29 października 2014

dzieci - wieczna przygoda...


PS. Ps na początku? W liście pisanym gęsim piórem byłoby to niewykonalne, ale w dobie elektroniki jak najbardziej się da, a ja się da, to można...
Post pisany przez kilka dni ze smartfona jakiś czas temu wreszcie doczekał się ostatecznej edycji z komputera i publikacji. Cierpię ciągle na spore ograniczenie czasoprzestrzeni i nie wyrabiam na zakrętach...ale do rzeczy...

z mojego albumu
Jak pamiętacie, pod koniec roku podczas specjalnego spotkania w szkole u dziewczyn, postanowiliśmy że Starsza Młoda pójdzie do jednej klasy z młodszą siostrą. Mieliśmy wszyscy nadzieję, że to wpłynie pozytywnie na jej (ich) naukę języka. Jednak obawialiśmy się, że może to mieć też złe strony i właśnie...
 Po miesiącu nauki mieliśmy zebranie w szkole. Nauczyciele, dyrektorka, pani z CLB, szkolna pani pedagog no i ja z naszą dyżurną tłumaczką. Szkolni opiekunowie dziewcząt stwierdzają, że jest tak jak się obawialiśmy niestety, czyli Starsza zamiast się przy siostrze zaangażować w klasowe życie, to wręcz odciąga Młodszą od grupy.
 We dwie się bawią, we dwie rozmawiają, we dwie spędzają czas wolny - jak to kochające się siostry. To samo w sobie jest bardzo pozytywne, ale w tej konkretnej sytuacji już niekoniecznie - jesteśmy w obcym kraju i musimy nauczyć się tutejszej mowy, bawić się, pracować, uczyć się z Belgami, a do tego potrzebna jest dobra znajomość języka.

Mam najwspanialszą trójcę małolatów pod Słońcem,  fajne, wesołe i inteligentne, tylko skurczybykom się ciągle nie chce zabrać za porządną, a przede wszystkim SAMODZIELNĄ naukę. Jak matka stoi nad nimi, co dzień do tornistrów zagląda, sprawdza, nagania, drze pysk, to jest całkiem dobrze, ale wystarczy sobie odpuścić jeden tydzień, a już bida. Jeszcze Młodsza  jakciemogę, ale Najstarsza to już leń do entej potęgi. Nawet Młodsza ją pogania i pilnuje, tyle że tamta niekoniecznie się daje...

Rozumiem, że żadne normalne dziecko nie będzie siedziało dzień-noc przy książkach jak na ten przykład ja w dzieciństwie, ale jak by z własnej i nieprzymuszonej woli choć od czasu do czasu się pouczyło jedno z drugim to chyba nic by się nie stało, no nie? Też tak macie?

Dzieci... że też nie ma jednej uniwersalnej instrukcji obsługi do wszystkich. Ile prostsze było by życie każdego rodzica, gdyby w razie problemów mógł zajrzeć do mądrej książki i cyk - już wie, co dolega dziecku... No niestety, trzeba samemu kombinować, dumać, próbować metodą prób i błędów, najczęściej błędów, a czas leci, dzieci rosną, rodzic się starzeje, cierpliwości, chęci ubywa... ŻYCIE!!!

Czasem sobie tak myślę, jakże beztroskie życie muszą wieść rodzice bezproblemowych dzieci, zwłaszcza jedynaków... Nie ma bezproblemowych dzieci? Myślę, że są, tylko ich rodzice tego nie wiedzą haha. No może PRAWIEbezproblemowe, czyli Istoty, które są spokojne z natury, ale lubią bawić się z innymi, są inteligentne i lubią się uczyć, nie wychylają się ani w jedną ani w drugą stronę, broją trochę, ale nie za bardzo, czyli po prostu są takie jakie powinny być dzieci wg różnych poradników dobrego rodzica. Czyli takie przeciętniaki, normalniaki. Takich dzieci jest - myślę -  całkiem sporo.Rodzice takich dzieciaków - myślę - nigdy, przenigdy nie zrozumieją, co to znaczy tak naprawdę być rodzicem.Tacy rodzice będą nosić łeb w górze i śmiać się z innych, bo wydaje im się, że są super rodzicami, podczas gdy ci inni to - wg superrodziców - matki i ojcowie do dupy, bo ich dzieci sprawiają problemy w szkole, w domu, na ulicy... albo ciągle chorują...
 Ale to guzik prawda,  to nie żadni super rodzice tylko zwykli "szczęściarze", którym bociek podrzucił zwykłe dziecko bez specjalnego charakteru. Ot co!

