6 kwietnia 2015

Mechelen, zwiedzania Belgii ciąg dalszy

Dziś pogoda już nie taka ładna jak wczoraj niestety, niebo i słońce zasłaniają bure chmurzyska. Mimo to postanowiliśmy zaryzykować kolejną wycieczkę. Tym razem obraliśmy kierunek na prowincję Antwerpia. Małżonek ugotował przed południem pyszny rosół, więc dziś wyszliśmy z domu najedzeni... No co się tak dziwujecie? Faceci są ponoć lepsiejszymi kucharzami aniżeli kobitki.... Mój facet robi bardzo pyszne rosołki, jest wręcz mistrzem rosołowym... bo tylko to gotuje, jeśli nie liczyć parówek, kawy i herbaty. Od pozostałych dań i potraw oraz deserów jestem ja i czasem młodzież.
Najstarsza nasza pociecha nie należy do miłośników starych kamienic - co innego jakieś przyrodnicze obiekty oraz ruiny - została więc w domu, by w spokoju kontynuować kreowanie własnego świata w Minecraft (taka gra komputerowa dla ludzi z nieograniczoną fantazją - gdyby ktoś nie wiedział). Pojechał za to z nami hipopotam, któremu Młody robił za przewodnika relacjonując na bieżąco, co widać za oknem samochodu. Na szczęście hipcio został w aucie na parkingu.
A gdzie nas dziś poniosło? Ano do Mechelen. Dlaczego? Ostatnio podczas pociągowej podróży do Antwerpii zobaczyłam z  pociągu kilka budynków, które ładnie się z daleka prezentowały i postanowiłam się dowiedzieć, co one są? Internet pokazywał, że prawie wszystkie co ciekawsze obiekty w Mechelen znajdują się w centrum, no to pojechaliśmy.

Grote Markt, z tyłu widoczna dzwonnica św. Rumolda

Grote Markt


Grote Markt i fikuśny ratusz na wprost




Nie jest to może tak fantastyczne miasto jak opisywany wczoraj Gent, ale centrum też niczego sobie. Zobaczyć w każdym bądź razie warto. Centrum to Grote Markt czyli 'duży rynek'. Zabudowa typowa dla starych rynków - wokół kamienice, w nich główne urzędy, a po środku brukowany plac, do tego straganiki, sklepiki, kafejki. Wszędzie tak samo, ale w każdym miejscu coś innego, wyjątkowego, niepowtarzalnego.

Jedno miejsce bez wątpienia  zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Zresztą nie tylko na mnie - mąż i Młoda też byli zachwyceni. Nawet Doro zwrócił uwagę na imponujący, przepiękny budynek Katedry Świętego Rumolda (De Sint-Romboutskathedraal), bo o tym zabytku mowa. Wskazując nań zawołał z przejęciem - tam! patrzcie tam! - Po czym popędził w stronę kościoła. Naprawdę budowla ta robi wielkie wrażenie, zarówno z zewnątrz jak i w środku. Gdy stoi się pod murami wielkość i majestatyczny wręcz wygląd po prostu przytłacza. Wewnątrz zapiera dech w piersi.

Święty Rumold - jak czytam w Wikipedii - był irlandzkim mnichem, który podróżował po Europie nawracając ludzi na chrześcijaństwo. Założył on w VIII wieku opactwo Mechelen. Do dziś jest patronem tego miasta.

Kościół ten zaczęto budować już w XIII wieku. Przebudowano go w XV wieku. Niektóre części mają więc styl gotycki, neogotycki, inne są w stylu barokowym. W 1559 Mechelen zostało stolicą arcybiskupstwa a kościół stał się katedrą. Długość całkowita to ponad 100m, a cała powierzchnia kościoła ma bez mała 4 tysiące metrów kwadratowych.

