30 grudnia 2015

Koniec bajki i bomba, kto nie czytał ten trąba...

Boże Narodzenie to  takie urodziny, które obchodzi się na całym świecie, bo Solenizant jest bardzo znaną i ważną osobą. Niektórzy wierzą, że jest Bogiem, inni mają wątpliwości, a jeszcze inni temu zaprzeczają. Jednak sam fakt narodzenia Jezusa potwierdzają wszyscy. Są kłótnie co do faktycznej daty, ale czy to jest ważne? W tamtych czasach i wiele lat później sporo ludzi nie było w stanie powiedzieć, kiedy tak na prawdę się urodzili, bo nikt tego nie zapisywał, bo mało kto wiedział, jaka jest data danego dnia. Ludzie nie mieli kalendarzy i zegarków. My przyjmujemy, że Jezus ma urodziny 25 grudnia i co roku urządzamy we własnym domu wypasioną imprezę na jego cześć. Przystrajamy chatę i ogródek, wdziewamy najładniejsze ubrania, pitrasimy najsmakowitsze potrawy, wyjmujemy odświętną zastawę, spraszamy rodzinę i znajomych, włączamy świąteczną muzykę...

Zdarzało mi się bywać na urodzinach mniej lub bardziej znanych kompozytorów czy innych tam muzyków, którzy nie żyją od 100, 150, 300 lat. Były to piękne koncerty. Sale udekorowane, goście w wieczorowych kreacjach, szampan, toasty.
Bywałam też na urodzinach pisarzy, poetów, malarzy - wystawy, odczyty, muzyka, kwiaty, poczęstunek...

Urodziny mają to do siebie, że  nie musisz ich urządzać ani nie musisz na nie chodzić. Robisz to, bo chcesz. Chcesz świętować albo chcesz zrobić przyjemność innym i nawet jak ci się nie chce, to ci się chce.

Boże Narodzenie jednak różni się od innych rocznic. Głównie tym, że jest tak popularne. I to jest czasem największym problemem tego święta. Zwłaszcza w dwóch sytuacjach 1. gdy nie możesz go świętować tak jak inni, 2. gdy nie chcesz go świętować  jak inni lub wcale. 

Każdemu wolno nie chcieć. Tylko, że nie każdy potrafi to uszanować, w związku z czym ten wyłamujący się z tradycji od razu pokazywany jest palcem. I jak on się wtedy czuje...? I co on wtedy myśli o świętach...? Raczej niefajnie. Może się nawet wkurzyć lub obrazić na święta i świętujących...

Często się zdarza, że człowiek nie może świętować z innymi. Patrzy wówczas na te wszystkie roześmiane twarze, na tych ludzi kupujących prezenty dla najbliższych, na te wszystkie przygotowania, słucha tych płynących z wszystkich stron życzeń, tych piosenek świątecznych i cierpi katusze,  nie mogąc samemu dzielić tej radości z resztą świata... Bywa, że zaczyna pałać nienawiścią do świąt i tego wszystkiego, co je symbolizuje, do tej świątecznej radości, do tych szczęśliwych ludzi... 

Po raz piąty spędzamy święta w naszym małym gronie - najpierw cztero-, potem pięcioosobowym. Gdyby nie pamięć wcześniejszych lat, mogłabym dziś powiedzieć, że te dni w sumie nie różniły się od wszystkich trzystusześćdziesięciu pozostałych dni roku. Jedliśmy, spaliśmy, rozmawialiśmy, myliśmy się, siedzieliśmy przy kompie, jeździliśmy autem, graliśmy w domino, oglądali filmy. Mam jednak za sobą takie święta, gdy chciałam by minęły jak najszybciej, a najlepiej nigdy nie nadchodziły, gdy choinka była dla mnie szczytem głupoty, a życie traciło sens, gdy usiłowałam zgubić się na zawsze w świecie literackim lub wirtualnym.

13 lat temu święta spędziłam w szpitalu, bo Najstarsza przyszła na świat w wigilię. Konował zwany ginekologiem do spółki z resztą personelu ustalili, że mi się wydaje, że rodzę i poszli w pizdu świętować. Tzw ojciec dziecka przyszedł pijany więc go wyrzucili na zbity pysk (choć jedna dobra rzecz, jaką zrobili) Oddział  był pusty (nikt inny nie był tak głupi, by rodzić w święta). Noc była ciemna, ból koszmarny, a krwawienie przerażające... Prawdziwy lekarz pojawił się dopiero rano. Uśpili, pocięli i zostawili na pustej sali poza zasięgiem dzwonka.... Po kilku godzinach zjawiła się pielęgniarka zdziwiona, że jeszcze mi nikt dziecka nie pokazał. Kurwa, ja nawet nie wiedziałam, czy ono żyje! Potem przyszedł lekarz by oznajmić, że to życie cudem jest w tych okolicznościach, że myślał, że już za późno... Do domu wracałyśmy po tygodniu. Nie widziałam, co nas tam czeka... 

Kolejne święta były... często dziwne, przygnębiające, nijakie...

Stoisz, gotujesz, pieczesz, a dla kogoś film jest ważniejszy...

Patrzysz na rodziny trzymające się za ręce i jest ci przykro, że twoje dzieci nie mają normalnej rodziny.... Tulisz je a one pytają: dlaczego jesteś smutna, mamo? I myślą, że to ich wina...

W święta (nie tylko Bożego Narodzenia) o wiele intensywniej odczuwa się swoją inność, swoje braki, swoje smutki i żale do świata. O wiele bardziej boli samotność, o wiele bardziej brakuje bliskich i tych co na zawsze, i tych co na chwilę. O wiele trudniej znosi się cierpienie, o wiele większa wydaje się odległość od tych, z którymi chciało by się być w ten świąteczny czas. W święta bowiem zwykle się nie pracuje, więc nie ma czym zająć myśli i rąk, nie ma czym zabić czasu. Człowiek siedzi, patrzy w okno i myśli, wspomina, tęskni....

2 lata temu w święta...
Od pięciu lat mam dobre święta. Takie zwyczajne, spokojne (nawet wydarzenia typu "M rozbija auto dzień przed wigilią jadąc po paliwo" nie burzą spokoju naszych świąt, a tylko je urozmaicają). Razem ubieramy choinkę, kupujemy prezenty, gotujemy, pieczemy, dekorujemy dom, siadamy do świątecznego stołu. Tylko tyle i aż tyle. Nasze małe szczęście, nie potrzeba nic więcej.

Dziewczynki miały urodziny, Synio też przed wiosną zdmuchnie kolejną świeczkę, bo cała Trójca jest zimowa. Przeglądaliśmy albumy z ich zdjęciami i wspominaliśmy pierwsze nieporadne kroczki, pierwsze słowa, ulubione zabawy, szkolne występy, wizyty w szpitalu i różne inne wydarzenia, o których już zapomnieliśmy, a które zostały uwiecznione na naszych licznych fotografiach. Taka wycieczka w przeszłość uzmysławia nam, ile już przeżyły i doświadczyły, ile się już nauczyły nasze dzieci, jak bardzo jesteśmy z nich dumni i ile radości nam dostarcza każdego dnia ich istnienie, i jaki pusty byłby bez nich nasz świat. 


