30 września 2014

Dzień za dniem...

Kiedyś mówiłam, że nie mam problemów z dostosowaniem się do nowych miejsc i okoliczności. Nie zmienia to jednak faktu, że każda zmiana wiąże się z pewną dawką stresu i  lekkim chwilowym zamotaniem. Tak było i teraz...

kłapciate kozuchy na pobliskim  pastwisku 
Mimo, że nie mam zwyczaju niczego planować z kalendarzem i zegarkiem, to jednak przeróżne działania życiowospołeczne  podejmowane przez każdego członka rodziny same nam życie porządkują. O tej samej godzinie wychodzi i wraca się z pracy, szkoły. Przed wyjściem i po powrocie trzeba wrzucić coś na ruszt, wypić kawę i odpowiednio wcześnie stoczyć zadek z wyra. Chcąc nie chcąc po pewnym czasie tryb spania, wstawania, jedzenia włącza się o tej samej porze,  nawet i na siku ostatecznie chodzi się w tych samych godzinach. Człowiek to skomplikowane urządzenie, ale doskonale zaprojektowane i wszelakie aktualizacje i kodeki się nam chyba automatycznie instalują w mózgownicach... mi tylko gps szwankuje i jakoś języki się opornie instalują, a poza tym gicio czacza  :-)

Wydaje się, że żyję chwilą, bez schematu, robię co chcę i kiedy chcę, bo nie zaglądam co rano do kalendarza, a tu co jakiś czas się okazuje, że faktycznie wydaje mi się...   Raptem dwie rzeczy się zmienia w układzie dnia i przez tydzień lub dwa nie mogę się odnaleźć w swoich własnych działaniach. Co raz łapię się na tym, że dzień się właśnie kończy a ja czegoś jeszcze nie zrobiłam... Nie wiem, co mam robić po kolei, żeby się wyrobić. I to nie chodzi o to, że nagle nie mam czasu, bo czasu to nadal mam ohohoho i jeszcze trochę, ale po prostu po każdej zmianie, po każdym dodaniu nowego zajęcia muszę nauczyć się z tym żyć  :-)

A  wszystko się pokałapućkało z powodu zakończenia wakacji, bo trzeba było swoje prywatne zajęcia typu pranko, sprzatanko, gotowanko, picie kawki, pisanie bloga itp dostosować na powrót do ogólnych norm społecznych (na wakacjach wystarczyło do dzieci i męża). Czyli rozmieścić wszelakie czynności we własnej czasoprzestrzeni, Teraz co rano muszę znowu wstać o określonej porze, spakować Dorowi kanapkę, owoc, lubisia i pićko, a właściciela tych delicyj załadować na rower i odtransportować pod bramę szkoły.  Większe dziecka na szczęście same się uzbrajają w jedzenie i same własnymi rowerami zawożą do szkoły. No pewnie, że zrobienie 2 kanapek więcej nie zwaliło by korony z mojego zakutego łba, ale primo dziopy są już za wielkie by mamusia robiła im kanapki, secundo samodzielnie zrobione kanapki nie podlegają skargom i reklamacjom z powodu niesmaczości czy niemieniaochotynaszynkę. Jak se jedna z drugą zrobi kromkę z czymś idiotycznym i niejadalnym, to tylko do siebie może mieć pretensje. Jak se zapomni zrobić, to tym bardziej. Choć w przypadku drugim się okazało, że wygłodzenie dupci przez 7godzin jest skutecznym lekarstwem na sklerozę, ba, teraz nawet jedną drugiej przypomina, a bywa, że i robi kanapkę, bo jak jedna nie ma, to logiczne, że drugą sępi. Życie...
Potem trzeba wrócić, ogarnąć bajzel, wymyślić obiad (to czasem zajmuje baaaardzo dużo czasu, gdy weny brak), skoczyć do sklepu (a skok trza mieć długi, bo 4km do najbliższego), skonstruować żarcie, odebrać Młodego (o Młode przy okazji, choć nie jest to konieczne), "przytumić" Młodego (po powrocie ze szkoły tumienie trwa długo i połączone jest z wspólnym oglądaniem bajek, lepieniem z "ciuliny", budowaniem pociągów z klocków itp), nakarmić wszystkich z mężem włącznie. Ten ostatni przeważnie zajmuje się ogarnianiem pojedzeniowego bajzlu (czasem oszukuje i korzysta ze zmywarki drań). Potem jeszcze dobrze jest porobić coś w kwestii pracy nad językiem i innymi elementami z zakresu edukacji swojej i potomstwa. Przyznam, nie zawsze się mi udaje zrobić to rzetelnie z przyczyn różnych, typu niechcemisizm, tumizwisim, czasubrakizm itp.