Na uwagę zasługuje też dzwonnica, której budowę rozpoczęto w 1452 roku, ale nigdy nie dokończono. Budowano ją ponad 60 lat i przerwano na wysokości bagatela nie całych stu metrów z powodów finansowych, a w planach było 160m. Aktualnie na wieży jest punkt widokowy, ale wejście jest płatne, a że dziś mglisto i pochmurno, stwierdziliśmy, że szkoda wydawać kasy, bo i tak nic się nie zobaczy w taką pogodę. Od 1999 roku dzwonnica jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
W dzwonnicy tej jest prawie 100 dzwonów!!! Dokładnie są 2 carillony, czyli takie instrumenty (sama się musiałam dopiero tego dowiedzieć, bo nie wiedziałam co to carillon), które składają się wielu dzwonów na których mechanizm wygrywa melodie. W Polsce są carillony w Gdańsku, w Licheniu i w Częstochowie. Z tym, że tamte mają znacznie mniej dzwonów. Tutaj jest 2 razy po 49 dzwonów. Najbardziej znany z nich nazywa się Salwator i waży ponad 8 ton. Najstarszy jest z 1480 roku.
Od XVIII wieku z wszystkich czterech stron wieży wisiały zegary, tarcze miały większe niż na słynnym londyńskim Big Benie, żeby ludzie z daleka mogli widzieć która godzina i się nie spóźniali - jak podają legendy. Zegary te zostały zniszczone podczas bombardowania w II wojnie światowej i potem usunięte. Carillony grały co 7,5 minuty różne melodie, dzięki czemu ludzie bez zegarka wiedzieli, która jest godzina. Dziś słychać je rzadko, tylko w wyjątkowych okazjach.

Wewnątrz jest przepięknie. Po przekroczeniu drzwi kościoła spływa na wszystkich spokój i powaga. To daje się zauważyć na pierwszy rzut oka. To miejsce ma moc.





Spotkaliśmy sporo turystów w różnym wieku i różnej narodowości i każdy zwiedzał, zachwycał się w wielkim skupieniu i ciszy. Ludzie rozmawiali ze sobą szeptem, robili dyskretnie zdjęcia i nie dlatego, że był zakaz, bo nie było. Niektórzy przystawali lub siadali i wyraźnie się modlili, robili znak krzyża. To ostatnie zdanie może wydawać się dziwne tym, którzy znają tylko polskie kościoły, bo w Polsce dla każdego jest oczywiste, że w kościele się należy zachowywać odpowiednio, przeżegnanie się, uklęknięcie, modlitwa to rzecz oczywista i normalna. Jednak każdy, kto odwiedził belgijskie kościoły (nie wiem jak inne kraje), ten wie, że tutaj rzadko kto się modli, żegna, pod kościołami kobiety się opalają w stanikach, a kościoły częstokroć zwiedzane w hałasie i bez specjalnego zwracania uwagi na symbole religijne. Belgia to kraj wielokulturowy i wieloreligijny, ludzie nie są pobożni za specjalnie. Myślicie, że wczoraj tutaj ktokolwiek świętował tak jak w Polsce? No, wiele osób na pewno świętowało z rodziną, jadło, piło, nawet w radiu mówili, że ludzi dziś bolą brzuchy, bo zjedli za dużo jaj wielkanocnych, ale do kościoła pewnie poszło kilku emerytów, bo młodzi raczej rzadko odwiedzają kościoły. Tutaj wiele sklepów było otwartych (tych co zwykle w niedziele), rolnicy siali, orali itp. Byliśmy też swego czasu w najbardziej znanej Polakom brukselskiej Katedrze - pisałam o tym - tam nie było czuć powagi typowej dla kościołów. A w Mechelen owszem. Nawet ci którzy wyznają inną religię potrafili się dostosować i uszanować miejsce poprzez zachowanie ciszy.

Tak czy owak kościół jest piękny. Na środku filary z rzeźbami apostołów, po bokach przepiękne obrazy, tryptyki na drewnie i płótnie m.in. z XVI wieku, było też kilka rzeźb z około 1320 roku, na niektórych ścianach elementy malowideł z XIII wieku. Są tam też grobowce arcybiskupów.

I jeszcze coś, o czym chyba warto wspomnieć. W kościele jest też tablica upamiętniająca 26 pielgrzymkę zagraniczną Jana Pawła II do krajów Beneluksu w roku 1985. W Mechelen był Karol Wojtyła akurat w dniu swoich 65 urodzin (18 maja), gdzie odprawił nabożeństwo ekumeniczne i gdzie spotkał się na rynku z mieszkańcami tego miasteczka.

