28 grudnia 2014

Miłości do samochodu nic nie przeszkodzi

Parę dni temu szykowalismy się do przyjęcia urodzinowego. Tzn ja i solenizantki robiłyśmy odpowiedni wystrój i nastrój w pokoju Młodej. No wiecie - świeczki, baloniki, napisy, ozdóbki... W końcu to Movie Star Party, a gwiazdy byle gdzie świętować nie mogą. Doro oczywiście dzielnie nam pomagał (czytaj: wszystko ruszał, sprawdzał, komentował, zadawał tysiące pytań). W pewnym momencie poszedł na dół i po chwili wrócił z pytaniem o aktualne miejsce pobytu taty. No to mówię, że pewnie w łazience, bo gdzie niby miałby się podziać kulawy facet? Nic to, mija parę minut, w których próbuję tworzyć, a podczas których Mlody domaga się nieustannie wyjaśnień w kwestii zaginięcia ojca. No to wkurzona idę z nim na dół, by pokazać mu, że ..taty rzeczywiście nie ma w kiblu ani tez w ogrodzie, ani tez w szopie...??? Oczywiście w tym momencie podjeżdża nasze auto a M prawie biegnie kuśtykiem oznajmiając z entuzjazmem wygranej na loterii, że da radę w gipsie prowadzić auto... Zapytałam tylko, ile razy objechał wieś wkoło i z jaką prędkością, i czy wnet policja przyjedzie... Chłopy i ich pomysły. No ale spoko, a nóż widelec trzeba będzie gdzieś coś zawieść przywieść...

A urodziny się udały, zaproszone gwiazdy przybyły punktualnie i na mój gust starej matki dobrze się bawiły. Tym razem jednak Młoda prowadziła całą imprezę, sprawdzając się w roli reżysera :-)

Na początek i rozgrzewkę zaprosiła koleżanki do kuchni, gdzie wspólnie wykonały pawia i jeża z owoców oraz ozdobiły ciasteczkowe lizaki.

Kuchnia wyglądała potem jak po przejściu tornada czekoladowo cukiereczkowego, no ale szczegół :-) Kulawy facet może nie tylko jeździć autem, ale i ze sprzątaniem sobie radzi, jak się okazało - gdy skończyłam zanosić na górę jedzenie i picie, kuchnia była już wysprzątana na błysk. A co, czyżbym zapomniała wspomnieć, że mój facet uwielbia sprzątać? Też mi się wydaje to dziwne, ale jakoś nie zamierzam z tym walczyć :-)

paw owocowy


Poza owocami i cakepops podałyśmy na tym wykwintnym przyjęciu inne upieczone wcześniej ciastka, gorąca czekoladę z bitą śmietaną i oczywiście colę, chipsy, wodę i sok - bez tego ani rusz. Głównym punktem programu było tradycyjnie rozpakowywanie prezentów. Młode dostały masę gier, puzzle, nowe Top Model i sporo "rzeczy do robienia czegoś" jak to mówią młode, czyli różne zestawy konstrukcyjno artystyczne, do tego kilka bonów do sklepów z upominkami, które są tu bardzo popularnym prezentem. Po przyjęciu Młoda stwierdziła, że tyle fajnych rzeczy dostały, iż komputer przez najbliżdsze dni będzie niepotrzebny...
Potem zaczęła się prawdziwa Movie Star Planet. Najsamprzód Młoda zapodała sesję zdjęciową poprzedzoną wzajemnym robieniem makijażu...
Oj działo się... Te wszystkie dziewczyny to po prostu urodzone modelki :-).

Druga zabawa spodobała się prawie tak samo albo i bardziej. Artystki losowały utwór, który miały wykonać naśladując prawdziwych artystów, za mikrofon mając pałkę drewnianą do ucierania ciast. Dodam, że w zestawie były zarówno hity dance, pop jak i belgijskie smerfne hity, muzyka skrzypcowa, hip hop, rap, heavy metal...  Wszystko oczywiście było nagrywane i potem wspólnie oglądane. Ubaw po pachy.
Przyjęcie urodzinowe w domu wymaga sporo zachodu, ale moim zdaniem warto. Oczywiście o ile dzieci tego chcą i mają chęć bawić się w ten sposób. Moje same zaproponowały temat, współpracowały (z mniejszymi i większymi problemami)  przy pisaniu scenariusza, same prowadziły imprezę oczywiście przy mojej nieodzownej  pomocy i co najważniejsze - są bardzo zadowolone.
A co najważniejsze dla mnie - widzę, że są lubiane, że świetnie się rozumieją i dogadują z rówieśniczkami (jedna bardziej, jedna mniej). Pewnie, że sporo jeszcze na migi sobie wzajemnie tłumaczą, ale ważne, że żadna ze stron się nie poddaje i nie ma drugiej dość, że chcą.

18 grudnia 2014

Pierwsza wizyta u belgijskiego zębolisty

W zeszłym roku dzięki łaskawości losu tylko 2 razy korzystaliśmy z porady lekarza. Nawet sobie wolę nie wyobrażać, co by było, gdyby dzieci chorowały w pierwszych miesiącach naszego pobytu w be, gdy ledwie na najtańszy chleb starczało, gdy nie było na owoce, dodatki do chleba, że o słodyczach czy innych radochach nie wspomnę...
Odwiedzanie doktorów w be nie należy do tanich rzeczy, na szczęście należymy do ludzi odpornych. Jednak każdemu się należy raz na jakiś czas spotkać z takim czy innym doktorem. Tako i my po trochu zapoznajemy się z tutejszą służbą zdrowia i zasadami jej funkcjonowania. Deczko inaczej w be funkcjonuje ta dziedzina życia społecznego. Pierwsza zasadnicza różnica to to, że nie ma tu takich przychodni jak w pl. Doktory najczęściej mają gabinety w swoim domu, przeto różnych lekarzy trzeba szukać w różnych miejscach, po całej okolicy. Druga kwestia, do której trzeba się przyzwyczaić i być zawsze przygotowanym na wypadek wu to płatności. W be płacimy za każdą wizytę u lekarza, w szpitalu, za badania itp. Potem rachunki wysyłamy czy zanosimy do ubezpieczyciela, by dostać częściowy zwrot kosztów. Ceny oczywiście są różne. Np nasz lekarz na wiosce bierze za wizytę 25euro i zdaje się inni domowi/rodzinni lekarze też w okolicach 30 euro się cenią. Jednak wizyta u specjalisty może być dużo droższa, zależy jakie badania czy inne tam usługi ma się w zestawie.
Ja właśnie w zeszłym tygodniu się dowiedziałam, ile może kosztować przykładowa wizyta u  belgijskiego dentysty... Miałam taki ząb, który zaczęłam leczyć w ciąży, ale nie skończyłam, bo się nagle okazało, że ciąża zagrożona i nie mogę ganiać 5km na butach ani na rowerze do dentysty. Później miałam tyle kłopotów, że ząb poszedł w zapomnienie na 3lata... aż w końcu przypomniał o sobie... Po tygodniu na tabletkach przeciwbólowych w końcu trzeba było pójść sprawdzić jak wygląda belgijski gabinet dentystyczny. A wygląda fajnie, sprzęt nowoczesny, wszystkie potrzebne gadżety szmery bajery na miejscu. Na wstępnej wizycie dentysta zrobił mi przeswietlenie i powiedział, że spróbuje leczenia kanałowego, na co potrzebuje dwóch wizyt. Po czym podał mi terminy... Znieczulenie przed znieczuleniem, wiertarka, której nie słychać, wiercenie bez duszenia się pyłem z zębów... to nie to co w pl na zadupiach. No ale ten standard kosztuje. Płaci się za wszystko na ostatniej wizycie. W przypadku mojego zęba, którego stan zębolista określił słowem 'katastrofa'  ta przyjemność kosztowała 320euro. Ponoć ma być dużo zwrócone z ubezpieczenia, ale niestety na razie musimy poczekać, aż M pozbędzie się gipsu, bo musimy pojechać do naszej ubezpieczalni, gdyż - co normalne  w naszym przypadku - coś tam mają nie teges w naszych dokumentach... Więc trzeba poczynić wyjaśnienia, a najlepiej być osobiście i patrzeć im na ręce, bo z naszym szczęściem do problemów z dokumentami na pewno znów coś uwiną.
Tak tak dobrze czytacie, małżonek znowu zagipsowany. Tym razem wypadek w pracy nie w drodze z pracy i tym razem noga, i tym razem rozerwany mięsień nie kość. Zawsze to coś nowego, nowe ciekawe doświadczenia życiowe. Siedzi kalika od miesiąca na kanapie,  ogląda filmy i narzeka na swojego pecha.
A przed nami ferie świąteczne, na które nie mam ochoty, no i przyjęcie urodzinowe, do którego nie jestem zbyt przygotowana... Niechcemisizm... Kłopoty, kłopociki, problemy, problemiki... Nie ogarniam już wszystkiego.... Albo jestem już stara albo po prostu zmęczona psychicznie...

30 listopada 2014

szkolny belgijski Dzień Babci i inne takie

W Belgii dziadkowie świętują później niż w pl, bo dopiero w jesieni. Jednak poza tym wszystko wygląda mniej więcej jak w pl. Widzę, że wszyscy tutejsi nauczyciele do swojej pracy podchodzą z sercem, że lubią to, co robią i cieszy ich praca z dziećmi. W pl poznałam też trochę takich, którzy też kochali szkołę, którym zależało na swoich podopiecznych i wszystko robili z pełnym zaangażowaniem, mieli masę pomysłów na pokolorowanie świata dzieci, rodzicieli, swojego i wszystkich wokół. Jednak w znanych mi polskich szkołach wielu traktowało szkołę i dzieci oraz rodziców jako zło konieczne, a na tych porządnych nauczycieli patrzało z wrogością. Patrzyli by odwalić robotę i lecieć do domu, wszelakie zajęcia dodatkowe były dla nich kłopotliwe, wykonywali je z musu. Tak samo w przypadku dzieci z problemami przeróżnymi, najlepiej było przymknąć oko i udawać, że nic złego się nie dzieje. To chyba typowo polska cecha. Udawanie, że jest dobrze, byle tylko się osobiście nie zaangażować, nie wychylać, niczego od siebie nie dać... co najwyżej ponarzekać... A jak ktoś coś, to mu dokopać, wyśmiać... no ale szczegół.


W be, przynajmniej jakoś tak mi się wydaje, rzadziej spotyka się nauczycieli nielubiących swojej pracy. Większość to chyba pedagodzy z powołania (przynajmniej w naszej szkole). Wyjaśnienie tego stanu rzeczy jest moim zdaniem proste. W pl każdy łapie robotę, jaka się napatoczy i trzyma się jej rękoma i nogoma. Nawet jeśli nienawidzi swojej pracy, to stara się w niej utrzymać, bo nie ma za bardzo innych opcji. Gdy na jedno miejsce czeka 10 osób, a tych miejsc pracy mało, żaden normalny człowiek, zwłaszcza mający rodzinę na utrzymaniu, nie zaryzykuje przecie zmiany pracy, bo w nowej może nie popracować długo, do starej nie ma najmniejszych szans wrócić, a znalezienie jeszcze innej to już praktycznie graniczy z cudem. Dlatego w pl częstokroć pracuje się nie tam, gdzie się chce i do czego ma się predyspozycje, tylko tam, gdzie jest miejsce. Jeszcze jeden kombinuje by wygryźć drugiego, by ktoś a nie ja. No i dlatego też wielu nauczycieli zostaje nauczycielami zupełnie przypadkowo... Tak, tak trzeba mieć wykształcenie odpowiednie itd... polecam tu lekturę bloga okiembelfra, którego link znajdziecie na moim blogu... Na studia wiele młodych idzie, by pójść, by mu napisali mgr przed nazwiskiem, a nie po to by się czegoś nauczyć, by realizować swoje marzenia. Zawodówka to w pl obciach toteż największy nawet cymbał pcha się do matury, mimo że ma w dupie naukę i całą szkołę. Potem trzeba zaniżyć poziom matury, bo cymbały se nie poradzą i będzie za duża niezdawalność o co obwini się nauczycieli, choć normalni uczniowie zdadzą bez problemów. Tych cymbałów przyjmie się na uczelnie, bo nie ma możliwości odsiania śmieci na egzaminach. No i cymbał po studiach pedagogicznych nagle zostaje nauczycielem... Fajnie nie? Dzieci będą szczęśliwe...

