9 stycznia 2014

pierwszy post w nowym roku

Jak ten czas leci...
No patrzcie, już 9 stycznia, a wydaje się, że nie dawno się tu przeprowadziliśmy.
zimowy spacer po wsi


Chciałam napisać coś zaraz po Nowym Roku, jednakże komputer okupowany był przez Moją Szanowną Młodzież i ciężko się było dopchać choćby na chwilę :)

Tutaj ferie świąteczne, czyli Kerstvakantie, były ciut dłuższe niż w pl. Dzieci szły dopiero 6 stycznia do szkoły. W be "Trzech króli" jest dniem roboczym, tak gwoli ścisłości.
Następne ferie w szkole będą w pierwszym tygodniu marca i nazywają się one Krokusvakantie, no i potem w kwietniu od 7ego do 21ego jeszcze 2 tygodnie wolnego na święta , czyli Paasvakantie. W pierwszym tygodniu lutego szóstoklasiści jadą na tygodniowy obóz sportowy. W tutejszej szkole -jak się dowiedziałam, to tradycja od wielu, wielu lat.
Starsza już się nie może doczekać. A ja się cieszę, bo myślę, że cały tydzień bez kontaktu z polskim językiem może dać więcej niż miesiąc nauki niderlandzkiego w szkole. W każdym bądź razie na pewno nie zaszkodzi.A zajęcia sportowe też pewnie jakieś interesujące będą.

Tylko nie wiem, jak Młoda wytrzyma cały tydzień bez starszej siostry, która jak wiadomo jest  "upierdliwa, wredna, głupia, idiotka, świnia, oszustka" itd jak jest na co dzień, ale wystarczy, że pójdzie gdzieś sama na godzinę, a Młoda już mało z siebie nie wyjdzie... Gdzie ona jest? Kiedy wreszcie wróci? Może się gdzieś zgubiła? Ona myśli tam siedzieć 3 dni? Czy ona nie wie, że jeszcze zadanie powinna odrobić? Ciekawe czy nie głodna jest, tak długo jej nie ma... Nie ma co robić, nie ma z kim zagrać, z kim pogadać...

No więc lata siedemsetrazynagodzinę sikać, pić, jeść, pytać się która godzina...

A tak w ogóle to dlaczego akurat szóstaki jadą a nie czwartaki?...

Weź tu tydzień wytrzymaj z samotną Młodą, która musi być zawsze w centrum uwagi i potrzebuje towarzystwa.