Maks. Nie ma ze świętami nic wspólnego, ale kiedyś był członkiem rodziny dopóki nie odszedł do króliczego nieba.
 W święta wspomina się też hece z własnej przeszłości, dawnych znajomych, sąsiadów, szkolnych kolegów i resztę rodziny. Widziałam już wiele opinii krytykujących masowe wstawianie zdjęć świątecznych, bo się im wydaje, że to głupie jest. Może dla kogoś kto ma całą rodzinę w jednej gminie albo najdalej w jednym województwie jest to głupie, bo widzi wszystkie pyski każdego dnia, głaszcze ich choinki i kosztuje ich sałatek. Jednak dla tych co rozjechani po całym świecie taki facebook czy instagram to fajna sprawa. Można się spotkać wirtualnie, powymieniać zdjęciami choinek, wypieków, ubrań świątecznych, powspominać wspólnie stare dzieje publikując różne historyczne chwile uchwycone w fotografii. Nie każdy ma możliwość spotkać się przy jednym stole, czasem krzesła są oddalone od siebie setki lub tysiące kilometrów, ale technika daje dziś możliwość wspólnego spędzania czasu mimo odległości. Więc z niej korzystamy, żeby było weselej.

Dzięki urlopowi wreszcie nadrobiłam zaległości i obdzwoniłam wszystkich, dla których nie mam w normalne dni czasu. Coraz dalej nam do siebie...

Wreszcie miałam też czas i chęć do powtórzenia i utrwalenia kilku tematów z niderlandzkiego. Przy okazji doszłam też do wniosku, że moje priorytety coś się potentegowały w ostatnim czasie...

Najwyższa pora dać sobie spokój z pisaniem tych wszystkich pierdół i poświęcić ten czas na ważniejsze sprawy.

Przede wszystkim trzeba mi popracować każdego dnia z Najstarszą, bo podczas egzaminów zauważyłam, że im więcej z nią pracowałam i im lepiej jej szło, tym bardziej jej się chciało chcieć. Natomiast wychowawczyni oświadczyła, że z jej talentem widziała by ją w szkole artystycznej i że szkoda tego zaprzepaścić. No więc trzeba walczyć... mam nadzieję, że nie będzie to walka z wiatrakami...

No a druga kwestia to moja osobista edukacja. Poziom 2.1 był ostatnim z łatwych. Teraz zaczynają się schody. Po 4 zajęciach  już wiem, że bez solidnego uczenia się w domu, będę musieć powtórzyć ten poziom, żeby kontynuować, a nie mam czasu na powtarzanie, bo przed 40stką chciałabym zakończyć naukę tego języka i zacząć francuski oraz szukać innej pracy, bo sprzątanie na dłuższą metę to ani nie na moje zdrowie, ani nie na na moje lata. Kurs intensywny w układzie zajęć tylko 2 razy w tygodniu wymaga niestety dużo roboty w domu. Niby to wiedziałam, ale teoria a praktyka to 2 różne rzeczy. Po dwudziestoletniej przerwie w nauce wcale nie jest łatwo się na nowo do tego procesu wdrożyć. No i w wieku 40 lat głowa już nie pracuje tak jak 20 lat temu. Pamięć mnie zawodzi niestety - szybko zapamiętuję, a jeszcze szybciej zapominam. To jest irytujące, gdy wiem, ze wiem, ale nie mogę sobie przypomnieć. Zabieram się do pisania odpowiedzi na pytanie a tu pustka we łbie, a czas płynie. Na każdych zajęciach mamy punktowane sprawdziany pisemne lub ustne i czasem doświadczam chwilowego całkowitego ociemnienia umysłowego. Zapominam nie tylko świeżych rzeczy, ale dawno naumianych podstaw, to jest przerażające chwilami. Więc sobie ciągle  zadaję pytanie, czy to już starość czy zwykłe zmęczenie :-)

Ten post jest ostatnim w tym roku i ostatnim w najbliższym czasie. 

Koniec bajki i bomba
kto nie czytał ten trąba
dwie dziurki w nosie 
i skończyło się










25 grudnia 2015

nasze świętowanie

Wczoraj zaczęłam swój pierwszy urlop na belgijskiej ziemi. Wypoczywam do końca roku.
W środę sprzątałam w dwóch domach i to nie był fajny dzień, bo już we wtorek wróciłam do domu z bólem w dolnej części pleców. To takie czasem-nawracające-ale-niezbyt-miłe wspomnienie dawnych ciekawych czasów (karate, wypadki, ciąże, rolnictwo, itp). No, schylanie było bolesne, więc raczej inaczej musiałam kombinować, żeby coś podnieść z podłogi. Na szczęście mam wolne.

W tym ostatnim tygodniu zapoznałam się z kolejnym zwyczajem związanym z pracą. Się okazuje, że pomoce domowe mogą dostawać prezenty i kartki świąteczne od swoich klientów, co jest bardzo miłe. Biuro też nie było gorsze i też coś tam symbolicznego dorzuciło.

szopka - prezent od klientów - i dekoracje wykonane przez Trójcę
Młoda z kolei ferie zaczęła od nocowania u koleżanki na farmie, gdzie razem z innymi dziewczętami doglądały cielaczków i krówek, a w nagrodę dostały świeże mleko do płatków na śniadanie. Z mamą koleżanki wykonały fantastyczne stroiki świąteczne i w ogóle zabawa była przednia. Świetny pomysł z tymi nocowankami u koleżanek. Za jakiś czas musimy i my coś podobnego zorganizować.

Wigilię rozpoczęłam tradycyjnie (według mojej tradycji osobistej) od śniadania i kawy. Jako że w poprzednie dni latałam jeszcze po sklepach, wywiadówkach, urzędach itp to po powrocie nie chciało mi się już nic robić w kuchni. Toteż wszystko trzeba było wykonać na raz...

chaos niekontrolowany, czyli święta w budowie
Na szczęście mam już pomocników. Przeto przy pomocy Trójcy:
  1.  zdjęłam, wyprałam i zawiesiłam z powrotem firanki w kuchni - Młody wpychał i wyjmował je z pralki.
  2. upiekłam tort urodzinowy, 
  3.  upiekłam "smalcówki" na margarynie, bo w belgijskich sklepach smalcu nie ma, czyli to już nie smalcówki, ale równie dobre - Młoda odwaliła połowę roboty
  4.  upiekłam chlebek
  5. zrobiłam i ugotowałam pierogi z kapustą - Młode mówiły, że kapusta śmierdzi
  6. zrobiłam i ugotowałam pierogi z suszonymi śliwkami - Młode podjadały śliwki
  7. zrobiłam i ugotowałam uszka z grzybami oraz  barszcz czerwony - Młoda pokroiła wszystkie grzyby
  8. ugotowałam groch i omaściłam zrumienionym masełkiem 
  9. ugotowałam kompocik
  10. zrobiłam sałatkę jarzynową - dziewczyny wykonały 99% roboty
  11.  upiekłam ciasto czekoladowe z przepisu z gazetki reklamowej jednego z tutejszych  sklepów. Jest takie pyszne i proste, że chyba się z Wami podzielę przepisem: 
 Potrzebne są: kostka masła (albo margaryny), 3 czekolady gorzkie (3x100g), 200g cukru, 4 jaja i 100g mąki i opcjonalnie 100g siekanych orzechów (ja miałam niepotrzebne w szafie wiec dałam) oraz troszkę cukru pudru do posypania.

Wykonanie jest banalnie proste.
1. Masło (lub margarynę) oraz czekoladę trzeba roztopić w rondelku na małym ogniu. Najpierw dajemy masło i gdy już trochę się podtopi, należy wsypać pokrojoną czekoladę - 2 tabliczki i trochę z trzeciej (+_230g). Nie wolno tego zagotować!
2. Jaja i cukier trzeba utrzeć mikserem, do tego wsypać mąkę i cały czas miksując wlać masło z czekoladą. Na koniec wsypać resztę pokrojonej czekolady i orzechy.