Polski system edukacji po idiotycznych, nieprzemyślanych jak zwykle reformach najzwyczajniej w świecie jest do dupy, wszystko postawione na głowie, brak pieniędzy, szkoły polikwidowane, podręczniki wydają przypadkowi ludzie,  niekończące się wojny o każdy element systemu szkolnego prowadzące do skłócenia rodziców z nauczycielami, a wszystkich z rządzącymi i z klerem, który w pl czasem jest ważniejszy niż prawo i zdrowy rozsądek. Żeby było normalnie wszyscy muszą ze sobą współpracować, a tymczasem wzajemnie się zwalczają, a dzieci na tym cierpią. No ale szczegół. Miało być o dniu babci i dziadka w naszej szkole...

W naszej czyli flamandzkiej...

W zeszłym roku święto babć i dziadziów organizowały starszaki. W tym roku odpowiedzialność spadła na maluszki, czyli wszystkie grupy przedszkola. Panie przedszkolanki  przygotowały przedstawienie pt "Statek miłości". Przygotowania trwały prawie od początku roku szkolnego. Co jakiś czas my rodzice dostawaliśmy list z prośbą o pomoc w jakimś elemencie. I tak np któregoś dnia dzieci  z najmłodszej grupy miały przynieś biały T-shirt (potrzebny do zrobienia nadruku facjaty własnej). Dla mnie zagwozdka - gdzie kupić czystą białą koszulkę w rozmiarze 92?! - nie znam tutejszych sklepów dziecięcych, bo ciuchy w większości dostaję używane i czasem kupuję okazyjnie w jakichś lidlach, aldikach itp. Na szczęście w pierwszym, do którego trafiłam były białe koszulki, co prawda po 10 euro za sztukę, ale ważne, że nie musiałam po jakichś miastach się tłuc. Potem była prośba o czerwone lub niebieskie spodenki. Tym razem mieliśmy na stanie czerwone gatki po dziewuchach, więc obeszło się bez latania po sklepach. Kolejna rzecz, w której rodzice mieli pomóc to dekoracje. Tu niestety nie udzieliłam się w ogóle, bo w domu nie miałam nic pasujacego do zadanego tematu, czyli miłość i morze. Myślałam, by coś zrobić, ale nie było z czego,  młode wykorzystały już nasze zapasy artykułów plastyczno-artystycznych, a brakuje kasy na ich wystarczające uzupełnianie - wszystko, co się kupi, idzie na bierząco (w końcu mam 2 artystki z niekończącymi się pomysłami). Poza tym nadal nie znalazłam dobrego sklepu z takimi bajerami w okolicy. Może następnym razem bardziej pomogę w tej kwestii. Upiekłam za to wielkie ciasto orzechowo-kokosowe mimo, że nasze babcie i dziadkowie nie uczestniczyli w imprezie, bo siedzą w pl.
Uroczystość miała 2 etapy. Przed południem było przyjęcie dla dziadków z poczęstunkiem i przedstawieniem. Wieczorem zaś dla wszystkich innych, czyli rodziców, rodzeństwa, kuzynów, znajomych. Z tym, że to drugie było płatne 3 euro od osoby. Naturalnie uczniowie tej szkoły wchodzili za darmo.  Uważam to za świetny pomysł na zarobienie paru centów dla szkoły. W sali parafialnej przy szkole na moje oko zabrało się co najmniej ze 200 ludzia. Do tego podczas przerwy można było kupić coś do picia, jak mniemam raczej nie po cenie hurtowej. Tu ciekawostka - w tutejszych szkołach nauczyciele na szkolnych imprezach sprzedają piwo. Nikt się nie modli przy tym o ich i rodziców nawrócenie. Ale może to dlatego, że ludzie potrafią pić kulturalnie i z umiarem...? Mieszkam w be półtora roku, widzę, że ludzie kupują tu alkohol w baaardzo dużych ilościach, ale kurcze ani razu nie widziałam tu pijanego człowieka na ulicy ani pod sklepem, ani tym bardziej leżącego na rowie, co w mojej rodzinnej wsi było widokiem codziennym. Zaś w szkole polskiej nawet na imprezach dla rodziców alkohol jest niedozwolony (oficjalnie w każdym bądź razie). Toteż nie mogę się przyzwyczaić do widoku piwa czy wina na szkolnych imprezach. Dla mnie to ciągle zaskakujące. Nie to, że mi się nie podoba, że to krytykuję - bynajmniej, żeby ktoś opacznie znowu nie zrozumiał - po prostu pacze i oczom nie wierzę, że to jest normalne, że można tak po prostu... Sama raczej nie pijam alkoholu, ale nie mam nic przeciwko. W tym momencie co niektórzy powiedzą "o też, wielkie mi co!". Jednak ja mam swoje powody,  by do tematyki alkoholu podchodzić ze szczególną uwagą i zainteresowaniem oraz ciągłym pytaniem: dlaczego?  Toteż nie raz pewnie zahaczę o ten temat na swoim blogu.
A wracając do imprezy, trwało wszystko ponad 2 godziny od czasu przyprowadzenia dzieci do szkoły na 18.15. Dla Dora było to trochę dziwne,  nie mógł biedak zrozumieć, dlaczego chcemy, żeby w nocy szedł do szkoły i to drugi raz tego samego dnia. Wiele dzieciaczków chyba też miało podobne odczucia, bo płakały zostawiane w swojej sali, nie chciały puścić rodziców. Dzieci lubią uporządkowane życie, bez takich niespodzianek. Jednak nasz Młody wracał po przedstawieniu zadowolony. Choć w nocy przeżywał, gadał, budził się itd. Impreza była superowa i bez wątpienia warta tych 6euro.
Podziwiam nauczycieli przedszkolaków, bo przygotowanie dużej imprezy z dzieciaczkami w wieku 2,5 do 5 lat to naprawdę nielada wyzwanie. Ileż potrzeba czasu, cierpliwości i energii by wszystko ogarnąć, by takie jeszcze dzidziusie zrobiły to, co mają zrobić wedle zamysłu autora scenariusza? Szkraby takie nie pomogą też przy dekoracji, poczęstunku, ba, nawet same się nie przebiorą, nie wyjdą w odpowiednim czasie... Wszystkiego musi przypilnować pani. Prawie jak w przedstawieniu kukiełkowym... Prawie! Prawie robi różnicę,  bo kukiełki na scenie nie siadają, gdy mają stać, nie stają tyłem do publiczności, nie ziewają, nie dłubią w nosie, nie gapią się na migające na suficie lampy zapominając, że miały tańczyć. Ech, przedstawienia w wykonaniu tej grupy wiekowej są najlepsiejsze ze wszystkich! Na głowę biją teatrzyk kukiełkowy, występy starszaków, czy nawet profesjonalnych artystów z prawdziwego teatru. Maluszki są naturalne, sympatyczne i fantastyczne. One jeszcze nie zastanawiają się, czy dobrze wypadną, nie martwią się, że zapomną roli, one po prostu się bawią ze swoją panią. Choć czasem pewnie nie bardzo rozumieją, o co chodzi i dlaczego mają robić te czy inne rzeczy. Wychowawczyni grupy mojego Dora też, jak widziałam, miała niezły ubaw z tego występu, bawiła się po prostu ze swoimi podopiecznymi i całą resztą braci szkolnej. I to rozumiem, zupełnie jak ja kiedyś w innym miejscu w innym czasie... A pamiętam, jak wielu dziwiło się wtedy "no, że też ci się tak chce, przecież nic z tego nie masz..." , bo w pl przyjemność czerpana z pracy, zwłaszcza na rzecz innych, zwłaszcza charytatywna, dobrowolna spotyka się z gestem pukania w głowę.... Cóż.... Teraz mi to już równo w paski.
Fantastycznie ogląda się występy dzieci, zwłaszcza jeśli swoje własne widzi się na scenie. Oczywiście nie wszystkim taki rodzaj rozrywki odpowiada, dla niektórych to totalna nuda. Widziałam, że facet obok mnie cały czas grał na smartfonie ku uciesze moich dziewczyn. Grę zatrzymał tylko na oklaskiwanie swojego dziecka, choć wątpię, czy interesował go jego występ hehe. To jednakże wyjątki. Nie dało się nie zauważyć, że zdecydowana większość doskonale się bawiła przez cały czas. Klaskali w rytm prawie każdej melodii, śmiali się z kabaretowych scenek i słodkich wpadek małych aktorów. Czuło się wielką jedność tej grupy społecznej. Mimo, że pośród obecnych na sali byli przybysze z różnych stron świata i różnych kolorach skóry i przeróżnym wieku oraz koligacjach z występującymi, to traktują się tu wszyscy jak wielka rodzina. Zanim się tu przeprowadziliśmy, usłyszeliśmy wiele dobrego o społeczności tej miejscowości i teraz ta opinia potwierdza się na każdym kroku. To się naprawdę daje wyczuć, ludzie bardzo się tu wzajemnie lubią i szanują, lubią razem spędzać czas na  różnych imprezach, festynach, w kafejkach, organizują urodziny dla dzieci itp. Do tego chyba bardzo lubią jeść. Kurczaczek, tu co miesiąc jest praktycznie jakaś impreza związana z jedzeniem. Jak nie festyn frytek, to święto sera, to święto piwa, to wieczór wina, to spaghetti, to ryb, swoje święta mają rzeźnicy, piekarze, browarnicy itd. i co chwilę jest jakaś tematyczna impreza. No i proste, jak społeczeństwo spotyka się co tydzień na festynie, koncercie, jarmarku, w knajpie to nie ma się co dziwować, że są wszyscy tak ze sobą zżyci. Powiem po raz niewiadomoktóry - super się tu żyje. Kocham tę wieś. To jest moje miejsce, to jest mój dom.
A dziewczyny właśnie wróciły z trzeciego tej jesieni przyjęcia urodzinowego. Człowieki tu mają pomysły na urodziny. Takie np 'home cinema party' - urodziny zrobione tanim kosztem - pop corn, chipsy, cola, parę poduszek na podłodze i płyta DVD. Impreza trwała od 19.30 do dwudziestejdrugiej. W podobnych godzinach urządzają tu piżama party, wtedy obowiązkowym strojem oczywiście są pizamy. Kolejny pomysł to wysłanie solenizanta z gośćmi na zajęcia plastyczne, gdzie wszyscy pod okiem instruktora robią sobie  zabawkę. Młoda na takich urodzinach  zrobiła tańczącą ośmiornicę na baterie. Czad po prostu taka zabawa. Dzisiejsze urodziny odbyły się na kręgielni, były też lody do wyboru. Jednak nie małą atrakcją okazało się oglądanie cielaczków i krów na farmie należącej do rodziny solenizantki. Na co i Młody się załapał, bo akurat przyjechaliśmy po nasze panny. Łał, tyle cielaczków na raz to moje dziecka pierwszy raz widziały. To było duże gospodarstwo z dziesiątkami krówek.

23 listopada 2014

Diksmuide - miejsce warte zobaczenia

W tym roku mija 100 lat od wybuchu I Wojny Światowej. Nie orientuję się jak w Polsce, ale w Belgii, zwłaszcza w szkołach organizowanych było wiele uroczystości, spotkań, prelekcji, wystaw poświęconych tematowi wojny. W szkole naszych dzieci także różne ciekawe rzeczy się działy. Przez cały tydzień zajęcia ukierunkowane były na temat I wojny Światowej. Nawet moje dziewczyny ciągle słabo posługujące się tutejszym językiem z dużym zainteresowaniem uczestniczyły w tych różnorodnych zajęciach, co wnioskuję po entuzjastycznych relacjach zdawanych na bieżąco po powrocie ze szkoły. Do najciekawszych wydarzeń należała organizacja dużej wystawy poświęconej wojnie połączona z prelekcją oraz wycieczka do Diksmuide.
Wystawa była dla dziewczyn super m.in. z powodu wystawy prac dzieci, bo ludzie zwracali uwagę na ich rysunki przedstawiające podobno (sama nie widziałam, wiem z opowiadań znajomych, którzy uczestniczyli w uroczystościach) bardzo realistycznie obrazki wojenne, "jak prawdziwe" tak określił jeden starszy pan rysunek jednej z moich córek. Chwalę się córkami, bo ich talent artystyczny zasługuje na pochwały i często się z takimi spotyka, a dla mnie jako matki jest to bardzo ważne i niewątpliwe miłe. Dobrze jest bowiem wiedzieć, że dzieci wyróżniają się z tłumu czymś więcej niż tylko nieznajomością języka, czymś pozytywnym na dodatek.

