9 listopada 2014

w Belgii jest tyle pięknych miejsc...

Minął niedawno rok odkąd przeprowadziliśmy się do Brabancji Flamandzkiej. Przyjechaliśmy tu w czasie ferii jesiennych - herfst vakantie - w zeszłym roku.Przez ten rok odkrywaliśmy najbliższą okolicę, wypuszczając się na rowerach i czasem autem w coraz to inne rejony. Gdzie się dało zajechać rowerem z dzieckiem na bagażniku (foteliku), tam byliśmy. W naszej okolicy znaleźliśmy wiele fajnych miejsc, miłych spokojnych parków, lasów,  stawów, pięknych kapliczek i kościołów, zabytkowych młynów wiatrowych i wodnych, a także interesujących, a czasem wręcz powalających swoim wyglądem domów, zarówno nowych jak i starych. Pokazywałam je czasem na tym blogu. Miło się tu spędza wolny czas. Można spacerować, bezpiecznie jeździć na rowerach całą rodziną, czy posiedzieć na ławce gapiąc się na czaple, bażanty, wrony, mewy czy inne tam pierzaste krzyczące łobuzy.

 Jednak świat jest wielki i trzeba jak najwięcej w życiu zobaczyć i zwiedzić, by było co wspominać na starość, gdy będzie się albumy oglądać. Staram się wykorzystywać każdą okazję, by gdzieś pojechać i czegoś nowego o świecie się dowiedzieć, póki mam na to siły i choć chwile czasu oraz pieniążków.  Pamiętam bowiem, że moja babcia, która też lubiła się wycieczkować, często mówiła, że jeszcze to i tamto by chciała zobaczyć, tu i tam pojechać, ale odkładała to na starość, gdy będzie mieć więcej czasu, bo albo praca, albo wykopki, albo żniwa, albo to, albo tamto... Teraz moja babcia ma ponad 80 lat, sporo czasu, pieniążki tez by pewnie jakieś uzbierała, choć do zamożnych nie należy, ale nie czuje się na siłach, by pojechać gdziekolwiek. Dziś podróż 30, 50 km w wygodnym samochodzie jest dla niej zbyt męcząca...

Tak więc od jakiegoś czasu tworzymy sobie listę miejsc wartych zobaczenia zarówno w bliższej jak i dalszej okolicy i mamy zamiar po kolei je odwiedzać dopóki starczy sił, pieniędzy i czasu. Na dalszą perspektywę mamy takie miejsca jak Egipt, Australia, Rosja itp, może choć jedno uda się w życiu ujrzeć na własne oczy, ale na dzień dzisiejszy w promieniu 300km, czyli do objechania w jeden dzień, czyli jak najbardziej realnie, jest tyle do zobaczenia, że głowa mała. Wczoraj np wybraliśmy się do ruin...

Zobaczyłam nie dawno interesujące fotki u jednego ze znajomych na fb, wystukałam adres w google maps i się okazało, że to całkiem blisko, autostradą z godzinkę jazdy. Jako że zbliżał się długi weekend postanowiliśmy sie tam wybrać całą rodziną, o ile pogoda dopisze. Nie było zbyt ciepło, bo zaledwie 13 stopni, ale za to słonecznie. Gdzie byliśmy? W Villers de Ville, zwiedzaliśmy ruiny XIIIwiecznego opactwa.
Na miejscu zostaliśmy mile zaskoczeni polskojęzycznym folderem z mapą, więc nie trzeba było się głowić nad tłumaczeniem. Oczywiście trzeba było wykupić bilety wstępu, ale za 2 dorosłych i 2 dzieci (do 3 lat za darmo) zapłaciliśmy jakieś 17 euro. Dla miłośników starych kamieni jest to drobna kwota, bo naprawdę jest co oglądać. Każdy może łazić gdzie chce, oglądać, fotografować i spędzić tam dowolną ilość czasu, dopóki nie zamkną drzwi.

Napiszę tu kilka słów o tym miejscu, korzystając naturalnie ze zdobytego w ruinach polskiego folderu i zachęcam wszystkich odwiedzających Belgię do zwiedzenia. Ville de Villers znajduje się stosunkowo niedaleko Charleoi. Poniżej zamieszczam link do strony, gdzie można obejrzeć filmik z drona i zdobyć wszelakie potrzebne informacje na temat zwiedzania.


Po kupieniu biletów przechodzimy przez nowoczesne plastikowe drzwi. Po ich przekroczeniu znaleźliśmy się jakby w innym świecie. Jak się ma fantazję, można sobie bardzo szybko wyobrazić, jak wyglądało tutaj codzienne życie mnichów, jak siedzieli nad księgami, pracowali w swojej winnicy, zbierali zioła, modlili się...
Nie możemy usłyszeć ich rozmów, bo nic nie mówią, porozumiewają się tylko umówionymi gestami. W ciszy więc pracują w ogrodzie, w ciszy pielęgnują swoje zwierzęta, w ciszy rozmyślają nad tajemnicami tego świata...


