26 marca 2015

obóz sportowy - szkolna tradycja

Zgodnie ze szkolną tradycją uczniowie piątej i szóstej klasy co roku jadą na kilkudniowy obóz sportowy - sportklassen. W zeszłym roku Zu bawiła ze swoją klasą w ośrodku BLOSO w Blankenberge nad belgijskiem Morzem Północnym. W tym roku obie córki odwiedziły Brugge (Brugia). Tam również BLOSO było ich domem przez 5 dni.
Jak już wspominałam nie raz - w Belgii wycieczki szkolne i obozy są obowiązkowe (podobnie zresztą np basen i nauka pływania w niektórych klasach). Nieobecne dziecko musi przedstawić zwolnienie od lekarza. Przypomnę, że w taki sam sposób usprawiedliwia się nieobecności w każdym innym dni nauki szkolnej. W Be nie do pomyślenia jest, by dzieci nie szły do szkoły z powodu np wykopków, zakupów, opieki nad młodszym rodzeństwem, czy innych tam mniej lub bardziej bzdetncyh powodów, co w pl jest na porządku dziennym. Tylko3 razy do roku do 3 dni możemy sami usprawiedliwić nieobecność dziecka, które zostało w domu z powodu bólu brzucha, gorączki czy innej dolegliwości nie wymagającej wizyty u lekarza. Oczywiście - tak jak w zakładach pracy - i w tutejszych szkołach, można dostać wolne okolicznościowe (śmierć, ślub, sąd itp). No ale wróćmy do tematu obozu.

Obóz jest obowiązkowy, ale nie darmowy. U nas akurat koszt wyjazdu, to 150 euro od dziecka. Na szczęście rozłożone na 3 raty w poszczególnych trymestrach.
Poza tym przed wyjazdem dzieci dostają listę rzeczy, które muszą zabrać.Niby podstawowe, oczywiste sprawy jak ręczniki, przybory toaletowe, ubrania i buty. Jednak po przeanalizowaniu listy przeważnie okazuje się, że to i owo trzeba dokupić, bo strój kąpielowy już lekko ciśnie, czepek i okulary gdzies się zawieruszyły, dresy zaś jakby się deczko skurczyły, a piżama z kolei już okropnie sprana, a to skarpety, a to nowe majty by się przydały i tak się powoli uzbiera lista zakupowa na kilkadziesiąt euro.
Na obóz można też zabrać parę euro na pamiątki czy lody, ale kwota jest ograniczona. W tym roku było to maksymalnie 20 euro.To jest bardzo, ale to bardzo mądry pomysł, bo wszyscy mają po tyle samo i ci biedniejsi i ci zamożniejsi. Nikt się nie wywyższa. Bardzo niemiło wspominam zakupy pamiątek z wycieczek w pl. Gdy dzieci bogatych rodziców brały kilkaset złotych i same nie wiedziały, co maja kupić, a biedne miały po 2 lub 5 złociszy i jak kupiły lody, to już na najdrobniejszą zabaweczkę brakło. W niejednych oczętach.zakręciła się łezka na widok cudów i dziwów zakupionych przez bogate koleżanki i kolegów. A wystarczy postawić rozsądne ograniczenia. Tak samo w kwestii słodyczy zabieranych na wycieczki. Tutaj dzieci miały ogólny zakaz zabierania do pociągu (tak samo mają w szkole) cukierków, chipsów, napojów itp. Dozwolone były tylko małe paczki mentosów, tic-tac'ów itp. Pewnie ten czy ów wziął więcej niż można było, ale nie było masowego obżerania się chipsami, ciastkami, i popijania niezdrowymi napojami, co w pl niejednokrotnie kończyło się bólami brzucha i innymi nieprzyjemnymi objawami.

