22 lipca 2014

Wakacje w Polsce...?

Już dawno zrozumiałam, że nie mieszczę si w ramach tzw normalności i nawet się z tym pogodziłam... Ba, lubię siebie, cenię sobie swoją indywidualność i oryginalność. Jednak są takie momenty,  że mnie samą dziwią własne odczucia i reakcje na wydarzenia i się zastanawiam dlaczego ja jakaś dziwna jestem :-)

Teraz właśnie też próbuję zrozumieć  siebie... analizuję, myślę, kombinuję... A chodzi o prostą niby normalną sprawę... wakacje. Dokładnie wakacje w pl. W moich planach na najbliższe lata nie brałam pod uwagę wakacji w pl. Nastawiałam się raczej na zwiedzanie be. Myślałam, że raczej do nas ktoś przyjedzie... No ale jako, że mężowy majowy wyjazd na komunię się nie udał z powodu wypadku, przeto postanowił odwiedzić chrześniaka na wakacjach. Pierwszy plan przewidywał, że pojedzie sam, a my sobie tu posiedzimy, bo jakoś nie czuję potrzeby odwiedzania pl, no a dzieci mogły by chodzić codziennie na zajęcia wakacyjne, by bawić się i uczyć języka. Taki był mój plan. Jednak im bliżej było wakacji, dziewczyny coraz częściej pytały, czy pojadą do ciotki pobawić się z kochaną kuzynką Bibką albo czy oni do nas przyjadą?

W ostatecznym rozrachunku doszliśmy do wniosku, iż to jedne pieniądze, czy mąż pojedzie sam, czy pojedziemy całą piątką, jeśli chodzi o paliwo, a żreć trzeba tak samo tu czy tam, nawet w pl taniej wychodzi trochę, nocować można i pod namiotem, bo familia na wsiach mieszka i kawałek ogrodu się znajdzie, gdyby łóżek zabrakło :-) Siora ostatnio zaproponowała balkon... Też może być, jakby nie padało i komary zdechły hehe. Dodam, że mąż musi pojechać tak czy siak, bo jeszcze parę spraw jest w pl do załatwienia.

No i gicio, postanowiliśmy, że na wakacje jednak jedziemy do Polszy. Ku wielkiej radości dzieci, które od razu zaczęły szykować prezenty dla wszystkich babć, cioć, wujków, no i szukać po sklepach czegoś dla Bibki... żelki-rzemyki, chipsy z czekolady, mrówki do chleba... tyle w tej be jest słodyczy, których nie ma w pl, że nie wiadomo, co wybrać.... Tym oto sposobem mamy już wielką torbę z upominkami, w tym własnoręcznie malowane obrazy... W Aldi i Lidlu co jakiś czas można tu kupić dobre akcesoria plastyczne i  to jest fantastyczna sprawa.... Tak więc Starsza ostatnio ćwiczy malowanie akrylowymi farbami. Efekty mi się bardzo podobają i myślę, że i ciotka, i prababcia też będą zadowolone z prezentów...
No ale dobra, czytacie, czytacie i dalej nie wiecie o co kaman. Gdzie ta moja dziwność? Chodzi naturalnie o to, że chyba jestem jedyną emigrantką, przynajmniej w grupie moich znajomych, która możliwość pojechania do pl traktuje bardziej jako przymus, konieczność niż cudny dar od losu.

Do niedawna wydawało mi się, że ludzie dzielą się na tych, którym lepiej na emigracji i takich,  którym lepiej w kraju. Chodzi mi o samopoczucie, nie poziom życia. Jednak odkąd zaczął się sezon wakacyjno-urlopowy zbliżam się ku teorii, że ludzie dzielą się na takich, którzy lepiej czują się w kraju i mnie :-) Co dzień widzę na fejsie wpisy pełne tęsknoty do kraju, odliczanie dni, licytowanie kto wcześniej, kto szybciej jedzie do DOMU, czyli do pl... Jakby z więzienia wychodzili.... i to jest pewnie  piękne, że tęsknią, że czekają, że chcą.... aczkolwiek dla mnie trochę niepojęte, bo ja nie czuję żadnej euforii na myśl o wizycie w Polsce.