Raz w tygodniu oczywiście kurs. Ja czwartkowy, mąż wtorkowy wieczór spędzamy w szkółce. M , tak samo jak ja w styczniu, miał wątpliwości, czy da radę. Jednak i jemu się spodobało. Tylko z domu jest się ciężko wybrać, bo się nie chce po prostu po nocach szwendać nigdzie. Ale jak się już jest na miejscu, to 3 godziny mijają niepostrzeżenie, bo jest wesoło i ciekawe ćwiczenia. Ja, tak jak się spodziewałam, mam teraz większą grupę, bo ponad 20 ludzia. Jest też kilku rodaków, co z jednej strony jest fajne, ale z drugiej nie dobre. Dlaczego? Bo każdy chce gadać po naszemu zamiast po nl i ciężko się opanować... a ja powinnam, chcę, muszę ćwiczyć nl... Nadal prawdopodobnie jestem jedyną osobą w grupie, która nie mówi w żadnym cywilizowanym języku, więc reszta cwana, bo se może pogadać z innymi - czy to sąsiadami, czy kolegami w pracy, czy nauczycielami - tak czy siak, po francusku, angielsku, niemiecku. Nic to - damy radę - jak nie ja to kto?!

Poza tym od czasu do czasu, po zostawieniu rano swojej chołoty za bramą szkoły, śmigam na rowerze jakieś 8 km by sobie wreszcie popracować parę godzin, a potem znowu dzika jazda z powrotem, by zdążyć jakieś żarło upitrasić i odebrać Młodego ze szkoły.

 Kurde, nie wiem o co kaman - w pierwszych dniach nie mogłam normalnie, czyli najkrótszą drogą, trafić do własnej chałupy. Przeważnie udawało mi się skręcić nie tam gdzie trzeba i jak się zorientowałam gdzie jestem, to miałam już z 5kilosow w plecy, a raczej w nogi... A niby już znam z grubsza okolicę w promieniu 10km. Do miejsca docelowego jeździłam  z pierwa na wszelki wypadek z "che-pe-es'em" (tak się tu wymawia gps - strasznie mnie to bawi - tak samo jak che-es-em, jak tutaj mówi się na komórę).  Może to śmiszne, żeby rowerem parę kilometrów z nawi jeździć, ale wolę być śmieszna, niż spóźnić się do roboty zaraz w pierwszym tygodniu. Trochę nie tenteges. A po zostawianiu dzieci w szkole mam czasu na styk, Jednak  z powrotem nie muszę się aż tak sprężać, przeto nie włączam gpsa w telefonie,  Nie wiem, może po prostu za bardzo się do chałupy śpieszyłam w pierwszych dniach, bo jako się rzekło, musiałam się nauczyć żyć z nowym rozkładem dnia...
Merchtem. 
  Na szczęście odkryliśmy jakiś czas temu, że wszystkie drogi i tak ostatecznie prowadzą do Merchtem. Gdzie by nie pojechał, jak by nie kluczył, i tak w końcu zobaczysz jakiś drogowskaz "do Merchtem". Nieraz kilka godzin jeździliśmy z M i dziećmi bez celu po różnych wiejskich, leśnych, polnych dróżkach... zawsze w razie wu mamy telefon z nawigacją, jednak ani razu nie korzystaliśmy z niej z powodu zagubienia się... czasem włączamy by pokazała najkrótszą trasę do domu, bo w ten sposób można w be odkryć czaderskie skróty wiodące przez pastwiska, lasy i inne dzikie pola. Przeważnie jednak jedziemy, jedziemy, jedziemy i jedziemy, wioski, wioseczki, parki, las, buraki, kukurydza, ziemniaki ciągnące się hektarami, krowy, kunie, barany, stawy, górki... jedziemy, skręcamy w zupełnie przypadkowe, a ciekawie wyglądające dróżki... 10, 15, 20 km przejechanie, zadupie totalne, psy dupami szczekają, a wrony nawracają, bo się nawet nasrać nie opłaci,  a tu nagle w krzakach stary pochylony drogowskaz "Merchtem centrum"... Nie raz się już ubawiliśmy z tego tytułu. Kurde tyle przejechane, się wydaje, że za chwilę jakiś holenderski wiatrak napotkamy albo Wieża Eiffla zamajaczy na horyzoncie a tu kurde znowu droga do Merchtem. Stąd się nie da uciec! Nawet jakby chciał, więc jak się tu ktoś wybiera, niech się pięć razy lepiej zastanowi :-)
No ale jest też szansa, że czary tylko na stare wiedźmy działają... może to być...
No dobra, jak zwykle mnie zniosło... Sie dziwić, że do domu nie mogę trafić, jak  myślach własnych gubię się i plączę. Cała ja. Ech!