W poniedziałkowy poranek tata zawiózł dziewuszki wraz z bagażami na dworzec kolejowy, gdzie walizy przekazał pracownikom Urzędu Gminy, którzy busem je mieli przetransportować na miejsce docelowe, a dziewuchy pod opiekę nauczycieli. Nie mógł czekać na odjazd pociągu, bo spieszył się do pracy. W ostatnich tygodniach i tak co chwilę jakieś wolne z tej czy tamtej przyczyny musiał brać, więc lepiej nie przeginać. Ja w tym czasie odwoziłam Młodego do szkoły. Oj, było z tym problemów, bo Niuniu nie chciał iść sam do szkoły, chciał również z siostrami pojechać 'treinem' (pociągiem) na wycieczkę i nocować poza domem.Potem z kolei zaczął się zastanawiać, czy one aby wrócą do niego, bo jak nie wrócą dziś ani jutro, to nie wrócą wcale.Gdy go odbierałam po południu, to najpierw zapytał, czy dziewczyny są w domu i zmartwił się odpowiedzią przeczącą. Potem jednak przeszedł nad tym do porządku dziennego i całe szczęście.
Ja natomiast w poniedziałek, jak tylko wróciłam z pracy, zabrałam się za pisanie listu do moich dziewczyn, by, jak zwyczaj nakazuje, czym prędzej wysłać go na adres ośrodka BLOSO. Wysłałam dopiero we wtorek, ale tu listy szybko dochodzą, bo wszędzie blisko. We wtorek też otrzymałam list od Tesy. Zu oczywiście jak zwykle stwierdziła, że nie wiedziała o czym pisać. Tesa napisała oczywiście zanim otrzymała list z domu. Mimo, że miała za sobą zaledwie jeden dzień na obozie, list był dość długi i - moim zdaniem -świetnie napisany. Miło mnie to zaskoczyło, bo to był jej pierwszy w życiu list. Stwierdziłam, że talent i zamiłowanie do pisania listów odziedziczyła po matce. Czasami musiałam chwilę się zastanawiać nad sensem poszczególnych wyrazów, gdyż ortografii polskiej niestety nie zdążyła ogarnąć przez zaledwie 2 lata nauki czytania i pisania w Polsce. Z tym, że Młoda lubi czytać i czyta, jeśli tylko ma co, po polsku. Po niderlandzku też trochę, ale na razie raczej proste książeczki.
Pozwolę sobie tu list ów zacytować pozostawiając ortografię tak jak jest, bo to dodaje uroku temu tekstowi. Tekst jest dodatkowo ilustrowany, ale tego Wam już nie pokażę (coś trzeba zachować dla siebie).

"Droga Mamo, Tato i Izydorku!

Podrusz mineła szybko. Ale pokoje mamy strasznie małe w poruwnaniu do jadalni czy chali sportowych. A jak jusz o sportach muwie to powiem co robilismy pierwszego dnia: pierwsze sie wypakowaliśmy i poszliśmy na obiad a na obiad była zupa, ziemniaki, czerwona kapusta i mienso.
A sporty pierwsze rolki a potem rowerowanie na rampach.
A w łuszku spało mi się super bo śpie na górze a reszta z naszego pokoju na dole.
W drugim dniu jusz rano zapowiadajom sporty judo, piłka norzna i jakiś squach.
Na śniadanie jedliśmy kromki z czym chcemy i jak ktos chiał mugł sobie wźońć płatki z mlekiem.
To wszystko jak na teraz.
Kocham was.
O i jeszcze jednak coś bo w pierwszym dniu byliśmy w nocy na spacerze do starych młynów na stromych górkach i zgadnij co wszyscy robiliśmy? Sturliwaliśmy się z nich i to jusz wszystko.
Autor: T... ...."


"wycieczka do starych młynów na stromych górkach"


Tym o to sposobem wiecie, jak wyglądał początek obozowych atrakcji. Na tym jednak nie koniec. W kolejnych dniach było wiele atrakcyjnych, interesujących zajęć nie pozwalających dzieciom się nudzić ani przez moment. Dzieci nie mogą zabierać na wycieczki telefonów, smartfonów, tabletów ani innej elektroniki.Nie wolno też do nich wydzwaniać ani odwiedzać, żeby nie wiem jak blisko było, na co - jak znam rodziców - wielu by pewnie miało ochotę. I bardzo dobrze. Mają się uczyć samodzielności, odpowiedzialności za siebie i za innych, współżycia w grupie. By nie nudzić się wieczorami w pokojach, każdy miał zabrać jakąś grę do zabawy z kolegami i książkę do czytania. W trakcie dnia - tak jak mówiłam - opiekunowie dbali, by cały czas coś się działo. Od czasu do czasu pozwalali nam rodzicom podglądnąć, co robią nasze pociechy, wrzucając fotki z niektórych zajęć na niezastąpionego facebooka. Przed wyjazdem dzieci dostaliśmy list ze szkoły o możliwości wyrażenia pisemnej niezgody na publikację zdjęć dziecka na profilu dyrektora szkoły. Jednak chyba niewiele ludzi z tego skorzystało (jeśli ktokolwiek w ogóle), bo wszystkie zdjęcia były komentowane i lajkowane przez znajomych rodziców.
nasze Młode podczas jakichś eksperymentów