Można upiec w dużej blasze i potem pokroić na małe kosteczki lub foremkami powycinać gwiazdki czy serduszka, by otrzymać ciasteczka.
Ja upiekłam w tortownicy i mamy pyszne ciasto.

Obie wersje posypuje się cukrem pudrem dla ozdoby.

coś w rodzaju tortu

Cały dzień spędziłam w kuchni, ale było warto, bo kolacja była dobra, no i najważniejsze - żarcia mamy teraz na kilka dni, więc dziś nie robiłam nic, jutro nie będę robić nic i to jest po prostu piękne.

Fontanny nocą
Po kolacji i posprzątaniu tych różnych rupieci spod choinki, zwanych prezentami - zgodnie z naszą małą tradycją - pojechaliśmy na oglądanie świątecznych świecących dekoracji. W tym roku dowiało nas do Mechelen. Cyknęliśmy parę nocnych fotek, wróciliśmy do domu i poszliśmy spać.

I to są nasze metody na rodzinne świętowanie.


Grande Place Mechelen




19 grudnia 2015

Kolędy i piosenki świąteczne po niderlandzku


W Belgii kolędowanie nie jest tak popularne jak w Polsce. Więc nie usłyszymy  tu kolęd  tak często. Gdybyście jednak chcieli posłuchać, jak śpiewa się po niderlandzku o świętach i jak się kolęduje w tym języku, to zapraszam.

Rudolf Het Rare Rendier czyli popularny kawałek o reniferze Rudolfie :-)



 Jingle Bells wersja po niderlandzku. Gdybyście chcieli spróbować zaśpiewać, wklejam  tekst :-)

 
In opa’s oude schuur daar staat een arrenslee,
en als het ‘s winters sneeuwt gaan wij weer met hem mee.
We glijden door de sneeuw. Het paard loopt in galop.
Wij knusjes achterin de slee, en opa zit voorop.
Jingle bells, jingle bells in de arrenslee.
Je hoort de belletjes van ver, en wij zingen mee.
Jingle bells, jingle bells niets is er zo fijn
dan als het sneeuwt met opa in de arrenslee te zijn.
Het weer is koud en guur ‘t is glad, dus opgepast.
M’n sjaal hangt in de wind en ik hou me stevig vast.
Zo’n ritje met de slee dat is toch veel te kort.
Ik kijk er zo naar uit, als het winter wordt.
Jingle bells, jingle bells in de arrenslee.
Je hoort de belletjes van ver en wij zingen mee.
Jingle bells, jingle bells niets is er zo fijn
dan als het sneeuwt met opa in de arrenslee te zijn.

Znana na całym świecie kolęda "Cicha noc" ma także niderlandzkojęzyczną wersję:


Gloria, in excelsis deo!

Komt verwondert U



Ere zij God


Noel

Wijs mij de weg naar bethlehem [wskaż mi drogę do Betlejem]. Przepiękna kolęda.

 In de stal van mijn hart [w stajence w moim sercu]


Hoor de eng'len zingen d'eer

 

Daarginds in een kribbe

 

God zal met ons zijn

 


 Kolęda  "In een atalletje" [w stajeneczce] wyjątkowo mi się podoba.

In een stalletje,
in een stalletje zo arm.
Ligt een baby’tje,
ligt een baby’tje zo warm.
Op een bedje van stro,
in een wiegje van hout.
Niemand weet nog hoeveel
het van mensen houdt.
Hoeveel het van mensen houdt.
In een kribbetje,
in een kribbetje zo klein.
Ligt een baby’tje, ligt een baby’tje zo fijn.
En het is nog zo teer,
nu zijn leven begint.
Maar toch is het voor ons,
als een koningskind.
En toch is het een koningskind!
Maar toch is het voor ons,
als een koningskind.
En toch is het een koningskind!


Bardzo ładna kolęda.


Komt allen tezamen

Nu zijt wellekome


Taka wesoła dziecięca piosenka świąteczna - Ga je mee op zoek naar het koningskind


Er Is Een Kindeke Geboren Op Aard

 

Kling klokje klingelingeling

  De herdertjes lagen bij nachte:




Ik 
wens je
 een vrolijk kerstfeest

Ik wens je een vrolijk kerstfeest

Ik wens je een vrolijk kerstfeest
en een gelukkig nieuwjaar

Zing samen dit lied
en kijk elkaar aan.
 Ik wens je een vrolijk kerstfeest
en
 een 
gelukkig 
nieuwjaar
Zdrowych, pogodnych i spokojnych świąt
spędzonych w gronie najbliższych
oraz 
Szczęśliwego Nowego 2016 Roku!

18 grudnia 2015

Coraz bliżej świeta, coraz bliżej święta... jak to się robi po belgijsku?

Ktoś kiedyś (i to o dziwo nie byłam ja ) zapytał na jakiejś grupie fejsbukowej o belgijskie obyczaje świąteczne i się dowiedzieliśmy, że w Belgii to nie ma świąt, a Belgowie nie mają żadnych specjalnych tradycji. No to no. Niektóre komentarze na polonijnych grupach mogą powalić na glebę, bo jest paru ludzi, którzy z braku lepszych zajęć siedzą na fb dzień-noc i odpowiadają na każdy post. Nie ważne  czy ich dotyczy, czy nie. Nie istotne, czy mają jakiekolwiek pojęcie o danym temacie. Ważne, że chcą coś powiedzieć....  Oj tam oj tam co z tego, ze bez sensu?! ;-P
Mechelen

Ja jednak postanowiłam się dowiedzieć wszystkiego, co się tylko da na temat belgijskich tradycji świątecznych i nie tylko. To że są tu święta i są tradycje, wywnioskowałam już pierwszego roku po zachowaniach ludzkich i zmianach w otoczeniu. Jednak mi to nie wystarczyło, bo ja po babci odziedziczyłam zamiłowanie do legend, historycznych ciekawostek i wiedzy o zwyczajach i tradycjach ludzkich. W tym roku operuję już na tyle dobrze  językiem niderlandzkim, że mogę zacząć zadawać swoje głupie pytania Belgom. Jednak rozpoczęłam od rozpytywania wśród znajomych, lektury belgijskich i holenderskich stron internetowych. W ten sposób zdobyłam informacje bazowe. O szczegóły wypytałam rodaków i Belgów, i dziś mam już całkiem ładny obraz  świąt po belgijsku.

Wbrew temu, co śmią twierdzić niektórzy nasi rodacy, Belgowie świętują bardzo podobnie do nas, choć nie identycznie. Skąd się "naszym" ta (nie)wiedza bierze, to też się domyślam. Sporo rodaków wszak na każde święta jedzie do Polski, to skąd niby mają wiedzieć, co się tutaj dzieje w tym czasie? Kwestia, czy jak się czegoś nie widzi, to to nie istnieje, to już inna bajka, której nie rozumiem. No ale mniejsza o to.

Jak się świętuje w Belgii?

Podobnie jak w w Polsce i innych krajach, każda rodzina inaczej podchodzi do tematu świąt. Sporo zależy też od regionu. Wszak - jak wam wiadomo - Flandria i Walonia oraz sama Bruksela to jakby 3 różne kraje, w których obowiązują nawet inne prawa i języki, a co dopiero obyczaje. Flandria ma za to podobne zwyczaje do Holandii. Zaś Walonia do Francji. Podobne, ale nie te same.

Kartki świąteczne. Jarmarki świąteczne.

