18 lutego 2015

karnawał. ferie wiosenne, urodziny i wycieczka do zoo

strój karnawałowy w tematyce 'średniowiecze'
W zeszły czwartek w przedszkolu odbył się bal karnawałowy. Tym razem zapodano temat 'middeleeuwen', czyli średniowiecze. Wybór kostiumu dla naszego KSIĘCIA był oczywisty :-) Zaprojektowanie też nie stanowiło problemu. Gorzej z wykonaniem, wszak krawiectwo nigdy nie należało do moich ulubionych czynności, podobnie zresztą jak wiele innych tzw kobiecych zajęć. No cóż ja tam umiem sformatować kompa i przeinstalować system, w miarę sprawnie posługuję się nunchaku, nie najgorzej radzę sobie z wiertarką, pędzlem i śrubokrętem. Nie można mieć wszystkiego, c'nie? Z babskich robót jedynie co naprawdę lubię to gotowanie i pieczenie. Prasowania i sprzątania nie znoszę, jednak taki zawód mi teraz przyszło wykonywać, to i musiałam to polubić chcąc nie chcąc. No a szycie? Hm, postanowiłam nie dawno, że też się trzeba wreszcie nauczyć, bo jak nie ja to kto? Jak nie teraz to kiedy? Matka sprezentowała nam dobrą maszynę. W zasadzie to bardziej młodym niż mi, ale wszystkie trzy z niej korzystamy i się uczymy. Okazało się, że Młoda ma wrodzony talent po babci i prababci - uszyła sobie jakąś rybkę maskotkę oraz furby'ego dla koleżanki, a dla rodziców serduszko walentynkowe. Eeextra! Ja zaczęłam się uczyć szycia na firankach i nawet nawet się udało. Strój - jak pewnie widać na załączonym obrazku - może nie jest szczytem krawieckiego mistrzostwa, trochę koślawo obszyty, ale jak na kostium ze starej kiecki i starego obrusa całkiem nieźle się prezentował na naszym królewiczu. Do kompletu wycięłam mieczyk z tektury i ozdobiłam przy pomocy pistoletu na klej i kleju brokatowego, co dało bardzo ładny efekt. Przedszkolaki były fantastycznie poprzebierane. Większość chłopców oczywiście była rycerzami a dziewczynek księżniczkami, ale był też smok, służące, królewicze etc.

Antwerpia


Teraz mamy tydzień ferii wiosennych, czyli krokusowych (krokusvakantie). Znaczy my starzy to mamy wolne tylko od szkoły - jak nie trudno się domyślić - od pracy może innym razem. Tak czy owak jest fajnie, bo nie trzeba co dnia młodzieży do szkoły odholowywać. Młody zadowolony, bo MOŻE pół dnia bawić się z siostrami, one już trochę mniej, bo MUSZĄ bawić się z Młodym. Tak więc grają sobie  w  domino, jengę, domino, memory, jengę, układają puzzle , grają w domino, jengę, memory, domino i tak 5 godzin z przerwami na robienie kanapek, płatków, oglądanie po kawałku tej czy tamtej bajki. Wczoraj byli chwilę na podwórku, ale nie bardzo jest tam co robić o tej porze roku, bo mokro, brudno, błotniście. Jednak te w/w gry i puzzle to fantastyczna sprawa, dobrze że Doro je tak bardzo polubił, bo to bez wątpienia dużo, dużo lepsze niż kilkugodzinne gapienie się w telewizor. Inksza inkszość, że Młody częstokroć strasznie szachrai i ustala własne, niepojęte dla zwykłego śmiertelnika zasady, a od czasu do czasu niektóre co bardziej stresujące elementy gier lądują daleko pod kanapą lub szafą...

