28 sierpnia 2014

nasza wakacyjna nauka domowa :-)

Przed wakacjami obiecałam sobie i dziewczynom, że przez wakacje będziemy ćwiczyć niderlandzki. Nie powiem, żeby spotkało się to z wielkim zachwytem... "wszystkie dzieci mają normalne wakacje, tylko my się musimy uczyć jakiegoś durnego języka..." Jednak wredna matka takie marudzenie jednym uchem wpuszczała, drugim wypuszczała, a godzinę dziennie i tak zamęczała tym głupim niderlandzkim swoje biedne dzieci. Najmłodsze oczywiście z całych swoich dwuipółletnich sił starało się temu przeszkodzić. Nie dałam się, choć czasem udało mu się mnie wściec i się nadarłam (nie)przyzwoicie, co jak wiadomo nie przynosi więkrzych skutków poza osobistym odwścieczeniem. No ale dobre i to. Zdarzało się też czasem, że to najmłodsze dziecię jako jedyne udzieliło prawidłowej odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie, co wywoływało powszechne opadnięcie kopar. Czasem się zapomina, że taki maluch ma bardzo podzielną uwagę i wie więcej niż się starym wydaje. I tak któregoś dnia - jak codzień -  zaczynam tradycyjnie od prostych pytań przypominających. Proszę, żeby Młode przypomniały wszelakie znane im zwroty używane na przywitanie i pożegnanie. Dziewczyny myślami nadal mocno zakorzenione w Moviestarplanet czy podobnych okolicach patrzą na mnie mętnym wzrokiem, próbując zrozumieć, o co w ogóle mi chodzi... żal przerywać grę... no i - po minach poznaję - jedna czeka, aż druga odpowie... Doro w tym czasie przegrzebuje w skupieniu swoje zabawki. Powtarzam pytanie w sposób najbardziej zrozumiały, dając czas na pogodzenie się z brutalnym faktem pt "matka przylazła, czas na godzinę nauki". W tym momencie młody podskakuje, macha łapką i woła "Dag! Daaag!!!" (cześć!) śmiejąc się od ucha do ucha... Zaskoczenie,  to łagodne określenie, którym można opisać to co malowało się na mordkach sióstr, a i pewnie i mojej. Uśmialiśmy się wszyscy do łez. Mały skubaniec.

Przez pierwsze 2 tygodnie głównie sprawdzałam, co wiedzą dziewczyny... Czytając ten tekst, niejeden pomyśli pewnie "uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia...". Hm, może moje umiejętności językowe w kwestii niderlandzkiego można określić co najwyżej skromnymi, jednak bez wątpienia swoje dzieci mogę już wiele nauczyć, mogę im pomóc lepiej zrozumieć, to co po części już wiedzą. Z nauką poprzez kontakt z innymi często jest wszakże tak, że z jakiejś sytuacji wnioskujemy i domyślamy się znaczenia pewnych zwrotów i rozumiemy, o co chodzi, ale często nie wiemy, co znaczą poszczególne wyrazy. Teraz często, gdy poznajemy z dziewczynami znaczenie poszczególnych wyrazów, one co jakiś czas wykrzykują np "a to o to im chodziło, gdy wołały..." - i tu słowo, które znały a nie wiedziały, co znaczy. Taki przykład z ostatniej czytanki. "Prikken" - dziewczyny mówią, że tak wrzeszczą dzieci jak się wrąbią w pokrzywy na szkolnym podwórku: "Prikken!Prikken!"... ale z tej sytuacji trudno wywnioskować, czy "prikken" oznacza pokrzywę, ból, swędzenie, czy też wołanie o pomoc, prawda? Z ostatniej naszej czytanki dowiedziały się, że to znaczy "kłuje". Zresztą ja mam to samo - słuchając tubylców, wielu rzeczy domyślam się z kontekstu, czy z gestów, a czasem dopiero za jakiś czas przypadkiem znajduję to czy tamto określenie w tłumaczeniu. Oprócz bajek próbuję też z coraz lepszymi efektami czytać gazetki lokalne, jakieś ulotki i temu podobne duperele. Taką metodą wszak nauczyłam się sama podstaw angielskiego, która to wiedza bardzo mi tu pomogła na starcie. Zakładam, że dobrze jest choć jeden, czy dwa wyrazy zapamiętać z każdego  choćby najgłupszego tekstu, choćby jeden sens zdania nagle pojąć. Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka.

