16 sierpnia 2014

O wakacjach

Z be wyjechaliśmy w piątek po południu... M wrócił z roboty, wszamaliśmy obiad, po czym pomyśleliśmy, że może sąsiedzi zaopiekowali by się naszym chomikiem i nie musielibyśmy go męczyć podróżą... Jakoś udało się dogadać po niderlandzku i chomik został odtransportowany do sąsiadów, gdzie został ulokowany obok klatek z kanarkami, a my wrzuciliśmy torby do auta i wyruszyliśmy w stronę pl. Planowaliśmy wyjechać około 21ej, ale skoro wszystko było gotowe, to przecie nie będziemy siedzieć i czekać niewiadomonaco... Więc o wpół do czwartej już byliśmy w drodze. Dziś powiem po raz kolejny: 1500 km to wciuldaleko... Młody trzy razy się wyspał i obudził a my dalej jechaliśmy i jechaliśmy... Po północy, gdy nadszedł ten najcięższy czas (kto ma za sobą noce czuwania, wie, że 3 godziny przed samym świtem są najgorsze, potem już jest ok),  postanowiliśmy się choć chwilę sami zdrzemnąć. Jednak, gdy tylko się zatrzymaliśmy, Młody otwierał oczyska i rozpoczynał zadawanie pytań "ciemu stoimy", "gdzie tata poszedł?", "dzieczyny śpiom?", "DZIECZYNY ŚPIOM!?" ...No oczywiście w tym momencie spanie dziewczyn się kończyło, a o naszym wypoczynku można było zapomnieć :-) Tak więc tylko rodzinne odwiedzanie toalet, gimnastyka na parkingu, kawa, energy drink i dalej w drogę... Ja nie jestem kierowcą, więc całą odpowiedzialność za dotransportowanie nas na miejsce spadła na męża. Ten co prawda uwielbia jeździć, ale też od 25lat  pracuje ciężko fizycznie i ma przesilone ręce i nogi, do tego nie dawne złamanie... Bez środków przeciwbólowych ani rusz... Ech, podczas jazdy okropnie cierpły mu nogi i bolały łokcie... Ale jakimś cudem dał radę. Najgorsze jednak było ostatnie 100 km po wiejskich drogach Lubelszczyzny, czasami dziurawych jak ser edamrycki, do tego wąskich i bez poboczy, a tu jak nie jakiś "Stasiek"  z reklamówką w zaciasnych butach, to bizon z rozłożonym hederem, to znowu sarny z myślami samobójczymi... Kurde człowiek przez ponad tysiąc kilosów pomyka autostradą do 150 na godzinę, a tu nagle trzeba się "wlec" i jeszcze uważać na te wszystkie niespodzianki... i kolegów z suszarką w krzakach... Po nieprzespanej nocy w szumiącym, bujającym aucie to  nie lada wyzwanie.





W kwestii drogi do pl muszę napisać jeszcze o jednym szoku drogowym, który związany jest z przekroczeniem granicy niemiecko-polskiej. Odnieśliśmy wrażenie, że w niektórych  kierowców nagle diabeł wstępuje, gdy tę magiczną linię przekroczą. Jakby nagle kodeks ruchu drogowago i zwykła kultura przestawały obowiązywać po wjechaniu do pl. Sie pytam dlaczego? Dlaczego na polskiej autostradzie nie trzeba używać kierunkowskazu przy zmianie pasa?  Dlaczego na polskich drogach ludzie głupio bawią się światłami awaryjnymi, które jak sama nazwa wskazuje, nie zabawie służyć mają? Dlaczego kierowcy, którzy przez Holandię i Niemcy jechali normalnie zgodnie z przepisami nagle w pl zaczynają zachowywać się jak banda bezmózgich  idiotów, którzy stanowią zagrożenie dla siebie i dla wszystkich innych uczestników ruchu? Za małe kary? Za duże przyzwolenie społeczne? Czy tego i tego po trochu? No dobra, olać idiotów. Ważne, że dotarliśmy na Lubelszczyznę cało i zdrowo...