Najważniejsze, że Dziewczyny dają sobie z bracholem radę i nawet za bardzo nie narzekają. Inaczej pewnie trzeba by było wysłać całą gromadę do szkoły w dni naszej pracy. Dobrze, w każdym bądź razie, że w be  jest taka ewentualność także na wioskach. Jedna ze szkół podstawowych w gminie organizuje zajęcia dla dzieci z całej gminy w czasie każdych ferii, także tych świątecznych. Dlatego rodzice nie muszą się martwić, gdzie podziać dzieci w wolnym od nauki czasie.Co więcej dzieci raczej nie mogą z tego tytułu czuć się pokrzywdzone, gdyż programy tych zajęć są po prostu fantastyczne. Oprócz standardowych zajęć świetlicowych, gier, zabaw plastycznych czy ruchowych dzieci jeżdżą na basen, łyżwy, paintbal, koncerty, wesołe miasteczka, gotują, szyją, przebierają się, urządzają bale, itede itepe. Programy tych zajęć i cenniki dostajemy zawsze z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Tak, cenniki - niestety nie ma nic za darmo na tym świecie :-) Dniówka kosztuje 6-7 euro/dziecko plus dodatkowe opłaty za wyjazdy tu czy tam. Przy trójce dzieci i korzystaniu codziennym z tej opieki dało by sporą sumkę. Istotnym jest jednak fakt, że na zajęcia te można wysyłać pociechy tylko raz na jakiś czas, nawet tylko przez połowę dnia za połowę ceny. Płaci się specjalną kartą, którą kupujemy w urzędzie gminy. Dodać tu warto, że można potem dostać częściowy zwrot kosztów z ubezpieczenia. Na dzień dzisiejszy jest to bodajże 80 euro na dziecko na rok. Nie zdążyłam się jednak zorientować, jak to się ma do zwrotu kosztów za udział np w obozie sportowym. Podejrzewam jednak, że to może być łączone. A obóz sportowy w tym roku muszą zaliczyć obie nasze dziewczyny, co daje łącznie 300 euro do zapłacenia. Dobrze, że na 3 raty szkoła to rozkłada, to spokojnie można zapłacić, no i dobrze, a nawet wspaniale jest, że poza tym szkoła flamandzka jest póki co (niestety są w rządzie plany ukrócenia tego procederu) jest na prawdę za darmo. Jako się rzekło, uczniowie szkoły podstawowej wszystko od podręcznika i zeszytu, przez wszelakie bajeranckie materiały artystyczne, sprzęt elektroniczny, laptopy po gumkę do mazania i temperówkę mają za darmo ze szkoły. W związku z powyższym zapłacenie dużej faktury za obóz, basen, czy wycieczki nie jest dużym problemem. Pewnie dlatego te rzeczy są obowiązkowe i nikt się nie pyta rodziców, czy pozwolą łaskawie dziecku jechać czy nie.Nie pojedzie, to musi przynieść zwolnienie od lekarza i koniec tematu. No ale chyba to już było....

W tym roku ferie zbiegły się z urodzinami naszych panów.
Mini pingwiniasty torcik dla synka i mężusia :-)

Przeto postanowiliśmy wreszcie zrealizować nasz plan zobaczenia zoo w Antwerpii.Wycieczka ta była wstępnie zapisana w planach grudniowych z okazji urodzin dziewcząt. Jednak w wyniku komplikacji zdrowotnych typu zagipsowany tatuś, zmuszeni zostaliśmy odłożyć realizację na bliżej nieokreślony termin.Wiadomo przecie, że do zoo nie ma sensu jechać, gdy za oknem pada deszcz czy śnieg. Niestety nie udało się wyrobić  z wyjazdem w czasie promocyjnych cen biletów, bo jak nie pogoda do du...szy, to znowu szpital w domu. W końcu jednak w sobotę udało się.


brama zoo

Pogoda była średnio na jeża, ale zwiedzanie "zoa" (jak mówi Młody) uważam za udane. W deszczowe momenty podziwialiśmy po prostu zwierzaki siedzące pod dachem, czyli oceanarium, małpiarnię, ptaszarnię itp. Zoo ma dobre rozmieszczenie, bo wybiegi przeplatają się z krytymi pawilonami, więc nawet nie trzeba za bardzo biec, gdy zacznie padać deszcz - co kawałek jest jakieś schowanko.
Ogród zoologiczny w Antwerpii został otwarty dla zwiedzających w 1943 roku.Z tym, że na początku był dostępny tylko dla bogatych, a biedni tylko z zewnątrz próbowali podglądać. Jest jednym z najbardziej znanych i najstarszych ogrodów na świecie. Powstał on poza miastem, jednak aktualnie znajduje się w samym jego centrum. Sąsiaduje przez ścianę z Dworcem Centralnym, który też jest wartym wspomnienia, gdyż jest to jeden z największych dworców kolejowych w Belgii. Jest nie tylko wielki, ale i piękny.

Dworzec Centralny w Antwerpii
Dworzec Centralny w Antwerpii
 Niestety Dworca nie obejrzałam sobie w środku, bo po wizycie w zoo dzieci były bardzo zmęczone i wygłodzone, a że obiecany był też McDonald, to niemalże biegliśmy do parkingu.Przeto Dworzec zostawiamy sobie na kolejne wycieczki do Antwerpii. Musimy tam zajrzeć turystycznie jeszcze co najmniej parę razy, gdyż chcę zobaczyć też m.in. 800-letni zamek Steen nad rzeką Skaldą i dom Rubensa, który to malarz był się urodził w tym pięknym mieście. No i pospacerować na spokojnie po mieście tez by nie zaszkodziło, bo jest ono fantastyczne. I zoo, i Dworzec, i w ogóle całe miasto ma piękną, ciekawą architekturę - stare wszędzie łączy się z nowym, dwunastowieczne kamienice przeplatają się z nowoczesnymi budynkami.

