7 lutego 2014

hm....a może o pogodzie?

Pogoda to ulubiony temat wszystkich... W autobusie, pociągu, sklepie.... co by się nie działo, skomentowanie aury to najlepszy wstęp do dalszej rozmowy... Dziennikarze - jak nie chce im się im niczego mądrego wymyślić - potrafią opowiadać o pogodzie nieziemskie historie, ze zwykłej mżawki zrobić ulewę stulecia... o temacie "Zima w Polsce" to już nawet nie wspominam - wiecznie zdziwieni i zaskoczeni opadami śniegu w zimie, jakby Polska leżała na równiku... Ale fakt faktem zima to skomplikowana sprawa... ja też z jednej strony cieszę się, że nie muszę przemieszczać się nigdzie tonąc w śniegu po zadek, tłuc sobie zadka na lodzie i marznąć, gdyż raczej ciepłolubna jestem... Jednak z drugiej strony brakuje mi lepienia gigantycznych bałwanów, szalonych kuligów i zjeżdżania na workach czy sankach z podkarpackich górek razem z dziećmi, bo mi nie przeszkadza, że mam prawie 40 lat - powygłupiać się w śniegu z dziećmi innymi starymi świrami zawsze można... :)
A tu ciągle pada i pada, i pada deszcz... Ogólnie pogoda jest bardzo zmienna. Bezchmurne o świcie niebo potrafi w ciągu pięciu minut zamienić się w nisko wiszące szarobure coś z czego leci wielkimi strugami woda, by po kolejnych 15 minutach znowu z czysto-niebieskiego nieba śmiało się pełną gębą słonko jak gdyby nigdy nic, a po chwili znowu leje jak z cebra.... Od wczoraj jednak leje prawie cały czas z drobnymi przerwami tylko... Drzwi i okna mamy nieszczelne, więc ciągle trzeba ścierać podłogę a i tak dywan pływa :) Ble.

A ja wyrodna matka wypędziłam dziś Młodą samą do szkoły i to bez parasola, bo trochę obawiałam się ciągnąć Młodego na wózku wte i nazad w taką ulewę. Jakby nie patrzeć pokonanie tej trasy zajmuje jakieś 30-40 minut... on niby odporny, ale nie ma co kusić losu, bo nie ma za bardzo kasy na leki. Mieliśmy folię przeciwdeszczową, ale to wynalazek dla małych niekumatych albo dużych, ale spokojnych dzieci... Niuniusiowi się w każdym bądź razie nie podobało siedzenie "w akwarium" i tłukł się dotąd na wózku, kopał i szarpał, aż strzępy zostały... Parasol odpada, bo za duży wiatr - dlatego Młoda poszła bez - z parasolem praktycznie nie dało się iść... piździ jak w kieleckim.... Smutno jej było trochę, bo nauczona z siostrą chodzić, ale może choć odebrać się ją uda, jak chwile się przejaśni....

Ja też już trochę odwykłam od jazdy rowerem w każdą pogodę i wczoraj nie bardzo mi się chciało wychodzić z domu. Mój M - sam wróciwszy z roboty przemoknięty do suchej nitki - nawet namawiał, bym sobie odpuściła jeden dzień...  Ale to zazwyczaj najgorzej jest wyjść w deszcz. Jak już się jedzie, czy idzie, to nie przeszkadza, a nawet całkiem fajnie jest, jak ktoś lubi czasem zmoknąć. Ja lubię. Z tym tylko zastrzeżeniem, że jak wracam do domu a nie wychodzę gdzieś... Pech chciał, że akurat w ulewę jechałam na kurs i musiałam potem w mokrych leginsach i przemoczonych butach siedzieć 3 godziny, a to już nie należy do najmilszych doświadczeń. Trochę zimno się robi... Oczywiście jak wracałam to ani kropli deszczu,  tylko lekki ciepły zefirek powiewał - jakże by inaczej...  :)