poszukiwanie jajek wielkanocnych :-)
Mogliśmy więc zobaczyć, że w ciągu pięciu zaledwie dni dzieci zaliczyły m.in. jazdę na rowerach, rolkach, squasch, ping-pong, judo, wspinaczkę, piłkę nożną, pływanie w basenie i na łódce (czy innych obiektach pływających), biegi, przeciąganie liny i tym podobne zabawy i sporty. Któregoś dnia szukali też czekoladowych jajek porozrzucanych przez nauczycieli w najróżniejszych miejscach, innego robili eksperymenty chemiczno-fizyczne i oglądali różne pokazy. Było tez trochę zwiedzania. No i ostatni wieczór w ośrodku (czwartek) tradycyjnie zakończył się imprezą. Każdy pakuje do walizy na tą okazję odpowiedni strój, czyli np kieckę lub koszulę albo po prostu ulubione jeansy i fajną koszulkę. Niektórzy w kilkuosobowych grupach przygotowują jakieś pokazy, występy, przedstawienia, które prezentują potem kolegom na początku wieczoru pożegnalnego. Po występach, jak nie trudno się domyśleć, znajduje się jakiś DJ i zaczyna się prawdziwa zabawa. Dzieci tańczą, i śpiewają wyuczone wcześniej w szkole piosenki po angielsku i flamandzku. W tym roku - jak relacjonuje moja młodzież - zabawa skończyła się coś koło pierwszej w nocy :-) No bo pewnie - jak się bawić, to się bawić.


Tesa trenuje wspinaczkę
Zajęcia na takich obozach są dość intensywne i jak się okazuje, chyba dość niebezpieczne, bo, jak wspominają dziewczyny, kilka razy przyjeżdżała karetka. Co prawda do starszej grupy (chyba ze średniej szkoły), bo u naszych na szczęście wystarczała pierwsza pomoc udzielana przez opiekuna, czyli plastry, bandaże i lód :-). O, jak to wśród aktywnych dzieci - ten z tamtym się zderzy, jeden spadnie z roweru, drugi zaliczy piłką w łeb. W szkole takie rzeczy też na porządku dzienny. Nie raz widziałam jak prowadzą do szkoły z podwórka szkraba z obdartym kolanem, śliwą na pół czoła. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu Doro też miał rozkwaszony nos przez koleżankę, gdy doszło do zderzenia czołowego, na szczęście jeszcze sie nie boi widoku krwi i oby tak zostało :-)
 Na złym przykładzie z tej starszej obozowej grupy z innej szkoły nasze dzieci przekonały się, czym mogą się skończyć nieodpowiedzialne zabawy i brak czujności. Dziewczyny widziały, jak ktoś spadł ze ściany wspinaczkowej z dość dużej podobno wysokości , po czym został wniesiony na noszach do karetki. A wszystko dlatego, że ci którzy mieli go trzymać na linach za dużo się wygłupiali. Tesa mówi, że w ogóle wielu starszaków się wydurniało,  bujało na tych linach asekuracyjnych i inne głupie rzeczy wyczyniało. No i się doigrali. Na szczęście ilość fajnych i zabawnych wydarzeń znacznie przeważała w opowiadaniach. Do tego czasu co jakis czas coś nowego się przypomni i mogę wysłuchać kolejnych pasjonujących relacji. Jednak w godzinę po powrocie buzia się nie zamykała, głównie Tesy, bo Zu tylko czasem coś korygowała lub dodawała.
A sam powrót też - myślę - warty jest wspomnienia, bo budził sporo emocji zarówno u tych wracających, jak i czekających na powrót urwisów z piątej i szóstej klasy.
Po odebraniu Dora ze szkoły pojechaliśmy rowerem prosto na dworzec, by czekać na nasze dziewczyny. Mąż bowiem wraca z pracy parę minut za późno, by zdążyć na ten pociąg, więc to my musieliśmy je przywitać. Dotarliśmy pierwsi na stację, ale zaraz potem zaczęli się schodzić inni. Rodzice, rodzeństwo, uzbierał się spory tłum oczekujących z wielką niecierpliwością. Każdy odbierał walizki i torby z gminnego busa i ustawiał się w grupce oczekujących rodziców. Wszystkie dzieci stały przy samych torach i mało oczu nie wypatrzyły. W końcu, gdy ledwie zabłysnęły w oddali światełka lokomotywy, zaczęło się szalone skakanie i piszczenie młodszych braci i sióstr..."trein! trein! trein!' krzyczały z radością. Młody siedział u mnie na rękach, bo zimno było okropnie, i po zobaczeniu świateł z przejęcia cały zesztywniał i zaczął się mocno tulić do mnie. Po chwili zostaliśmy otoczeni przez tłum wysiadającej z pociągu młodzieży szkolnej (tu masę ludzi podróżuje pociągami), ale nasi jechali gdzieś w końcowych wagonach i nie mogliśmy się dopchać do nich. Gdy pojawiły się pierwsze znajome twarze, Doro zaczął się baczniej w ten tłum wpatrywać.Trzymałam go wysoko, żeby widział najlepiej i w końcu zaczął wołać jedną, potem drugą, potem imiona ulubionych koleżanek dziewczyn. Obie siostrzyczki przytulił i ucałował, 'cuska' dostały też Marthe i Margot. Nie pamiętam, czy pisałam, ale Młody jest powszechnie znany w klasie dziewczyn, koleżanki i koledzy podchodzą, podbiegają często w szkole do niego i się witają, zaczepiają, a on jest szczęśliwy, że ma takich dużych 'psyjaciół' i, co ciekawe,  zna większość ich imion, rozpoznaje ich na ulicy i w sklepach.