Młody jest więcej niż zadowolony z tej wycieczki. Mój synek bowiem - jak i reszta mojego potomstwa - jest po mamusi wielkim miłośnikiem wszelakiego żywego stworzenia. W domu ma całą kolekcję plastikowych dinozaurów, masę ukochanych pluszowych zwierzaków, którymi bawi się prawie codziennie, no i sporo książek o zwierzętach. Odkąd temat zoo został podany, nie było tygodnia, by nie pytał choć raz: 'kiedy pojedziemy do tego zoa?'





I w końcu zobaczył na własne oczy, najprawdziwsze pingłiny, dżirafy i olifanty (słonie) - to jego ulubione zwierzątka. Podobał mu się też tygrys i hipopotam. Tyle, że temu ostatniemu było widać tylko uszy i nos z wody, w której siedział, a w zasadzie siedziały, bo było ich kilka, ale tylko jeden pokazał się cokolwiek.

Lwy - ku wielkiemu rozczarowaniu małżonka - niestety w ogóle nie raczyły się nam przedstawić. Chłopaki zaglądali i z jednej i z drugiej strony na wybieg, i nawet na most do góry się wspięli, ale nic z tego - tylko lwie ślady były widoczne na piasku, a samych lwów ani dudu. Może następnym razem...









Dziewczynom zaś najbardziej podobało się oceanarium. Tyle tam przenajdziwniejszych morskich stworzeń, że głowa mała. Kurczę, niektórym to sama się napatrzeć nie mogłam - takie cudaki. Niektóre jakby żywcem z epoki dinozaurów przeniesione. Byłyśmy swego czasu w jakimś polskim nadbałtyckim mini-oceanarium, ale tam - mimo że również ciekawie - nie było takiego wyboru gatunków.

Gdzie jest Nemo?

Jedno, co od pewnego czasu łączy chyba wszystkie oceanaria na świecie  to reakcja na błazenka (amfipriona), czyli pomarańczowo białą rybkę. I tu, i w pl przy akwarium z tymi rybami słyszałam kilka razy: "Nemo!!!" Magia kina :-)
 Z ryb dużym zainteresowaniem i powszechna radochą przy szybie cieszyły się też  piranie. Rybunie te poza śmiesznym piraniowym pyskiem mają łuski o właściwościach  kuli dyskotekowej, co dawało fajne efekty, gdy wpływały na promień światła.Młodzi ludzie narodowości różnej, ale z niebagatelnym poczuciem humoru zatrzymując się przy tym akwarium robili naśladujące miny i mówili: 'disco piranie'.
W sumie w zoo wszystko jest warte zobaczenia, zwłaszcza gdy lubi się przyrodę. Przy każdym wybiegu, każdej klatce można by siedzieć godzinami i patrzeć, podziwiać, obserwować. Na pewno kiedyś tam jeszcze się wybierzemy, bo od nas to praktycznie rzut beretem, jakieś 40 km. Tyle, że ta przyjemność do najtańszych nie należy. Przy naszej rodzinie ze stówą się trzeba pożegnać niestety. Jednak wychodzę z założenia, że to co zobaczymy, doświadczymy, spróbujemy to nasze.

Antwerpia
Wszakże tego typu ulotne rzeczy: doświadczenia, wycieczki, wiedza, widoki, uśmiech dziecka mają dla mnie o wiele większe znaczenie niż tzw dobra materialne. Pewnie, że lubię mieć fajne wygodne gacie, porządny komputer, aparat, rower, bezpieczne auto i  ciepłą, przytulną chatę, bo lubię żyć wygodnie, ale nic z tego nie staje się moim bogiem i celem samym w sobie, a już totalnie mam w nosie czy jest to modne, na topie, czy ludzie to mają. Ja robię zwykle to, na co mam ochotę, a nie to co wypada, czy to co robią inni. Pieniądze podobnie, lubię je mieć, bo mogę za nie kupić wiele przydatnych rzeczy, zobaczyć wiele wspaniałych miejsc, no ale bez żadnych oporów z nimi się rozstaję przy pierwszej nadarzającej się okoliczności. Bez znaczenia tu jest fakt jakimi sposobami te pieniądze się zdobyło, czy to wygrana, czy wynik solidnej pracy... Carpe diem... To jest pewnie główny powód naszych wiecznych problemów finansowych. No cóż, peszek,  żadne z nas nie urodziło się ekonomistą ani biznesmenem, oboje jesteśmy lekkoduchami finansowymi. No i? No i jest gicio czacza a życie jest piękne choć...  brutal and full of zasadzkas sometimes kopas w dupas :-)

wracamy do chałupy