Szczęściarze piszę w cudzysłowie, bo mimo wszystko uważam, że wychowywanie dzieci z nieprzeciętnym charakterem, niepowtarzalnymi cechami to właśnie jest prawdziwe szczęście o ile ktoś lubi wyzwania, a ja lubię. Takie oryginalne istoty wymagają dużo więcej  poświęconego czasu, dużo więcej pracy zarówno ze strony rodziców jak i pedagogów, ale tylko takie oryginały maja szansę być w życiu KIMŚ. "Kimś" to nie jest bynajmniej synonim celebryty. Bycie KIMŚ nie oznacza wszak zdobycia sławy czy bogactwa, choć tego nie wyklucza. Bycie Kimś to bycie osobą nieprzeciętną, nieszablonową, inną, nietuzinkową, interesującą... FAJNĄ :-)

moja trójca (nie)święta

Jednak taką nieprzeciętną istotę także (albo i przede wszystkim taką) trzeba pokierować na właściwe tory, a to już jest nie lada wyzwanie dla rodzica. Zwłaszcza gdy dziecko z charakterkiem nie jest jedynym posiadanym potomkiem, jak jest w naszym przypadku.W szkole zapewne nauczyciele mają jeszcze większy problem i jeszcze trudniejsze zadania, bo tam jest jeszcze większa gromada do wychowania, co jedno to bardziej udane. Co więcej wielu nauczycieli (i innych ludzi) nie przepada za takimi dziećmi i najchętniej pozbyło by się ich ze swojego otoczenia w ogóle. Wcale mnie to nie dziwi - wielu ludzi lubi iść po najmniejszej linii oporu i nie przepada za sytuacjami, gdy trzeba kombinować, myśleć, walczyć z przeciwnościami itd. Nie dziwi mnie też, że gdy sobie z takim typem nie radzą, po prostu zaczynają go totalnie olewać. Bo co zrobić, gdy wszystkie znane, popularne metody zawodzą? Najlepiej przymknąć oczy i udawać, że problem nie istnieje. Nawet rodzic ma czasem dość, a co dopiero nauczyciel, który ma program do zrealizowania i to w ograniczonej czasoprzestrzeni... Dlatego się nie dziwię... ale czasem mam żal, że niektórzy zbyt łatwo się poddali, że im się nie chciało...

