wszędzie jest co zobaczyć. Stare, urocze kamienice, między nimi nowoczesne wieżowce, do tego mnóstwo zieleni. Parki zadbane, w nich stare drzewa, źródełka, stawy, fontanny, ptactwo wszelakie, aż chce się tam spędzić całe dnie. Ludzie leżą na kocach, dzieciarnia turla sie po trawie... jest czysto. Wiadomo ludzie śmiecą – jak wszędzie, ale służby sprzątające są bardzo dobrze zorganizowane i panują nad tym. No i psy mają swoje kible i wybiegi więc na trawie nie leży gówno na gównie jak w pl. Zdarza się wdepnąć w psią kupę i owszem (czasem pies nie wytrzyma, czasem pan nie posprząta), ale w pl to raczej się zdarza nie wdepnąć... :)

I jeszcze muszę wspomnieć o jednej kwestii, której w pl raczej się nie doczekamy – kultura na drodze. Ja autem nie jeżdżę, ale dużo chodziłam po mieście. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić, że na przejściu dla pieszych można spokojnie przechodzić... Ledwie dochodzę do przejścia a już z obydwu stron auta stoją, ludzie uśmiechają się do dzieci. Kurczę, przez pół roku plątania się po Brukseli ani razu nie czekałam na przejściu dla pieszych, no chyba że były światła :) 
Jak sobie przypomnę ile razy czekałam w pl na przejście z ryczącym dzieckiem na 1 ręce, torbą z zakupami w drugiej a z przodu jeszcze wózek brzuchem popychany i o mało mi nogi korzeni nie puściły, a do tego czasem człowiek w połowie ulicy a tu jeszcze baran jeden z drugim trąbi, omija i jeszcze mordę drze przez okno. 

I parkowanie – w Brukseli jest mało miejsca, ale doskonale mają zorganizowane parkowanie na poboczu: wszędzie stoją auta zgodnie z kierunkiem jazdy, dzięki temu łatwo jest się włączyć do ruchu. Jak ktoś zaparkuje odwrotnie, to odholują raz-dwa i porządeczek jest.

I tak to Bruksela przywitała nas pozytywnie i taki jej obraz chcę zapamiętać.  Potem oczywiście zaczęły się wspominane już schody, ale jak to mówią, co było a nie jest, nie pisze się w rejestr...

Przeprowadzka na wieś i jakoby powrót do korzeni to – jak wspominałam – bez wątpienia do pozytywów należy. Przeto kończący się właśnie rok uważam za wielce pozytywny. 

A była bym zapomniała – przed końcem roku – zaledwie parę dni temu, udało nam się dokończyć procedurę meldowania. Co prawda dowód dostanę dopiero za pół roku, ale wszystko już na dobrej drodze.


Niniejszym oświadczam, że moje życie osobiste uważam za ciekawe i kolorowe. Mam najwspanialszą rodzinę na świecie, dużo ciekawych przygód,  ciągle mnóstwo optymizmu mimo wielu przeciwności losu  i niekończące się poczucie humoru.

Czego i Wam Wszystkim, Znajomi i Nieznajomi, życzę w Nowym 2014 roku.