Starsza ma zupełnie inny charakter - bez problemu potrafi sobie sama czas zorganizować i czymś się zająć, a to szyciem, a to rysowaniem, a to podziwianiem natury... To dusza artystyczna. Młoda zaś to szalony człowiek, potrzebujący ciągłych wrażeń, zmian, ruchu i towarzystwa. A ja uważam, że bardzo dobrze, iż są tak różne, bo dzięki temu doskonale ze sobą się dogadują. Jedna ma to, czego drugiej brak i zawsze jest jedna drugiej potrzebna, oby tak było dalej. Tutaj, w obcym ciągle kraju, bardzo dobrze, że mają siebie nawzajem. Dzięki temu jest im łatwiej żyć i funkcjonować w tym przyjaznym, ale ciągle "niezrozumiałym" społeczeństwie.
Choć z drugiej strony - jak często mówimy z M - gdyby była jedna, to miała by zapewne większą motywację i potrzebę jak najszybszej nauki języka, a tak, ja są we dwie, to się nie palą do tego, bo przecie jest z kim pogadać, pobawić się. Wiadomo, że wcześniej czy później nauczą się, wszyscy się nauczymy, tutejszej mowy, ale mówiąc szczerze jakoś nie widzę u Młodych szczególnego zainteresowania niderlandzkim. Choć ciągle namawiam, proponuję im różne zabawy, które mogły by im pomóc w przyswojeniu języka, ale póki co nic z tego się nie przyjęło.
Jakoś nie mogę zrozumieć dlaczego im się nie chce. Ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, że dużą frajdę sprawiało nam z bratem poznawanie nowych słów i zwrotów w obcych językach. A mieliśmy tylko książki i kasety no i Atari (taki komputer ówczesny, do którego obsługi wręcz niezbędny był angielski - jakby kto nie wiedział). W końcu tylko dzięki temu dziś jestem w stanie porozumieć się choć trochę po angielsku. Dlaczego nam się chciało a im nie? My też mieliśmy co robić: masa kolegów (dokładnie "kolegów", ja się z chłopakami bawiłam przeważnie) miliony pomysłów na zabawę (niekoniecznie bezpieczną) w domu, na podwórzu w lesie i nad rzeką, rowery, telewizor, no i komputer też (Atari bo Atari ale na ówczesne czasy to było COŚ)  i setki gier na nim (grało się samemu i w wielkiej gromadzie popychając się, kłócąc, dopóki rodzice się nie wkurzyli na hałas i bałagan...) a i tak chciało się nam od czasu do czasu zabrać za angielski z własnej i nie przymuszonej woli...
Ale to właśnie pewnie to, że my "mogliśmy" a Młode  "muszą". Ale co ciekawe, jak okazało się w szkole, że pozapominały tabliczkę mnożenia i nakazałam  codzienne odwiedzanie http://www.matzoo.pl/ (polecam nie tylko dla miłośników matmy) to nie ma problemu - przerabiają bez gadania dział "4 klasa; tabliczka mnożenia do 100" setka działań dziennie i gitara. Tyle, że obie raczej lubią matmę - tak jak i ja. Nic to, póki co, ja się uczę słówek z mp3, a Młode po trochu, po troszeczku codziennie uczą się w szkole.
Jakoś damy radę.
wiosenna zima

Przed Nowym rokiem odwiedziła nas nasza znajoma Polka. Przywiozła paczkę ubrań używanych od jednej pani dla dziewczyn i parę zabawek dla Młodego. Tu jakiś taki zwyczaj w szkole jest, że w okolicach świąt niektórzy dają dzieciom (o ile rodzice chcą) używaną odzież, zabawki, z których już ktoś wyrósł. Nie powiem, trochę się zdziwiliśmy, jak dyrektorka do nas zadzwoniła z takim pytaniem, czy chcemy ubrania, bo w końcu ile my tu mieszkamy? Miło, że akurat dziewczynom ktoś zechciał coś dać. Póki co się nam nie przewala z kasą, a te ceny tutaj raczej nie zachęcają do wielkich wypraw na zakupy, a Młode rosną. A tu ciuszki same markowe dostały i to z niewielkimi oznakami użytkowania. M. in. świetne kurtki zimowe, bluzy dresowe, jeansy - będą mieć w czym do szkoły chodzić zanim coś nowego się pokupi.

Ciuchy ciuchami, ale fajnie było pogadać z kimś innym niż dziecka i mąż. Nie jestem co prawda jakimś wyjątkowo rozrywkowym ludziem, ale pogadać to lubię i to dużo, przynajmniej od czasu do czasu. Brakuje mi takich przypadkowych rozmów z przypadkowymi ludźmi w sklepie, w parku, na ulicy, takich o wszystkim i o niczym.
Pogadaliśmy trochę o pl trochę dowiedzieliśmy się o naszej wsi. Co ciekawe nasza znajoma pochodzi - tak samo jak i my - z Podkarpacia. Z tym, że wyjechała do be 45 lat temu - jest w wieku naszych rodziców. Co nie zmienia faktu, że świetnie się z nią rozmawia.Opowiadała o swoich trudnych początkach na emigracji. Pewnie było jej jeszcze trudniej niż nam. Wszak to były zupełnie inne czasy. Ona - tak samo jak my - zaczynała przygodę w Brukseli. Z tym, że ona wyszła za mąż za Belga, a to trochę zmienia sytuację. Aczkolwiek początki zawsze są trudne.