Tutaj też przeżyliśmy taki moment zwątpienia i to zarówno ze strony szkoły jak i mojej. Każdy ma chyba takie momenty, gdy baterie się rozładują i nic się nie chce, na nic nie ma siły, nic nie cieszy, nic nie martwi - czas zwątpienia w sens jakiegokolwiek działania. Totalny mamtowdupizm w niektórych okolicznościach śmiesznie nazywany przez specjalistów depresją. Na szczęście było-minęło... ale z perspektywy oceniając, jak zwykle znajduje pozytywne skutki... Bo wiecie co zaproponowano mi na wspomnianym wyżej spotkaniu? Wysłanie Starszej Młodej do specjalnej szkoły. I co ważniejsze ja zmęczona już tą niekończącą się walką z wiatrakami się zgodziłam. Bo i co miałam w sumie zrobić? Nie byłam przygotowana na taka propozycję, więc nawet się nie zastanawiałam nad taka opcją i nie miałam przygotowanej alternatywnej opcji na wypadek wu. Choć gdzieś tam w zakamarkach umysłu taka informacja istniała, że szkoła może pozbyć się problemu trudnego dziecka korzystając ze szkoły specjalnej... Byłam nawet obejrzeć tę szkołę i porozmawiać z dyrekcją. Wiedziałam tylko tyle, że znowu jestem sama z problemami, że nikt mi nie pomoże zadecydować ani tym bardziej nie pomoże mi w pracy z dzieckiem. Na taką pomoc nie bardzo mogłam liczyć w kraju a co dopiero wśród obcych. Można rzec poddałam się w tym momencie bez walki o prawa własnego dziecka. Zapisuję tę decyzję do książki moich porażek życiowych ku pamięci i przestrodze na przyszłość, by być bardziej przygotowanym do spotkań, które decydują o przyszłości dziecka, bo nigdy nie wiadomo, co innym do łba strzeli.. .Na szczęście dla nas wszystkich jest taki przepis, że zanim wyśle się dziecko do szkoły specjalnej, musie się mu zrobić test na inteligencję. Okazało się, że córka znajduje się zdecydowanie powyżej przeciętnej w swoim przedziale wiekowym, a co za tym idzie absolutnie nie mogą jej przyjąć do tamtej szkoły.


Jednak jakiś anioł czuwa nad nią i niefrasobliwą matką jaką czasem jestem.
Nie dość, że nie mogłam popełnić kolejnego życiowego błędu, to jeszcze mam wrażenie, że to wydarzenie miało kilka pozytywnych stron. Jakie pozytywy może mieć taka sytuacja? Ano po pierwsze Zaną chyba to deczko wstrząsnęło. Choć tego nie okazała wstępnie, to jednak teraz po informacji, że jednak zostaje w swojej klasie, jakby pogodniejsza się zrobiła, bardziej spontaniczna, bardziej skłonna do współpracy, śmielej odpowiadająca na zagajenia kolegów i koleżanek. To nie może byc zupełny przypadek, że się coś w niej zmienia. No i secundo, podejrzewam, że wyniki testu na inteligencję pozwoliły niektórym zobaczyć moją córkę, a może i obie w innym świetle. Bo ten śmieszny teścik dowodzi, że to jednak rozgarnięte dziewuchy, tylko po prostu nie znają niderlandzkiego :-)

