12 marca 2014

ciepło...

Chyba skończył się zapas wody w chmurach, bo przestało padać wreszcie na dłużej niż 15 minut.Do tego wypogodziło się w najlepszym momencie, bo przed feriami. Dzięki temu Młode nie siedziały całymi dniami przy kompie, tylko ciągnęło je na dwór. A to rolki, to rowery, to spacery, to ganianie w koło domu. Zresztą nie tylko Młode, bo i ja z wielka chęcią uciekałam z 4 ścian na całe godziny. Nawet na pisanie bloga czasu brakuje hehe.
I co najważniejsze jest teraz na tyle ciepło, że nie potrzeba półgodzinnych przygotowań, wystarczy sweter i można wychodzić. W deszczowe i zimne dni bowiem zanim ubierzemy te wszystkie sweterki, gumiaczki, rękawiczki, kurtki i czapeczki, ganiając przy tym za Młodym wkoło stołu na ten przykład, to się odechciewa spaceru. Poza tym zaraz po wyjściu Młody najczęściej wskoczy od razu do kałuży i jak gumiaki pełne albo z czapki cieknie, trzeba wracać, by się nie przeziębił i  zdejmować te wszystkie mokre sweterki, gumiaczki, rękawiczki, kurtki i czapeczki, i jeszcze wszystko prać i ścierać podłogę. O, takie spacery to ja chromolę.

Poznajemy po trochu okolicę, sąsiednie miejscowości.
Kurde, nie lubię nie wiedzieć gdzie, co jest. Przez ponad 30 lat mieszkałam w jednym miejscu, każdą wolną chwilę spędzałam na poznawaniu okolicy coraz to dalszej. Wiedziałam, co warto pokazać młodym, gdzie można posiedzieć w spokoju, a gdzie poszaleć na rowerze, dokąd która ścieżynka prowadzi itd. Potem nagle się przeprowadziłam i trzeba było uczyć się nowego miejsca. Gdy już trochę poznałam miasto, znowu nas poniosło gdzie indziej i znowu trzeba było zacząć od okrążania domu, by  zataczając coraz szersze kręgi obsikać mury i krzaczki :-) Wszystko po to, by nie zgubić się na własnym terenie krążąc po sklepach czy placach zabaw no i oczywiście zobaczyć jak najwięcej. I znowu zmiana, po czym wychodzę z domu i nie wiem gdzie północ, a gdzie południe...
Kurde pamiętam ten dzień, gdy przeprowadzaliśmy się z Brukseli. M przyjechał firmowym busem, załadowaliśmy ile wlazło na pakę, Młodego w fotelik i bedziem jechać... ino dzie? W tej miejscowości byliśmy raz autobusem do połowy drogi, a potem z gościem autem. Do tego on też nietutejszy i pomotał sie na skrzyżowaniach, więc trudno było zapamiętać właściwą trasę. Nawigacja stara zdechła na amen, bo odkąd auto zostało sprzedane, to nikt jej nie ładował. Oczywiście nie było skąd zassać nowych map, bo neta nie było. Odwiedziłam wcześniej wszystkie okoliczne księgarenki i kioski w poszukiwaniu mapy samochodowej Belgii, ale wszędzie mieli tylko samą Brukselę (bo wszyscy pewnie maja nawi). Tyle, że na mapie bxl znalazłam strzałkę z nazwą docelowej miejscowości i wychodziło na to, że trzeba pomykać przez Wemmel. No i tak na czuja żeśmy pojechali wypatrując drogowskazów. Trafiliśmy pod pożądany adres tylko 3 razy pytając o drogę tubylców (dobrze, że ludzie w większości rozumieją po angielsku proste pytania). Wyładowaliśmy busa. Zadowoleni z siebie jedziemy po następne rzeczy, bo powrót to już pikuś, a tu peszek, jedna krzyżówka za wcześnie i trzeba szukać miejsca do nawrócenia busem...
 Drugim razem wracaliśmy już po zmroku i się okazało, że w blasku latarni drogi jakoś jakby inaczej wyglądają.... W końcu zaczęło się wydawać, że coś za długo jechaliśmy lasem i lasem i lasem, wtedy się zorientowaliśmy, że to nie jest droga na bxl. Na szczęście akurat knajpa jakaś była i ludzie podpowiedzieli właściwą drogę :-). Najlepsze jest jednak to, że jak za parę dni znowu M pożyczył auto, by przywieźć kanapę od znajomego i pojechaliśmy do bxl znając już troszkę okolicę, zrozumieliśmy, że podczas przeprowadzki jeździliśmy drogą najdłuższą z możliwych, czyli najbardziej  naokoło jak się dało. Kurcze nasza wioska jest naprawdę mała, ale tak namotane jest uliczek, że przez długi czas nie mogłam załapać o co kaman i co chwila pojechałam rowerem nie tędy co trzeba, nadkładając drogi i śmiejąc się ze swej głupoty. Dopiero, jak się meldowaliśmy, dostaliśmy z gminy mapę okolicy i mogłam sobie obczaić jak to jest wszystko rozłożone wg kierunków. Teraz już się nie gubię, choć nadal często jeżdżę naokoło, zwłaszcza gdy Młody zażyczy sobie zobaczać po drodze kozy albo gęsi, albo osły... Nie zmienia to jednak faktu, że nadal wkurza mnie, że nie znam dobrze okolicznych wsi i miasteczek. I tak więc widzę np jakąś dróżkę i nie wiem, dokąd ona prowadzi, to irytuje mnie to niezmiernie. Pewnie jakaś dziwna jestem. Bo znam wielu ludzi, którzy poznawszy jedną drogę, się jej trzymają i już nie szukają innych, i żyją sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic. Jak tak można? Ja to nie mogę spać po nocach widząc ścieżkę ze znakiem zapytania na końcu ;-) Bo kto wie, jakie tajemnice i ciekawostki kryje. Podczas ferii zaobserwowałam, że moja Młodsza ma podobnie i cieszy ją odkrywanie nieznanego. Często mówiła "dziś ja prowadzę, ty jedź za mną, mamo". Powiem więcej, ma dobrego czuja, bo w fajne miejsca trafiałyśmy. Np niezły plac zabaw znaleźliśmy i to blisko Lidla, w którym robimy zakupy, więc już wiem, gdzie mogę zabrać młodego z łopatką i wiadrem, a sama poczytać sobie książkę  w niedzielę :-)