Diksmuide natomiast jest miejscem wg mnie zasługującym na szczególną uwagę i być może kogoś również zainteresuje i sam postanowi to miejsce odwiedzić będąc w pobliżu.


Diksmuide leży w Zachodniej Flandrii. W czasie I Wojny Światowej między miastami Nieuwpoort i Diksmuide wzdłuż rzeki Yser znajdowała się linia frontu mająca bardzo duże znaczenie strategiczne dla Belgii. Otwarcie śluz na rzece i zalanie terenu pomogło zatrzymać Niemców. Belgijscy żołnierze bronili tam kraju przez całe 4 lata, mimo wielkich strat i śmierci wielu żołnierzy udało im się w tym miejscu zatrzymać niemiecką inwazję i utrzymać kontrolę nad kawałkiem Belgii, podczas gdy Niemcy zajęli ponad 90% kraju.
Po wojnie z miasta zostały tylko gruzy - tak samo jak po wielu polskich miastach. W związku z powyższym to miasto jest ważne dla Belgów, jest symbolem odwagi i waleczności belgijskich żołnierzy (tak jak dla Polaków Warszawa, Westerplatte itp.)

Piszę o historii tego miasta, bo widzę często na polonijnych stronach, że niektórym się wydaje, iż wszelakie wojny tylko Polski dotyczyły i tylko biedni Polacy w niej cierpieli i ginęli. Pewnie,że ze względu na niefortunne położenie, Polska wyjątkowo często dostawała po dupie i często polskie miasta i wsie były równane przez wrogów z ziemią, ale twierdzenie, że tylko i wyłącznie nasz naród cierpiał, że tylko Polacy walczyli o wolność, tylko polscy żołnierze i cywile ginęli, to moim zdaniem wielce nie fair wobec innych narodów, których też wiele złego przez przeróżne konflikty spotkało i spotyka. Uważam, że dobrze choc od czasu do czasu spojrzeć dalej niż czubek swojego nosa i choć ociupinkę otworzyć się na innych, na świat.
Jak już wspomniałam na fejsie - nie widzę niczego złego w poznawaniu świata, geografii, historii, obyczajów. Choć niektórym, jak się okazuje, jakoś ciężko przychodzi zaakceptowanie faktu, iż inni ludzie, inne miejsca, inne rzeczy mogą się komuś wydawać fajne, ciekawa, zabawne, fascynujce. Po raz kolejny okazuje się, że teksty inny niż pochwalne na temat Polski są przez niektórych niemile widziane. Dlaczego niektórym tak trudno pojąć, że można z równym zainteresowaniem zwiedzać Wawel, czy Zamek Królewski w Warszawie jak i Luwr w Paryżu czy Grande Place w Brukseli. Że można tak samo zachwycać się Tatrami, Mazurskimi Jeziorami jak krajobrazami w Belgii, Egipcie czy Japonii. Kurde przecież każde z tych miejsc ma w sobie cos niepowtarzalnego, wyjątkowego, wartego zobaczenia, sfotografowania opowiedzenia i pokazania na fb czy blogu. Znam ludzi, którzy po górami nie uznają niczego, może, zwykłe pagórki, jeziora to dla nich nic. Sa też inni, dla których góry, to tylko głupie kamienie. Dla jeszcze innych ani kamienie ani woda nie stanowią źródła zachwytu, bo wolą godzinami gapić się na "jakieś bohomazy" w galerii. A ja lubię wszystkie te rzeczy i jeszcze sporo innych, dla mnie każdy wschód i zachód słońca, każdy kamień, każdy pająk czy jaszczurka jest obiektem godnym uwagi i uwiecznienie na fotce itd.No ale wróćmy do tematu.

A co jest wartego zobaczenia w Diksmuide?

Jakieś półtora kilometra od miasteczka znajdują się okopy z czasu I wojny światowej, w których żołnierze walczyli i umierali w ciężkiej bitwie przez 4 lata.




Po wojnie  w latach 20-tych został tam też zbudowany pomnik pokoju Ijzertoren, który podczas II wojny Światowej został trafiony przez bombę, było bowiem to miejsce uroczystości nazistowskich w owym czasie. W 1950 roku zbudowano tam jednak nową wieżę, w której dziś znajduje się muzeum wojenne ijzertoren. Można w nim poczuć zapach gazu musztardowego.
Ijzentoren
widok z wieży (zdj. ze strony www.tenbos.be)


W okolicy znajdują się też cmentarze wojskowe.

 W Diksmuide znajduje się też dzwonnica wpisana do rejestru dziedzictwa światowego UNESCO.


Informacje turystyczne Diksmuide

9 listopada 2014

w Belgii jest tyle pięknych miejsc...

Minął niedawno rok odkąd przeprowadziliśmy się do Brabancji Flamandzkiej. Przyjechaliśmy tu w czasie ferii jesiennych - herfst vakantie - w zeszłym roku.Przez ten rok odkrywaliśmy najbliższą okolicę, wypuszczając się na rowerach i czasem autem w coraz to inne rejony. Gdzie się dało zajechać rowerem z dzieckiem na bagażniku (foteliku), tam byliśmy. W naszej okolicy znaleźliśmy wiele fajnych miejsc, miłych spokojnych parków, lasów,  stawów, pięknych kapliczek i kościołów, zabytkowych młynów wiatrowych i wodnych, a także interesujących, a czasem wręcz powalających swoim wyglądem domów, zarówno nowych jak i starych. Pokazywałam je czasem na tym blogu. Miło się tu spędza wolny czas. Można spacerować, bezpiecznie jeździć na rowerach całą rodziną, czy posiedzieć na ławce gapiąc się na czaple, bażanty, wrony, mewy czy inne tam pierzaste krzyczące łobuzy.

 Jednak świat jest wielki i trzeba jak najwięcej w życiu zobaczyć i zwiedzić, by było co wspominać na starość, gdy będzie się albumy oglądać. Staram się wykorzystywać każdą okazję, by gdzieś pojechać i czegoś nowego o świecie się dowiedzieć, póki mam na to siły i choć chwile czasu oraz pieniążków.  Pamiętam bowiem, że moja babcia, która też lubiła się wycieczkować, często mówiła, że jeszcze to i tamto by chciała zobaczyć, tu i tam pojechać, ale odkładała to na starość, gdy będzie mieć więcej czasu, bo albo praca, albo wykopki, albo żniwa, albo to, albo tamto... Teraz moja babcia ma ponad 80 lat, sporo czasu, pieniążki tez by pewnie jakieś uzbierała, choć do zamożnych nie należy, ale nie czuje się na siłach, by pojechać gdziekolwiek. Dziś podróż 30, 50 km w wygodnym samochodzie jest dla niej zbyt męcząca...

Tak więc od jakiegoś czasu tworzymy sobie listę miejsc wartych zobaczenia zarówno w bliższej jak i dalszej okolicy i mamy zamiar po kolei je odwiedzać dopóki starczy sił, pieniędzy i czasu. Na dalszą perspektywę mamy takie miejsca jak Egipt, Australia, Rosja itp, może choć jedno uda się w życiu ujrzeć na własne oczy, ale na dzień dzisiejszy w promieniu 300km, czyli do objechania w jeden dzień, czyli jak najbardziej realnie, jest tyle do zobaczenia, że głowa mała. Wczoraj np wybraliśmy się do ruin...

Zobaczyłam nie dawno interesujące fotki u jednego ze znajomych na fb, wystukałam adres w google maps i się okazało, że to całkiem blisko, autostradą z godzinkę jazdy. Jako że zbliżał się długi weekend postanowiliśmy sie tam wybrać całą rodziną, o ile pogoda dopisze. Nie było zbyt ciepło, bo zaledwie 13 stopni, ale za to słonecznie. Gdzie byliśmy? W Villers de Ville, zwiedzaliśmy ruiny XIIIwiecznego opactwa.
Na miejscu zostaliśmy mile zaskoczeni polskojęzycznym folderem z mapą, więc nie trzeba było się głowić nad tłumaczeniem. Oczywiście trzeba było wykupić bilety wstępu, ale za 2 dorosłych i 2 dzieci (do 3 lat za darmo) zapłaciliśmy jakieś 17 euro. Dla miłośników starych kamieni jest to drobna kwota, bo naprawdę jest co oglądać. Każdy może łazić gdzie chce, oglądać, fotografować i spędzić tam dowolną ilość czasu, dopóki nie zamkną drzwi.

Napiszę tu kilka słów o tym miejscu, korzystając naturalnie ze zdobytego w ruinach polskiego folderu i zachęcam wszystkich odwiedzających Belgię do zwiedzenia. Ville de Villers znajduje się stosunkowo niedaleko Charleoi. Poniżej zamieszczam link do strony, gdzie można obejrzeć filmik z drona i zdobyć wszelakie potrzebne informacje na temat zwiedzania.


Po kupieniu biletów przechodzimy przez nowoczesne plastikowe drzwi. Po ich przekroczeniu znaleźliśmy się jakby w innym świecie. Jak się ma fantazję, można sobie bardzo szybko wyobrazić, jak wyglądało tutaj codzienne życie mnichów, jak siedzieli nad księgami, pracowali w swojej winnicy, zbierali zioła, modlili się...
Nie możemy usłyszeć ich rozmów, bo nic nie mówią, porozumiewają się tylko umówionymi gestami. W ciszy więc pracują w ogrodzie, w ciszy pielęgnują swoje zwierzęta, w ciszy rozmyślają nad tajemnicami tego świata...


Gdy patrzę na te olbrzymie, piętrowe budowle wzniesione z kamienia, gdy uświadamiam sobie, że w XII wieku nie mieli boscha, młota pneumatycznego, koparek, dźwigów zastanawiam się, jak oni to kurde zrobili?! Jak łupali te kamienie ze skał, jak je obrabiali by skleić jeden z drugim i czym w ogóle je łączyli, że to od prawie stu lat to wszystko sobie stoi i się nie zawaliło. A że nie ostały się w całości te budynki, że brakuje dachów i murów, to nie wina czasu tylko ludzi. Uczestnicy Rewolucji Francuskiej bowiem rozwiązali opactwo i sprzedali majątek ówczesnym firmom budowlanym, na materiał. Potem ktoś się opamiętał i niszczenia zaprzestano. W całości przetrwał tylko budynek z końca XII wieku, gdzie z pierwa był młyn wodny i piekarnia, a potem różne inne rzeczy oraz zabudowania gospodarcze, czyli obora i spichlerze.
Jednak i to co zostało, te kawałki murów, ogrodów, schody, spore części niektórych budynków robią wrażenie niesamowite. Gdzieniegdzie można wyjść po schodach na piętro, spojrzeć z dołu przez dziure na niebo przez całkowicie zachowane kominy....
Z ulotki dowiaduję się, że na początku istniała tylko jedna sala ogrzewana, drugim, gdzie sie palił ogień była naturalnie kuchnia. W Belgii nie ma wielkich mrozów, ale w tych murach to musiała być sakramencko zimno, brrr. Z czasem porobili sobie mnisi kominki w innych pomieszczeniach...












Gdy rozglądamy się po olbrzymim kościele jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, Budynek miał długość 94 m, Patrzę w górę...
do sklepienia jest 23 metry.
Zaczęto go budować w stylu romańskim w roku 1197, jednak po kilkunastu latach budowy zaczęło się pojawiać coraz więcej elementów s tylu gotyckim.

W XVII wieku fasadę kościoła przebudowano na styl klasyczny.























 Mnisi szukali przez kilka miesięcy dogodnego miejsca, w którym mogli by się osiedlić. Za namową świętego Bernarda z Clairvaux w 1146 roku do Villers przybył opat z dwunastoma mnichami i pięcioma braćmi świeckimi, czyli konwersami. Miejsce to wydało im się wielce korzystne. Spora odległość od miasta gwarantowała spokój, skały i lasy dawały darmowe materiały budowlane, zaś rzeka i źródła zapewniały stały dostęp do wody pitnej.