W Polsce kartki świąteczne (kerstkaarten) coraz rzadziej się kupuje i wysyła, natomiast tutaj we Flandrii są pakowane zwykle po 10 czy 20 sztuk i to nie po to, byśmy taką samą kartkę mogli wysyłać do wujka przez 10 lat, ale dlatego, że ludzie piszą ich dziesiątki. Z tym, że w większej części są one rozdawane a nie wysyłane (choć chyba też). W szkołach w ostatnie dni przed feriami świątecznymi organizowane są spotkania świąteczne, podobnie jak "opłatek" w polskich szkołach, tylko, że tu nie dzielą się opłatkiem, a do jedzenia przynoszą chipsy, ciastka, dziecięcego szampana, krakersy, owoce. Podczas tych spotkań każde dziecko wręcza każdemu świąteczną kartkę z krótkimi życzeniami od jednej rodziny dla drugiej. Rozdawane są także często prezenty na wzór polskich "szkolnych mikołajków". Na potrzeby szkolne  kartki świąteczne są często  malutkie (ok 5-7 cm), choć standardowe formaty też są, ba, są też  mega super hiper formatu A4 czy nawet A3, a co  - jak szaleć to szaleć. Kartki mają najróżniejsze kształty i motywy nie zawsze bezpośrednio związane ze świętami.
tegoroczne życzenia od koleżanek dziewczyn

Kartki wręczamy też sąsiadom, znajomym i rodzinie. Sąsiadom po prostu wrzucamy do skrzynki, więc przed samymi świętami nie powinien nikogo dziwić widok ludzi łażących wieczorami od domu do domu i wrzucających kartki do skrzynek na listy. No dobra, mnie swego czasu zdziwiło, bo nie wiedziałam o tym zwyczaju. Teraz sama łażę z kartkami.

kartka zaprojektowana przez Najstarszą
Dziś byłam na wywiadówce w szkole średniej i zostałam miło zaskoczona informacją, że w tym roku wszyscy rodzice otrzymali kartkę z życzeniami zaprojektowaną przez moją  Najstarszą. Po lewej zdjęcie tego oto projektu. Zdolne mam dziecię prawda?
Wyniki w nauce nie są aż takie piękne, ale też wcale nie najgorsze. Musimy jednak solidniej razem popracować nad niderlandzkim od przyszłego trymestru. Ale to inny temat.

Piękne, ręcznie robione kartki można kupić na wszelakich jarmarkach i kiermaszach świątecznych i tych dużych, i tych małych, a jest ich tu od groma. Tradycja wielkich jarmarków świątecznych, takich z diabelskim młynem i przedstawieniami przywędrowała tu z Niemiec. Odbywają się one w większych miastach na kilka tygodni przed świętami i trwają po kilka dni. Takie mniejsze organizowane są chyba we wszystkich gminach przez różne organizacje, kluby, stowarzyszenia, szkoły.


Poza jarmarkami w czasie świątecznym organizowanych jest też wiele innych imprez. W kościołach często odbywają się koncerty świąteczne, które gromadzą sporo ludzi, mimo, że wstęp częstokroć jest płatny. Przygotowywane są też świąteczne przedstawienia, a także happeningi świąteczne na świeżym powietrzu.

Ile dni świętuje się w Belgii i czym nas ugoszczą?

W Polsce dla wszystkich oczywiste jest, że święta zaczynają się już 24 grudnia wieczorem. Tutaj jednak jest różnie. Niektóre belgijskie rodziny  także już w ten dzień zaczynają. Są to często rodziny, które do kościoła chodzą przynajmniej od czasu do czasu, więc w pasterce też uczestniczą i święta też z narodzeniem Jezusa kojarzą, a nie tylko z feriami. U nich więc też w ten dzień jest uroczysta kolacja i składanie życzeń. Moja nauczycielka niderlandzkiego, która jest moją rówieśniczką, wspomina, że jako dziecko szła wieczorem spać, a przed północą wszystkie dzieci były budzone i musiały iść do kościoła na Mszę Świętą. To u nas np nie było przymusu dla dzieci, my mogliśmy iść po prostu na poranną Mszę w Boże Narodzenie i wystarczyło.

W wigilię Bożego Narodzenia tutaj wielu ludzi lata jeszcze po sklepach w poszukiwaniu promocji. Belgowie są bowiem znani z tego, że ni lubią wydawać pieniędzy, jeśli nie muszą i jeśli się tylko da, to szukają okazji i przecen, a tych przed świętami jest całkiem sporo. To dotyczy nie tylko tych biedniejszych, ale i całkiem zamożnych.Choć według Belgów to Holendrzy podobno są o wiele bardziej oszczędni a nawet skąpi. Krąży setki dowcipów na ten temat.

 W Walonii jednak święta zaczyna się 24/12 (typowo belgijski sposób zapisu daty) uroczystą kolacją. Tyle, że oni nie zaczynają z pierwszą gwiazdką. Bynajmniej. Zwykle starają się zapraszać rodzinę na późniejszą godzinę, np na dwudziestą, żeby posiedzieć przy stole do północy. Nie mają jakichś specjalnych dań typowo świątecznych, ale potrawy są lepsze, droższe, ekskluzywniejsze. Często jakaś dziczyzna, owoce morza, homar, kaczka, indyk. Nie wystawia się na raz wszystkiego z lodówki na stole jak w Polsce. Raczej najpierw jakieś przekąski, aperitif, przystawki, potem dopiero danie główne, potem, zanim podadzą następne danie, relaksik przy alkoholu. Na koniec przed samą północą podaje się deser. Jest to najczęściej la bûche de Noël (franc.), boomstronk (niderl.) czyli rolada przypominająca kawałek drewna. Ponoć bardzo pyszna.
O północy wszyscy składają sobie życzenia i się cmokają. O północy otwiera się też prezenty. Czasem tylko czas prezentów przychodzi wcześniej, gdy w rodzinie są maluchy , które nie mogą doczekać do północy.

Najważniejszy dzień to jednak 25 grudnia.  26 grudnia też niektórzy świętują z rodziną. Co nie zmienia faktu, że ten drugi dzień nie we wszystkich rodzinach jest uznawany za święto. Zasadniczo duże rodziny flamandzkie częściej świętują oba dni, bowiem  w zwyczaju jest, że gościna odbywa się u najstarszych i wtedy jeden dzień jest imprezka u mamy a na drugi u teściowej. Jedno, co jest pewne, to że Belgijki też świętują po ludzku, czyli nie spędzają połowy (co najmniej) tego świątecznego czasu w kuchni tylko z rodziną. W Belgii można zamówić gotowe zestawy świąteczne do domu. W takim zestawie mamy główne dania, przystawki, desery i na gorąco i na zimno. Już od początku grudnia w skrzynce można znaleźć ulotki, gazetki z reklamami restauracji czy innych tam firm, które zajmują się taką działalnością kucharską i skomponować sobie całe świąteczne menu, które przywiozą ci do domu w wybrany dzień. Jak nie zamawiają kompletu, to przynajmniej ciasto, czy jakieś tam inne półprodukty, żeby się nie męczyć. On znajomej dowiedziałam się też o ciekawym wynalazku, który widuję w wielu sklepach, ale wcześniej nie bardzo potrafiłam znaleźć jego zastosowanie. Na szczęście koleżanka mnie uświadomiła, że jest to  domowy grill z raclette i z tego wynalazku bardzo często korzysta się podczas różnych spotkań rodzinnych czy ze znajomymi. Dzięki temu urządzeniu każdy sam robi sobie żarcie.
Pod poniższym linkiem znajdziecie wszystko o raclette, gdyby to was oczywiście interesowało.