No z tym "zdrowo" to trochę się zapędziłam. Po przespaniu nocy na polskiej ziemi, rano na mordkach i innych częściach dwójki młodszych dało się zauważyć znajome kropki, no i trzeba było z radością oznajmić rodzinie, że mają niepowtarzalną okazję zarazić się belgijską ospą... Na pewno się ucieszyli, choć informację ową - trzeba im przyznać - przyjęli z kamienną twarzą...
"nasze wakacyjne górki"

Następny etap podróży, czyli moje i dzieci miejsce wakacyjnego pobytu osiągnęliśmy  za dwa dni.


160 km w porównaniu z 1500km to śmieszna odległość, ale i tak dzieci mało jaja nie zniosły w samochodzie w oczekiwaniu na spotkanie z Bibką i Basterem, czyli swoimi ulubionymi kuzynami :-) Po roku mieszkania na równinach nasze stare podkarpackie górki jakieś większe się wydają. Ale górzysko, na którym mieszka ciotka nic a nic się nie zmieniło... Kto to widział mieć prawie pionowy dojazd do domu? Hehe. Chociaż z drugiej strony widoki stamtąd są niepowtarzalne. Szkoda tylko, że nie da się stamtąd zjechać rowerem... no w każdym bądź razie grozi to co najmniej inwalidztwem, a i wyjechać ciężko, dobrze, że auto daje radę, przynajmniej latem :-)

Wakacje uważam za udane. Dzieci wybawiły się codzień do upadłego, bo pogoda dopisała, więc i dupsko w basenie wymoczone za wszystkie czasy, i nogi wyskakane na trampolinie. Młody ledwie oczy otworzył rankiem, już szedł robić zium na zjeżdżalni, a za nim oczywiście Baster - kuzyn równolatek. I tak obaj przez dnie całe zium i zium wkoło.  Nawet ospa nie powstrzymała żadnego z moich diabląt przed dzikimi harcami na ciotkowych górkach.
Rezerwat Prządki - miejsce moich ulubionych rowerowych wypadów w dawnych czasach

W drugim tygodniu wakacji wujek zabrał wszystkie trzy dziopy do Rymanowa Zdroju w celu odebrania dziadka z sanatorium. O, jaka cisza była przez cały dzień, gdy tylko maluchy zostały... A wujek wraz z dziadkiem i dziewczynami pozwiedzali najpierw Rymanów, potem pojechali poganiać po wielkich kamurach w rezerwacie Porządki. W planach były jeszcze ruiny zamku, ale burza owe plany udaremniła. Jednak i tak dziewczyny wróciły podekscytowane, roześmiane, zmęczone i w przemoczonych butach, bo przecież oglądanie wody z brzegu to  żadna radocha...

Park dinozaurów w Głobikowej k/Dębicy
Innego dnia wybraliśmy się całą gromadą do Głobikowej, by pokazać naszym chłopakom "prawdziwe dinozaury". Co prawda nie jest to jakiś bardzo rozbudowany i bogato wyposażony park jak chociażby w Bałtowie czy Inwałdzie, ale miejsce bez wątpienia warte zobaczenia, zwłaszcza, że od naszego miejsca wypoczynku praktycznie rzut beretem. Wszyscy też z zachwytem popatrzyliśmy przez lunetę z wieży widokowej na podkarpackie przepiękne górecki. Niestety jak zwykle było zamglone i Tatr nie udało się dojrzeć. Tam na miejscu wyczytaliśmy też,  że stosunkowo nie daleko w Stobiernej można zobaczyć owady gigantusy, ale jako że pora na małe co nieco nadeszła, odpuściliśmy sobie dalszą wycieczkę i wróciliśmy do domu. Dzieci i tak wyglądały na zadowolone.