Moje najstarsze dziecię bez wątpienia jest wielkim oryginałem (pozostała dwójka też niczego sobie), indywidualnością, ma silny charakter i bardzo skomplikowaną osobowość, no i co za tym idzie - jest diabelnie trudne do opanowania. Tak, każdy rodzic, każdy nauczyciel chce zapanować nad każdym dzieckiem, chce je kontrolować i prowadzić wg swoich ścieżek. No i dobrze, bo inaczej by ładu i porządku na świecie nie było żadnego. Z tym, że normalne, przeciętne dzieci dają się prowadzić tymi ścieżkami bez większych kłopotów, tam czasem sobie najwyżej brykną, czasem się uprą jak osiołek, ale taka czy inna marchewka lub bat pomaga. Jednak w przypadku takiego indywiduum jak np moja córka ani kara ani zachęta za bardzo się nie sprawdza. I co wtedy? Co ja mam robić? To pytanie zadaję sobie właśnie co jakiś czas... praktycznie od dnia narodzin tej istoty... Czasem zastanawiam się też, czy coś zrobiłam lub robię źle? No kurczaczek, jeśli popełniłam jakiś błąd, coś zrobiłam nie tak w kwestii wychowania, to dlaczego niby tylko w przypadku najstarszego dziecka są takie a nie inne efekty?! Hm... Dlatego pozwalam sobie stwierdzić, że nasze problemy nie są wynikiem jakichś fatalnych metod wychowawczych, choć być może w jakimś małym stopniu tamte na całość problemu się złożyły. Mam przy tym na uwadze opinie dobrych moim zdaniem nauczycieli, z którymi miałyśmy przyjemność się w życiu zetknąć, a które zdecydowanie poprawiają mój i córki obraz w moich własnych oczach. Pani Ela dyrektorka i nauczycielka zarazem z pierwszej szkoły mojej córki oraz pani Ewa - wychowawczyni córki z drugiej szkoły potwierdziły swego czasu mniej więcej to, o czym pisałam powyżej, a co sama zaobserwowałam. Moja Zanka po prostu jest osoba nieprzeciętną, inną niż większość uczniów, interesującą, inteligentną, mającą swoje własne zasady, których się trzyma. Często żyje we własnym świecie, gdzie cały czas coś tworzy i kreuje, coś obmyśla, analizuje. Tyle tylko, że jej przemyślenia nie koniecznie, a raczej rzadko, mają jakiekolwiek powiązania z toczącą się właśnie lekcją czy innymi wydarzeniami bieżącymi. W związku z czym moje dziecię wymaga dużo więcej pracy ze strony wychowawcy i rodzica, więcej poświęconego czasu.Nauczycielki te i parę innych osób ze mną włącznie zgadza się też do tego, że ilość poświęconego jej czasu będzie proporcjonalna do jej osiągnięć.
Ja uważam - i wielu się ze mną zgodzi - że najstarsza ma cechy typowe dla artystów, naukowców, odkrywców - co by się nie działo, w głowie Najstarszej cały czas jest analizowany jakiś jej projekt czy pomysł.
Uch, cechy skądinąd świetne, ale czasy szalonych naukowców minęły dawno, w dzisiejszych czasach trzeba najsampierw zdobyć jakąś podstawową wiedzę z każdej dziedziny niestety, potem znaleźć jakąkolwiek pracę, by zarobić na swoje projekty i realizację marzeń... Ależ to proste do napisania, nieprawdaż? Realizacja zaś to droga pod górę, wieczna walka z przeciwnościami losu, ludźmi i systemem. A do tej walki potrzebna jest bardzo duża wiedza... i pieniądze... A jej nie chce się uczyć, czytać i samodzielnie pracować nad sobą... Jeszcze nie dorosła do tego, w końcu ma dopiero 12 lat... Tak tak wiele dziewcząt w tym wieku już nie bawi się lalkami, za to ogląda się za chłopakami, ogląda dorosłe seriale i chce chodzić na imprezy i jest poważna aż do przesady, ale moja córka do nich nie należy. Rozwija się wolniej niż wielu rówieśników, ale może i lepiej, bo do czego to się śpieszyć, niech się cieszy dzieciństwem, bo czas ten przeminie wcześniej czy później i nigdy nie wróci. No ale bycie dzieckiem nie jest jednoznaczne z wiecznymi wakacjami, każdy ma jakieś zadania do wykonania na miarę wieku - rodzic robotę i utrzymanie domu, dzieć - naukę. I tak samo niektóre dzieci jak i niektórych dorosłych trzeba batem do roboty zaganiać :)