Wiele osób wychodzi też w czasie świąt z rodziną do restauracji. Podczas Bożego Narodzenia restauracje są częstokroć pełne, dlatego lepiej zrobić sobie wcześniej rezerwację, gdy ma się ochotę skorzystać ze świątecznego klimatu jakieś uroczej knajpki.

26 grudnia jest już tutaj dniem roboczym dla wielu ludzi. Otwarte są sklepy, listonosz roznosi listy, a na wsi nikogo nie zdziwi (no może nas Polaków - mnie na początku zdziwiło), gdy sąsiad od rana rżnie drzewo piłą.

Jednakże już od 21 grudnia (w tym roku) zaczynają się ferie świąteczne dla wszystkich  uczniów, a wielu rodziców zostawia sobie na koniec roku parę dni urlopu, by razem ze swoimi pociechami pojechać na tydzień czy dwa w Ardeny albo nad morze. Niektórzy mają w tych miejscach swoje domki wypoczynkowe. Niektóre firmy (m.in. ta w której pracuje M) mają wtedy przestój i wszyscy idą na urlopy. Inna znajoma słusznie zauważa, że w Belgii jak jest robota, to ludzie ostro zasuwają, żeby nie rzec - zapieprzają, a jak jest urlop to na prawdę wypoczywają. I to jest dobry system. W Polsce ludzie lubią się obijać w pracy, jak tylko jest okazja to już jeden z drugim opiera się o łopatę albo ciupie w pasjansa na kompie, zaś urlop w Polsce jest okazją by zrobić remont, narąbać drzewa na całą zimę, zrobić generalne porządki, stać co dnia przy garach, by dzieci wreszcie coś dobrego zjadły. Przez co po urlopie człowiek wraca jak z wojny i nie ma sił do roboty, no i koło się zamyka. To oczywiście wiąże się z zarobkami i ogólnym statusem materialnym. Gdyby ludzi w Polsce było powszechnie stać na wakacje, na wynajęcie firmy do remontu czy malowania oraz jedzenie poza domem to pewnie by z tego korzystali i potem wracali do roboty pełni chęci i sił, ale wiemy jak jest.

W Polsce święta chyba każdemu kojarzą się z głodzeniem się przez cały dzień, bo na wieczór wigilijny opchać się jak bąk próbując wszystkich 12 potraw i to wegetariańskich, bo przecież nie wolno było jeść mięsa. Dziś to już jest różnie, mało kto ma te 12 potraw a i mięso pewnie też sie tu i ówdzie zaplącze. No i kto nie je przez cały dzień? Chyba tylko chorzy. Jednak opłatek, życzenia, barszczyk z uszkami i karp to ciągle symbole polskiej wigilii i to jest super, że jest, że trwa. Słyszę czasem tu i ówdzie, że ktoś mówi, iż jeden z drugim do kościoła nie chodzi, w Boga nie wierzy,  a choinkę by ubierał i na wigilie do matki szedł. NO I CO Z TEGO, że nie wierzy, że nie chodzi.?! To jest tradycja, czasem starsza nawet niż katolicyzm jako taki. Wszak wiele tradycji pogańskich zostało zaadoptowanych na potrzeby kościoła. No i dobrze. To te tradycje, te zwyczaje inne niż gdzie indziej, niepowtarzalne łączą ludzi bardziej niż co innego. Dzięki tej wigilii często ludzie podają sobie ręce po kilku tygodniach gniewania się na siebie, dzięki tej wigilii ludzie jadą tysiące kilometrów, by spotkać się z bliskimi. Nie każdy może, nie każdy chce, ale dla większości to jednak jest okazja do spotkania, do przebaczenia, do spokojnego przemyślenia. Dla wielu wiąże się z przeżyciem religijnym, ale dla wielu ma zupełnie inne pozareligijne, ale równie istotne znaczenie. Tak jest na pewno w wielu miejscach na Ziemi. I dlatego te wszystkie elementy świąt są ważne. I te oryginalne dekoracje, i te kartki, i te życzenia, i te specjalne dania i te drobne gesty. Oczywiście każdemu też wolno nie lubić świąt (ja przez długi czas nie lubiłam), nie obchodzić świąt i innym nic do tego.

W tematyce żywnościowej dodam jeszcze ciekawostkę, że niektóre belgijskie browary mają specjalne tradycyjne świąteczne piwa: zdjęcia i opis piw świątecznych 

 Dekoracje i choinki.

Dekoracje świąteczne - podobnie jak w innych częściach świata -  najpierw pojawiają się w sklepach. Ledwie zabiorą znicze i dynie halloweenowe już wystawiają choinki i puszczają "White Christmas". W listopadzie to jest co najmniej śmieszne. Normalni ludzie jednak zaczynają wyjmować ze szaf i odkurzać swoje gadżety bożonarodzeniowe, gdy zobaczą w kalendarzu pierwszą kartkę z napisem "december" czyli grudzień. Od tego dnia systematycznie przybywa we wsi oświetlonych mikołajów, reniferów, choinek, gwiazd, szopek i światełek w ogrodzie. Nie wiem czemu, ale u nas są tylko białe i niebieskie światełka choinkowe. Te niebieskie są rzadkością, ale mój sąsiad ma takie. Reszta ma albo żółtawo białe albo niebieskawo białe, w sklepach też tylko takie są. A mama przysłała dziewczynom na urodziny kolorowe migające - zaszalejemy na wsi. Ha ha. Kolorowe są tylko ozdoby i to nie zawsze.
Szopka  przy drodze w Malderen

Choinki są takie same jak u nas. Jedni wolą sztuczne, drudzy żywe. Każda ubrana na inny sposób. Choć powiem wam, że choinka ubrana w czarne ozdoby jakoś niechoinkowato wygląda, taka ponura, żeby nie powiedzieć upiorna.  Choinka po niderlandzku to kerstboom.

Jeśli chodzi o choinki to Belgia ma dosyć specyficzny sposób na pozbywanie się ich po świętach. Znaczy tych żywych, bo sztuczne to wiadomo - na strych. Wiecie co robią po Nowym Roku z choinkami? Po tutejszemu nazywa się to (fajny wyraz) kerstboomverbranding, czyli "paleniechoinki".

Zwyczaj ten - jak wiele innych - wywodzi się z czasów pogańskich, miał na celu pożegnanie starego roku i zapewnienie szczęścia w nowym. Ludzie zbierają choinki w jednym miejscu, schodzi się gromada ludzi  i robią wielkie ognicho. W większości miejsc jest to zakazane, ze względu na wiele przypadków pożarów, ale legalne palenia choinek ciągle odbywają się na pomorzu, na plaży, gdzie ani piach, ani woda się nie sfajczy. Informują o tym wydarzeniu plakaty. Znajdziecie też takie informacje w sieci, jeśli by was kiedyś naszło na takie choinkowe sobótki pójść. Tradycja znana chyba też w Holandii.


Poza choinkami i innymi stroikami istotnym elementem dekoracji świątecznej są w Belgii świece. Belgowie kochają wszelkiego rodzaju świece, świeczki, świeczunie. W sklepach znajdziemy całe morze świec zwykłych, zapachowych, w różnych kształtach i kolorach, miliardy świeczników, podstawek na świeczki i innych bajerów świecowych i świecopodobnych.
Jakby nie patrzeć jest zima, a co może być przyjemniejszego niż świąteczny zimowy długi wieczór spędzony z rodziną w świetle migoczącego ognia z kominka i świec?