Pewnie, że cieszę się na myśl o spotkaniu z babcią, rodzicami, rodzeństwem i td. Miło mi będzie spotkać znajomych na żywo. Przyjemnie będzie popatrzeć na "swoje" górki i lasy. Ale nie budzi to we mnie jakiejś euforii, ot jedno z wielu spotkań rodzinnych, jak wszystkie do tego czasu. Mieszkając u męża w mieście też  raz, czy dwa razy do roku widywałam się z rodziną, więc żadna to nowość. A już na pewno nie widzę tej wycieczki jako jazdy "do domu". Już kiedyś pisałam, że mój dom jest tam, gdzie moje dzieci i mąż, bez względu na lokalizację. Teraz mój dom jest w be. Jestem tu naprawdę szczęśliwa. Więc wyjazd do pl to tylko najzwyczajniejsza wycieczka wakacyjna połączona z wizytą u rodziny, która mimo, że przyjemna to jednak hm ....szału nima. Równie, a może nawet bardziej,  zadowalał by mnie wyjazd nad Morze Północne, w Ardeny, czy do Paryża - wycieczka jak wycieczka, dla mnie każda jest fajna... Jednak się zastanawiam, czy ze mną coś nie tak, że nie tęsknię za pl jak inni? Że nie odliczam dni, nie czekam na ten wyjazd jak na zbawienie... Bo nie czekam, choć myślę dzień noc... nawet spać czasem nie mogę, gdyż samą jazdę przeżywam jak mrówka okres. Nienawidzę jazdy samochodem, od dawnego wypadku wręcz panicznie boję się jeździć (mężowe wypadki też tego nie poprawiają),  a do tego mam chorobę lokomocyjną. 1500 km razy dwa - ta odległość po prostu mnie przeraża, a to zdecydowanie nie sprzyja pozytywnemu nastawieniu do wizyt w pl. Jazda do Belgii była dla mnie koszmarem, którego miałam już nie powtarzać nigdy.... Jednak moje fanaberie nie mogą popsuć zabawy pozostałym. Na samolot nas nie stać, zresztą  nie ma chyba nadal bezpośrednich lotów do Rzeszowa, a do Krakowa raczej bez sensu skoro stamtąd jest jeszcze ponad 300 km jazdy.... Więc staram się pogodzić z faktami - im bliżej wyjazdu, tym bardziej mi się ten pomysł nie podoba.... Mąż i dzieci chyba by nie przeżyli teraz zmiany planów wakacyjnych. Mam też nadzieję, że ospa się nie rozprzestrzeni na pozostałe dzieci, bo najstarsze właśnie skończyło chorować i mogłoby by to przysporzyć dodatkowego stresu na czas podróży. Wszak ospa to nic przyjemnego... Tak czy owak trzeba zacisnąć zęby i jakoś przeżyć tę podróż i jeszcze wymyślać jakieś zajęcia i zabawy dla wesołej gromadki byśmy się wszyscy bawili i nie oszaleli, z nudów dzieci, a ja z nerwów... Dlaczego ja tak nienawidzę jazdy a inni lubią? Dlaczego inni tak tęsknią za pl a ja nie? Czasem inność bywa niepokojąca albo wręcz irytująca nawet, a może zwłaszcza dla tego innego. Ech. Kurde, mógłby się chociaż ktoś za mnie spakować... Choć dziś już zrobiłam pierwszy krok w tym kierunku - przytargałam ze strychu torby. Na spakowanie mam jeszcze jakieś 3 dni, bo jechać mamy w piątek i w końcu trzeba będzie się za to zabrać :-/ Żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce... A dziewczyny liczą godziny....

Dziewczynom oczekiwanie umila zaplanowana na środę wizyta koleżanki. Właśnie planują, co też będą robić. Wcześniej Młoda oczywiście była u Marthe pochlapać się w dużym basenie i wróciła szczęśliwa. A ja cieszę się z nią, że ma koleżanki... mama Marthe powiedziała nawet: "beste vriendinen"... Młoda się nie może temu nadziwić, mówi: "ona mnie lubi, chociaż jestem z Polski i nie mówię dobrze po niderlandzku... I Lotte, i Nina, inne dziewczyny, i dzidziusie z przedszkola też mnie lubią..." Tak, to na prawdę czasami wydaje się dziwne, choć bez wątpienia miłe i budujące, że ludziom tutaj nie przeszkadza, iż jesteśmy z Polski i nie mówimy po niderlandzku,  że mimo to nas lubią, chcą z nami rozmawiać, zapraszają do siebie, podarowują meble, warzywa, odzież... Zapytacie, co w tym dziwnego? Popatrzcie wokół siebie, poczytajcie opinie o rodakach za granicą, pomyślcie jak w waszej okolicy traktowało by się obcokrajowców nie mówiących po polsku,a zrozumiecie może, co mam na myśli, pisząc "dziwne".