31 stycznia 2014

kurs niderlandzkiego

Wczoraj zaliczyłam drugą lekcję języka niderlandzkiego dla obcokrajowców. Pierwsze zajęcia były we wtorek, trwają po 3 godziny, więc razem to 6 :) Kurs (ten i wiele innych, nie tylko językowych) prowadzony jest przez CVO Opleidingscentrum. I tak jak wspomniałam - można zacząć od września albo od stycznia. Za ten zapłaciłam 92 euro. W tym jest książka z płytą oraz wszelakie "kserówki" które dostajemy na zajęciach.

Jakoś tak biorąc pod uwagę, iż jest to kurs dla dorosłych, nastawiłam się, że może być nudno  i obawiałam się, że będę senna i ciężko się będzie mi skupić na słuchaniu i zapamiętywaniu, gdyż późno-wieczorna pora nie jest u mnie porą sprzyjającą nauce. Jednakże na szczęście się bardzo myliłam w swoich założeniach. Trafiłam na bardzo wesołą gromadkę i jak zauważyłam, wszyscy doskonale się bawią podczas tych zajęć z nauczycielką włącznie. Przeto przy każdym ćwiczeniu jest kupę chichów-śmichów. Nie znaczy to, że ludzie olewają naukę czy coś w ten deseń, wszak każdy przychodzi z własnej i nieprzymuszonej woli i to po to by nauczyć się języka. Jednak większość, o ile nie wszyscy, ma niebagatelne poczucie humoru. Dzięki temu i łatwiej się zapamiętuje materiał, bo częstokroć z czymś zabawnym się kojarzy, i każdy swobodnie odpowiada, bo nie ma sztywniaków, którzy sami znając dobrą odpowiedź już patrzą na  źle wymawiających, mylących się z politowaniem... 

Powiem jak z grubsza wyglądają takie zajęcia, bo może ktoś się zastanawia, jak można uczyć się języka obcego na lekcjach prowadzonych w tym języku właśnie...?

Tak, babka gada głównie po niderlandzku. Tylko czasami tłumaczy coś dodatkowo po francusku (zazwyczaj jak ktoś sam zapyta), bo większość akurat zna ten język. Ja i parę innych człowieków jednak nie mówimy po francusku. Mimo to bez problemacji czaję o co kaman. Nauczycielka częstokroć pokazuje gestami, minami dane słowa, zdania. Od czasu do czasu posiłkuje się internetem. No i mamy też podręcznik oraz dodatkowe materiały na obrazkach. Wiadomo - na razie materiał jest prosty - podstawowe zwroty potrzebne do zapoznania innego ludzia, czy wypełnienia dokumentów w administracji. Jednakowoż myślę, że z dalszym też nie będzie problemu, przecież wówczas będzie się znało już podstawowe wyrazy i zwroty...

A dlaczego nie jest nudno? Ano dlatego, że jest dużo zajęć praktycznych - jeśli tak to mogę określić. Znaczy po krótkim wprowadzeniu, napisaniu poszczególnych zwrotów na tablicy, powtórzeniu ich głośnym jest zadanie, gdzie każdy musi łazić po sali i zagajać do innych i wypytywać ich o różne rzeczy, które ma na kartce, czy w książce. W związku z powyższym już po tych dwóch dniach znam imiona wszystkich, wiem kto skąd pochodzi, gdzie mieszka ile ma dzieci, czym jeździ do szkoły :) 

Poza tym są też ćwiczenia, na które trzeba odpowiedzieć, po wysłuchaniu dialogu z mp3. satysfakcja, że się zaczyna cokolwiek rozumieć z niezrozumiałego dotąd bełkotu jet bardzo budująca i daje nadzieję na przyszłość :)

Nauka przez zabawę.... połączona z integracją grupy. Powiem tylko - fajna sprawa taki kurs nie tylko ze względu na możliwość nauki języka. 