Niestety  nie jest ona jedynaczką, by matka mogła jej poświecić każdą wolną chwilę i siedzieć co dnia przy książkach. Choć się staram, ile mogę. Wiem. że to by wiele dało, jak kiedyś przy nauce pisania i czytania w języku ojczystym. Oj, wiele godzin wspólnych lekcji mamy za sobą. To był piękny, choć niełatwy czas... Krok po kroczku przezwyciężałyśmy nieopanowaną niechęć do pisania i czytania. Teraz od czasu do czasu przypominam córce jej fochy, z czego wszyscy się śmiejemy, ale wówczas nie raz się mi brzuch w środku gotował, ale trwałam cierpliwie (mniej lub bardziej) na posterunku.
- Zanka, przepisz to zdanie "Ala ma kota."
- Nie!!! - czekam długą minutę. Po czym powtarzam prośbę.- Nie!!! - czekam 3 długie minuty wpatrując się w córkę nieustannie... - No dobra, napiszę jedną literę... - Uch. Pisze cały wyraz, po czym znowu protest, ręce założone, głowa spuszczona i czekanie. Od czasu do czasu włażenie pod stół. A ja czekam... W końcu pojawia się całe zdanie, prawie całe, bo - ...ale kropki nie napiszę!!! Bywało,  ze do napisania jednego zdania, przeczytania 2 linijek potrzeba było 3 godzin.
Niektórym się wydaje pewnie, że śmieszna jestem, że oni by wzięli kija, przetrzepali skórę i to by rozwiązało problem raz dwa... Oj znam takich, znam wielu niestety... Ja nie jestem zwolennikiem kar cielesnych, ale czasem się zdarzało niezapanować nad sobą i zdzieliłam jedno czy drugie przez dupę. Bicie dzieci wg mnie jest oznaką naszej dorosłych słabości a nie siły... Zresztą w przypadku tej Osóbki kary (wypróbowano przenajróżniejsze przez 12 lat) skutek miały ZAWSZE odwrotny do zamierzonego albo żaden. Na pewno z literatury i filmów wiecie, że jeden już po postraszeniu "puszcza farbę" lub wykonuje zadanie, drugi na najgorszych torturach się nie złamie...
Z uporem mojej córki wygrywa tylko cierpliwość, spokój i miłość, ale trzeba mieć tego staraasznie dużo. A mi czasem brakuje tego wszystkiego. Im więcej człowiek ma na głowie, im w większym stresie żyje, tym trudniej z cierpliwością i rozsądkiem. Mam za sobą wiele takich momentów w ostatnich latach, że ledwie sama nad sobą panowałam, żeby nie zrobić krzywdy dzieciom lub sobie, co jedno z drugim jest powiązane.... I wtedy nerwy o wiele częściej puszczały niż teraz... Dziś powoli wracam do dawnej formy psychicznej i prawie niekończącej się cierpliwości do upierdliwych stworzeń, ale za to mam o wiele miej czasu i chęci. Starość nie radość, młodość nie wieczność niestety... Gdy wspominam jednak trudne chwile, doceniam to co teraz mam i cieszę się tym bardziej...

skarb największy
Najgorsze były dni, gdy zostawałam sama na polu walki... wokół tylko wrogowie i gromada bezdusznych gapiów... nie można było liczyć znikąd na podanie pomocnej dłoni ani dobre słowo... tylko ja i moje kochane niczemu niewinne dzieciątka... Wspomnienia są jak bolące rany po bitwie... Nie wiem. czy walczyłam dzielnie, pewnie można było więcej zrobić, ale tamte wojny ostatecznie wygrałam. I co najważniejsze, te prywatne walki z losem  pozwoliły mi dostrzec jakim skarbem są moje dzieci. bo nawet gdy nikogo innego nie ma to one są i będą zawsze moje i zawsze ze mną. Nawet jak pójdą już swoją drogą... Zrozumiałam też, że nikt inny ich za mnie nie wychowa, choć wielu może pomóc. Że one są najważniejsze i dla nich są główne miejsca w moim sercu i duszy. Nikt inny ich nie pokocha matczyną miłością. Chcę je przekonać, że na mnie zawsze będą mogły liczyć bez względu na to jaka drogą pójdą. Żeby kiedyś w razie ich prywatnej wojny, gdy inni zawiodą miały chociaż mnie i mam nadzieję siebie nawzajem. To jest w zasadzie dla mnie najistotniejsze, żeby zawsze trzymały się razem całą trójką, żeby mogły na siebie liczyć i sobie ufać nawzajem i żebyśmy my rodzice też byli oazą, w której zawsze znajdą schronienie i pomoc.
Ale też chciałabym, by coś w życiu osiągnęły. By miały w miarę fajną, dobrą i ciekawą pracę. By znalazły kogoś na kogo będą mogły liczyć i z kim iść przez życie i z kim zbudować dom. By mogły realizować marzenia. Tego chyba każdy pragnie dla swoich dzieci. Ale zdaję sobie sprawę, że mimo iż los dla każdego ma jakieś inne niespodzianki, to jednak bez względu na okoliczności wiedza i wykształcenie znacznie pomaga w walce z przeciwnościami i w dążeniu do własnych celów.