Potem musieliśmy jeszcze trochę poczekać na walizkach na przyjazd taty. No, ja musiałam wrócić, tak jak przyjechałam, czyli na swoim ulubionym bike'u :-)



22 marca 2015

Czas na szkołę średnią

Zbliża się dzień, w którym moje najstarsze dziecko rozpocznie edukację w szkole średniej. W be dzieci, które mają za sobą 12 wiosen, a nadal siedzą w podstawówce, nie otrzymują dyplomu na zakończenie, a co za tym idzie, skazani są na kontynuację nauki w szkole zawodowej. Tak właśnie jest w przypadku naszej Młodej. Nie to żebym rozpaczała z tego powodu czy cuś, po prostu stwierdzam fakty. Ja tam nie jestem jakaś przeczulona na punkcie osiągnięć swoich dzieci. Pewnie, że się cieszę każdym ich sukcesem, ale nie to, że za wszelką cenę muszą te sukcesy osiągać. Ważne, by były zadowolone z tego co robią i cieszyły sie życiem, a ja będę im kibicować i pomagać w miarę możliwości.
Jak pisałam w zeszłym roku, mogła Zu po zakończeniu 6-tej klasy pójść do średniej, ale wybraliśmy opcję pozostania jeszcze jeden rok w podstawówce. Dziś uważam, że dobrze zrobiliśmy. Po pierwsze tegoroczna klasa piąta jest bardzo sympatyczną i koleżeńską grupą (dla tych, co nie na bieżąco - z szóstej poszła do piątej). Córka mimo, że ciągle trzyma się raczej z boku, jest traktowana przez wszystkich z dużą sympatią, koleżanki i koledzy o nią dbają, pomagają, uśmiechają się, zawsze z daleka wołają 'dag!', raczej ją lubią. Myślę, że to wszystko jest bardzo ważne dla mojej córki, że to może być kolejny kroczek do otwarcia się na ludzi. Niektórzy adoptują się szybko do nowego, jak ja, inni potrzebują czasu, a jeszcze inni jeszcze więcej czasu, by odnaleźć się w nowym miejscu w nowych okolicznościach. Po drugie właśnie, to ten czas. Rok czasu to ciągle za mało. Za mało by nauczyć się języka, za mało by poznać dobrze prawo, zwyczaje, kulturę, za mało, by czuć się pewnie, za mało by tubylcy przestali być obcymi. Jednak rok czasu to też dużo. Przez rok można wiele rzeczy się dowiedzieć, nauczyć, poznać. Po roku wiele twarzy zaczyna się rozpoznawać w tłumie, wiele z nich potrafi się skojarzyć z imieniem, nazwiskiem, miejscem pracy, powiązać z innymi twarzami. Tak więc dziś zarówno ja, mąż, jak i nasze dzieci rozpoznajemy w tym tłumie panie i panów ze sklepów, z apteki, z banku, pana doktora, dentystę, rodziców koleżanek i kolegów naszych pociech etc, etc. Wielu z nich także nasze facjaty kojarzy, niektórzy zagadują podczas przypadkowych spotkań. Wiem też, że i w kwestiach językowych córki przez rok sporo się nauczyły, poznały wiele nowych słów, zwrotów, zasad gramatyczno ortograficznych. Niestety nadal żadne z nas nie posługuje się dobrze tym językiem, jeszcze długa droga przed nami, ale każdy tydzień, każdy miesiąc do tego momentu nas przybliża, do tego momentu, w którym zaczniemy normalnie rozmawiać, pisać i czytać po niderlandzku. Dlatego uważam, że to nie był zmarnowany rok dla mojej Młodej.