30 stycznia 2014

Sportklassen, czyli obóz sportowy


W poniedziałek Starsza jedzie na obóz  sportowy nad belgijskie morze, o czym już wspominałam. To będzie jej pierwszy samodzielny wyjazd na więcej niż jeden dzień. Oczywiście wyjazdy do rodziny sie nie liczą, bo zmiana rodziców na dziadków czy wujostwo, choć dla dzieci bez wątpienia  atrakcyjne, jednak to zawsze rodzina, która nota bene  zazwyczaj na więcej pozwala niż rodzice i więcej dogadza :) 

Zaś szkolny obóz to szkolny obóz – trzeba samemu ogarnąć zrobiony przez siebie (i kolegów) bałagan, samemu o siebie zadbać... Jakoś wytrzymać bez mamy i taty, no i rodzeństwa, za to z gromadą mniej lub bardziej lubianych rówieśników. 

 Jedno, co bardzo mi się podoba to przygotowania szkolne do tego wyjazdu. Nie wiem, być może w pl w niektórych szkołach też tak jest, ja jednak się nie spotkałam.... Aczkolwiek, gdy sama wybierałam się gdzieś z Młodymi, to właśnie podobnie je przygotowywałam, tak samo przy moich wycieczkach w dzieciństwie przygotowywali mnie rodzice, choć wówczas nie było takich bajerów jak net więc tylko mapa, rozkład jazdy...
Tutaj pod kierownictwem nauczycieli dzieci dowiadują się same wszystkiego o miejscu, do którego jadą... Wspólnie z nauczycielami przygotowują taki jakby przewodnik obozowy. I tak korzystając m.in. z Internetu, atlasu sprawdzają trasę, obliczają odległości, wypisują stacje kolejowe, godziny odjazdu, przyjazdu pociągu itp. Czyli uczą się w praktyce jak korzystać z mapy, o co chodzi ze skalą, poznają kierunki na mapie, uczą sie korzystania z rozkładów jazdy itp. Pamiętam ze swojej  geografii jaki problem mieli niektórzy z tak prostą rzeczą jak czytanie mapy (i maja pewnie do dziś), bo jak można się nauczyć korzystania z atlasu, czy globusa siedząc ciągle na dupie w klasie?!

 Ja np zabierając Młode nad polskie morze (z Podkarpacia) wydrukowałam im wszystkie stacje i jadąc mogły śledzić, ile jeszcze zostało na miejsce.. Pamiętam ich radość, gdy zostało już tylko kilka stacji, a za nami było juz tak duuużo... Pokazałam też tę trasę na mapie, a gdy wróciłyśmy do domu, a one miały w pamięci cały dzień (a nad morze całą noc)  jazdy, pokazałam Polskę na globusie informując że przejechałyśmy otoCAŁĄ POLSKE, jednocześnie uzmysławiając im, jak to malutko w stosunku do całego świata.... Gdy jechałyśmy później np w odwiedziny do cioci do Krakowa, to też zaglądając do mapy porównywałyśmy odległości... Tak samo przed wyjazdem do Belgii. Teraz zaś, gdy mają jeszcze gdzieś tam w pamięci naszą podróż z Rzeszowa do Koszalina nie mogą sie nadziwić, gdy mówię im, że tu nad morze mamy godzinę jazdy – tyle co mieliśmy w pl do babci :)
 A jednocześnie i w góry też praktycznie rzut beretem. W końcu tak jak w pl jechaliśmy ze Stalowej Woli do Krakowa w odwiedziny, to tu przejedziemy cały kraj... Tylko jakie tu drogi a jakie na trasie Rzeszów (Tarnobrzeg) – Kraków...? To samo sie tyczy pociągów... zawsze mnie śmieszyło, że z Rzeszowa do Warszawy musiałam jechać przez Kraków, zaś do Gdyni przez Wrocław... w sumie można by też przez Berlin albo Moskwę a co.... już o technicznym poziomie kolei i czystości w wagonach nie wspomnę nawet.