Dosyć popularnym akcentem świątecznym w Belgii są, podobnie jak i w innych krajach, rośliny uważane w czasach pogańskich za magiczne, czyli te których w porządnych katolickich domach być nie powinno. Kto jednak nie pała sentymentem do pięknego choć niemiłosiernie kłującego ostrokrzewu, którego tu rośnie w ogródkach mnóstwo, czy fascynującej jemioły pod którą wolno się całować, a nawet trzeba. Ten zwyczaj znany był też i tu, choć dziś raczej nieliczni już o nim pamiętają. Aaa, nie wiedzieliście, że to pogańskie zielska są? No to wiedźma was oświeciła. Choinka zresztą też - tak nawiasem mówiąc - to pogański symbol życia i płodności, zaś świeczki na niej miały ustrzec przed złym urokiem, ale teraz jest symbolem Bożego Narodzenia i tego się trzymajmy, bo zwyczaj to jest bardzo miły, zwłaszcza na najmłodszych ludzików.

Z okazji Bożego Narodzenia kupuje się tu też specjalne obrusy, serwetki a nawet zastawę z motywami świątecznymi.

Prezenty.

Jak jest choinka to i muszą być prezenty. W Belgii podczas świąt przychodzi Kerstman, czyli taki inny rodzaj mikołaja. Jednak - jak donoszą mi znajomi z różnych części tego kraju - pod choinkę dzieci zwykle dostają skromniejsze prezenty. Te większe przynosi Sinterklaas, w którym była mowa tutaj , a sporo też w "Antwerpii po polsku" wersja on line tutaj.W czasie  świąt obdarowują się oczywiście też i dorośli. Co, kto i komu, to już zależy od rodziny i fantazji. W belgijskich rodzinach popularne jest dawanie pod choinkę pieniędzy w kopercie lub w specjalnym świątecznym pudełku, np w kształcie bombki.

Dawanie prezentów nie kończy się na świętach, bowiem jest jeszcze Nowy Rok. Interesującym zwyczajem we Flandrii są tzw listy noworoczne, czyli nieuwsjaarbrieven. Dzieci przygotowują specjalne listy z życzeniami dla swoich rodziców i chrzestnych. Czasem też dla dziadków. Nie są to byle jakie listy. W wielu szkołach zamawia się wcześniej specjalne kartki na tą okazję. Potem dzieci pod kierunkiem wychowawcy piszą życzenia. Bardzo często są to teksty rymowane, wykaligrafowane i w ogóle staranne. Starszaki mają sami coś ułożyć, zaś maluszki po prostu przepisują gotowe teksty. Niektórzy zdaje się też ozdabiają rysunkami czy specjalnymi naklejkami. Potem po Nowym Roku,  w któryś dzień stycznia, rodzina organizuje specjalne przyjęcie noworoczne, na które zapraszani są chrzestni, dziadkowie i podczas tego spotkania dzieci uroczyście recytują owe życzenia. Moja nauczycielka przyznaje, że jest to chwila wzruszająca dla wszystkich. Dzieci są zwykle bardzo przejęte, wszyscy potem biją im brawo. Dzieci otrzymują wtedy prezenty lub pieniążki od chrzestnych. Jak niektórzy pewnie pamiętają, ja nie wiedziałam na początku o co chodzi z tymi listami i co to w ogóle są. A to fajne jest.

Co na siebie włożyć?

Mamy choinkę, kupiliśmy prezenty i zamówiliśmy obiad. Najwyższa pora się ubrać. Skoro wszystko kosztowało tyle zachodu i pieniędzy, to nie wypada raczej przyjąć gości  w codziennych jeansach, czy starym t-shircie z Papą Smurfem. Na świąteczną kolację czy obiad zakłada się eleganckie ubrania. Nie rzadko w Belgii kupuje się na święta specjalne wdzianko z motywem świątecznym. A to krawat w choinki, a to koszulka z napisem merry christmas, a to wełniany sweter z reniferem. Dzieciaki zakładają czasem reniferowe rogi lub czapki mikołajowe.


 Święta na obczyźnie.

ciastka marchewkowe - dzieło Młodej
 Dla nas, ludzi na emigracji, święta też mają często  specjalne znaczenie. Jako się rzekło, wielu pakuje walizy i ciągnie do domu rodzinnego, do Polski. Wielu z nas jednak zostaje z takich czy innych powodów tu, gdzie jesteśmy. Jednak organizując sobie świąteczny czas wedle polskich tradycji możemy poczuć się jak za starych dobrych czasów, jak w domu, bo mamy coś swojego, niepowtarzalnego. Nie, no spokojnie, nie zamierzam przygotowywać 12 dań. Jeszcze mnie nie pogięło. Absolutnie nie należę do tych kobiet, których fascynuje spędzanie czasu wolnego przy garach. Co to to nie. Jednak choinkę mamy po naszemu ubraną przez dzieci w bombki (czy bańki jak to u nos sie godo), cukierki i własnoręcznie wykonane papierowe ozdóbki i kolorowe mrygająće światełka, czyli pisiatą jak babci cielisia, to znaczy swojską.

W jesieni uzbierałam trochę grzybków, więc zrobię uszka i ugotują barszczyk z soku buraczanego, który tu się kupuje w butlach. Usmażę jakąś rybę (u nas w domu nigdy nie było karpia, bo nikt nie przepadał za tą rybą - nie dość że oścista, to jeszcze cuchnie mułem - też mi mecyje), mąż przyrządzi śledzie, ja zrobię jeszcze pierogi z kapustą (żeby mieć na drugi dzień obiad - to też sprytna tradycja rodzinna) i może z suszonymi śliwkami, bo kupiłam niewiempoco. No i groch jasiek  z masłem, bo to bez roboty. Zamierzam upiec makowce drożdżowe, bo są pychota i pierniczki może upieką dzieci. No i oczywiście tort (pewnie orzechowy jak zwykle), bo przecież Najstarsza będzie mieć urodziny. Opłatka nie mamy, ale życzenia będą. Będą też eleganckie ubrania i polskie kolędy z płyty (może kto nawet zaśpiewa). I pewnie jakieś drobne upominki pod choinką się znajdzie. W końcu po co się kupiło wielką choinkę? Żeby prezenty było gdzie włożyć. Przede wszystkim będziemy mieć czas dla siebie na wzajem, by usiąść razem i po prostu posiedzieć, porozmawiać. W codziennym zaganianiu często zwyczajnie brakuje na to czasu. Każdy bowiem wraca wieczorem zmęczony ze szkoły, z pracy i tylko patrzy by się wykąpać, zjeść i odpocząć przed telewizorem, czy komputerem. Nawet gadać się nie chce. Będzie też zapewne okazja do spotkania się z zaprzyjaźnionymi rodakami i miłego spędzenia czasu w wesołym polskim gronie.

Mechelen nocą


 Na koniec dziękuję wszystkim znajomym, którzy znaleźli czas i chęci, by podzielić się ze mną informacjami i uwagami na temat powyższy i nie tylko. Szczególne podziękowania należą się Ani, Joasi, Agnieszce, Małgosi i Goedele.

Jeśli ktoś z Was zauważył w moim tekście jakieś nieścisłości albo chciałby coś interesującego dodać, koniecznie niech napisze o tym w komentarzu poniżej.








13 grudnia 2015

Jedliście gulasz z piernikami?

Potrzebuję na wczoraj ze dwa wiadra wolnego czasu i z worek świeżych sił, nie pogardzę też dniem wczorajszym. Ktoś coś?