Po trzecie, przez ten rok ja znacznie poszerzyłam swoją wiedzę na temat belgijskiego systemu oświaty, także w kwestii szkoły średniej. Jeszcze pod koniec zeszłego roku szkolnego nie miałam fioletowego pojęcia, jak to wszystko funkcjonuje (mówicie, że zielonego?!...zielonego tym bardziej). Nie wiedziałam ani jakie są szkoły, ani jakie kierunki, ani w ogóle nic. Przez ostatnie miesiące przejrzałam wiele stron w sieci, szukałam, tłumaczyłam, czytałam. Niestety po polsku znalazłam tylko parę pobieżnych informacji, dlatego korzystałam głównie ze stron belgijskich wspomagając swoją znajomość niderlandzkiego niezastąpionym tłumaczem google. Dziś moja wiedza jest chyba wystarczająca, by zacząć od września przygodę ze szkołą średnią. No tak, oczywiście, że to moja córka będzie w tej bajce grać główną rolę, ale już się przekonałam, że tu w be rodzice są bardzo związani ze szkołami swoich dzieci i odwrotnie. Każde dziecko jest postrzegane jako jednostka i traktowane indywidualnie. Każdy krok na drodze wychowania i edukacji jest omawiany indywidualnie z poszczególnymi rodzicami i każda decyzja podejmowana jest wspólnie. W pl teoretycznie też tak jest, teoretycznie...



Mimo wielu kłopotów i stresu jakich dostarcza nam co dnia życie, a w tym edukacja naszego potomstwa, jestem zachwycona tutejszą szkołą i w ogóle całą społecznością, co powtarzam pewnie do znudzenia na tym blogu, ale jestem  wzruszona tym, jak traktowane są tutaj moje dzieci i my wszyscy. Ani razu przez prawie dwa lata nie dano nam odczuć choćby przez moment, że jesteśmy tu obcy. Pewnie, że sami tak się często jeszcze czujemy, bo mimo obopólnych chęci,  nam brakuje ciągle kompetencji językowych do pełnego udziału w życiu wsi.Ale nam tego nie wytykają palcami, tylko przychodzą, zagadują jak gdyby nigdy nic.
wiosna rok temu

Tak czy owak dzień dzisiejszy był ważnym i bardzo interesującym dniem dla naszej rodzinki. Dowiedzieliśmy się i doświadczyliśmy na własnej skórze, jak wygląda przeciętny dzień otwarty we flamandzkiej szkole. Jeszcze w zeszłym roku nie miałam pojęcia, że każda szkoła średnia robi dzień otwarty, w którym to dniu rozpoczynają się oficjalne zapisy na pirszorocznych. Zapisy trwają do końca wakacji, ale jak wszędzie - kto pierwszy, ten lepszy. Im lepsza szkoła, tym trudniej się dostać. Dni otwarte zaczynają się już w okolicach Bożego Narodzenia, przeważnie w soboty lub niedziele, żeby można było całą rodziną pójść i obejrzeć szkołę oraz ewentualnie zapisać dziecko. Powiem szczerze, że kombinując wedle polskich zwyczajów i standardów zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam. Ot formalność, gdzie wpadamy do szkoły, w sekretariacie zapisujemy dziecko odpowiadając na (i ewentualnie zadając) standardowe formalne pytania, oglądamy budę i spadamy. A tu popatrz, niespodzianka,  wszystko wygląda inaczej niż moja fantazja była w stanie wydumać.