Poza tym oczywiście tradycyjnie - tak to w rodzinach świrusów bywa - jazda na kombajnie została zaliczona. To nic że potem wszystko swędzi i w nosie drapie, ważne, że jest co opowiadać :-)








Jechałam do pl z planami odwiedzenia wszystkich bliższych znajomych, gdyż nie wiem, kiedy następnym razem będę w pl i kiedy będzie okazja się widzieć z tymi czy tamtymi. No ale cóż, moje plany nie uwzględniły ospy. Ostatecznie nasze odwiedziny ograniczyły się do najbliższej rodziny...
Choć okazało się też, iż niektóre zupełnie przypadkowe spotkania  z dawnymi znajomymi były dla tych znajomych  wyraźnie niepożądane... Przeto może i korzystna dla niektórych okazała się nasza ospa, dzięki której oszczędzone im zostało oglądanie mojej facjaty....

Cóż mam pełną swiadomość, że ten i ów mógł poczuć się urażony moimi niefrasobliwymi tekstami niniejszego bloga itp. Niektórzy zaś - jak wnioskuje znajoma na podstawie swoich dawnych znajomych -  nie mogą zdzierżyć, że takie buroki niewykształcone pojechały do Wielkiej Europy i nic nie robiąc żyją sobie w beztrosce i dostatku wielkim zbierając po prostu kasę leżącą grubą warstwą na zagranicznych chodnikach , a oni tam biedni za marne grosze muszą tyrać i nikt nie kce ich zabrać za granicę, buu... Kiedyś denerwowałabym się tym faktem niezmiernie, ale teraz to mi to wszystko zwisa i powiewa.  Mam za sobą ten rozdział, te czasy, gdy trzeba było uważać na każde słowo i czyn, a wszelakie złe spojrzenia i niemiłe oraz krzywdzące słowa z pokorą przyjmować nawet pomimo pewności swoich racji, bo człowiek nie miał  wpływowych znajomych, możliwości zmiany pracy i miejsca zamieszkania, bo był zależny od czyjegoś widzimisię... Jak dobrze, że to już mnie nie dotyczy i nie muszę się martwić, że czyjś foch utrudni mi przeżycie dnia. Teraz mogę po prostu powiedzieć "mam to gdzieś" i mieć to gdzieś i to jest fajne :-)

Co jeszcze mogę powiedzieć o naszych wakacjach? Np to że mimo iż były fajne, były też męczące. Teraz już wiem, że dwa tygodnie u rodziny to nie jest najlepsze rozwiązanie. Pozytyw taki, że można się nagadać z rodziną, dzieci mogą się wybawić razem. Nasi 2latkowie super się ze sobą bawili, prowadzili swoje pierwsze rozmowy, pierwsze bójki, dostarczając mnie i siostrze wielu powodów do uśmiechu i wzruszeń. Najlepszy był moment, gdy nie mogli dogadać się w kwestii mamy. Mój pokazując kuzynowi świeżo wyrwaną przeze mnie cebulę mówi: "patrz, moja mama dała mi cebulę". Na to stwierdzenie Baster patrząc na mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami protestuje: "to jest ciocia, tam jest mama" - i tu pokazuje na moją siostrę a swoją mamę. Młody na to: "nie! To jest mama, tam jest ciocia"...Podobny problem był z tatą - "dlaczego on mówi tata, przecież to wujek, tata jest w pracy...". Dobrze, że inne wujki, dziadkowie i babcie są tymi samymi ludźmi, bo kuzyni mogli by się znielubić.
Dwa tygodnie to jednak zbyt długo, by siedzieć komuś na głowie, żeby nie wiem jak miło było, bo ma się tę swiadomość, że komuś dezorganizujesz dzień i noc. Mam jednak nadzieję, że następnym razem to my będziemy gospodarzami i będzie okazja się odwdzięczyć :-) Teraz jednak dziękuję serdecznie wszystkim, dzięki którym nasze wakacje były udane. Ciotce i wujkowi za gościnę i cierpliwość (zwłaszcza w oczekiwaniu na łazienkę). "Babce" za pirogi i placki bidoki (oraz samoznikające gołąbki). Wujkowi i dziadkowi za zabranie hołoty na wycieczkę. Rodzinie męża za gościnę. Sorry za ospę i inne zło związane z naszym pobytem w pl.
I jeszcze jedna rzecz warta wspomnienia. Jakiś czas temu doszliśmy z M do wniosku, że związkowi dobrze robi odpoczynek od siebie, oczywiście sensownej długości. I tak oto urlop spędziliśmy prawie osobno. Prawie, bo w połowie urlopu się spotkaliśmy, by załatwić parę spraw. I teraz mogę potwierdzić, że warto pobyć trochę oddzielnie, by odpocząć od siebie, by zatęsknić, by uzmysłowić sobie, że jednak dobrze nam razem choć nie zawsze łatwo. Wracając do swojego domu jeszcze bardziej doceniamy swoją bliskość.
widok z wieży widokowej w Głobikowej k/Dębicy