Gdy wchodzimy po kamiennych schodkach na wzgórze Robermont, odnajdujemy tam ruiny kaplicy Świętego Bernarda zbudowanej w 1715 roku. Legendy mówią, że w tym miejscu święty Benedykt wskazując miejsce założenia klasztoru Cystersów wbił swoją laskę. Za niedługo wyrósł tam dąb, który był przez długi czas przedmiotem kultu. Później zaś wybudowano tam kaplicę.















Gdy stoimy na wzgórzu mamy stamtąd fantastyczny widok na ruiny. Drzewa trochę zasłaniają, ale też dodają niepowtarzalnego uroku temu miejscu.

 Opactwo jest ogrodzone murem z kamienia...
Ile to wszystko roboty kosztowało... zastanawiam się ciągle, zachwycając się ruinami.

 Pierwsze budynki opactwa nie zachowały się w swojej pierwotnej formie, były przebudowywane.
Według kronikarzy w czasie największego rozkwitu w opactwie mieszkało około 100 mnichów i ze 300 konwersów, a cały klasztor zajmował dziesiątki hektarów leżących między Antwerpią a Namur. Utrzymywał się głównie z pracy licznych gospodarstw rolnych. Ponadto opactwo cieszyło się  poparciem książąt Brabancji.

W XVIII wieku po latach spokojnego funkcjonowania przeplatanych latami prześladowań opactwo przeżyło drugą fazę rozkwitu. Wtedy przebudowano wszystkie budynki na styl neoklasyczny. Opactwo zakończyło swój żywot wraz z nadejściem  Rewolocji Francuskiej, gdy to w 1796 roku jej przywódcy postanowili je rozwiązać a na majątku zrobić biznes.
W 1893 rozpoczęto restaurację opactwa.


Okolica jest pagórkowata, skalista i dosyć zadrzewiona. W ruinach, jak to bywa zwykle w opuszczonych przez człowieka miejscach, rozpanoszyły się rośliny.
























Na uwagę zasługuje też główny dziedziniec i ogród pałacu opata powstałe w latach 1720-21. Fontanny, tarasowe ogrody, klomby dywanowe...




Od ogrodu wiodą w górę piękne szerokaśne schody (125 schodów). Prowadzą one do kaplicy Matki Boskiej z Montaigu zbudowanej na planie ośmiokąta w 1613 roku. Znajdowała się w niej cudowna figurka ofiarowana przez biskupa z Antwerpii.


Poniżej na zdjęciu refektarz dla mnichów z XIII wieku. Wewnątrz podzielony pięcioma kolumnami na dwie nawy, wysoki na 2 pietra.

Dzieciom naszym  ta wycieczka również bardzo się podobała. Młody zadowolony, bo mógł sobie biegać, skakać, wspinać się na różne rzeczy. Tak się zmęczył, ze ledwie wsiedliśmy do auta, to zasnął, a ostatnio raczej rzadko mu się to zdarza.Całą trójką zaglądały do wszystkich dziur, właziły w każdy kąt, wszystko macały, obserwowały, podziwiały.  Dziewczyny biegały ze smartfonem fotografując wszystko, co się tylko dało i siebie nawzajem oczywiście, no i braciszka, który jest ich ulubionym modelem i lubi pozować. Przy fontannie przydybały jakąś wielka ważkę, w piwnicach straszyły się nietoperzami i wybłociły buty. Zafascynowane oglądały stalaktyty zwisające z sufitu jednego z budynków.
Kilka godzin minęło w oka mgnieniu. Dzieci tak wygłodniały, że kłóciły się o zwykłe bułeczki i ciasteczka, które tradycyjnie spakowaliśmy w plecak przed wyjazdem, a które zaproponowałam, gdy usieliśmy na dziedzińcu na spoczynek.



29 października 2014

dzieci - wieczna przygoda...


PS. Ps na początku? W liście pisanym gęsim piórem byłoby to niewykonalne, ale w dobie elektroniki jak najbardziej się da, a ja się da, to można...
Post pisany przez kilka dni ze smartfona jakiś czas temu wreszcie doczekał się ostatecznej edycji z komputera i publikacji. Cierpię ciągle na spore ograniczenie czasoprzestrzeni i nie wyrabiam na zakrętach...ale do rzeczy...

z mojego albumu
Jak pamiętacie, pod koniec roku podczas specjalnego spotkania w szkole u dziewczyn, postanowiliśmy że Starsza Młoda pójdzie do jednej klasy z młodszą siostrą. Mieliśmy wszyscy nadzieję, że to wpłynie pozytywnie na jej (ich) naukę języka. Jednak obawialiśmy się, że może to mieć też złe strony i właśnie...
 Po miesiącu nauki mieliśmy zebranie w szkole. Nauczyciele, dyrektorka, pani z CLB, szkolna pani pedagog no i ja z naszą dyżurną tłumaczką. Szkolni opiekunowie dziewcząt stwierdzają, że jest tak jak się obawialiśmy niestety, czyli Starsza zamiast się przy siostrze zaangażować w klasowe życie, to wręcz odciąga Młodszą od grupy.
 We dwie się bawią, we dwie rozmawiają, we dwie spędzają czas wolny - jak to kochające się siostry. To samo w sobie jest bardzo pozytywne, ale w tej konkretnej sytuacji już niekoniecznie - jesteśmy w obcym kraju i musimy nauczyć się tutejszej mowy, bawić się, pracować, uczyć się z Belgami, a do tego potrzebna jest dobra znajomość języka.

Mam najwspanialszą trójcę małolatów pod Słońcem,  fajne, wesołe i inteligentne, tylko skurczybykom się ciągle nie chce zabrać za porządną, a przede wszystkim SAMODZIELNĄ naukę. Jak matka stoi nad nimi, co dzień do tornistrów zagląda, sprawdza, nagania, drze pysk, to jest całkiem dobrze, ale wystarczy sobie odpuścić jeden tydzień, a już bida. Jeszcze Młodsza  jakciemogę, ale Najstarsza to już leń do entej potęgi. Nawet Młodsza ją pogania i pilnuje, tyle że tamta niekoniecznie się daje...

Rozumiem, że żadne normalne dziecko nie będzie siedziało dzień-noc przy książkach jak na ten przykład ja w dzieciństwie, ale jak by z własnej i nieprzymuszonej woli choć od czasu do czasu się pouczyło jedno z drugim to chyba nic by się nie stało, no nie? Też tak macie?

Dzieci... że też nie ma jednej uniwersalnej instrukcji obsługi do wszystkich. Ile prostsze było by życie każdego rodzica, gdyby w razie problemów mógł zajrzeć do mądrej książki i cyk - już wie, co dolega dziecku... No niestety, trzeba samemu kombinować, dumać, próbować metodą prób i błędów, najczęściej błędów, a czas leci, dzieci rosną, rodzic się starzeje, cierpliwości, chęci ubywa... ŻYCIE!!!

Czasem sobie tak myślę, jakże beztroskie życie muszą wieść rodzice bezproblemowych dzieci, zwłaszcza jedynaków... Nie ma bezproblemowych dzieci? Myślę, że są, tylko ich rodzice tego nie wiedzą haha. No może PRAWIEbezproblemowe, czyli Istoty, które są spokojne z natury, ale lubią bawić się z innymi, są inteligentne i lubią się uczyć, nie wychylają się ani w jedną ani w drugą stronę, broją trochę, ale nie za bardzo, czyli po prostu są takie jakie powinny być dzieci wg różnych poradników dobrego rodzica. Czyli takie przeciętniaki, normalniaki. Takich dzieci jest - myślę -  całkiem sporo.Rodzice takich dzieciaków - myślę - nigdy, przenigdy nie zrozumieją, co to znaczy tak naprawdę być rodzicem.Tacy rodzice będą nosić łeb w górze i śmiać się z innych, bo wydaje im się, że są super rodzicami, podczas gdy ci inni to - wg superrodziców - matki i ojcowie do dupy, bo ich dzieci sprawiają problemy w szkole, w domu, na ulicy... albo ciągle chorują...
 Ale to guzik prawda,  to nie żadni super rodzice tylko zwykli "szczęściarze", którym bociek podrzucił zwykłe dziecko bez specjalnego charakteru. Ot co!

Szczęściarze piszę w cudzysłowie, bo mimo wszystko uważam, że wychowywanie dzieci z nieprzeciętnym charakterem, niepowtarzalnymi cechami to właśnie jest prawdziwe szczęście o ile ktoś lubi wyzwania, a ja lubię. Takie oryginalne istoty wymagają dużo więcej  poświęconego czasu, dużo więcej pracy zarówno ze strony rodziców jak i pedagogów, ale tylko takie oryginały maja szansę być w życiu KIMŚ. "Kimś" to nie jest bynajmniej synonim celebryty. Bycie KIMŚ nie oznacza wszak zdobycia sławy czy bogactwa, choć tego nie wyklucza. Bycie Kimś to bycie osobą nieprzeciętną, nieszablonową, inną, nietuzinkową, interesującą... FAJNĄ :-)

moja trójca (nie)święta

Jednak taką nieprzeciętną istotę także (albo i przede wszystkim taką) trzeba pokierować na właściwe tory, a to już jest nie lada wyzwanie dla rodzica. Zwłaszcza gdy dziecko z charakterkiem nie jest jedynym posiadanym potomkiem, jak jest w naszym przypadku.W szkole zapewne nauczyciele mają jeszcze większy problem i jeszcze trudniejsze zadania, bo tam jest jeszcze większa gromada do wychowania, co jedno to bardziej udane. Co więcej wielu nauczycieli (i innych ludzi) nie przepada za takimi dziećmi i najchętniej pozbyło by się ich ze swojego otoczenia w ogóle. Wcale mnie to nie dziwi - wielu ludzi lubi iść po najmniejszej linii oporu i nie przepada za sytuacjami, gdy trzeba kombinować, myśleć, walczyć z przeciwnościami itd. Nie dziwi mnie też, że gdy sobie z takim typem nie radzą, po prostu zaczynają go totalnie olewać. Bo co zrobić, gdy wszystkie znane, popularne metody zawodzą? Najlepiej przymknąć oczy i udawać, że problem nie istnieje. Nawet rodzic ma czasem dość, a co dopiero nauczyciel, który ma program do zrealizowania i to w ograniczonej czasoprzestrzeni... Dlatego się nie dziwię... ale czasem mam żal, że niektórzy zbyt łatwo się poddali, że im się nie chciało...

Tutaj też przeżyliśmy taki moment zwątpienia i to zarówno ze strony szkoły jak i mojej. Każdy ma chyba takie momenty, gdy baterie się rozładują i nic się nie chce, na nic nie ma siły, nic nie cieszy, nic nie martwi - czas zwątpienia w sens jakiegokolwiek działania. Totalny mamtowdupizm w niektórych okolicznościach śmiesznie nazywany przez specjalistów depresją. Na szczęście było-minęło... ale z perspektywy oceniając, jak zwykle znajduje pozytywne skutki... Bo wiecie co zaproponowano mi na wspomnianym wyżej spotkaniu? Wysłanie Starszej Młodej do specjalnej szkoły. I co ważniejsze ja zmęczona już tą niekończącą się walką z wiatrakami się zgodziłam. Bo i co miałam w sumie zrobić? Nie byłam przygotowana na taka propozycję, więc nawet się nie zastanawiałam nad taka opcją i nie miałam przygotowanej alternatywnej opcji na wypadek wu. Choć gdzieś tam w zakamarkach umysłu taka informacja istniała, że szkoła może pozbyć się problemu trudnego dziecka korzystając ze szkoły specjalnej... Byłam nawet obejrzeć tę szkołę i porozmawiać z dyrekcją. Wiedziałam tylko tyle, że znowu jestem sama z problemami, że nikt mi nie pomoże zadecydować ani tym bardziej nie pomoże mi w pracy z dzieckiem. Na taką pomoc nie bardzo mogłam liczyć w kraju a co dopiero wśród obcych. Można rzec poddałam się w tym momencie bez walki o prawa własnego dziecka. Zapisuję tę decyzję do książki moich porażek życiowych ku pamięci i przestrodze na przyszłość, by być bardziej przygotowanym do spotkań, które decydują o przyszłości dziecka, bo nigdy nie wiadomo, co innym do łba strzeli.. .Na szczęście dla nas wszystkich jest taki przepis, że zanim wyśle się dziecko do szkoły specjalnej, musie się mu zrobić test na inteligencję. Okazało się, że córka znajduje się zdecydowanie powyżej przeciętnej w swoim przedziale wiekowym, a co za tym idzie absolutnie nie mogą jej przyjąć do tamtej szkoły.