No, ten kurs zmienia znowu moje zasady jedzeniowe. Po takiej wieczornej przejażdżce i wykąpaniu się nie jestem w stanie oprzeć się gorącemu kakao i kanapkom z czymś słodkim, no więc o wpół do 11 wieczorem przygotowuję sobie słodką wyżerkę i właśnie wczoraj mnie oświeciło, dlaczego ten posiłek należy do najprzyjemniejszych? Bo mogę go zjeść bez towarzystwa! Mam tu głównie na myśli Kochanego Syneczka, bez którego nic w domu się dziać nie może... Nie można zjeść bez robienia sobie przerw na dolewanie Niuniowi picia, dokładania jedzonka, wysadzania na nocnik, mycia łapek, bo "bjunde się jobią" co chwila. Nie można obejrzeć filmu jednym ciągiem, bo to piłkę trzeba łapać, to siku, to kupcia, to lizaka, to autko się psiuło, to siku, to pan z taptolka zginał, to siku, to przytulić, to kaszę przynieść, to siku... i tak raz mama, raz tata musi lecieć :) Mama nie może się wykąpać, skorzystać z kibla, bo już Niuniuś woła Mamoooo i wali w drzwi....a w tym tygodniu co gorsza - odkrył, że jak stanie na paluszkach, to sięga już do niektórych klamek... Normalnie rewelacja... żadne drzwi nie mają klucza :) No i drugie odkrycie, to to że krzesła się przesuwają a na krzesła można wchodzić i wtedy się wyżej sięga... płyty, książki, piloty, długopisy, kubki, noże nagle pojawiły się w zasięgu ręki... Gdzie to teraz chować wszystko? Wszystko się "jeszcze wyżej" nie zmieści.... :-)

Nie ma większej radości i satysfakcji niż to, jaką daje obserwowanie i podziwianie, jak radzi sobie własne nasze dziecko, które jeszcze niedawno było małą wrzeszczącą kukiełeczką, która nawet z boku na bok nie potrafiła się przewrócić... Dzieci w każdym wieku są cudowne i kochane, ale chyba każdy się zgodzi, że 2-, 3-letni szkrab jest najfajniejszy, choć i też najbardziej absorbujący, i wymagający. Młody niedługo skończy 2lata. Od pół roku korzysta już z nocnika, próbuje już mówić całymi zdaniami, przeważnie z dobrym skutkiem, powtarza wszystko jak echo, posługuje się łyżką i widelcem. Jednak najczęściej wyjada kluski i marchewkę z zupy łapami, co niektóre kawałki wrzucając innym do miski :) Wszystko chce robić sam i do tego we wszystkim pomagać innym, dzięki czemu każda codzienna czynność zajmuje mamie i tatusiowi 5razy więcej czasu, ale dla Młodego jest przygodą. No i dlatego często trzeba sprzątać mąkę z pokoju, śrubki zbierać w pokojach u dziewczyn, niektóre ubrania prać i składać po dwa razy...

Dlatego, gdy dziecko zaśnie, robi się tak dziwnie cicho i spokojnie, że aż głupio... co wie na pewno każdy rodzic... i wtedy dopiero można, by robić wszystko co się chce... tyle tylko, że rzadko ma się siłę i chęć na cokolwiek poza spaniem :) Ale właśnie po parukilometrowej wieczornej wycieczce na kurs mam dość energii by coś wszamać dobrego i w spokoju.... W normalnych warunkach, nawet jak najbardziej głodna jestem, to nie chce mi się schodzić do kuchni, więc zasypiam głodna a rano mam chęć zjeść konia z kopytami :)

Dobra, dość tego pitolenia i chwalenia się dzieckiem.... Dziś Najstarsze Dziecię wraca z wycieczki, ciekawam jak nastroje powycieczkowe.... Ja ktoś równie zainteresowany, niech zajrzy za jakiś czas...

3 lutego 2014

o blogu... ?

Dodałam  na osobnej stronie (patrz w górę!) podstawowe informacje na temat mojego bloga, bo jak zauważyłam, niektórzy próbują doszukiwać się tu tego, czego za Chiny u mnie znaleźć nie mogą...

Zasadniczo do dowiadywania się czegoś nowego o świecie jest chociażby  wikipedia i inne strony informacyjne a nie osobiste blogi. No ale jak widać niektórym jest obce znaczenie wielu, także popularnych wyrazów, co nie przeszkadza im używać ich setki razy dziennie, częstokroć w niepoprawnym znaczeniu... i to już nie jest "żenada".

Ja swoim blogiem nie czuję się zażenowana bynajmniej - nie mam kompleksów na swoim punkcie...

Wnerwiają mnie jednak ludzie, którzy łażą po świecie, także tym wirtualnym, tylko po to by krytykować innych, wiecznie narzekać, opluwać, prowokować, wypominać, sami palcem nie kiwnąwszy nawet, by jakoś rozjaśnić ten świat, zrobić coś fajnego, dobrego dla innych....albo choć dla siebie... Wiecznie źle, wszystko jest głupie, durne, koszmarne, masakryczne, żenujące... i niech nikt nie próbuje twierdzić, że jest inaczej, niech nikt nie próbuje się cieszyć, bawić, być sobą....  bo się go zgnoi..

To tylko polska cecha, czy jeszcze jakieś inne narody też tak mają?

"Żenada"...

...drażni mnie ten wyraz tak samo jak "żal" - starzeję się chyba ;)