Poza tą katedrą w Mechelen jest jeszcze 7 zabytkowych kościołów. Wszystkie są blisko rynku, ale nie odwiedzaliśmy ich. Po drodze z parkingu mijaliśmy bardzo ładny kościół Świętych Piotra i Pawła (Sint-Pieter-en-Paul kerk). 
kościół Piotra i Pawła



w tle kościół Piotra i Pawła

Co jeszcze można powiedzieć o rynku. Ano ciekawostką jest, że ma on trzy ratusze. Jak szaleć to szaleć hehe. Pierwszy to Schepenhuis, w którym dziś znajduje się muzeum miejskie.

Drugi to Huis Den Beyaert. Budynek powstał jako noclegownia dla pielgrzymów w XII wieku, funkcje ratusza pełnił od 1474, a teraz jest w nim poczta.

Huis Den Beyaert - dziś poczta

Aktualny ratusz mieści się w dosyć skomplikowanym i fikuśnym budynku. Spora część to stare sukiennice, do których co jakiś czas dobudowano kolejne części. W drugiej części miała być dzwonnica, ale gdy handel suknem przestał się opłacać, brakło pieniędzy i dorobiono tymczasowy dach i tak już zostało na wieki. W 2006 roku postawiono jeszcze przy tym nowoczesny oszklony budynek, który moim zdaniem pasuje tu jak garbaty do ściany, ale w Belgii to typowe takie mieszanie stylów, dobudowywanie, upychanie w wolnej przestrzeni coraz to nowych pomieszczeń. Belgia, jak zapewne wiecie, ma bardzo małą powierzchnie w stosunku do liczby mieszkańców. Dlatego Belgowie nauczyli się tak kombinować.
nowoczesny kawałek ratusza dołączony do starych sukkienic

sukiennice, dzisiejszy ratusz

dziedziniec ratusza

sukiennice

ratusz i niedokończona nigdy dzwonnica

ratusz składający się z elementów powstałych w różnych epokach

sukiennice

5 kwietnia 2015

Gent, po naszemu 'Gandawa'


 Gent, stolica prowincji Flandria Wschodnia (Oost Vlanderen). Miasteczko to leży w północno-zachodniej części Belgii, tam gdzie rzeka Leie'a łączy się ze Skaldą. Tamte tereny - jak to zwykle w okolicach rzek bywało - zamieszkane były od bardzo dawna. 
Już za czasów Celtów życie tam się kręciło ładnie. Jak głoszą legendy, podobno pewien francuski mnich wskrzesił tam człowieka (jedni mówią, że babę, inni, że chłopa) i od tego momentu, ludzie zaczęli się nawracać na chrześcijaństwo... Ale to było dawno, teraz w zasadzie głównie puste, często rozpadające się, ale ciągle piękne kościoły, kapliczki oraz nazwy ulic, szkół, szpitali noszące w nazwie imiona świętych świadczą o tym, że w pewnym momencie Gent, jak i pozostała część Belgii było miejscem pełnym chrześcijan, katolików...






wejście do kościoła św. Stefana
Obiecaliśmy sobie jakiś czas temu, że jak pogoda dopisze w święta, wybierzemy się na polską Mszę do Gent i przy okazji pozwiedzamy to miasteczko, które po zdjęciach w Internecie wydawało nam się interesujące. Wczoraj było zimno i paskudnie, już nawet skłaniałam się ku wnioskom, że pewnie Bozia nie chce widzieć w kościółku takich bezbożników przebrzydłych, a jednak się okazało, że dziś pogoda była przepiękna - ciepło, bezwietrznie, a do tego urokliwe obłoczki na niebie... To musi być jakiś znak z niebios niewątpliwie... :-)
kościół Świętego Stefana