Jednak jakiś anioł czuwa nad nią i niefrasobliwą matką jaką czasem jestem.
Nie dość, że nie mogłam popełnić kolejnego życiowego błędu, to jeszcze mam wrażenie, że to wydarzenie miało kilka pozytywnych stron. Jakie pozytywy może mieć taka sytuacja? Ano po pierwsze Zaną chyba to deczko wstrząsnęło. Choć tego nie okazała wstępnie, to jednak teraz po informacji, że jednak zostaje w swojej klasie, jakby pogodniejsza się zrobiła, bardziej spontaniczna, bardziej skłonna do współpracy, śmielej odpowiadająca na zagajenia kolegów i koleżanek. To nie może byc zupełny przypadek, że się coś w niej zmienia. No i secundo, podejrzewam, że wyniki testu na inteligencję pozwoliły niektórym zobaczyć moją córkę, a może i obie w innym świetle. Bo ten śmieszny teścik dowodzi, że to jednak rozgarnięte dziewuchy, tylko po prostu nie znają niderlandzkiego :-)

Moje najstarsze dziecię bez wątpienia jest wielkim oryginałem (pozostała dwójka też niczego sobie), indywidualnością, ma silny charakter i bardzo skomplikowaną osobowość, no i co za tym idzie - jest diabelnie trudne do opanowania. Tak, każdy rodzic, każdy nauczyciel chce zapanować nad każdym dzieckiem, chce je kontrolować i prowadzić wg swoich ścieżek. No i dobrze, bo inaczej by ładu i porządku na świecie nie było żadnego. Z tym, że normalne, przeciętne dzieci dają się prowadzić tymi ścieżkami bez większych kłopotów, tam czasem sobie najwyżej brykną, czasem się uprą jak osiołek, ale taka czy inna marchewka lub bat pomaga. Jednak w przypadku takiego indywiduum jak np moja córka ani kara ani zachęta za bardzo się nie sprawdza. I co wtedy? Co ja mam robić? To pytanie zadaję sobie właśnie co jakiś czas... praktycznie od dnia narodzin tej istoty... Czasem zastanawiam się też, czy coś zrobiłam lub robię źle? No kurczaczek, jeśli popełniłam jakiś błąd, coś zrobiłam nie tak w kwestii wychowania, to dlaczego niby tylko w przypadku najstarszego dziecka są takie a nie inne efekty?! Hm... Dlatego pozwalam sobie stwierdzić, że nasze problemy nie są wynikiem jakichś fatalnych metod wychowawczych, choć być może w jakimś małym stopniu tamte na całość problemu się złożyły. Mam przy tym na uwadze opinie dobrych moim zdaniem nauczycieli, z którymi miałyśmy przyjemność się w życiu zetknąć, a które zdecydowanie poprawiają mój i córki obraz w moich własnych oczach. Pani Ela dyrektorka i nauczycielka zarazem z pierwszej szkoły mojej córki oraz pani Ewa - wychowawczyni córki z drugiej szkoły potwierdziły swego czasu mniej więcej to, o czym pisałam powyżej, a co sama zaobserwowałam. Moja Zanka po prostu jest osoba nieprzeciętną, inną niż większość uczniów, interesującą, inteligentną, mającą swoje własne zasady, których się trzyma. Często żyje we własnym świecie, gdzie cały czas coś tworzy i kreuje, coś obmyśla, analizuje. Tyle tylko, że jej przemyślenia nie koniecznie, a raczej rzadko, mają jakiekolwiek powiązania z toczącą się właśnie lekcją czy innymi wydarzeniami bieżącymi. W związku z czym moje dziecię wymaga dużo więcej pracy ze strony wychowawcy i rodzica, więcej poświęconego czasu.Nauczycielki te i parę innych osób ze mną włącznie zgadza się też do tego, że ilość poświęconego jej czasu będzie proporcjonalna do jej osiągnięć.
Ja uważam - i wielu się ze mną zgodzi - że najstarsza ma cechy typowe dla artystów, naukowców, odkrywców - co by się nie działo, w głowie Najstarszej cały czas jest analizowany jakiś jej projekt czy pomysł.
Uch, cechy skądinąd świetne, ale czasy szalonych naukowców minęły dawno, w dzisiejszych czasach trzeba najsampierw zdobyć jakąś podstawową wiedzę z każdej dziedziny niestety, potem znaleźć jakąkolwiek pracę, by zarobić na swoje projekty i realizację marzeń... Ależ to proste do napisania, nieprawdaż? Realizacja zaś to droga pod górę, wieczna walka z przeciwnościami losu, ludźmi i systemem. A do tej walki potrzebna jest bardzo duża wiedza... i pieniądze... A jej nie chce się uczyć, czytać i samodzielnie pracować nad sobą... Jeszcze nie dorosła do tego, w końcu ma dopiero 12 lat... Tak tak wiele dziewcząt w tym wieku już nie bawi się lalkami, za to ogląda się za chłopakami, ogląda dorosłe seriale i chce chodzić na imprezy i jest poważna aż do przesady, ale moja córka do nich nie należy. Rozwija się wolniej niż wielu rówieśników, ale może i lepiej, bo do czego to się śpieszyć, niech się cieszy dzieciństwem, bo czas ten przeminie wcześniej czy później i nigdy nie wróci. No ale bycie dzieckiem nie jest jednoznaczne z wiecznymi wakacjami, każdy ma jakieś zadania do wykonania na miarę wieku - rodzic robotę i utrzymanie domu, dzieć - naukę. I tak samo niektóre dzieci jak i niektórych dorosłych trzeba batem do roboty zaganiać :)

Niestety  nie jest ona jedynaczką, by matka mogła jej poświecić każdą wolną chwilę i siedzieć co dnia przy książkach. Choć się staram, ile mogę. Wiem. że to by wiele dało, jak kiedyś przy nauce pisania i czytania w języku ojczystym. Oj, wiele godzin wspólnych lekcji mamy za sobą. To był piękny, choć niełatwy czas... Krok po kroczku przezwyciężałyśmy nieopanowaną niechęć do pisania i czytania. Teraz od czasu do czasu przypominam córce jej fochy, z czego wszyscy się śmiejemy, ale wówczas nie raz się mi brzuch w środku gotował, ale trwałam cierpliwie (mniej lub bardziej) na posterunku.
- Zanka, przepisz to zdanie "Ala ma kota."
- Nie!!! - czekam długą minutę. Po czym powtarzam prośbę.- Nie!!! - czekam 3 długie minuty wpatrując się w córkę nieustannie... - No dobra, napiszę jedną literę... - Uch. Pisze cały wyraz, po czym znowu protest, ręce założone, głowa spuszczona i czekanie. Od czasu do czasu włażenie pod stół. A ja czekam... W końcu pojawia się całe zdanie, prawie całe, bo - ...ale kropki nie napiszę!!! Bywało,  ze do napisania jednego zdania, przeczytania 2 linijek potrzeba było 3 godzin.
Niektórym się wydaje pewnie, że śmieszna jestem, że oni by wzięli kija, przetrzepali skórę i to by rozwiązało problem raz dwa... Oj znam takich, znam wielu niestety... Ja nie jestem zwolennikiem kar cielesnych, ale czasem się zdarzało niezapanować nad sobą i zdzieliłam jedno czy drugie przez dupę. Bicie dzieci wg mnie jest oznaką naszej dorosłych słabości a nie siły... Zresztą w przypadku tej Osóbki kary (wypróbowano przenajróżniejsze przez 12 lat) skutek miały ZAWSZE odwrotny do zamierzonego albo żaden. Na pewno z literatury i filmów wiecie, że jeden już po postraszeniu "puszcza farbę" lub wykonuje zadanie, drugi na najgorszych torturach się nie złamie...
Z uporem mojej córki wygrywa tylko cierpliwość, spokój i miłość, ale trzeba mieć tego staraasznie dużo. A mi czasem brakuje tego wszystkiego. Im więcej człowiek ma na głowie, im w większym stresie żyje, tym trudniej z cierpliwością i rozsądkiem. Mam za sobą wiele takich momentów w ostatnich latach, że ledwie sama nad sobą panowałam, żeby nie zrobić krzywdy dzieciom lub sobie, co jedno z drugim jest powiązane.... I wtedy nerwy o wiele częściej puszczały niż teraz... Dziś powoli wracam do dawnej formy psychicznej i prawie niekończącej się cierpliwości do upierdliwych stworzeń, ale za to mam o wiele miej czasu i chęci. Starość nie radość, młodość nie wieczność niestety... Gdy wspominam jednak trudne chwile, doceniam to co teraz mam i cieszę się tym bardziej...

skarb największy
Najgorsze były dni, gdy zostawałam sama na polu walki... wokół tylko wrogowie i gromada bezdusznych gapiów... nie można było liczyć znikąd na podanie pomocnej dłoni ani dobre słowo... tylko ja i moje kochane niczemu niewinne dzieciątka... Wspomnienia są jak bolące rany po bitwie... Nie wiem. czy walczyłam dzielnie, pewnie można było więcej zrobić, ale tamte wojny ostatecznie wygrałam. I co najważniejsze, te prywatne walki z losem  pozwoliły mi dostrzec jakim skarbem są moje dzieci. bo nawet gdy nikogo innego nie ma to one są i będą zawsze moje i zawsze ze mną. Nawet jak pójdą już swoją drogą... Zrozumiałam też, że nikt inny ich za mnie nie wychowa, choć wielu może pomóc. Że one są najważniejsze i dla nich są główne miejsca w moim sercu i duszy. Nikt inny ich nie pokocha matczyną miłością. Chcę je przekonać, że na mnie zawsze będą mogły liczyć bez względu na to jaka drogą pójdą. Żeby kiedyś w razie ich prywatnej wojny, gdy inni zawiodą miały chociaż mnie i mam nadzieję siebie nawzajem. To jest w zasadzie dla mnie najistotniejsze, żeby zawsze trzymały się razem całą trójką, żeby mogły na siebie liczyć i sobie ufać nawzajem i żebyśmy my rodzice też byli oazą, w której zawsze znajdą schronienie i pomoc.
Ale też chciałabym, by coś w życiu osiągnęły. By miały w miarę fajną, dobrą i ciekawą pracę. By znalazły kogoś na kogo będą mogły liczyć i z kim iść przez życie i z kim zbudować dom. By mogły realizować marzenia. Tego chyba każdy pragnie dla swoich dzieci. Ale zdaję sobie sprawę, że mimo iż los dla każdego ma jakieś inne niespodzianki, to jednak bez względu na okoliczności wiedza i wykształcenie znacznie pomaga w walce z przeciwnościami i w dążeniu do własnych celów.

Nasza przeprowadzka do obcego kraju na pewno utrudniła zdobywanie wiedzy i naukę naszym dzieciom. Ale za to, wydaje mi się, mimo wszystko daje im większe szanse na normalne życie, na zdobycie pracy w dorosłym życiu. Ale muszą zacząć walczyć o swoje. Jak ja je mam do tego przekonać? Próbuje tłumaczyć na wszystkie możliwe sposoby, ale hm, to ciągle są jeszcze dzieci, które poważne dorosłe problemy mają gdzieś. Bo ilu z nas dorosłych w wieku dziesięciu czy nawet dwunastu wiosen myślało poważnie o życiu? Kto o pracy wiedział więcej niż to, że tam się zarabia pieniądze na cukierki i zabawki? Kto wtedy myślał w kategoriach - muszę się uczyć, bo chce być lekarzem?, jak już to: muszę się uczyć, bo inaczej dostanę dwóję albo ojciec mi wleje... Ja lubiłam się uczyć i czytać, ale raczej należałam do wyjątków, normalni to się wymigiwali od nauki jak mogli - z tego co pamiętam - odwalali zadanie od kolegów, zapominali zeszytów oj tam każdy wie, jak było...