I dlatego właśnie postanowiłam uczyć się z dziećmi. Bo tak to właśnie jest, uczymy się razem - ja uczę je tego, co sama już wiem, a sama jednocześnie uczę się przy tym czegoś nowego wertując słowniki, gramatykę, bajki i inne teksty.
zbieramy po trochu różne belgijskie książeczki dla dzieci

Jak organizuję nasze zajęcia?
 Tutaj w be czytanie jest o wiele popularniejsze niż w pl. Zaglądam tu  do księgarni i zawsze spotykam wielu ludzi w wieku różnym i co najważniejsze dla mnie, jest tu bardzo duży wybór książek do nauki czytania podzielonych na grupy ze względu na zaawansowanie. Co prawda książki to nie są tanie rzeczy, ale uważam, że warto kupić coś od czasu do czasu. Oczywiście mogę też iść do biblioteki i wypożyczyć za darmo. Jednak na swoich mogę sobie bazgrolić tłumaczenia na marginesach itp, no i mam malucha, który zapewne z tych książek kiedyś skorzysta, a kiedyś może następne pokolenie, tak jak było u mnie w domu. W każdym bądź razie najpierw kupiłam kilka książeczek dla dzieci dopiero uczących się czytać. Jednak doszłam do wniosku, że dla obcokrajowca te akurat nie są dobre, bo - może to wyda się komuś śmieszne -  są tak proste, że bardzo trudne do tłumaczenia. Te teksty dla maluchów nie mają kropek ani przecinków, ani też dużych liter. To jest pięć wyrazów na krzyż, ale często nie mogę zrozumieć co znaczą. Właśnie najprawdopodobniej z braku dalszego kontekstu, tak potrzebnego do ogarnięcia całego sensu zdania przy braku znajomości wielu podstawowych słów czy zwrotów, które bez wątpienia są znane belgijskiemu cztero- czy pięciolatkowi.
Najbardziej przydatna do naszych potrzeb okazała się seria książeczek "oefenschrift begrijpend lezen", czyli ćwiczeń w czytaniu ze zrozumieniem. Teraz akurat przerabiamy książkę z grupy AVI4, czyli dla tutejszych drugoklasistów zdaje się. Zawiera ona krótkie, proste i zabawne opowiadanka oraz pytania do tekstu. Ja najpierw sobie zapisuję tłumaczenie całego tekstu zdanie po zdaniu, od czasu do czasu posiłkując się gugletłumaczem, a następnie czytam dziewczynom po jednym zdaniu, zaś one mają spróbować przetłumaczyć same. I powiem, że często nieźle sobie radzą. O ile akurat nie jest któraś sfochowana i mają ochotę, wszak różnie z tym bywa. Przeważnie nagroda czekająca np na koniec tygodnia uczciwej pracy jest skutecznym motywatorem o ile naturalnie nie jest ona mniejsza niż foch... Tak, ja uważam, że warto dawać dzieciom nagrody. U nas są to najzwyklejsze rzeczy, typu lody, chipsy, popularne ostatnio gumeczki do robienia ozdób, pojechanie do parku, pieczenie ciastek, czy inne pierdołki odpowiednie do zainteresowań i okoliczności.
Oprócz czytanek od czasu do czasu korzystam z ćwiczeń czy łamigłówek, których też w księgarniach nie brakuje. Wybieram zadania różne i kolorowanki, i matematykę, i krzyżówki, i inne. W każdym jest ważne samodzielne przeczytanie i zrozumienie polecenia po nl.
Korzystając ze swoich pomysłów i doświadczeń pedagogiczno-organizacyjnych oraz ćwiczeń podpatrzonych na kursie nl czy w książkach, wymyślam też własne zadania dla swoich pociech. 
Może cudów nie osiągnęłyśmy przez wakacje, w końcu to tylko 8 tygodni, minus 3 tygodnie luzu kompletnego związanego z wyjazdem do pl i parę innych dni wyjątku od nauki. Jednak wydaje mi się, że coś nam szystkim z tego we łbach zostało, choćby te 10 nowych wyrazów, 5 zwrotów, czy 2 zdania. A może po prostu dzięki temu nie zapomnieliśmy tego wszystkiego, co już umiemy.