A Młoda wczoraj przygnała ze szkoły jak burza, bo byli na "badaniach" jak to określiła. Znaczy łazili po wsi szukając i łapiąc różne robale, które oglądali, mierzyli, opisywali i na koniec wypuszczali... Zazdroszczę im takiej nauki przyrody...
I tak mi do łba przyszło, że jakby któremuś z nauczycieli w pierwszej szkole dziewczyn taki pomysł strzelił do głowy, to chyba by matki na zawał zeszły, a bez wyzwisk pod adresem nauczycieli to już na pewno by się nie obeszło. Jak bum cyk cyk. Bo gdzie to włóczyć dzieci po wsi, jeszcze się przeziębią, przemęczą, a jeszcze dotykać każą osy czy szczypawki łomatkobosko... Suminnie wom godom, ludzie w niektórych polskich wsiach (i nie tylko wsiach) mają dosyć dziwne poglądy jeśli chodzi o zdrowie dzieci i to co wolno np nauczycielom. Z niemowlakiem to najlepiej nie wychodzić w ogóle dopóki sam na własnych nogach nie wyjdzie z domu. Jak już wyjść to tylko latem i to zubieranym w czapki zimowe i kombinezony. Absolutnie nie pozwolić biegać, skakać, o wspinaniu na cokolwiek to niech zapomni, bo jakby tak spadł albo się spocił (a jak się tu nie spocić w tych wszystkich swetrach w środku lata)...
Raz mówię do takiej jednej mamuśki trzymającej 2latka za łapę, której tamten mało nie wyrwie - To czemu go nie puścisz? niech się bawi w piasku, przecież ciepło i sucho...
To kurde popatrzyła na mnie jak na wariatkę - Przecież się pobrudzi...
No jasna qwa i 100 milicjantów.... się pobrudzi, to nie ma starych portek i koszulki?! Wystroić dziecko jak na wesele i iść na plac zabaw.. bezsensu nie lepiej włożyć do akwarium i wystawić na okno, żeby ludzie mogli podziwiać?
Nie wiem, czy tu też są takie mamuśki, ale tak na co dzień to raczej widzę, że dzieci bez względu na wiek ganiają jak zwariowane i nikt się nie przejmuje, że mają mokre buty czy obłocone ubranie. W bxl często widziałam na placach zabaw wystrojonych rodziców czy nianie i dzieci w markowych ciuchach ale swobodnie śmigające na brudnej zjeżdżalni czy tarzające się po trawie.