Wracając do tematu obozu... Poza nauką korzystania z map dzieci dowiadują się też o warunkach przyrodniczych w miejscu, do którego się wybierają i co tam można zobaczyć, co wnioskuję (bo przecie nie chodzę na lekcje) z materiałów zgromadzonych przez Młodą w tym przewodniku. Zapewne uczą sie też wielu innych rzeczy przy okazji, bo ten przewodnik przygotowują już od jakiegoś czasu. Nie raz słyszałam o metodach prowadzenia lekcji w różnych krajach, teraz mam okazję obserwować to po trochu na co dzień. Więc i z Wami się tym dzielę...

Chcę w każdym bądź razie powiedzieć, że nie ma nic lepszego jak teoria połączona z praktyką i nauka poprzez zabawę – ja wiem to z doświadczenia, lecz mimo, że nie odkrywam tu niczego nowego, to w polskich szkołach jakoś tego nie widzę. Parę lat temu zaczęto iść w tym kierunku, tylko jak zwykle w pl zabrano się za wszystko od dupy strony. Moim nader skromnym zdaniem takie reformy trzeba zaczynać  od przygotowania nauczycieli i warunków  szkolnych (finansowych zwłaszcza) a nie samego  programu... a tak to nigdy nie wiadomo, co autor miał na myśli, a własna interpretacja pedagogów i rodziców nie koniecznie jest prawidłowa czego efekty już widać w pl :) Sama zbierałam podpisy przeciwko wprowadzaniu reformy pt „sześciolatki do szkoły”. Ja (i większość polskich rodziców) mówi:  sześciolatki do szkoły owszem, ale nie do takiej! Gdybym teraz musiała 6latka wysłać w pl do szkoły też bym pewnie szukała psychologa, który by potwierdził jego niegotowość ... Wszak obie dziewczyny szły już nowym programem i wiem, jak to wygląda w realu. Szkoła, do której chodziły ostatnio moje dziewczęta w pl akurat jest w miarę stabilna finansowo (nie zagrożona póki co likwidacją!) i ma dyrekcję i wielu nauczycieli z bardzo nowoczesnym podejściem, więc  nie mam co narzekać, wprost przeciwnie, ale jednocześnie znam też inne szkoły, które... cóż  lepiej żeby zostały zlikwidowane ze względu na dzieci.... Wiem, że nauczyciele potrzebują pracy, a dzieci i rodzice chcą mieć blisko szkołę, ale jeśli to się ma odbywać kosztem dzieci to lepiej się zastanowić...


Tutaj nie mam obaw przez wysłaniem do szkoły 2 i pół-latka, bo wiem, że przez cały czas będzie traktowany odpowiednio do swojego wieku i szybkości rozwoju tak fizycznego jak emocjonalnego. Bo widzicie, tutejsza szkoła jest w stanie (bo ma elastyczny program) dostosować się do okoliczności pt „niemówiące (w tutejszym języku) dziecko w naszej klasie” tak, że zarówno to dziecko (np moje Młode) jak i pozostałe nie są pozostawione same sobie. Więc logiczne, że i w innych przypadkach (typu wolniejszy rozwój czy to psychofizyczny, czy emocjonalny malucha) dziecko będzie traktowane odpowiednio do swoich potrzeb i nikt przy tym na tym nie ucierpi.

A wystarczy że polscy ministrowie edukacji i im podobne osły,  którzy krzyczą, że w UE już 5-latki chodzą do pierwszej klasy, najsamprzód by się zorientowali, co te 5latki w innych europejskich szkołach robią na codzień... i może odgapili dla odmiany coś dobrego od świata – jak na ten przykład szkolny program i możliwości finansowe szkół - a nie wiecznie samo g... Ale co taki wieśniak jak ja może wiedzieć o wychowaniu i edukacji dzieci...