Już zastanawiający był dla mnie brak miejsca na parkingu w pobliżu szkoły i liczne rodziny wyraźnie zmierzające w stronę bram szkoły. Na stronie szkoły stało, że zapisy od 10 do 17 godziny, więc wyjechaliśmy o 10-tej, żeby mieć to najszybciej za sobą i wiedzieć na czym się stoi. Na tej szkole mi zależało z dwóch powodów: primo mieści się w tym miasteczku, w którym oboje z mężem pracujemy, co w kwestii wywiadówek i innych kontaktów ze szkołą oraz ewentualnego transportu do i ze szkoły jest nie bez znaczenia. Secundo w tej szkole w B klasie (beroep... - zawodowa) oprócz standardowych kierunków voeding (żywność i wszystko co się z tym wiąże) i verzorging (opieka, pielęgnacja) oraz jakichś męskich kierunków (nie interesowałam się, więc nie pamiętam) jest jeszcze kierunek moda. Nie wiem, co wybierze moja córka, ale wydaje mi się, że im większy wybór tym lepiej. Na dzień dzisiejszy najbardziej zależy mi na tym, by zainteresowała się nauką w ogóle i polubiła nową szkołę.

Pierwsze dwa lata w szkole średniej są czasem obserwacji. (to m.in. wyguglowałam w trakcie wędrówek sieciowych). Młodzież ma wszystkiego po trochu, by zorientować się, co się z czym je i mieć czas na odkrycie swoich zainteresowań, talentu i być może powołania do tego czy innego zawodu. Pierwsza klasa jest klasą powtórzeniową i wyrównawczą. Niektórzy po jednym roku w B klasie i nadrobieniu braków, idą do pierwszej technikum lub liceum. Szkoła zawodowa, tak samo jak w pl, nie cieszy się popularnością, dlatego szkoły przyjmują tylko po kilkanaście osób. W szkole, do której się wybraliśmy dziś, przewidziano 16 miejsc w B klasie i jak zapisywaliśmy Młodą było na liście tylko parę nazwisk.
Ale chciałam opisać, głównie dla czytelników z pl, jak wyglądał ten dzień otwarty. Jako się rzekło, pod szkołą ujrzeliśmy tłum. Z pierwa lekko nas ten widok przeraził. 'No nie mówcie, że te pareset człowieków czeka na zapisanie?!!'... taka słodka myśl przebiegła mi przez łeb. W sumie mój łeb miał rację - pareset człowieków czekało faktycznie na zapisy, ale to czekanie było dość urozmaicone... Ale po kolei. Zaraz pod bramą kobieta (pewnie nauczycielka) podarowała nam kilka gęsto zapisanych kartek z numerkiem 924 'na grubo' i kazała udać się do sali komputerowej w celu dokonania elektronicznej rejestracji. Po uporaniu się z tym zadaniem, czyli odpowiedzeniu na kilkanaście pytań osobistych, zostaliśmy wysłani na wycieczkę z przewodnikiem. Jako, że mąż lepiej mówi po angielsku niż ja po niderlandzku, oprowadzał nas po szkole anglojęzyczny nauczyciel. Czaicie? Każdą rodzinę lub grupkę 2-3 zaprzyjaźnionych rodzin oprowadzał po klasach inny nauczyciel. A tych ludzi było naprawdę sporo, bo nie tylko szóstoklasiści oglądali szkołę, ale i piątaki. Spotkaliśmy nawet parę znajomych z klasy dziewczyn, którzy wybierają się do tej szkoły za rok. Dziewczyny się ucieszyły z tego tytułu.