Ubraliśmy choinkę. Młody już mało jaja nie zniósł w tym tygodniu. W sąsiedztwie zaczęły nagle masowo choinki wyrastać w domach, a w ogródkach światełek się coraz więcej pali. Więc już nie było co odkładać tego szaleństwa. W zeszłym tygodniu zaproponowałam robienie ozdób. Ech, myślałam, że będziemy musieć "pawich oczek" dla całej wsi narobić, tak się spodobało smarowanie kółek klejem i przylepianie jednego ma drugim i jeszcze z takim błyscącym kololem nie mieliśmy i z takim, i z takim jesce. Zrobiliśmy też łańcuch z gazet. To było trudniejsze, bo się głupie paseczki papieru do rączek przylepiały zamiast się sklejać ze sobą. Dziś z wielką dumą zawieszał swoje ozdoby i kulki (czytaj: bombki) też, bo w szkole też takie kulki są kolorowe i światełka też mają w szkole. Czekoladowych bombek nie chciał wieszać, bo dwie spałaszował i okazały się bardzo smaczne, więc jak to tak na choince takie pyszne rzeczy zawieszać? No co ty, mama.
Dziewczyny też ubrały swoje małe choineczki.

Jeszcze tydzień i zaczynają się ferie świąteczne. Oddam Młodym wtedy komputer, bo skonfiskowałam wcześniej, gdyż Najstarsza nie potrafiła skupić się na nauce. Bez komputera zresztą też nie jest łatwo. Jeśli nie siedziałam z nią to nic nie robiła w tej sprawie. Małe dzieci - mały kłopot, duże - duży. No ale nie ma co ukrywać, że takie wspólne uczenie się jest dobre dla nas obu. Przez ostatnie 2 tygodnie nauczyłam się bowiem podstawowej systematyki zwierząt po niderlandzku, nazw kilku znaków drogowych i innych tam piktogramów i dużo innych mniej lub bardziej przydatnych słówek i zwrotów. Po kilku dniach udało mi się też zrozumieć, w jakiej sytuacji użyjemy poszczególnych przysłów belgijskich.
Sprawdzian z matematyki i przyrody chyba poszedł dobrze. Jednak trzeba poczekać na wyniki, by się tego dowiedzieć. Niestety po teście z niderlandzkiego Najstarsza wróciła niezbyt zadowolona. Powiedziała, że raczej słabo. Niektóre pytania zrozumiała, ale nie potrafiła na nie odpowiedzieć po niderlandzku. Dopiero jak powiedziała, jakie były zadania, zrozumiałam, że popełniłam jeden duży błąd, jeśli chodzi o woordenschat, czyli słownictwo. Wydawało mi się bowiem, że wystarczy, jak dziecko będzie rozumieć ich znaczenie i to to zadbałam. Niestety nic bardziej błędnego - musi też potrafić napisać ich definicję. Po polsku by napisała... Nic to. Czekam z niecierpliwością na wyniki, bo nie wiem, czy wyniki bardzo złe mają jakieś konkretne konsekwencje, poza samym nieprzyjemnym faktem, że są złe. Jutro jeszcze MAVO, czyli w tym momencie wiedza o bezpieczeństwie w domu, szkole, na drodze, piktogramy, posługiwanie się mapami i planami budynków, podstawowe zasady ruchu drogowego, budowa roweru itp. Po polsku bułka z masłem. Po niderlandzku nie lada wyzwanie. Tu też potrafimy zinterpretować symbole, ale napisać ich znaczenie po niderlandzku to już inna para kaloszy.
Zasadniczo tematy z wszystkich przedmiotów są łatwe, o ile się używa języka ojczystego... Z tym drugim jest trochę trudniej, ale po trochu pokonamy tą barierę. Z każdym dniem idzie nam lepiej i lepiej.

Jeszcze 5 dni i ferie świąteczne. Przez 2 tygodnie spokój z kanapkami do szkoły i z odprowadzaniem, i z myśleniem o zadaniach, podpisywaniu uwag i spóźnień. Jeszcze w piątek po robocie lecę na wywiadówkę i luzik. Z raportu wynika, że Najstarsza ma gorsze wyniki z niektórych przedmiotów, ale za to nauczyciel francuskiego zaznacza, że nasz uczeń zaczął odpowiadać ustnie, a to mnie bardzo cieszy. Nie można mieć wszystkiego na raz :-)

W szkołach też dekoracje świąteczne umilają to oczekiwanie na ferie i święta. Choinki, szopki, mikołaje śmieją się do dzieciaków z każdego kąta wsi i szkoły. Przed feriami w każdej klasie imprezy - tutejsze wersje spotkań opłatkowych tylko bez opłatka. Dzieci mogą jednak przynieść szampana dziecięcego, sery, chipsy, owoce, czy co tam kto ma ochotę, mogą na tą okazję włożyć świąteczne stroje, mikołajkowe czapki czy reniferowe rogi. Tradycyjnie podczas tej imprezy wymienią się wszyscy kartkami świątecznymi z życzeniami.


M urlop zaczyna już w tym tygodniu, bo się mu nazbierało skądś jakichś dni wolnych. To jakaś jawna niesprawiedliwosć jest.
Szkoda, że nie umie gotować nic więcej poza rosołem, bo fajnie by było przyjść po robocie i zastać gorący obiad na stole. No co? Pomarzyć nie wolno?

W zeszłym tygodniu pierwszy raz upichciłam ten flamandzki gulasz, którym się zachwyciłam już po pierwszej degustacji w restauracji w Brugii. I tam był w sumie najlepszy, a zamawialiśmy to już kilka razy w różnych miejscach. Pomyślałam wtedy, że muszę się dokopać do dobrego przepisu i nauczyć się to gotować, bo pyszniutkie. Miałam szczęście i w  trafiłam w internecie na dobry przepis po polsku za pierwszym razem, choć przejrzałam też te w oryginale dla pewności, bo na tyle język to już mam obcykany. Nie zmienia to faktu, że zaskoczyły mnie składniki: wołowina (ok), ciemne piwo (OK), musztarda (ok), piernik.... w tym momencie zbierałam szczękę z podłogi, a autorka tej wersji przepisu zaleca jeszcze dodać gorzką czekoladę. Ugotowałam małą porcję, bo nie wiedziałam, czy się uda. Następnym razem jednak kupię półtora kilo wołowiny i zrobię - jak zaleca babka w przepisie - placki bidoki (ziemniaczane). Pewnie już kliknęliście w link i wiecie, że chodzi o flamandzką specjalność, czyli stoofvlees, którą tutaj podaje się oczywiście z frytkami. Polecam wszystkim, jestem przekonana, że w Polsce zamiast tutejszego piernika można użyć pierniczków toruńskich a musztarda normalna. Ja zrobiłam w polskim zestawie z ziemniakami kłóconymi (gniecionymi, tłuczonymi - my Polacy znęcamy się nad ziemniakami na różne sposoby) i maszczonymi zrumienionym masełkiem (tu nie ma maślanych podróbek i każde masło jest dobre), no i buraczki (kupuję gotowe gotowane w lidlu, ścieram na tarce i dodaję starte jabłko, trochę octu, soli, cukru - po wizycie w polskim sklepie też chrzan).

stoofvlees w polskim zestawie :-)

Mi się marzy urlop, ale jeszcze nie wiem, jak to będzie. Wiem, że klienci nie mieli by nic przeciwko temu, by im ktoś  i w Boże Narodzenie z rana chatę ogarnął. Szczerze mówiąc, ja też bym nie miała nic przeciwko, by moją ktoś posprzątał - okna tak porządnie bez smug, kurz pod książkami i na książkach (co za debil tyle tego nagromadził?!), pająki zza szafy wygonił, zza lodówki i kuchenki też. Sprzątając po ludzkich domach uświadamiam sobie, gdzie ja mam nieposprzątane. Może kiedyś się wezmę...

