17 stycznia 2014

Co wyczytałam o Belgii... dla ciekawych świata :)


Wreszcie postanowiłam odrobić zadane już sobie jakiś czas temu zadanie domowe, czyli zapoznać się bliżej z historią i geografią kraju, który ma być w najbliższym czasie, i dalszym też, naszym domem.


Jakoś bowiem nieswojo się czuję, gdy słyszę nazwę – wydaje się – wszystkim znanego miasta, a nie mam pojęcia w jakim to kierunku na mapie ani czy daleko, czy też blisko. 
Z Polską to jednak dobrze się zapoznałam w dzieciństwie bawiąc się z bratem i ojcem w szukanie miejscowości na mapie samochodowej. A i geografia też była lubianym przeze mnie przedmiotem w szkole. Niestety nie do tego stopnia by mieć obcykane inne niż swój kraje.

Skonstruowałam sobie więc naprędce na kompie własną wersję mapy Belgii.. 

Śliczna nieprawdaż? :) Tylko niech nikt się nie przyczepia - nie jestem kartografem. 

Potem sobie poczytałam w atlasie, encyklopedii i necie oczywiście.

Dowiedziałam się m.in, że Belgia jest jednym z najgęściej zaludnionych krajów w Europie. Państewko niewielkie, bo zaledwie 30 tys. km2 (gdy taka niby mała Polska ma 312 tys. km2).

Belgia podzielona jest na 3 rejony – co przedstawiłam sobie i Wam na mapie. Są to Flandria, Walonia i Region Brukseli.

 I tak: we Flandrii język urzędowy to holenderski (niderlandzki), 
w Walonii – francuski, 
a w Brukseli oba. 
Dodatkowo część Belgów używa też niemieckiego – jak można się domyśleć – są to mieszkańcy prowincji Liege, czyli mieszkający blisko granicy z Niemcami.
 Jak powiedziała nam nasza znajoma, każdy z języków ma też – podobnie jak w pl i innych krajach – wiele odmian, dialektów, gwar czy jak to się tam nazywa, czyli inna wymowa wyrazów, akcenty i inne niektóre słowa.

Te  rejony są jednocześnie podzielone na 10 prowincji (po 5), w których rządzą gubernatorzy i rady prowincji mianowane przez rządy regionalne. Prowincje dzielą sie na gminy, którymi zarządzają rady gminy wraz z burmistrzami mianowanymi przez króla.

My aktualnie mieszkamy w Brabancji Flamandzkiej - to niebieskie wyżej Brukseli :)

Belgia w większości położona jest na nizinach. Na północy zabagnione równiny i tu pewnie właśnie przyszło nam mieszkać – gdzie by nie polazł –  woda i błoto. 
Na zachodzie kraju jest trochę wzgórz i Morze Północne na północnym zachodzie,
 zaś na południowym wschodzie znajdują się góry Ardeny, ale gdzie im do polskich Tatr czy Karpat. Tu najwyższy szczyt ma 694 m, czyli tyle co większa górka na Podkarpaciu :) 

Klimat tu mamy umiarkowany ciepły morski - jak pisze PWN.

Główna rzeka Belgii to Skalda. Dużo rzek połączonych jest kanałami w celu ulepszenia transportu wodnego. Nie ma za to jezior naturalnych, tylko parę sztucznych przy elektrowniach.

A tera ciut historii, z którą muszę zapoznać moje potomstwo, więc i Wy jak ciekawi to sobie poczytajcie.

W starożytności był to kraj celtyckich Belgów, który w pewnym momencie spodobał się Rzymianom i zaczęli się tu rządzić. W III w. n.e. zaczęła sie chrystianizacja tego kraju. Potem kraj należał do państwa Franków. By w 843 zostać podzielonym na pół. Francja se wzięła zachód a Lotaryngia (potem Niemcy) wschód. Na tych terenach w końcu uformowały się hrabstwa: Brabancja, Heinent, Luksemburg, Limburgia i rozległe księstwo biskupie Liege.

W XIV/XV wieku nad dzisiejszą Belgią i resztą Niderlandów panowały książęta burgundzcy z dynastii Walezjuszy, a potem Habsburgowie.

Już wtedy Flandria i Brabancja nieźle radziła se w handlu międzynarodowym i sukiennictwie, nieźle się przy tym ustawiając gospodarczo.