Oprócz tego w klasach czekali pedagodzy prowadzący poszczególne zajęcia, z którymi można też było porozmawiać, zapytać. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że tato najlepszej koleżanki naszej Tesy, mieszkający na tej samej co my ulicy, jest tam anglistą. Inna dobra informacja, to że pracuje tam też Polka, która już dziś nam pomogła, ale o tym za moment. W każdej sali wystawione były pomoce naukowe, prace uczniów i komputery, w których wyświetlane były adekwatne do klasy prezentacje. Przewodniczce można było zadawać pytania, ale sama od siebie w zasadzie mówiła o wszystkim, co nas interesowało. Po zakończeniu zwiedzania, dowiedzieliśmy się, po co ten numer mamy na kartce? Na jednym ze słupów pani co jakiś czas wpisywała godzinę i zakres numerów, które będą mogły wejść do budynku G (tak był oznaczony nic szczególnego to nie znaczy). Na naszą kolej czekaliśmy gdzieś do wpół do pierwszej, więc to jednak nie tak hop siup z tymi zapisami. Jednak - miłe zaskoczenie dla człowieków z pl - pod szkołą każdy dostał świeżo upieczonego, gorącego gofra, stały (na bieżąco uzupełniane) termosy z gorącą kawusią i kubki jednorazowe oraz wielkie pudła z mlekiem i soczkami w kartonikach. Przeto w sumie czas dość szybko minął i w brzuchu nie burczało. Zapisu uczniów dokonywało kilku ludzi, dlatego sprawnie i szybko to szło. Gadaliśmy trochę po niderlandzku, trochę po angielsku. Całą heca polegała na potwierdzeniu i ewentualnym uzupełnieniu tego, co wpisaliśmy wcześniej w Internecie (dobry pomysł usprawniający rejestrację) i podpisaniu formularza. Większość kończyła rejestrację w tym miejscu. My jednak zostaliśmy skierowani do osób odpowiadających za pomoc uczniom z problemami różnymi. U Zu tym problemem jest, jak wiadomo, język i charakter. Tu właśnie - gdy nie mogliśmy do końca zrozumieć się w szczegółach - się okazało, że pani zadzwoniła do polskojęzycznej koleżanki, której jednak nie było na terenie szkoły, ale przetłumaczyła, co trzeba było przez telefon. Mieliśmy też okazję poznać dyrektora szkoły, który okazał się być sympatycznym facetem. Po przedyskutowaniu pobieżnym faktów stwierdził, że jest ok i potwierdził zapisanie Młodej. Jednak powiedział, że jeszcze będzie rozmawiał z obecnymi nauczycielami i CLB, żeby potwierdzić, że córka nie ma skierowania do specjalnej szkoły itp, czyli, że nie cyganiliśmy :-)
W związku z czym można rzec, że na 99% Młoda tam właśnie będzie chodzić, a raczej jeździć (najpewniej rowerem, bo to tylko 6 km, a w be to popularny środek transportu szkolnego). Spodziewam sie tez telefonu w najbliższym czasie zapraszającego na jakąś rozmowę dodatkową, bo ta polskojęzyczna pani coś napomknęła. Póki co jutro mam spotkanie z CLB w podstawówce. 2 tygodnie temu było w planie, ale wychowawca się rozchorował i tylko mi zaproponowali psychologa w Brukseli, do którego z chęcią się wybierzemy, a nuż coś pomoże naszej Zu w jej problemach z komunikacją z innymi, może coś doradzi. Myślę, że nie zaszkodzi w każdym bądź razie. Jutro zaś mamy obgadać ogólnie postępy w nauce obu dziewczyn. Na wywiadówkę nie kazali mi wcześniej przychodzić, bo chciano dłużej porozmawiać niż standardowe wywiadówkowe10 minut i w większym gronie.

Obiecywałam relacje z obozu sportowego, ale postanowiłam opisać dzisiejsze doświadczenia. O sportklassen więc będzie następny post.

PS. Nie che mi sie edytować całego postu więc robię post scriptum.
Właśnie wyczytałam na fb u znajomej mamy, którą spotkałam w rzeczonej szkole, że oni tam przybyli o 7.40 rano i dostali 40 numer. Pierwsi rodzice czekali tam od 4 rano!!! Nie wiem, jak Wy...? ale dla mnie szok w trampkach ;-) Z powyższego wnioskuję, że jeszcze wiele rzeczy muszę się dowiedzieć o Belgii hehe