Nasza przeprowadzka do obcego kraju na pewno utrudniła zdobywanie wiedzy i naukę naszym dzieciom. Ale za to, wydaje mi się, mimo wszystko daje im większe szanse na normalne życie, na zdobycie pracy w dorosłym życiu. Ale muszą zacząć walczyć o swoje. Jak ja je mam do tego przekonać? Próbuje tłumaczyć na wszystkie możliwe sposoby, ale hm, to ciągle są jeszcze dzieci, które poważne dorosłe problemy mają gdzieś. Bo ilu z nas dorosłych w wieku dziesięciu czy nawet dwunastu wiosen myślało poważnie o życiu? Kto o pracy wiedział więcej niż to, że tam się zarabia pieniądze na cukierki i zabawki? Kto wtedy myślał w kategoriach - muszę się uczyć, bo chce być lekarzem?, jak już to: muszę się uczyć, bo inaczej dostanę dwóję albo ojciec mi wleje... Ja lubiłam się uczyć i czytać, ale raczej należałam do wyjątków, normalni to się wymigiwali od nauki jak mogli - z tego co pamiętam - odwalali zadanie od kolegów, zapominali zeszytów oj tam każdy wie, jak było...


Jednak każdy rodzic, każdy nauczyciel chce jak najlepiej dla swojego dziecka, ucznia i każe mu się uczyć... U nas sytuacja jest tyle trudniejsza, że my musimy oprócz tradycyjnej wiedzy należnej uczniom, nauczyć dzieci po raz wtóry mówić, czytać i pisać. To im się nie podoba. Mi zresztą też w pewnym sensie. No bo co z tego, że ze względu na nasze hobby znamy np nazwy  przenajróżniejszych zwierząt i roślin jak tu patrzymy na głupią kozę czy kurczaka i nie potrafimy tego zwierzaka nazwać. To jest dziwne, śmieszne i baaardzo irytujące, że w wieku 10ciu, 12stu, 40stu lat trzeba jak w przedszkolu uczyć się nazywać kolory, kształty, zwierzątka, czynności, gdy człowiek już od dawna posiada taką wiedzę. Z jednej strony więc bunt załogi mnie nie dziwi, z drugiej denerwuje, bo jednak to duże i kumate dzieciaki, więc powinny zrozumieć, że MUSZĄ to ogarnąć tak czy siak. Niecierpliwa jestem jak diabli...
Ciężko jest, powiem wam. Po pierwszych sukcesach tutaj, takiej dużej akceptacji społecznej nas obcych pomyślałam, że będzie łatwiej wdrożyć dzieci do nauki języka, ale teraz widzę, że opornie to idzie i długa, długaśna droga przed nami. Powiem szczerze. wymiękam chwilami i wielki niechcemisizm mię ogarnia. No nikt języka nie nauczył się za pół roku czy rok, trzeba czasu. Jak już chyba wspomniałam kiedyś, spotkaliśmy swego czasu Polaka który jest tłumaczem  i mieszka tu od 5 roku życia przez jakieś naście lat i on przyznał, iż ciągle się jeszcze tego języka uczy... Optymistyczne stwierdzenie dla takich nowicjuszy jak my, no nie? Zresztą przez 35 lat żyłam w pl, uczyłam się, czytałam tony książek i ilu ja polskich wyrazów nie rozumiem, ile mam problemów z ortografią, stylistyka, gramatyką. Ktoś ich nie ma? Nawet poloniści zaglądają do słowników co dnia, ale o tym było w poprzednim poście...