W ogóle odnoszę (jak coś to mogę przynieść z powrotem;) wrażenie, że Belgowie nie przywiązują specjalnej uwagi do stroju i innych tego typu rzeczy, przynajmniej na codzień. Co prawda ja tam nie jestem ekspertem od ubierania się - o bynajmniej, nigdy nie orientowałam się w trendach (i w ogóle zasadniczo moda i ludzkie zdanie mi  zwisa w kwestii stroju i nie tylko), jednak nawet ja jestem w stanie zauważyć, iż wielu jeśli nie większość ludzi mimo, że ubrana w dobrej jakości i markowe rzeczy nie zwraca wielkiej uwagi, czy one do siebie pasują i czy to jest modne. Oczywiście widziałam ludzi - nie tylko kobiety - wyróżniające się z tłumu właśnie elegancją i szykiem (i nie mam tu na myśli bynajmniej ludzi w strojach wieczorowych podążających na jakąś imprezę, choć tacy też się wyróżniają wiadomo). Choć z drugiej strony patrząc ludzie kupują nowe ciuchy co sezon, bo ich po prostu stać, więc siłą rzeczy i tak noszą się modnie, ale nie robią z ubrania wielkiego halo jak w pl. Przede wszystkim, co najważniejsze nikt nie zwraca uwagi na wygląd innych. Nie bez znaczenia jest tu za pewne fakt, iż Belgia, a zwłaszcza większe jej miasta są zgromadzeniem wielu narodów i kultur w związku z czym panuje duża tolerancja. Gdy na co dzień spotyka się na ulicy Murzynki w jaskrawych kolorowych kieckach, Arabki w swoich strojach, spod których widać im tylko oczy albo i nie, bo niektóre noszą duże ciemne okulary i w największy nawet skwar rękawiczki na dłoniach i pełne buty, no i ich mężów w "koszulach nocnych" i "szydełkowych czapkach" i masę innych przenajdziwniejszych strojów narodowych, to kto by zwracał uwagę na dziwnie ubranych Europejczyków.
Jak dla mnie bomba, mogę nosić ,co chcę i nikt się na mnie nie lampi.
Zresztą nie tylko w kwestii odzienia ludzie nie wychodzą z siebie, żeby być lepszym niż sąsiad, tak samo widzę w kwestii np samochodów. Mieszkańcy be (pasjonatów nie liczę) nie traktują auta jak boga. Ma to służyć do jeżdżenia, przewożenia itp. Auto ma być sprawne i bezpieczne, a że jest wyobdzierane ze wszystkich stron (w brukselskiej ciasnocie to nieuniknione), że lusterka pooklejne szarą taśmą to szczegół nikt nad tym nie płacze. Tutaj (Flandria) ogólnie dbają o czystość i porządek więc i auta posprzątane mają.Jednak ogólnie podejście jest praktyczne, a nie emocjonalne.
A w pl to jest tak, że liczy się marka i za ile kupione i czy ma takie czy srakie bajery, a że w środku syf, że technicznie niesprawne i zabić siebie lub kogoś można to już szczegół. Tak samo ze strojami, meblami - jeść nie ma co, do chałupy po gnoju idzie ale trza wyglądać :-)
Zwraca się uwagę nie na to, co potrzeba. Weźmy chociażby wspominaną już przeze mnie kamizelkę odblaskową. Jako się rzekło w pl to obciach, tutaj to norma. Dzieci wręcz muszą mieć kask i kamizelkę chcąc same śmigać do szkoły na rowerze czy gdziekolwiek indziej po publicznych drogach. Dorośli zresztą też i bez wahania zakładają kamizelki, i światełka na baterie na rękawy wsiadając na rower czy biegając wieczorem, nawet jeśli tylko po specjalnych ścieżkach się poruszają.Swoją drogą nie posiadanie powyższych rzeczy wieczorem wiąże się z wysokimi mandatami. W pl jeśli nawet jest karalne to jest tak jak z zapinaniem pasów - jak nikt nie widzi, to nie stosuję, nawet jakby to miało kosztować życie lub zdrowie dziecka, bo my Polacy to zawsze na przekór.

Tym oto spostrzeżeniem kończę ten przydługi post, bo dziś środa - krótsze lekcje, więc spadamy zaraz na rowery :-)