Powstanie antyhiszpańskie (1566) spowodowało oderwanie się w 1581 pólnocnej protestanckiej Holandii, a południowa część (Belgia i Luksemburg) została pod Habsburgami hiszpańskimi, a potem austriackim się dostała. Aż się ludzie wkurzyli na te rządy i doszło do powstania antyaustriackiego (1789) i utworzone zostały  Zjednoczone Stany Belgijskie.

 Potem znów Belgia została połączona z Holandią w Królestwo Niderlandów (1815). Jednak ludzie nie byli zachwyceni polityką holenderskiego monarchy i w 1830 doszło do rewolucji belgijskiej i Belgia uzyskała niepodległość, a rok później neutralność. Uchwalono tez konstytucję i powołano na tron króla Leopolda I z dynastii sasko-koburskiej. No więc już wiemy, że pierwszy król Belgii to Leopold I.Potem był II i III :)

W 2 połowie XIX wieku Belgia była jednym z najbardziej uprzemysłowionych krajów w Europie. Ale w polityce było wiele hałasu o równouprawnienie językowe Flamandów.Tak sie o te języki i inne takie żrą przez czas cały.

W 1908 Belgia dostała od króla Leopolda II państwo Kongo jako kolonię.

W 1919 Traktat Wersalski z kolei przyznał Belgii okręg Eupen-Malmedy oraz mandat nad Rwandą i Urundi w Afryce.  Kolonie niepodległość uzyskały w latach 60tych, a zanim uzyskały to Murzyni zapitalali tu przy budowie metra i innych paskudnych robotach.Więc teraz przychodzą jak do siebie :)

W I wojnie światowej Niemcy mając gdzieś neutralność Belgii zaczęli okupację i Belgia zaczęła walczyć u boku aliantów.
W II wojnie światowej Belgię zajęli Niemcy. Leopold III skapitulował, ale rząd nawiał do Wielkiej Brytanii. W 1945 Belgia wyzwolona została przez sojuszników. W 1951 król abdykował na rzecz syna Baldwina (Baudoina) I.
W latach 50tych zaostrzyły sie znacznie stosunki miedzy Flamandami a Walonami na tle językowym. W końcu (1963) wszedł w życie podział Belgii na strefy językowe, a 1970-71 rząd wprowadził parę zmian w konstytucji oraz ustawy o decentralizacji ekonomicznej i kulturalnej, wolności wyboru nauczania języka w Brukseli.

W latach 80tych nastąpiło wiele zmian w konstytucji i ustawach, które umożliwiły przekazanie przez rząd centralny wielu kompetencji władzom regionalnym Flandrii i Walonii, a także Brukseli. W 1993 Belgia przekształciła sie w państwo federalne z 3 bardzo samodzielnymi regionami.

Od 1993 r panował król Arbert II. Od zeszłego roku po abdykacji ojca władcą jest król Filip I, a jego żona Matylda ma polskie korzenie, choć raczej się nimi nie chwali :)

16 stycznia 2014

farmazony

Przyszłoby Wam do głowy, że można nic nie robić i być zmęczonym? Spać dziennie 8-9 godzin i wstawać niewyspanym? Mi też nie, ale tak właśnie mam teraz. Idę spać z kurami, czyli z Młodym koło 20tej i wstaję kole szóstej i jestem zmęczona. Dżizas...