To nas poniekąd usprawiedliwia, ale nie zwalnia z nauki. Mało tego, powinno mobilizować do intensywnej pracy. Ech, powinno, teoretycznie.... Zwłaszcza moje dzieci....
Kurde uczymy się razem, ale często brakuje mi czasu, by o odpowiedniej godzinie siąść z nimi do lekcji. Co z tego że ja czas mam np w południe i se piszę bloga, jak dzieci są w szkole. Co z tego, że mam czas po 21 jak Doro zaśnie, gdy dziewczyny wtedy są zmęczone i muszą iść też spać. Zresztą i ja padam przeważnie zaraz po 21, bo ja z tych, co potrzebują minimum 8 godzin snu dziennie do normalnego funkcjonowania.
No i bądź tu mądry i pisz wiersze. Kurcze, ja już tyle umiem (jak na rok we Flandrii) a nie jestem w stanie tego dzieciom przekazać, to aż boli. Mam tyle chwil zwątpienia w powodzenie tej misji, że się mi odechciewa żyć i cieszyć się tym życiem.
A tu jeszcze co raz dodatkowe utrudnienia. Jak choćby ostatnio - sru i wszyscy chorzy jeden po drugim. Młody przyniósł katar z przedszkola. Dla niego na katarze sie skończyło. Trzy tygodniem bo trzy tugodnie ale to tyle na temat. Za to mnie i męża rozłożyła grypa jak się patrzy: gorączka, gardło, słabosć i bóle wszelakie. Mi najpierw przestało działac mówienie, potem słuch, węch, smak... Ech fajnie było, dobrze że po tygodniu przeszło, tylko słyszenie jeszcze nie działa i dopytują się teraz po 5 razy  jak głucha haha. Młoda dla odmiany zaliczyła pęcherzowe problemy. Furaginopodobny specyfik nie pomógł i trzabyło wreszcie wiejskiego doktora pójśc odwiedzić. Dobrze, że nasza niezawodna tłumaczka i tym razem nas wspomogła swoją znajomością języków, bo z takimi skomplikowanymi opowieściami brzuchowymi ciągnącymi się przez ostatnie miesiące chyba bym nie dala rady sie wysłowić. W tym tygodniu już jednak sama bez problemów dogadałam się z doktorem, gdy poszłam z Młodym. Ferie rozpoczął bowiem drań od zapalenia oskrzeli, czyli nieprzespane noce, tulenie, noszenie podawanie syropków. Rozwalił tym samym nasze plany feryjne, czyli sporo zabawy z językiem niderlandzkim i francuskim i wspólna nauka szycia na maszynie.
Ile narobisz, gdy łazi za tobą rozżalony mały ogonek i domaga się wyłączności na matkę? Nic wiele. Próbuję jednak choć po parę ćwiczeń zrobić wieczorami, gdy M próbuje zająć czymś Dora. Młodzież jednak się trochę buntuje, bo ferie przecie....
Zwłaszcza ta środkowa cwaniara  ma za dużo do powiedzenia wiecznie i swoje fochy musi co dnia pokazywać. Jessu, co to się obiadoli, zanim coś zrobi. O ile starsza, jak już się za coś zabierze, to wykona starannie i dokładnie, tak młodsza zazwyczaj odwali i już zadowolona. Dzieci, wieczny ubaw i przygoda. Ile radości - tyle troski.



UWAGA! Zdjęcia zamieszczone na tym blogu są moją i tylko moją własnością i proszę o niekopiowanie i nieumieszczanie w innych miejscach. 
Kto te fotki buchnie - temu dupa spuchnie!
 Kto zdjęcia ukradnie - łapa mu odpadnie! 
Ostrzegam! Jakem wiedźma!!!!