Jednak każdy rodzic, każdy nauczyciel chce jak najlepiej dla swojego dziecka, ucznia i każe mu się uczyć... U nas sytuacja jest tyle trudniejsza, że my musimy oprócz tradycyjnej wiedzy należnej uczniom, nauczyć dzieci po raz wtóry mówić, czytać i pisać. To im się nie podoba. Mi zresztą też w pewnym sensie. No bo co z tego, że ze względu na nasze hobby znamy np nazwy  przenajróżniejszych zwierząt i roślin jak tu patrzymy na głupią kozę czy kurczaka i nie potrafimy tego zwierzaka nazwać. To jest dziwne, śmieszne i baaardzo irytujące, że w wieku 10ciu, 12stu, 40stu lat trzeba jak w przedszkolu uczyć się nazywać kolory, kształty, zwierzątka, czynności, gdy człowiek już od dawna posiada taką wiedzę. Z jednej strony więc bunt załogi mnie nie dziwi, z drugiej denerwuje, bo jednak to duże i kumate dzieciaki, więc powinny zrozumieć, że MUSZĄ to ogarnąć tak czy siak. Niecierpliwa jestem jak diabli...
Ciężko jest, powiem wam. Po pierwszych sukcesach tutaj, takiej dużej akceptacji społecznej nas obcych pomyślałam, że będzie łatwiej wdrożyć dzieci do nauki języka, ale teraz widzę, że opornie to idzie i długa, długaśna droga przed nami. Powiem szczerze. wymiękam chwilami i wielki niechcemisizm mię ogarnia. No nikt języka nie nauczył się za pół roku czy rok, trzeba czasu. Jak już chyba wspomniałam kiedyś, spotkaliśmy swego czasu Polaka który jest tłumaczem  i mieszka tu od 5 roku życia przez jakieś naście lat i on przyznał, iż ciągle się jeszcze tego języka uczy... Optymistyczne stwierdzenie dla takich nowicjuszy jak my, no nie? Zresztą przez 35 lat żyłam w pl, uczyłam się, czytałam tony książek i ilu ja polskich wyrazów nie rozumiem, ile mam problemów z ortografią, stylistyka, gramatyką. Ktoś ich nie ma? Nawet poloniści zaglądają do słowników co dnia, ale o tym było w poprzednim poście...
To nas poniekąd usprawiedliwia, ale nie zwalnia z nauki. Mało tego, powinno mobilizować do intensywnej pracy. Ech, powinno, teoretycznie.... Zwłaszcza moje dzieci....
Kurde uczymy się razem, ale często brakuje mi czasu, by o odpowiedniej godzinie siąść z nimi do lekcji. Co z tego że ja czas mam np w południe i se piszę bloga, jak dzieci są w szkole. Co z tego, że mam czas po 21 jak Doro zaśnie, gdy dziewczyny wtedy są zmęczone i muszą iść też spać. Zresztą i ja padam przeważnie zaraz po 21, bo ja z tych, co potrzebują minimum 8 godzin snu dziennie do normalnego funkcjonowania.
No i bądź tu mądry i pisz wiersze. Kurcze, ja już tyle umiem (jak na rok we Flandrii) a nie jestem w stanie tego dzieciom przekazać, to aż boli. Mam tyle chwil zwątpienia w powodzenie tej misji, że się mi odechciewa żyć i cieszyć się tym życiem.
A tu jeszcze co raz dodatkowe utrudnienia. Jak choćby ostatnio - sru i wszyscy chorzy jeden po drugim. Młody przyniósł katar z przedszkola. Dla niego na katarze sie skończyło. Trzy tygodniem bo trzy tugodnie ale to tyle na temat. Za to mnie i męża rozłożyła grypa jak się patrzy: gorączka, gardło, słabosć i bóle wszelakie. Mi najpierw przestało działac mówienie, potem słuch, węch, smak... Ech fajnie było, dobrze że po tygodniu przeszło, tylko słyszenie jeszcze nie działa i dopytują się teraz po 5 razy  jak głucha haha. Młoda dla odmiany zaliczyła pęcherzowe problemy. Furaginopodobny specyfik nie pomógł i trzabyło wreszcie wiejskiego doktora pójśc odwiedzić. Dobrze, że nasza niezawodna tłumaczka i tym razem nas wspomogła swoją znajomością języków, bo z takimi skomplikowanymi opowieściami brzuchowymi ciągnącymi się przez ostatnie miesiące chyba bym nie dala rady sie wysłowić. W tym tygodniu już jednak sama bez problemów dogadałam się z doktorem, gdy poszłam z Młodym. Ferie rozpoczął bowiem drań od zapalenia oskrzeli, czyli nieprzespane noce, tulenie, noszenie podawanie syropków. Rozwalił tym samym nasze plany feryjne, czyli sporo zabawy z językiem niderlandzkim i francuskim i wspólna nauka szycia na maszynie.
Ile narobisz, gdy łazi za tobą rozżalony mały ogonek i domaga się wyłączności na matkę? Nic wiele. Próbuję jednak choć po parę ćwiczeń zrobić wieczorami, gdy M próbuje zająć czymś Dora. Młodzież jednak się trochę buntuje, bo ferie przecie....
Zwłaszcza ta środkowa cwaniara  ma za dużo do powiedzenia wiecznie i swoje fochy musi co dnia pokazywać. Jessu, co to się obiadoli, zanim coś zrobi. O ile starsza, jak już się za coś zabierze, to wykona starannie i dokładnie, tak młodsza zazwyczaj odwali i już zadowolona. Dzieci, wieczny ubaw i przygoda. Ile radości - tyle troski.



UWAGA! Zdjęcia zamieszczone na tym blogu są moją i tylko moją własnością i proszę o niekopiowanie i nieumieszczanie w innych miejscach. 
Kto te fotki buchnie - temu dupa spuchnie!
 Kto zdjęcia ukradnie - łapa mu odpadnie! 
Ostrzegam! Jakem wiedźma!!!!

22 października 2014

Polszczyzna belgijszczyzna i inne tentegesy.

Przeczytałam nie dawno post na ulubionym  "kurzym blogu", w którym autorka z - że tak powiem -zagranicznej polszczyzny sobie delikatnie kpi... Chwilę później ja - jak codzień - warząc strawę w swoim wiedźmowym kotle, zaczęłam sobie rozmyślać na ten i inne tematy... Bo baby to różne rzeczy robią podczas gotowania. Jedne mają w kuchni telewizor i oglądają seriale, inne czytają książki lub gazety, jeszcze inne surfują po necie, co bardziej pracowite w międzyczasie odkurzają lub robią pranie... Ja telewizji nie oglądam, ale czasem czytam,  surfuję lub piszę bloga. Jednak to nie są zbyt bezpieczne czynności, bo nie raz zdarzyło mi się za bardzo wsiąknać w lekturę i dopiero zapach spalenizny mnie ściągnął spowrotem do garów. O, w zeszłym tygodniu na ten przykład musiałam dwa razy grochówkę gotować i jeszcze gar sodą szorować, bo się mi był leciutko przyfajczył przez polskie portale informacyjne, którem czytała. Inne zajęcia kobiece wykonywane równocześnie skutki mają podobne. No bo lecę szybko zetrzeć kurze, a tu słyszę,pralka piszczy, więc jeszcze wyskoczę raz-dwa powiesić pranie, a tu się okazuje, że trawa jest wielka i kapcie mi się w rosie moczą, no więc wydzieram kosiarkę i dawaj - robię porządek w ogródku. Aż tu jakiś dziwny zapach od strony kuchni zalatuje, jakby się coś przypalało... ? Szlag, to mój obiad!
Dlatego rozmyślania jednak chyba najlepsze i najbezpieczniejsze są przy gotowaniu. Przeto rozmyślam, kombinuję, a potem od czasu do czasu przeklepię na bloga swoje przemądre uwagi i wnioski. Co i niniejszym czynię.
"A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i swój język mają" /M.Rej/

Polszczyzna była jednym z naszych rodzinnych koników. Tata zawsze nas (głównie mnie i Większego Brata) poprawiał i strofował, gdy niepoprawnie mówiliśmy. Uwielbialiśmy wykłady profesora Miodka. Do tego mamy ciocię polonistkę, która w szkole wysokie wymagania wszystkim stawiała, za co jestem jej wdzięczna, jak pewnie wielu innych jej uczniów. Dzięki temu poznałam znaczenie wielu rzadko używanych słów, nie kaleczę jakoś okropnie polskiej ortografii i gramatyki oraz bardzo lubię język polski. Nie twierdzę, że piszę i mówię bezbłędnie. O, bynajmniej. Robię na pewno sporo błędów gramatycznych, zwłaszcza podczas długich wypowiedzi ustnych, gdyż mówię szybko i dużo (każdy ma jakieś wady:), a i w piśmie też się zdarza, bo czemu nie. Nawet najlepszym polonistom zdarza się sięgać do słownika, bo nie są pewni poprawności tego czy innego wyraženia, a co dopiero taki zwykły Kowalski. W tym miejscu dodam, że na moim blogu częstokroć celowo piszę nie do końca poprawnie, bawię się słowami, tworzę karykatury polskiej ortografii i gramatyki, bo mnie to bawi. Ostatecznie to mój blog i jak to mówią: wolnoć Tomku w swoim domku... Jako się rzekło, nie zmuszam nikogo do lektury. Czytanie jest dobrowolne i darmowe, w związku z czym reklamacji nie przyjmuję.
Wracając jednak do wspomnianej "zagranicznej polszczyzny", jest to bardzo interesujące zjawisko, które obserwuję kątem oka odkąd przybyłam do be i odkąd słyszę i czytam wypowiedzi rodaków. Wcześniej jednak nie zastanawiałam się nad tym jakoś specjalnie. Nie raz jednak zwróciłam uwagę, że my Polacy okropnie dużo obcych wyrazów sobie spolszczamy i jak gdyby nigdy nic używamy ich w życiu codziennym. Pierwsze dziwne określenie z jakim się tu zetknęłam i z pierwa kompletnie nie rozumiałam to "komuna". Mimo, że stosunkowo młoda wiedźma ze mnie, jednak niezbyt dobrze mi się ono kojarzy. A wśród polonii belgijskiej komuna to urząd gminy. Więc wszystkie sprawy załatwia się "na komunie", idzie się zameldować "na komunę". Tylko dlatego, że po francusku ta instytucja zwie się "Commune". Po niderlandzku to "Gemmente" , ale nie otientuję się, czy ktoś z Polaków chodzi do "gementi". My jednak (głównie ze względu na skojarzenia) chodzimy po prostu do gminy. Inny spolszczony wyraz, który wielce zabawny mi się wydaje, to "patron", czyli francuski szef. Nie mam słownika etymologicznego ani innego odpowiedniego pod ręką, ale całkiem prawdopodobne, że to akurat nie jest do końca niepoprawnie użycie, jednak w tym kontekście jakoś śmiesznie brzmi... ludzie mówią "moja patronka" to, mój patron" tamto. Moją patronką jest święta Magdalena i dzięki niej mam wspaniałe imię, ale poza tym ona nic specjalnego nie robi dla mnie... Jest jednak mnóstwo takich słów belgijskich, których na pewno nie ma w polskich słownikach, a których Polacy używają jak polskich, czyli zapisując po polsku i odmieniając zgodnie z zasadami polskiej gramatyki i to dla przysłuchujących się może być zabawne. Dzięki  kurzemu blogowi uświadomiłam sobie, że podobnie jest w innych krajach, do których emigrujemy. Ba, w innych krajach... A we własnym przecie podobnie. Kto z was nie zna słów "luknij", "debeściak", czy tym podobnych żywcem z angielskiego wydartych przez młodzież.
To, o ile się dobrze orientuję, nie jest jakieś nowe zjawisko. Czymże jest bowiem słownik wyrazów obcych? Opasła dosyć księga, a zawierająca wyrazy, które Polacy przez wieki podkradali z obcych języków i zaczynali się posługiwać nimi na Ziemiach Polskich. Z tym tylko, że dawniej ludzie nie byli tak mobilni jak dziś, nie mieli takich możliwości komunikacyjnych, dzięki którym dziś Polak minuta osiem ma kontakt z drugim końcem świata, raz dwa śmiga samolotem tu i tam. Dlatego szybciej i więcej nas wszędzie. Jak już gdzieś nas poniesie, to obserwujemy,  podpatrujemy i dodając coś od siebie zanosimy do swoich nowe przepisy, ciekawe pomysły, innowacyjnie rozwiązania, miłe zwyczaje, fajne słowa i różne głupoty, bździochy i syf też naturalnie. Ale czy to jest złe? Myślę, że nie. Dzięki temu świat się rozwija i idzie z postępem no i mniej się wszystkiemu dziwujemy, bo coraz więcej wiemy o świecie. Czasem tylko szkoda, że w pogonii za nowością zapomina się zupełnie tego co dobre i fajne w Polsce. Tak w kwestii tradycji, zwyczajów, języka, jak i techniki, nauki, kuchni itp. Każdy pewnie znajdzie coś, co w pl mu się podobało, a czego już dziś nie ma, ale to chyba cena tej mobilności, nowoczesności, postępu. Jednak zawsze nowe kusi i człowiek chce mieć to, co mają drudzy, co ma sąsiad zza miedzy, zza granicy, co mają ludzie na drugim końcu globu. A że może, to ma :-) A że niektórzy mają sentyment do rzeczy starych i dobrych, czasem minionych to druga strona medalu. Ja tam np wolę stare drewniane meble a nie przepadam za nowoczesnymi z plastiku, szkła i metalu. Jednak to nie powód by robić awanturę sąsiadowi mieszkajacemu w nowoczesnej chacie. To że wspólne rodzinne gawędzenie przy świecach wieczorem było fantastyczne, nie znaczy, że mamy wyrzucić z domu telewizor i komputer albo w ogóle odciąć prąd. Czasu nie zatrzyma. Coś za coś. Tak samo pewnie w kwestii języka ojczystego. Przy tak rozwiniętej komunikacji i szerokich kontaktach ze światem raczej próżno oczekiwać, że będziemy zachowywać czystość języka polskiego. Dodając do tego stan i zasady polskiej edukacji to raczej nie za dobrze ten nasz język będzie wyglądał za parę lat. Dziś już nie czyta się lektur tylko fragmenty wyrwane z kontekstu, a większość uczniów i tak skończy na ogladnieciu filmu i przeczytaniu streszczenia w sieci. Esemesy, czat i inna komunikacja elektroniczna nie wymaga specjalnych umiejętności językowych:  nara, pzdr, omg, cb - czasem w trzech literach i buźce kryje się całe skomplikowane zdanie. Nie trzeba się tez męczyć z ortografią, gdy autokorekta poprawia błędy. Wszyscy idziemy na łatwiznę. Widocznie taka kolej rzeczy.
Choć i mi czasem żal tych pięknych polskich wyrazów, które gdzieś tam w słownikach i literaturze siedzą zapomniane. I tych innych, które takie okaleczone i obdarte latają po polskiej i zagranicznej  ulicy - ni pies, ni wydra. Nie tak chyba dawno w jakimś jedzeniowym poście zastanawiałam się dlaczego wolimy mówić mufinki czy kupkejks i łamać sobie głowę nad pisownią i poprawną wymową, niż nazwać te babeczki jakoś swojsko, np babeczki po angielsku, babeczki francuskie itd. Tak, mówcie, co chcecie, dla mnie to jest jakiś rodzaj babeczek tylko o innym niż polski rodowodzie. No ale z drugiej strony spolszczanie wszystkiego bywa co najmniej zabawne albo wręcz irytujące. Więc powiem jak zwykle - najlepiej bez przesadyzmu w obie strony i będzie git. Mniemam jednak, iż to niemożebnym okazać się może... Świat się zmienia i nie zatrzymany tego.