Powód jest dla mnie oczywisty - totalny brak jakiegoś sensownego, konstruktywnego zajęcia. Nikt mi chyba nie powie, że zajęcia domowe to sensowne zajęcie. No bo jaki sens mieć może np zbieranie po całym domu i układanie 50 autek na półce, gdy za góra 15 minut znowu znajduje się je w jeszcze bardziej dziwnych miejscach? O magnesach z lodówki, kredkach i kartkach różnych kolorów i wielkości to nawet nie wspomnę. W sumie można by to wszystko i jeszcze inne wziąć raz i wypieprzyć do kosza, ale i to działanie - moim nader skromnym zdaniem - mija się z celem. Wszak zaraz się znajdzie jakiś mądry (najpewniej ja sama) i znowu kupi albo przydrze od kogoś używane...
 No a takie mycie okien  zwłaszcza w bardzo deszczowym kraju, jakim niewątpliwie jest be, jaki ma sens?  Nie dalej jak przedwczoraj umyłam (zdjąwszy uprzednio bożonarodzeniowe dekoracje) po raz nie wiem który i co? od wczoraj leje... a jak przestanie, okna będą takie same jak przed myciem....no z wyjątkiem dekoracji oczywiście.
Idźmy dalej... gotowanie i inne takie - co by nie przyrządził, ostatecznie i tak goofno z tego będzie :)
To samo z praniem, prasowaniem... syzyfowa praca, żadnych widocznych efektów.... 
Tak czy owak po zgrubszejszym oganięciu chaty, wcześniejszym nakarmieniu i wypędzeniu Młodzieży do szkoły - co zajmuje około godziny (gdy robi się to codziennie) - pozostaje dużo baaardzo długich godzin, które nie bardzo jest jak zagospodarować. Młody jest już na tyle stary, że bawi się przeważnie sam - zresztą  ileż można budować domki z klocków i rzucać piłką z matką? O ile pogoda jest w miarę - to się Młodego wyspacerowuje, ale jak leje to zaraz kalosze pełne wody, a z kurtki kapie więc długo nie zabawi. No i cóż tu robić? Książki z mężowych zapasów w większości wyczytane, a reszta na wieczór zostawiona, bo nie wiadomo kiedy zaopatrzymy się w jakieś nowości. Seriali nie lubię (nawet po polsku). Filmów mam parę nowych, ale to na niedzielę - co to za oglądanie samemu? No więc Wielki Internet... poczta, niderlandzki, blog, fejs, nk, jakieś informacje.... ale też ileż można? 

O, super było na początku jak przestałam pracować... Przez pierwszy rok miałam wrażenie że ciągle mam jakiś urlop, w ogóle nie brakowało mi jakże przecie lubianej  pracy. Ale po 15 prawie latach potrzebny był odpoczynek, no i jakby nie patrzeć zaczęłam wtedy nowy rozdział w życiu. Po wielu niepowodzeniach i niepokojach wszelakich wyciagnełam od losu dobry los dla odmiany i trzeba się było tym nacieszyć... Potem pojawił się Młody więc znowu było co robić i czas leciał szybko... 

Wydawało się, że bycie na bezrobociu to taka super sprawa. A gówno prawda! Tak rok - dwa, owszem, miód-malina-sztuczne pszczoły, ale dłużej to normalnie och... zwariować można. Znaczy znam takich, co urodzili się po to by nic nie robić, ale to inksza inkszość. U mnie musi się coś dziać! Inaczej nie żyję. Co najwyżej wegetuję, a czasem to i tego się nie chce.

Kurde nawet na blogu nie ma o czym pisać tylko pierniczę takie farmazony, że głowa mała. A żeby było śmieszniej Wy to czytacie... Każdy linkiem zaciekawiony zajrzy i potem powie, że czas zmarnował jeden z drugim. Ja tylko zapraszam, nie musiałaś/eś tu zajrzywać... ;)

Nie mogę się doczekać września, żeby Młodego wysłać do szkoły a samej wziąć się zabrać do jakiejś roboty i to nie tylko ze względów finansowych, ale - co można pewnikiem wywnioskować z powyższego farmazonienia - nie ocipieć w domu. W pl to jeszcze człowiek wylazł na miasto, zagaił do jakiegoś tubylca, sklepowej, sprzątaczki, sąsiada (ewentualnie sąsiadki), nauczyciela... i czas zleciał, narząd mowy się rozruszał, wiadomości lokalnych (inaczej: plotek, bajd)  się człowiek dowiedział... a tutaj nie ma do kogo pyska otworzyć. Tyle co dzieckom o nauce przypomnisz, do mycia zagonisz, o dzień miniony zapytasz, co tam z dzieckami gadać jak jest ich dwie, to same ze sobą gadają, co matce do nich. A  M to więcej w robocie jak w domu, poza tym są ciekawsze zajęcia niż rozmowa... Tak, wy już kurde o jednym... a tu trzeba czasem coś naprawić, z synem w piłkę pograć, na zakupy pójść (bo kto jak nie M?) i takie tam...

Może chociaż na kurs językowy uda mi się pójść pod koniec stycznia. Przynajmniej mam taką nadzieję, choć wiadomo czyją ona jest matką.... ta nadzieja. Jak się uda to się pochwalę, jak nie to też - a co.