W Mechelen już święta czuć, a ja już prawie skończyłam post o belgijskich tradycjach świątecznych. Niebawem się pojawi :-)

4 grudnia 2015

Dlaczego dziecko musi mieć telefon?

Dziś mieliśmy przygodę, która zwróciła naszą uwagę na pewne szczegóły, o których trzeba pamiętać puszczając dzieci samopas do szkoły.

Ja z Młodymi wróciłam do domu, nastawiłam ziemniaki i zabrałam się za przygotowywanie surówki. Mąż wrócił i poszedł wziąć prysznic. W tym czasie otrzymałam esemesa od mojej najbardziej zakręconej pociechy z informacją, że autobus nie jechał koło jej przystanku i że ona nie wie, co teraz robić. Fajnie. Lubię takie niespodzianki. Życie od razu ciekawsze. Zadzwoniłam do niej i kazałam jej wysiąść na najbliższym przystanku i przeczytać jego nazwę, upewniwszy się wcześniej, że jedzie właściwą linią. Chwała temu, kto wymyślił, żeby w Belgii każdy przystanek miał nazwę wypisaną na tabliczce i chwała tym, którzy dbają o to, by tabliczki nie były zniszczone i wyrzucone w krzaki jak w Polsce. Gdy otrzymałam nazwę, już miałam wyguglowaną listę kolejnych przystanków w danej linii, zaś na mapach googla zobaczyłam, gdzie rzeczony przystanek się znajduje. Bagatela 7 km od domu. Auta nie mamy nadal, więc zdeklarowałam chęć jechania rowerem, ale M powiedział, że lepiej jak ja skończę obiad, bo on jest głodny jak wilk, a tymczasem on popedałuje po Najstarszą i razem wrócą na nogach.  Przecież nie wsadzi tego zamotańca samego do autobusu w drugą stronę, bo o tej porze przez naszą wieś nie jeździ nic stamtąd, a w sąsiedniej wsi przeco znowu nie będzie wiedzieć, na którym przystanku wysiąść. Sama bym nie wiedziała pewnie po nocy, gdzie jestem.7 km (słownie: siedem) na butach. Już ze szkoły miała bliżej. I tak dobrze, że do końca nie pojechała, bo to już kilkanaście km.
Jaja jak berety po prostu z tymi naszymi dziećmi. Do tego tamtej wioski to my szczegółowo też nie znamy, a że się okazało przy okazji, że gps w telefonie taty nie działa, to heca tym większa. Houston mamy problem. Zadzwonił do mnie i się pyta, gdzie jest ta nasza córka, bo on już minął centrum i jej nie spotkał. Rozwaliło mnie to pytanie, bo jam przecie w kuchni, rybę próbuję usmażyć. To on jest w terenie. Udany. Oczywiście nie sprawdzał, czy na mijanych przystankach był numer interesującej nas linii. A nie było. No tak, nie każdy autobus jeździ główną drogą. Ten właśnie jest nie każdym. No więc wyłączyłam kuchenkę z rybami i siadłam do googlemaps by porobić za mężową osobistą nawigację. Dobrze, ze telefony mamy w sieci za darmo. A jeszcze lepiej, że Belgia ma wszystkie ulice ponazywane i nazwy są na każdym skrzyżowaniu. Ja nawiguję, M jedzie a międzyczasie przychodzi sms następującej treści: "ile to bedzie jeszcze trwało? bo wcześniej było spoko a teraz zaczynam się trochę denerwowac. gdzie jest tata? bo juz 18. sorry ze tak naciskam ale troche sie boje". Po przeczytaniu się bezczelnie uśmiałam, bo sorry mi tu ryby i ziemniaki zamarzają, kiszki marsza grają, tata tam  błądzi po ciemku po obcych wsiach ( i tak dobrze że nie lało), nogi mu odpadają, a ta się dopiero zaczyna denerwować.
W końcu znalazł sierotę i przygonił do domu.
Życie rodziców jest zawsze pełne wrażeń i dobrej zabawy.

Dodam na koniec, że kilka dni temu po raz kolejny przyłapałam dziewczyny na tym, że nie wiedzą gdzie jest telefon i że znowu jest rozładowany, gdy próbuję się dodzwonić. Dziś kazałam im sobie wyobrazić, co by było, gdyby moja panna nie miała przy sobie telefonu albo bateria była padnięta. Kto by ją znalazł po nocy? Do domu by nie trafiła, bo nie zna tamtej okolicy. Kto zna po 2 latach pobytu coś więcej poza swoją wsią? Nikogo by nie zapytała o drogę, bo za słabo zna język. Obawiam się też, że i adresu nie pamięta. To uzmysławia mi właśnie dlaczego na markowych tornistrach częstokroć są miejsca na numery telefonów i adresy. Niestety Młoda nie miała dotąd wypisanych danych na nowym plecaku, ale jutro tego uroczyście dokonamy, bo to może okazać się niezmiernie ważne w podobnych okolicznościach. Diabeł nie śpi - jak to mówią.

Nie wnikam już w kwestię, kto w tej sytuacji zawinił. Nie mam pewności, czy Najstarsza nie przycięła komara i nie przegapiła przystanku, choć autobusy belgijskie jeżdżą też różnie i jest opcja, że franca jakaś faktycznie nie jechała tu na wieś tylko pojechała główną drogą. Często przyjeżdżają spóźnione, czasem wcale, więc i tym razem mogło być podobnie.
obiad w budowie

A tu już w przyszłym tygodniu egzaminy. Nie mam pojęcia, jak ona je napisze, bo dość opornie szły przygotowania. Ech. Gdy tylko nie siedziałam nad nią, natychmiast zajmowała się czymś innym. Nawet jak siedziałam to i tak było ciężko, bo ona szybko przechodzi w stan czuwania - wyłącza koncentrację i myślenie a włącza wygaszacz, czyli zaczyna bazgrolić bezmyślnie jakieś obrazki na kartce. Trudno jej skupić uwagę na dłużej. Godzina to już zdecydowanie za długo. Z ostatniego raportu wynika, że w szkole jest tak samo. Inaczej nie było by żadnego problemu, bowiem bestyjka bardzo inteligentna jest i ogólną wiedzę podstawową ma całkiem niezłą i wystarczyło by jej słuchanie na lekcji, by mieć wyniki bardzo dobre i egzaminy napisać bez żadnych przygotowań. Niestety język jest tu dużą przeszkodą i wymaga siedzenia przy książkach, wkuwania słówek z różnych dziedzin, a to czasem jest za trudne dla mojej pociechy. Jedyne z czym nie ma większych problemów to matematyka, bo tam języka mało potrzeba. Coś tam powtórzyłyśmy, ale trochę za mało. Mam nadzieję, że przez weekend uda się bardziej przyłożyć do niderlandzkiego i przyrody.

Przy okazji studiowania tematów z niderlandzkiego odkryłam, że Belgowie mają inne przysłowia i powiedzenia, niż Polacy. Cholibka, niektórych sensu kompletnie nie pojmujemy. O ile "kupować kota w worku" można i u nas, tak nie rozumiem, co niby ma znaczyć, że "osioł nie włazi dwa razy na ten sam kamień". Nie jestem też pewna, czy "małpa wyskakująca z rękawa" jest odpowiednikiem Filipa z konopii. Ten temat przekracza moje kompetencje językowe niestety. Niby drobnostka, a irytuje.

Po jutrze zaczynam jednak kolejny etap kursu, więc może kiedyś i przysłowia tutejsze zacznę rozumieć.