Język polski jest jednym z najtrudniejszych języków świata i moim zdaniem nie powinno się jakoś bardzo krytycznie oceniać żadnego Kowalskiego czy Nowakowej mówiących niepoprawnie, bo najprawdopodobniej samemu popełnia się co najmniej kilka błędów językowych dziennie... No chyba, że ktoś nic nie mówi albo mówi w innym języku akurat... Ja, mimo przeczytania dziesiątek książek, zamiłowania do języka często staję przed problemem, jak coś napisać, jaka jest w zasadzie poprawna forma tego czy innego wyrazu, konstrukcji zdania itp i wiem, że częstokroć ostatecznie używałam niepoprawnej formy. Rozmawiając ze znajomymi, którzy są za granicą kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat i mają sporadyczny kontakt z rodakami, słyszę, iż wielu prostych słów najzwyczajniej w świecie zapomnieli, więc używają spolszczonych form wyrazów tutejszych. Niektórzy używają niewłaściwych wyrazów w zdaniu, które mimo że jest zrozumiałe to jednak śmiesznie brzmi. Przykład? "Ja powiem dla dyrektorki o tym". zamiast "Ja powiem dyrektorce o tym."C. W niektórych sytuacjach muszę się nagłowić, zanim przetłumaczę "z polskiego na nasz" i pojmę o co chodzi. warto tu zajrzeć 

W kwestii rozważań o języku jeszcze mam jedną teorię. Kiedyś ponoć Bóg wkurzony na ludzi pomieszał im języki, żeby się jeden z drugim nie mogli dogadać i głupot nie narobili. Potem pojawiali się mądrole, którzy chcieli to odkręcić i stworzyć jakąś uniwersalną mowę. Z esperanto się nie udało, łacina stała się międzynarodowym językiem medyków, ale za to poza tym nie istnieje. Ale teraz popatrzcie na świat. Czy nie wydaje wam się, że zupełnie niezamierzenie za kilka lat język angielski stanie się takim międzynarodowym językiem? Bo ja takie właśnie mam przypuszczenia. Dziś chyba nie ma kraju, w którym nie dogadał by się w tym języku. Nie w sensie, że w każdym miejscu, w każdej wsi, ale jest to język bardzo popularny. Oczywiście częstokroć są to małe grupy, np studentów, informatyków, jakichś urzędników, ale są. Może więc za parę(dziesiąt) lat człowieki będą mieć znowu jeden wspólny język... I to będzie koniec swiata...?   ;-)


Kto czyta ten blog, co najmniej od czasu do czasu, to wie, że moje rozumowanie bywa arcypokrętne i niczemu się nie należy dziwować w moich tekstach hehe. Powtórzę po raz nie wiem który: niech nikt nie śmie traktować moich słów zbyt poważnie! Dla mnie życie jest jedną wielką piaskownicą, w której staram się dobrze bawić, a bawię się zawsze po swojemu, swoimi zabawkami, ale się wnerwiam jak mi ktoś rozciapuje babki albo obsypuje piaskiem.

14 października 2014

Homo homini lupus est...?

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, lubię obserwować ludzi, ludzkie obyczaje, zachowania, zabawy itd. Staram się nikogo nie oceniać, nie dzielić ludzi na kategorie i podkategorie, ale nie zawsze mi się udaje, w końcu jestem tylko człowiekiem. Czasem pozwalam sobie tu i ówdzie na jakiś komentarz, a bywa, że - jak to na babę przystało - włączam się do obrabiania czyjegoś tyłka... Hmm, nie czarujmy się, każdy ma jakieś grzeszki na sumieniu i nie ma po co udawać, że jest inaczej... 

Jednak zasadniczo świat widzę w jasnych kolorach i w ludziach też staram się raczej lepszych stron dopatrywać, albo próbuję zrozumieć dlaczego ten czy ów takim a nie innym zachowaniem się wykazuje. (nie u każdego jednak da się znaleźć zadowalającą mię ilość dobrych cech, a niektóre zachowania są niezrozumiałe i nieakceptowalne kompletnie).Na swoim blogu staram się również pokazać raczej fajne, ładne, miłe, przyjemne rzeczy, które oglądam, doświadczam, spotykam na swojej belgijskiej drodze...

Oczywiście niektórych z jakiegoś powodu boli, że czasem sobie zrobię porównanie z polskimi odpowiednikami, które wypadają słabiej i od razu zarzuca mi się "wieczne narzekanie na wszystko polskie" itd. Być może jakoś nieodpowiednio swe myśli formułuję, gdyż ja chcę podzielić się swoją radością, dziecięcym wręcz zachwytem nad pięknem kraju, w którym żyję, ceniąc jednocześnie uroki polskiej ziemi, ale wielu - jak się okazuje - odczytuje to tylko i wyłącznie jako niekończącą się krytykę pl, czy wręcz antypolskość... Zazdrość? przesadny patriotyzm? czy po prostu zwykły pospolity trolizm internetowy? A może.... polacyzm? Kto ich tam wie...

Są też tematy, momenty w życiu, obok których nie sposób przejść ze spokojem i zachwytem,  i trzeba zareagować albo po prostu odreagować poprzez pisanie, gadanie. Niekiedy obgadanie tematu z kimś pozwala więcej zrozumieć,  wyjaśnić niejasności, czy też po prostu uwolnić się od upierdliwych, męczących myśli. Pisanie ma takie działanie lecznicze, oczyszczające,,, przynajmniej dla mnie.

Ostatnio (zresztą nie tylko ostatnio) na bazie obserwacji otoczenia realnego jak i wirtualnego próbuję jakoś sensownie sobie wytłumaczyć dlaczego my Polacy zachowujemy się tak mało racjonalnie i dlaczego tak źle o sobie mówimy nawzajem. Najbardziej rzuca się to w oczy na wszelakich internetowych stronach polonii. Polacy za granicą, Polacy w Polsce - wszędzie to samo, czyli wzajemne obrażania, wyzwiska, obelgi i rzucanie kłód pod nogi. Coraz bardziej skłaniam się do teorii, że w pl nikt nie ma prawa mieć odmiennego zdania, odmiennych zainteresowań, poglądów, wiary jak tylko "jedyne słuszne" kreowane przez aktualne media i rządzących nimi ludzi władzy wszelakiej a reprezentowanych przez całe grupy zwykłych Kowalskich i Nowaków. Ba, często widzę, że nie może się nawet nikomu nic innego podobać, nic innego wzruszać, bawić, denerwować, martwić... Do tego jest KILKA  takich grup "jedynie słusznych" poglądów, które wzajemnie najchętniej by się pozabijały albo przynajmniej powydzierały oczy i obdrapały mordy... Z tym tylko, że najczęściej i najchętniej skaczą sobie do gardeł w Internecie na wszelakich forach, blogach, portalach społecznościowych, gdzie wielu chowa się za mniej lub bardziej idiotycznym nickiem lub wręcz całkiem anonimowo. Mam takie podejrzenia, że w realu ci wielcy krzykacze i mąciwody częstokroć są tzw dupolizami, którzy w sieci najzwyczajniej w świecie odreagowują swoją realną uległość wobec innych. Niczym czarnoksiężnik z krainy Oz udają wielkich, ważnych i mądrych w sieci, będąc śmiesznymi, małymi przestraszonymi ludzikami w życiu rzeczywistym.,,
A przecież można po prostu normalnie dyskutować, spierać się, rozmawiać bez chamstwa, wzajemnych oskarżeń, obrażania, epitetów z dolnej półki. Natykam się czasem na takie inteligentne  i kulturalne dyskusje i lubię je czytać nawet jak ich temat nie jest mi bliski i sama nie mam w nim nic do powiedzenia, to wielu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć z lektury takiej konstruktywnej wymiany zdań. Trafiłam kilka razy na bardzo zażartą dysputę, która zaczynała się od komentowania bieżących wydarzeń polityczno-społecznych a kończyła opisami, rozważaniami z zakresu filozofii, polityki, historii, religii  sięgającymi początków cywilizacji. Najbardziej gorliwi uczestnicy takiej wymiany zdań potrafią dzielnie i interesująco bronić swoich racji do samego końca nie tracąc jednak szacunku dla opinii odmiennych. Wiedząc, że w Internecie spotkać można wielu ciekawych ludzi, o interesujących poglądach i z niecodziennymi doświadczeniami ciągle chętnie uczestniczę w życiu wirtualnym. Szkoda tylko, że coraz częściej trafiam ostatnio na chamstwo i prostactwo dominujące w rozmowach wirtualnych Polonii. Portale mające łączyć Polaków, są tak przesiąknięte jadem, wzajemnymi żalami i niesnaskami, że czasem chce się wyjść trzaskając drzwiami (szkoda że się nie da) albo zrobić normalnie rozpierduchę totalną. Istna wylęgarnia troli. Nawet proste pytanie o bieżące sprawy życiowe, czy opublikowanie żartobliwego tekstu albo obrazka mającego rozweselić rodaków często przeradza się po paru minutach w dziką awanturę pełną niekontrolowanych obraźliwych zdań... Homo homini lupus est...