Póki co pozostaje mi się cieszyć z faktu, że wyemigrowaliśmy do właściwego kraju i że młode mają szansę chodzić do normalnej szkoły, gdzie panuje bezstresowa nauka ale jednocześnie wszystko jest pod kontrolą (czyli każdy robi, to co powinien, a nie to co chce).
W sumie nie wiem dlaczego w pl bezstresowa nauka/wychowanie równa się totalnej anarchii? Dlaczego np fakt, że dziecko jest nietykalne (czytaj nie można mu dać po dupie, po pysku, a nawet opierniczyć zdrowo – swoja drogą bezsensu) w pl równoznaczne jest z tym, że to dziecko może bezkarnie wobec pedagoga i innych starszych osób używać wulgarnych epitetów, a częstokroć i zastraszać nauczycieli (gnębienie ich dziecka, niszczenie auta itp)? Dodam, że tak jest w niejednym gimnazjum w pl (to nie jest info z gazet - znam dostateczną ilość nauczycieli z rożnych części pl, a i uczniów też...). Albo dlaczego np nauczyciel czy też wykładowca uniwersytecki nie może mieć konta na dowolnym portalu społecznościowym, bo od razu musi być chamsko obrażany (nie mówię tu bynajmniej o sporadycznych przypadkach)? Może dlatego, że polska kultura sięga dna w niektórych miejscach, także wśród tzw inteligencyi...? Ech, z opowieści moi znajomych z tytułami doktorów i profesorów wynika ogólnie, że Polska schodzi na psy z każdym rokiem coraz bardziej.

Zresztą w pl nawet jak czegoś nie wolno, to i tak wszyscy to robią... 

Być może myślicie – czytając mojego bloga - że ogólnie mam coś do Polski, że nienawidzę swojego kraju rodzinnego, bo ciągle jakieś negatywy wynajduję... Nie, to nie tak. Lubię pl. Co prawda nie uważam siebie za patriotkę, o bynajmniej. Ogólnie rzecz ujmując – mój dom jest tam, gdzie ja jestem, czy to Polska, Belgia, Kongo czy Meksyk, czy to wiocha czy też wielkie miasto. Wszystko mi też jedno jakim językiem będą mówić moje pociechy (najlepiej to kilkoma:). Tak czy owak uważam, że każdemu domowi należy się szacunek, tak samo jak każdemu przełożonemu, nauczycielowi itd. Co nie znaczy, że nie można sobie od czasu do czasu ponarzekać, że nie można zauważyć wad, co nie jest jednoznaczne z obrażaniem i gnojeniem, a mam wrażenie, iż niektórzy tak właśnie uważają. Mam i zawsze mieć będę szacunek do symboli narodowych (czy to polskich, czy belgijskich, czy amerykańskich) tak samo jak do Biblii czy symboli religijnych nie koniecznie katolickich (wnerwia mnie np niestosowne bawienie się przez kościołami – o czym już było, czy noszenie różańców jako naszyjników, co obserwuję u brukselskich młodych ludzi – choć nie wiem, co nimi kieruje).
No i druga kwestia – to zachwyt innościami, pozytywnymi innościami belgijskimi. Czyli rzeczy których w pl nie ma, a chciał by człowiek, żeby były – co by nie musiał wyjeżdżać (chyba że z własnej nieprzymuszonej woli) w poszukiwaniu lepszego życia.

A jeszcze o szkole... Nie wiem, czy już mówiłam, że tu np nie wolno nosić żadnych elektronicznych gadżetów typu telefon, tablet, mp3, gry i wyobraźcie sobie da się bez tego funkcjonować w szkole. Gówniarstwo nie pisze esów w trakcie lekcji, nikt nikogo nie nagrywa i nie publikuje na necie, ale i nie bez znaczenia w tej kwestii jest, że dzieci zawsze zaczynają i wychodzą o tej samej porze. Przeto dziecko nie musi dzwonić, pisać: „mamo, dziś skończyliśmy 3 godziny wcześniej idę do kumpla bo nie mam klucza...”. Tata nie musi dzwonić, że utknął w mieście i żeby dziecko czekało pod szkołą. Jak cos ważnego to szkoła dzwoni do rodziców, tak samo odwrotnie – rodzic może zawsze zadzwonić do szkoły.