Gdy patrzę na te olbrzymie, piętrowe budowle wzniesione z kamienia, gdy uświadamiam sobie, że w XII wieku nie mieli boscha, młota pneumatycznego, koparek, dźwigów zastanawiam się, jak oni to kurde zrobili?! Jak łupali te kamienie ze skał, jak je obrabiali by skleić jeden z drugim i czym w ogóle je łączyli, że to od prawie stu lat to wszystko sobie stoi i się nie zawaliło. A że nie ostały się w całości te budynki, że brakuje dachów i murów, to nie wina czasu tylko ludzi. Uczestnicy Rewolucji Francuskiej bowiem rozwiązali opactwo i sprzedali majątek ówczesnym firmom budowlanym, na materiał. Potem ktoś się opamiętał i niszczenia zaprzestano. W całości przetrwał tylko budynek z końca XII wieku, gdzie z pierwa był młyn wodny i piekarnia, a potem różne inne rzeczy oraz zabudowania gospodarcze, czyli obora i spichlerze.
Jednak i to co zostało, te kawałki murów, ogrodów, schody, spore części niektórych budynków robią wrażenie niesamowite. Gdzieniegdzie można wyjść po schodach na piętro, spojrzeć z dołu przez dziure na niebo przez całkowicie zachowane kominy....
Z ulotki dowiaduję się, że na początku istniała tylko jedna sala ogrzewana, drugim, gdzie sie palił ogień była naturalnie kuchnia. W Belgii nie ma wielkich mrozów, ale w tych murach to musiała być sakramencko zimno, brrr. Z czasem porobili sobie mnisi kominki w innych pomieszczeniach...












Gdy rozglądamy się po olbrzymim kościele jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, Budynek miał długość 94 m, Patrzę w górę...
do sklepienia jest 23 metry.
Zaczęto go budować w stylu romańskim w roku 1197, jednak po kilkunastu latach budowy zaczęło się pojawiać coraz więcej elementów s tylu gotyckim.

W XVII wieku fasadę kościoła przebudowano na styl klasyczny.























 Mnisi szukali przez kilka miesięcy dogodnego miejsca, w którym mogli by się osiedlić. Za namową świętego Bernarda z Clairvaux w 1146 roku do Villers przybył opat z dwunastoma mnichami i pięcioma braćmi świeckimi, czyli konwersami. Miejsce to wydało im się wielce korzystne. Spora odległość od miasta gwarantowała spokój, skały i lasy dawały darmowe materiały budowlane, zaś rzeka i źródła zapewniały stały dostęp do wody pitnej.


Gdy wchodzimy po kamiennych schodkach na wzgórze Robermont, odnajdujemy tam ruiny kaplicy Świętego Bernarda zbudowanej w 1715 roku. Legendy mówią, że w tym miejscu święty Benedykt wskazując miejsce założenia klasztoru Cystersów wbił swoją laskę. Za niedługo wyrósł tam dąb, który był przez długi czas przedmiotem kultu. Później zaś wybudowano tam kaplicę.















Gdy stoimy na wzgórzu mamy stamtąd fantastyczny widok na ruiny. Drzewa trochę zasłaniają, ale też dodają niepowtarzalnego uroku temu miejscu.

 Opactwo jest ogrodzone murem z kamienia...
Ile to wszystko roboty kosztowało... zastanawiam się ciągle, zachwycając się ruinami.

 Pierwsze budynki opactwa nie zachowały się w swojej pierwotnej formie, były przebudowywane.
Według kronikarzy w czasie największego rozkwitu w opactwie mieszkało około 100 mnichów i ze 300 konwersów, a cały klasztor zajmował dziesiątki hektarów leżących między Antwerpią a Namur. Utrzymywał się głównie z pracy licznych gospodarstw rolnych. Ponadto opactwo cieszyło się  poparciem książąt Brabancji.

W XVIII wieku po latach spokojnego funkcjonowania przeplatanych latami prześladowań opactwo przeżyło drugą fazę rozkwitu. Wtedy przebudowano wszystkie budynki na styl neoklasyczny. Opactwo zakończyło swój żywot wraz z nadejściem  Rewolocji Francuskiej, gdy to w 1796 roku jej przywódcy postanowili je rozwiązać a na majątku zrobić biznes.
W 1893 rozpoczęto restaurację opactwa.


Okolica jest pagórkowata, skalista i dosyć zadrzewiona. W ruinach, jak to bywa zwykle w opuszczonych przez człowieka miejscach, rozpanoszyły się rośliny.
























Na uwagę zasługuje też główny dziedziniec i ogród pałacu opata powstałe w latach 1720-21. Fontanny, tarasowe ogrody, klomby dywanowe...




Od ogrodu wiodą w górę piękne szerokaśne schody (125 schodów). Prowadzą one do kaplicy Matki Boskiej z Montaigu zbudowanej na planie ośmiokąta w 1613 roku. Znajdowała się w niej cudowna figurka ofiarowana przez biskupa z Antwerpii.


Poniżej na zdjęciu refektarz dla mnichów z XIII wieku. Wewnątrz podzielony pięcioma kolumnami na dwie nawy, wysoki na 2 pietra.

Dzieciom naszym  ta wycieczka również bardzo się podobała. Młody zadowolony, bo mógł sobie biegać, skakać, wspinać się na różne rzeczy. Tak się zmęczył, ze ledwie wsiedliśmy do auta, to zasnął, a ostatnio raczej rzadko mu się to zdarza.Całą trójką zaglądały do wszystkich dziur, właziły w każdy kąt, wszystko macały, obserwowały, podziwiały.  Dziewczyny biegały ze smartfonem fotografując wszystko, co się tylko dało i siebie nawzajem oczywiście, no i braciszka, który jest ich ulubionym modelem i lubi pozować. Przy fontannie przydybały jakąś wielka ważkę, w piwnicach straszyły się nietoperzami i wybłociły buty. Zafascynowane oglądały stalaktyty zwisające z sufitu jednego z budynków.
Kilka godzin minęło w oka mgnieniu. Dzieci tak wygłodniały, że kłóciły się o zwykłe bułeczki i ciasteczka, które tradycyjnie spakowaliśmy w plecak przed wyjazdem, a które zaproponowałam, gdy usieliśmy na dziedzińcu na spoczynek.