Co niektórzy już sobie zaczynają głowę łamać, co też za pracę jest w stanie zagranicą wykonywać taki burocek ze wsi jak ja... już widzę te powątpiewające, kpiące miny... Tu mam konkretne osoby na myśli, które nawet jeśli osobiście tego nie czytają, bo się nie godzi, to na 300% wiedzą, co piszę i co robię. Kto na wsi mieszkał, wie o czym mowa... Więc żeby ukrócić niezdrowe domysły i plotki od których mi się pypeć na języku robi mimo półtora tysiąca kilosów,  przyznam się bez tortur, że wreszcie wykonuję pracę adekwatną do swojego wykształcenia i pochodzenia :-) czyli jako sprzątaczka.
Tyle tylko, że tu będąc sprzątaczką, budowlańcem, czy innym tam robolem ciągle jesteś traktowany jak człowiek, nie jak ktoś gorszy. Z moich obserwacji i wywiadu środowiskowego wśród znajomych Polaków wynika, że bez względu na to jaki zawód wykonujesz, czy za biurkiem, czy też wspomnianego już pracownika fizycznego jesteś szanowany i doceniany. Jeżeli tylko oczywiście się starasz, nie ściemniasz i po prostu solidnie wykonujesz swoją robotę oraz sam szanujesz swojego pracodawcę.
W pl bez wątpienia też są tak superowi i ludzcy pracodawcy, nawet znam takich. Tak samo i w be niejeden wredny szef się znajdzie. Jednak w moich rodzinnych stronach zdecydowanie daje się odczuć podział na równych i równiejszych w każdej prawie i mniejszej, i większej instytucji, czy firmie. Jak już ktoś ma grosik więcej lub centymetr wyższy stołek od razu musi innych traktować jak śmieci. Żebyś na rzęsach stawał, to i tak jesteś tylko gówno wartym pracownikiem, który nigdy nie ma racji, któremu na każdym kroku trzeba pokazać, kto jest szefem. No i co najważniejsze w pl,  w przeciwieństwie do be, prawo pracy jest czystą fikcją. Tutaj np urlop, wypłata, chorobowe, warunki pracy to rzeczy święte. Nie przestrzeganie praw pracowników jest raczej kłopotliwe dla pracodawców - muszą się potem użerać ze związkami, sądami, kontrolami itp. W Polsce [rawo pracy to pic na wodę fotomontaz.  No i jakby nie patrzeć, gdy pracodawca szanuje pracownika - pracownik szanuje pracodawcę i tak się kręci, nikt się specjalnie  nie wychyla, nie kombinuje, bo jest uczciwie wynagradzany za swoją robotę, zaś pracodawca ma tą robotę dobrze wykonaną. Ja tu nie twierdzę, że w Belgii jest wszystko porządne i najlepsiejsze na świecie, ale daje się zdecydowanie różnice na korzyść Belgii zauważyć.Czarne owce są i w pl, i w be i w każdym innym miejscu na tej planecie, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że jak zarobisz odpowiednie pieniądze, jak ktoś docenia, to co robisz, to nawet jeśli codzień czeka cię niezły zachrzan, to chce ci się pracować. Ja w każdym bądź razie tak to widzę. I tak sobie myślę, że jakoś uda mi się tu jeszcze wypracować jakąś emeryturę. Do sześćdziesiątki mam jeszcze 20lat w końcu, to może przez parę lat jeszcze będę na siłach rabotać sensownie, może nie zawsze jako sprzątaczka, choć i taka perspektywa też nie jest przecie najgorsza. Wszystko lepsze od braku pracy i perspektyw jak było w pl. Praca to praca, żadna nie hańbi, byle zarobić na normalne życie, nie żebrać, nie prosić o nic nikogo. Chcemy tu właśnie pracować, uczyć się, poznawać nowych ludzi. Byle tylko zdrowia starczyło to powinno nam żyć się tu dobrze przez najbliższe latka, bo - powiem po raz tysieczny - Belgia mi się spodobała bardzeńko.