Teraz jadąc na wycieczkę również nie mogą zabierać tego typu zabawek, za to mają wziąć łopatkę i wiaderko do piasku (to 5 i 6 klasa! – w pl by dzieci taki pomysł wyszydziły jak znam życie – napiszę, po obozie, do czego były potrzebne te zabawki), książkę do czytania oraz jakąś grę planszową czy cos innego do zabawy z kolegami. I to jest super – wiem, że polska młodzież by nie podzieliła tej radości, bo jak to bez telefonu 5 dni, ktoś głupi czy jaki...? ;-)

Jest też zakaz zabierania słodyczy z wyjątkiem tic-tac’ów czy mentosów i to też ok. Z wyjazdów na szkolne  wycieczki jako opiekun wiem, jak kończy się objadanie tymi wszystkimi chipsami, cukierkami i innym gównem – bo każdy ma co innego, a jedzą wszyscy – do tego oranżada i potem bóle brzucha i inne niemiłe niespodzianki... Rodzice też niby wiedzą, ale i tak za każdym razem ta sam heca... 

Jest to obóz sportowy, ale – jak wynika z opisu – poza pływaniem, i innymi zajęciami sportowymi będą też dzieci zwiedzać, poznawać przyrodę, będzie wspólne śpiewanie (mają teksty piosenek) i kolorowy wieczór, czyli zabawa. Będą też prowadzić dziennik i pisać list do rodziców (znaczy odpisywać, bo to my rodzice mamy napisać pierwsi, czyli zaraz jak wyjadą żeby zdążył list dojść), uczyli się (albo przypominali sobie – tego nie wiem) adresować kopertę i zapoznawali z podstawowymi zwrotami i formami listów oraz kartek ( to też wiem z zawartości przewodnika). Czyli znowu nauka w praktyce. 

No, polska wychowawczyni Młodszej też wprowadzała praktyczne pisanie listów, prowadząc korespondencję z uczniami, którzy sie gdzieś przeprowadzali i opuszczali klasę (nie tylko z nami, gwoli ścisłości). Wiadomo,  pisanie listów na sucho to do du...szy jest. Po co pisać, jak nikt nie odpisze? W tym oczekiwaniu na odpowiedź wszak najwięcej radości jest... Wiem, bo napisałam w życiu wiele listów i dostałam wiele odpowiedzi...
Wy też (pytam pokolenie 70’ i starsze) pisaliście listy do rosyjskich kolegów i koleżanek?! Jakie ja fajne rzeczy o rosyjskiej koleżanki dostałam jaaaa... naklejki na wodę (u nas takie dużo później się pojawiły), biżuterię, małe kalendarzyki ze zwierzątkami (teraz takie w bankach i aptekach dają, tylko z reklamami)... To były czasy... Młodsi sie może dziwią, co to się tak podniecać naklejkami czy kalendarzykami? Wyobraźcie sobie, że jak ja miałam tyle lat co moje Młode to naklejki, pocztówki, kolorowe plakaty to był wówczas WYPAS.  A juz takie brokatowe to ŁAŁ, ...tylko od ruskich koleżanek albo z Ameryki :) A ile znajomości korespondencyjnych ze „Świata Młodych”, „Płomyczka” sie miało... Mówią dziś, że nie było kontaktu ze światem, bo nie było Wielkiego Internetu... Ja mówię: chcieć –to móc!...

Ja Młoda wróci z obozu, to opowiem jakie wrażenia...