O ile brak tolerancji w Polsce jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo mało tam obcych i innych się plącze, to ludzie zdziwieni i może boją się "Czarnych", "Żółtych", kochających inaczej itp. Ale już masowe skrajnie nietolerancyjne zachowania i opinie wśród Polaków, żyjących od wielu lat zagranicą są dla mnie na prawdę nie do pojęcia. Rozumiem tam 5 osób na krzyż, ale ilość ludzi polskiego pochodzenia bardzo źle wyrażających się o innych nagrodach i innych własnych czyli polskich regionach mnie przeraża. Zwłaszcza tu, gdzie sami jesteśmy obcymi przybyszami, gdzie sami niejednokrotnie jesteśmy przez tubylców traktowani jako zło konieczne.

Nikt nikogo nie zmusza do miłości, przyjaźni do przedstawicieli innych narodowości, innych religii, ale do cholery można chyba żyć bez opluwania, wyzywania tamtych, traktowania jako gorszych. Śmieszne to jest i wg mnie dziecinne, że jeden z drugim pcha się do obcego kraju i chce żyć w nim wg zasad,  praw obowiązujących w pl albo wręcz własnego widzimisię. Mało tego, żąda by inni też tak żyli. Czy to jest normalne? Niektórzy zdaje się oczekują, że wszyscy powinni zacząć mówić po polsku i przejść na katolicyzm... Z lektury w/w stron Polonii wynika, że Polacy nie mogą bratać się z obcymi narodami, a już związek z wyznawcami innych religii traktowany jest jak związek z samym diabłem. Co tutaj w be najbardziej mnie irytuje to polonijne teksty na temat np Marokan.... Fakt, ci  ze względu na specyficzny sposób życia są też i przez Belgów nielubiani, ale... Co by o nich nie powiedzieć, to tacy Marokanie mają chyba o wiele większe prawo do życia w Belgii niż np my Polacy. Podejrzewam, że wielu rodaków nie orientuje się za bardzo w historii Belgii, bo i ja tylko na razie pobieżnie ją przestudiowałam, ale wiem tyle, że Maroko, podobnie zresztą np Kongo, było przez pewien czas belgijską kolonią, czyli jakąś jakby częścią be. Belgowie przywozili stamtąd ludzi  do pracy. To afrykańscy niewolnicy praktycznie wybudowali Belgom metro i odwalili za nich inne "czarne" roboty. Belgowie zapewne teraz sobie plują w brodę, bo pewnie się im wydawało, że Kali zrobić robota, Kali wrócić do Afryka... A tu się okazało, że Kali zostać, Kali sprowadzić rodzina, dzieci Kali skończyć szkoła i Kali już nie być Kali tylko PAN KALI.... I teraz jest problem. Dziś Afrykanie mają ukończone studia wyższe, mają własne firmy, zajmują urzędnicze stanowiska, są lekarzami, adwokatami i być może za parę lat Belgowie będą pracować dla Kaliego i modlić się do Kaliowego Boga. To jest problem całej Europy, ale nie nam zwykłym szarym zjadaczom chleba się nim zajmować. A już na pewno nie jest to powód do publicznego obrażania narodów innych niż polski, czy krytykowania kobiet żyjących w związkach z obcymi. Bo co komu do tego, jak i z kim drugi chce sobie życie ułożyć? Nie mówię tu, że nie można o tym rozmawiać, wyrażać swojej opinii, doświadczeń, ale do jasnego grzyba, bez personalnych wycieczek i wytykania palcami jak 100 lat temu na wiosze zabitej dechami,
 O związkach z osobami tej samej płci to już nawet nie wspominam, bo myślę, że przed Polską jeszcze długa droga do samego zaakceptowania faktu istnienia takich ludzi, a gdzie tu jeszcze do tolerancji... Jeszcze niedawno leworęczni, okularnicy, piegowaci i niepełnosprawni byli w pl  powodem wstydu rodziny i wyśmiewania przez sąsiadów i kolegów. Udało się fobie pokonać, więc może i w przypadku innych religii, koloru skóry czy orientacji seksualnej też tak będzie kiedyś, ale to chyba trzeba czasu...
Zwłaszcza że widzę, iż pl w kwestii religii to coś się naprawdę niedobrego dzieje... Nie wiem jak wy, ale ja widzę sporą różnicę między normalnymi katolikami, a fanatycznymi katolikami, a w pl zdajesię tych ostatnich się namnożyło... XXI wiek, a pl zbliża w stronę średniowiecza i Wielkiej Inkwizycji. Tylko patrzeć jak stosy zapłoną... Nie wolno ćwiczyć jogi, stosować gumek, chodzić na niektóre koncerty i do teatru z obawy przed opętaniem... SZOK W TRAMPKACH... nie wiadomo śmiać się czy płakać...
Ale nie będę tego tematu ciągnąć bo i mnie stos dosięgnie hehe.

A dlaczego czasem słyszę, że my Polacy mamy bardzo złą opinię? Dlaczego jeden Belg rok temu nie chciał nam wynająć mieszkania mimo poparcia liczących się w środowisku Flamandów, bo jesteśmy Polakami? Dlaczego czasem lepiej nie przyznawać się, że jest się z pl? Ja myślę, że opinię robią nam nasi ziomale...

Nic nie pomoże, że jednostki, ba, całe rodziny nawet, przyjeżdżają do Belgii (czy też Francji, Niemiec, etc) po to by tu zacząć żyć normalnie, by pracować uczciwie do samej emerytury, by kształcić tu dzieci, zakładać firmy, płacić podatki, z myślą, że te dzieci założą tu rodziny, będą tu pracować etc... To za mało by zmienić obraz Polaka, który ciągle jest utrwalany przez tych cholernych polskich lumpów i nierobów, których widuje się całe stada w każdym kraju na dworcach, lotniskach, centrach miast, Polaków pijących, przeklinających i żebrzących. Sytuacji nie poprawia też masa młodych osób pracujących uczciwie do dnia, w którym można dostać zasiłek, a potem spieprzających do pl by poszaleć za belgijska kasę i nic nie robić, bo na niczym im nie zależy, jak sprawdzą to peszek jak nie to tyle ich....
 Przecież nikt nie widzi Kowalskiego, który pracuje uczciwie, czy Nowaka prowadzącego uczciwie legalną firmę w tym czy innym kraju, z tej prostej przyczyny, że nie może ich zobaczyć, gdyż są oni cały czas w pracy, a nie siedzą na dworcu, nie rozrabiają na mieście. Jak idą do kafejki, kina, na koncert to przecież niczym się od tubylców nie odróżniają dopóki nie zrobia jakiejś zadymy, nie przyjedzie policja, nie napiszą w gazetach... Do tego ci, którzy wiążą życie swoje i swych dzieci z tym (czy innym) krajem to albo znają już język albo się go uczą i jak nie mówią po polsku to przecież nikt nie sprawdza ich rodowodu. Nawet jak gadają po polsku to nikt nie zwraca uwagi w takim wielojęzycznym kraju. Jeśli ludzie solidnie pracują, uczą się, nie kombinując to nikt nie patrzy skąd pochodzą. Uczciwi nie rzucają się w oczy, więc nikt ich nie zapamiętuje i nie wkłada do szufladki "Polak" razem z lumpami i złodziejami polskimi, którzy cały czas rzucają się w oczy. Dlatego, wydaje mi się, taką właśnie niedobrą mamy opinię i tak trudno czasem doczekać się nam w niektórych sytuacjach pozytywnego podejścia i traktowania ze strony tubylców. Bo każdy wie ze swojego podwórka, że nawet jak swój (w tym wypadku Belg np) coś narozrabia to i tak nie spotka się to z taką samą krytyką i uwagą jak będzie to w przypadku obcego. Wspomnijcie choćby swoje szkole czasy, Jak coś się stało to pierwsze podejrzenia padały na "obcych", potem na najpopularniejszych rozrabiaków.,, W dorosłym świecie jest tak samo.

Sytuacji nie poprawia też fakt, że Polacy nie chcą trzymać się razem, jak choćby wspo;niani już, a obserwowani przeze mnie w Brukseli Marokanie.  Nie wiem, może się mylę, ale zaobserwowałam, że Marokanie najchętniej chadzają do marokańskich sklepów, marokańskich mechaników, mają swoich fryzjerów, swoje restauracje, na ulicy, przed szkołą, na placach zabaw widziałam jak bardzo przyjaźnie traktują sie wzajemnie Marokanki. Nie ma cudów, żeby były wszystkie akurat sąsiadkami albo kuzynkami albo kimś tam jeszcze bardzo znajomym. Oni sobie cały czas pomagają wzajemnie, odwiedzają się, świętują razem, oczywiście zgodnie ze swoją religią i kulturą. Wszyscy razem całą kupą są silniejsi i dlatego tak łatwo przychodzi im pewnie opanowywanie Europy. A my Polacy jesteśmy jeden dla drugiego wrogami.
Jak się dowiedziałam, ze w Belgii tylu Polaków, to sobie pomyślałam, że jak kogoś spotkam to będzie fajnie, będzie się można zaprzyjaźnić, zaprosić na kawę, zapytać o szkołę, o lekarzam czy o innych sprawach pogadać, co zwłaszcza w pierwszych miesiącach jest każdemu tak bardzo potrzebne. Gdy zaczęłam chodzić na place zabaw z dziećmi wypatrywałam polskich matek i babć. No i bardzo szybko sie doczekałam pierwszego spotkania z polskojęzyczną rówieśniczką moich córek. Pierwszą rzecz jaką próbowało zrobić to dziewczę, gdy dowiedziało się, że dziewczyny mówią po polsku, to zrobienia z nich pośmiewiska poprzez namawianie do idiotycznych zachowań na placu zabaw. Potem zagadnęliśmy do rodziny (tatuś, mamusia, babcia, wujek) popijającej piwko na pobliskiej ławce - nie byli jakoś specjalnie zachwyceni spotkaniem rodaków, jednak też nie byli nastawieni wrogo, poprzechwalali się swoimi osiągnięciami w Belgii i na tym się znajomość skończyła. To jedne z pozytywniejszych znajomości z Polakami w Brukseli.
Następne moje próby nawiązania znajomości z mamami polskimi skończyły się fiaskiem. Matki Polki najczęściej odburknęły "dzińdbry" z miną "weźsiękobietoodemnieodpierdziel" więc nawet za bardzo nie próbowałam rozmawiać, czasem gdy przywitanie brzmiało wyraźniej i zawierało jakiś element sympatii, próbowałam nawiązać jakis kontakt zagadując o pogodzie, o dzieciach, ale jakoś takie to sztywne i nieprzyjazne to było, że się odechciewało... Co dziwiło mnie tym bardziej, że z sąsiadami i przypadkowo spotkanymi Marokankami szło się "dogadać" mimo nieznajomości wspólnego języka, zawsze uśmiech, chęć podania pomocnej dłoni itp.
Czytam opinie czasem, np że gówniarze zaczepiają młode polskie kobiety, ale sorry a co robią polscy gówniarze w naszym własnym  kraju widząc ładną laskę maszerującą ulicą? Jeśli są Polacy tacy mili i kulturalni to dlaczego tyle kobiet boi się wychodzić wieczorami w Warszawie, Rzeszowie, Gdańsku, co? Chyba nie powiecie, że te rozboje, pobicia, gwałty w pl to robota obcokrajowców?!
Inna kabitka płacze, że Araby biją swoje kobiety, a kurde polscy katoliccy mężowie nie biją swoich żon, nie katują własnych dzieci?!! Kilka razy w tygodniu czytam takie informacje z Internetu w polskiej prasie... wyższość rasy białej, a szczególnie słowiańskiej... kurza dupa... idźcie się leczyć, ludzie...

Wszędzie są ludzie i ludziska, wszędzie są dobrzy i źli jak świat światem, ale tak dobrze jest na inny naród inna religię zwalić winę za całe zło świata.

No, powiedziałam, co wiedziałam i mi ulżyło :-)