Oczywiście koniec wakacji nie oznacza końca wspólnych ćwiczeń. Przynajmniej taką mam nadzieję. Mam zamiar nadal wspólnie tłumaczyć bajki. Może uda się M też wciągnąć do zabawy. W końcu i on wreszcie odważył się na zapisanie się na kurs nl, choć baaatdzo mu się nie chce. Oł je, w drugim tygodniu września obydwoje zaczynamy kurs. Ja drugi etap, M_jak_Mąż  pierwszy. Ja już nie mogę się doczekać. No co? po prostu się cieszę jak głupia, że wreszcie mam możliwość nauki języków, której to zachcianki nie mogłam zrealizować w pl. Tylko nie mówcie, że jak się chce, to można, bo to g...o prawda. Można - jak się chce i MA PIENIĄDZE i to częstokroć duże. Kiedyś mój nauczyciel sztuk walki będący jednocześnie wykładowcą uniwersyteckim planował zorganizowanie kursu języka japońskiego w Rzeszowiku, na który z wielką chęcią ja i kilku innych znajomych pisało by się, gdyby nie powalająca kwota jaką by ta przyjemność kosztowała, czyli jakaś połowa mojej ówczesnej wypłaty na miesiąc plus dojazdy do Rzeszowa. Z innymi bardziej popularnymi językami sprawa wcale lepiej się nie przedstawiała. W końcu zadupie to zadupie, nawet jak ktoś gdzieś próbował nauczać jakiegoś angielskiego czy francuskiego prywatnie, to po pierwsze dużo sobie za to krzykał, a do tego - jak mówili znajomi, którzy pochodzili na takie prywatne kursy językowe, a potem wyjechali zagranicę przetestować - całe gie można się było nauczyć. Dziś być może jest trochę lepiej pod względem dostępności i cen nawet na zadupiach, ale chyba dalej to jest nie lada wyzwanie, gdy mieszka się daleko od większego miasta. A szkoda.
Dlatego tak się cieszę i dziwuję zarazem, że tu na wsi można się za niewielkie w sumie pieniądze uczyć przeróżnych języków. Szkoda tylko, że mam już swoje lata i pewnie nie zdążę zbyt wielu się nauczyć. Na razie zastanawiam się, czy by od Nowego Roku nie spróbować też zacząć jednocześnie kursu francuskiego. Mam wątpliwości tylko czy chodząc na normalny kurs dla tubylców a nie dla obcokrajowców, bo chyba taki tu jest we Flandrii, dam radę. No i nie wiem w jakie dni będzie, czy nie będzie kolidował z moim lub męża nl. Bo od stycznia raczej są kursy 2 razy w tygodniu, żeby można było - jak mniemam - dogonić tych, co zaczęli te same kursy we wrześniu. Jednak okropnie mnie irytuje, gdy koledzy z kursu gadają ze sobą po francusku, a ja ani połowy nie rozumiem (ciut tam jarzę). Teraz właśnie jedna z koleżanek zaprosiła nas wszystkich do siebie na wieczór portugalski i obawiam się, że znowu będą mieć ze mną kłopot, przez nieznajomość francuskiego hehe. Jestem jedyną w grupie, która tym językiem nie mówi. Oczywiście dogadać się można, bo wszyscy już przecie trochę ogarnęliśmy nl, trochę pomagamy sobie angielskim, który prawie każdy trochę zna, trochę ja rozumiem po francusku, a reszta na migi i jakoś leci. Wszyscy na szcęście mamy równie głupie poczucie humoru i fantazję.
Jednak znajomość francuskiego na pewno by mi się przydała nie tylko ze względów towarzyskich, ale poszukiwania pracy i własnej satysfakcji oraz swobodnych wycieczek do Francji, gdyby mię taka ochota kiedyś naszła hehe. Stąd do Paryża rzut beretem przecie.
O moich postępach będę informować co jakiś czas. Nie wiem, czy kogoś w ogóle to obchodzi, ale uważam, że warto to opisywać, choćby po to, by samemu za jakiś czas przeczytać i powspominać.