14 stycznia 2015

A mówili, że w Belgii nie ma zimy...

Cieszyłam się, że w Belgii nie ma zim, bo mimo, że zawsze lubiłam poszaleć na sankach, nartach, czy worach na śniegu, to jednak jestem istotą ciepłolubną, nie znoszę zimna.

Grande Place Bruksela
Grande Place - nasza wycieczka wigilijna
Zresztą za całe chyba życie wymarzłam się w bibliotece przez 14lat. Jakby kto nie wiedział, pracowałam w nieogrzewanej bibliotece. Czasem jak przychodziłam do roboty termometr pokazywał minus 10, minus 15 stopni - wewnątrz oczywiście, czasem na zewnątrz było ciepłej... Jak przychodziłam, zapalałam gazowy piecyk przeznaczony wg instrukcji do ogrzewania pomieszczeń otwartych, toteż cały czas musiało być otwarte okno, żeby się palił. Po 8 godzinach, gdy zamykałam, było 5-10 w plusie - super zajebiście. Pewnie się teraz pukacie w głowę, bo wy byście po prostu nie zgodzili się na pracę w takich warunkach. Ja jednak uważam, że lepiej znosić złe warunki i mieć pracę w ogóle, niż siedzieć w ciepłe, ale na bezrobociu. W mojej polskiej okolicy nie było i nie ma pracy dla kobiet (dla facetów coś wiecej, ale bez szału), parę miejsc w sklepach na jakaś tam część etatu, z umową na krótki czas, po którym zatrudniają kolejnych chętnych i tak wkoło... Na szczęście większość wyjechała zagranicę albo w lepsze rejony, to mniejsza konkurencja...
Faktem jest jednak, że się wymarzłam przez te lata, w domu zresztą też się nie przewalało. Zdarzało mi się chodzić spać ubraną w piżamy polarowe, grube skarpety, bluzy dresowe i przykrywać się kołdrą i dwoma kocami - w pokoju miałam zimą około 5stopni, a ja kocham ciepło. W kranie woda ciepła raz w tygodniu, bo nie było kasy, poza tym w temperaturze 2stopni, ale pamiętam, że się przyzwyczaiłam i nawet do mycia włosów nie grzałam, tylko w tym lodowcu się myłam. Jednak jak sobie dziś o tym pomyślę, to mnie ciarki przechodzą. Dziś nawet jakby mi kto płacił, chyba nie umyła bym się w zimnej wodzie, brrrr. Pamiętam, że po przeprowadzce do męża nie mogłam się nacieszyć ciepłem w domu i nieograniczoną ciepłą wodą - w bloku te 35metrów to przy zakreconych kaloryferach się nagrzewało. Dziewczyny chyba miały podobnie, choć im to zawsze grzałam wodę do kąpieli, tyle że szybko stygła w zimnej łazience...

Grande Place nocą

Wspominając dawne czasy, po raz kolejny uświadamiam sobie, że teraz jest mi naprawdę dobrze, że podjęłam, podjęliśmy w ostatnich latach wiele dobrych decyzji, złych też parę i one ciągną się teraz za nami psując ten fantastyczny obraz naszego belgijskiego raju. Ale może kiedyś i z tym się uporamy...
A wracając do zimy w Belgii. Faktycznie tutaj nie ma zim takich, jakie znamy z Polski. Klimat jest cieplejszy i wilgotniejszy. Jak śnieg popada jeden dzień, to dzieci mało nie oszaleją z radości. Moje też mało z siebie nie wyszły, jak zaczęło padać. Choć mnie to nie dziwi, nie kto inny, tylko ja z moim osobistym bratem w największe śnieżyce szliśmy się bawić na polu. Im większą zawieja tym większy ubaw. A jaka radocha jak ludzie w środku nocy dzwonili do drzwi prosząc o łopatę albo wyciągnięcie auta traktorem z zaspy. A my całą familiją kurtki na piżamy i wio wypychać biedaków ze śniegu, tata odpalał traktor, my szufle w łapy...  fajne to było... Nie zapomnę niektórych "miastowych" - półbuciki, sweterek, bo po co by do auta brał kurtkę czy rękawiczki, i pchają te swoje fury w zaspach po dupę w tej piździawicy, że świata nie widać... Do dziś się usmiecham na te wspomnienia.
Kurde, a tu lepiej: 2 cm śniegu, a człowieki zubierane jak na Syberii... Choć drudzy znowu w kurcicach puchowych, czapkach i szalach bawełnianych a do tego japonki na gołe stopy...  jakmamciekocham... po prostu moda zimowa po belgijsku.

Tu jest taka zima szybka - był jeden dzień śniegu, jeden dzień minus 10, potem przyszła wiosna i lało ciągiem przez parę dni, dotąd aż wylały wszystkie strumienie. Tydzień temu w czwartek była chyba kulminacja - wszędzie służby wodne przetykały kanały, układały wory z piachem etc.  W niektórych miejscach okolica przypomina Wenecję. Jedziesz i jedziesz a wokół kilometrami ciągną się zalane pola. Kaczki mają radochę.




Ale wiecie co jest najlepsze? Nie wiecie! To że było raptem dzień czy dwa mrozu, a ja se stłukłam swoje szanowne czterdziestoletnie dupsko na lodzie buachacha. W zeszły poniedziałek pomykam sobie do roboty na swoim bike'u, lampię się jak głupia na pole - jakbym nigdy nie widziała zalanej łąki - i nagle sru - leżę zdziwiona na asfalcie. Się rychło pozbierałam z gleby, bo obciach totalny, taka stara a się turla po drodze.  Rowerowi na szczęście nic się nie stało (się nie śmiejcie - to mój jedyny środek transportu doroboczego). Mi się stało. Rękę se obdarłam i kolano porządnie ucierpiało - wieczorem powiększyło dwukrotnie swą wielkość i kolorów ładnych nabrało. Jednak jakoże byłam w stanie wykonać swoją robotę i wrócić rowerem do chałupy (to co, że powoli?), wniosek oczywisty, że to nic poważnego. Kto trenował sztuki walki, wie, że jak dasz radę chodzić, to nic ci nie jest, walczysz dalej, nie ma, że boli. Dziś już jest tylko mała ranka i kolory bardziej słoneczne, ale najbardziej ucierpiała moja duma.

Grudzień w Brukseli ;-)
Normalnie po prostu wstyd wywalić się na lodzie w kraju, gdzie nie ma zimy. Konie się nawet ze mnie śmiały, bo akurat pastwisko nieopodal było.