Uważam jednak, że bez względu na inne okoliczności zawsze łatwiej jest zacząć życie na emigracji samemu niż z dziećmi, które wymagają opieki, szkoły, itd a jednocześnie praktycznie uniemożliwiają pójście do pracy. Samemu to jednak człowiek martwi się tylko o siebie, wie, że jak zajdzie taka potrzeba, to może przez jakiś czas jeść suchy chleb, może spać na materacu pod czyimś łóżkiem, chorobę jakoś przechodzi itd. A jak się ma dzieci, to najważniejsze jest ich dobro (przynajmniej dla normalnych ludzi). Małemu dziecku nie powie się - słuchaj dziś nie jesz kolacji, bo nie ma kasy. Nie powiesz - Młody, nie ma na pampersy - nie sikaj. Nie wygonisz do szkoły czy tym bardziej przedszkola z 40 st gorączki, biegunką itp bo robota ważniejsza, bo i tak nie ma na doktora i leki. Itede, itepe. Taka nieraz nachodzi myśl - o ile łatwiejsze było by życie bez dziecków albo ewentualnie z jednym dzieckiem.... Ale zaraz sobie człowiek uzmysławia, ile by stracił radości, no i po co w zasadzie było by żyć i robić cokolwiek?

Mój M nieraz padając ze zmęczenia i ogólnie mając już dość jakiejś wyjątkowo upierdliwej zabawy Młodego, mówi - kurde, co my byśmy robili, jakby jego nie było? No też się zastanawiam... Byłby spokój, dużo spokoju, tyle spokoju, że by człowiek umarł z nudów, dostał obłędu albo jakichś głupot narobił. Zwłaszcza tu, gdy nie ma do kogo pyska otworzyć...

Wystarczy sobie przypomnieć każdą słodką i uroczą chwilę spędzoną z dzieckiem - i tym małym, i tym większym - i już nie można sobie nawet wyobrazić życia bez nich. Choć są chwile, ze ma się wszystkiego dość albo po prostu człowieka trafia szlag jak się musi użerać z tymi bachorami przez całe dnie, samemu nie czując się najlepiej...

No i własnie muszę iść po raz niewiemktóry wysadzić na nocnik najmłodsze swe dziecię...

Dobrze, że "e-e" robi na nocnik od dawna, ale skubany wyczaił, że to świetny sposób na odciągnięcie matki od jakiegoś nudnego (czytaj: innego niż zabawa z Niuniem) zajęcia. W związku z powyższym chodzimy na nocnik tylko po to, by się rozerwać i przespacerować bez innych, pożądanych w tych okolicznościach efektów w postaci tzw kupy czy siku. Ale przecie trzeba pochwalić bo sam na nioniu... Dodam, że do nudnych zajęć nie należy np gotowanie (bo można turlać ziemniakami, grzebać w mące, przenosić garnki, próbować zabrać mamie nóż itp), sprzątanie (bo fajnie się wrzuca zabawki do miski z wodą do mycia podłogi, a i wyłączanie odkurzacza wielce jest zabawne), pranie (super jest ciągnąć mokre ubrania do sznura na podwórku, zwłaszcza gdy błoto jest, wkładać do pralki różne rzeczy - także ubrania czasem) i parę jeszcze innych, gdzie można mamusi pomagać...

Tak, nie nudzę się, mimo, że bezrobotna jestem jak na dzień dzisiejszy... Czasem nawet uda mi się napisać parę linijek bloga...

Blog ten - jak się okazuje - był dobrym pomysłem. Okazało się, że jest to świetny pretekst do nawiązania rozmowy czy odświeżenia kontaktu ze starą (jakby nie patrzeć) znajomą. Niniejszym dziękuję wszystkim za miłe słowa, komentarze, emalie i wszelaki czat na fejsie. I polecam się na przyszłość.
Nowe komentarze, rozmowy, znajomi, lajki, udostępnienia)*niepotrezbne skreślić   mile widziane :)