A powrót do domu dłużył się jeszcze bardziej, niż droga do pl. Choć trzeba przyznać Matka Natura sie postarała dostarczając interesujących wrażeń. Najsampierw podczas przemierzania Mazowieckiego doświadczyliśmy bliskiego spotkania trzeciego stopnia z nawałnicą. W pewnym momencie widoczność była zerowa. Cokolwiek zobaczyć można było tylko przez sekundę po przejechaniu wycieraczek, potem tylko strugi wody. Autostrada, nie ma gdzie zjechać, nie ma się jak zatrzymać, nic nie widać poza wodą i złotymi łańcuchami od czasu do czasu na nieboskłonie. Po prostu masakra. Co oczywiście niektórym porąbańcom nie przeszkadzało wyprzedzać busami... to co że nic nie widać, że auta wleką się, a kierowcy wypatrują świateł jadących przed nimi starając się nie wyjeżdżać poza swój pas i na nikogo nie wpaść, jak komuś się śpieszy do piekła.... Brak wyobraźni czy totalne zgłupienie?
jakaś burza na nas wali
Na szczęście burze mają to do siebie, że wcześniej czy później się kończą. Dobrnąwszy do jakiejś jadłodajni się zatrzymaliśmy i poszliśmy tradycyjnie rodzinnie do WujkaCesia, potem wypiliśmy najdroższą jak dotąd w pl kawę, bagatela 10 zeta za filiżanunię.... a tak podejrzane mi się wydawało, że na ścianach wiszą w rameczkach focie różnych celebrytów cyknięte w tym zajeździe.... Potem się okazało, że dwa kroki dalej był MacDonald w mordę jeża... No ale co tam - raz się żyje :-D Przez resztę dnia na niebie przed nami mogliśmy za to obserwować najpiękniejsze zjawiska: fikuśne chmury, fantastyczny zachód słońca, księżyc w pełni. Przez szybę pędzącego samochodu trudno robi się zdjęcia, ale niektóre całkiem się udały, by można sobie było kiedyś powspominać tę podróż.
Te dwa tygodnie raczej trudno nazwać wypoczynkiem, raz z powodu wspomnianego już siedzenia komuś na karku i dyskomfortu z tego wynikającego, dwa: z powodu spraw do załatwienia, trzy: różne wyjazdy, przejazdy, zakupy - rzeczy wyjątkowo wyczerpujące.
Tak więc po powrocie tym razem wspólnie orzekliśmy NIGDY WIECEJ w ten sposób nie spędzamy wakacji. Jeśli kiedyś jeszcze zechce nam się odwiedzania polandii całą rodziną, to albo samolot (gdy otworzą loty do rzeszowiku) albo jazda z przyczepą campingową, żeby kierowca mógł w miarę wygodnie odpocząć w trasie. Ewentualnie jazda z noclegiem koło granicy, bo to jest dla nas połowa drogi. Te wszystkie bajery jednak związane są z większymi kosztami. Do tego trzeba dodać wynajęcie jakichś pokoi, żeby nikomu życia nie komplikować, a i samemu odpocząć i pomieszkać swobodnie. Jak mniemam - w związku z powyższym finansowo o wiele taniej wyjdą wakacje w Belgii , Francji czy Holandii, a już na pewno droga krótsza, co dla mnie osobiście ma duuuuże znaczenie.