Gent po polsku nazywane jest Gandawa, nie mam pojęcia dlaczego, ale tutejsza nazwa jest krótsza, więc jej używać będę. Od nas do Gent jest około 50 km. Nasza wielce dowcipna nawigacja (czytaj: nie ma kto zaptaszkować opcji 'prowadź tylko głównymi drogami') czasem kieruje takimi śmiesznymi polnymi i zawijastymi drożynkami, że człowiek zupełnie traci orientację hehe. Dziś też prowadziła na początku drogą najgłupszą z możliwych, ale się jej słuchaliśmy, bo zdarza się odkryć faktycznie lepszą, krótszą, bezpieczniejszą trasę, ale nie tym razem... Nic to z powrotem już jej sie polepszyło i do domu wróciliśmy normalną drogą, na której mogą się minąć dwa samochody... Czasem komendy wgrane w nawigację brzmią prześmiesznie w niektórych momentach... Uchachaliśmy się zdrowo, gdy podczas jazdy drogą, na której 2 rowery mijają się z trudem, z nawi padła komenda 'trzymaj się lewego pasa'... haha juz trzymanie się drogi jako takiej jest nie lada wyzwaniem... Ciekawa jestem, czy wy też rozmawiacie do swojej nawigacji? albo do komputera? Ja i M zawsze! Dobrze, że dzisiejsze sprzęty jeszcze nie potrafią słuchać i odpowiadać...

No dobra, do rzeczy...
W Gent Msze po polsku odbywają się w Kościele Świętego Stefana przy ulicy Academiestraat 1. Informację tą znalazłam oczywiście w sieci. Podaję tu adres strony parafii, gdyby ktoś poszukiwał.
http://www.gent.parafia.info.pl/?p=main&what=130

Kościół z zewnątrz nie robi wrażenia, co można zobaczyć na załączonych zdjęciach. Jednak w środku bardzo ładny. Gdyby ktoś chciał zobaczyć, odsyłam także do strony: http://www.godsnaam.be/wereldwijd/belgie/gent_stefanus.htm

Jak to w polskich kościołach bywa i tu można było ujrzeć tłumy ludzi podczas Mszy. Już dojeżdżając na miejsce zauważyliśmy brak miejsc do zaparkowania w najbliższej okolicy podanego przez gps-a 'celu' i całe rodziny zmierzające zdecydowanie w jednym kierunku, wszędzie słychać było polski język... Nie wiem, może ja mam jakąś cholerną obsesję albo pecha, albo uprzedzenia, albo zbyt wygórowane oczekiwania, albo wszystko na raz, ale znowu odniosłam wrażenie, że Polak nie darzy sympatią Polaka nawet, a może zwłaszcza, pod kościołem.  Bo do jasnej ciasnej chyba każdy nie głuchy ani nie głupi i jak słyszy polski język, jak widzi ludzia zmierzającego do polskiego kościoła, to chyba czai, że to swój jest, że rodak, krajan... No żeby się kuźwa jeden do drugiego nie uśmiechnął, nie zagaił... Nie! udają, że ogłuchli i oślepli... Próbujesz się uśmiechać, to patrzą jak na głupa, spojrzenie mówi: 'a co ja cię, człowieku znam, że się do mnie szczerzysz?'. Pewnie, że nie pojechaliśmy tam w poszukiwaniu nowych polskich przyjaciół i miziania się do swoich, tylko by posłuchać Słowa Bożego po polsku choć raz do roku. Taką mamy potrzebę wewnętrzną. Ale czy nie było by milej, gdybyśmy się wśród swoich mogli poczuć bardziej swojsko? Marzenie ściętej głowy...
Nie dawno byłam z Młodym tutaj u nas na Mszy w niedzielę i klimat bardziej mi się podoba, tylko że za mało rozumiem, a to nie jest fajne. I jeszcze co mi się podoba w 'naszym' flamandzkim kościele, to że przy wejściu są kolorowanki, kredki i książeczki dla dzieci, które można zabrać do ławki i maluch ma zajęcie na czas mszy. Świetny pomysł. W polskim kościele też sobie Młody szybko znalazł zajęcie - właził do konfesjonału, skakał, turlał się z innymi malcami, ale tamte zaraz dostały opierdziel i zostały potelepane przez swoje porąbane (sorry, ale moje zdanie w tej kwestii jest jednoznaczne...) matki, po czym - co oczywiste i normalne w tej sytuacji - dzieci zaczynały płakać, chlipać i wyć przez najbliższe kilka, kilkanaście minut. Nie wydaje mi się, by Jezus mówiąc: 'Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie' akurat to miał na myśli, ale co ja tam wiem...
Ja tam wyznaję zasadę, że dopóki dziecko zachowuje się jak dziecko, czyli łazi, zagląda wszędzie, bawi się, turla się po podłodze to jest tak jak być powinno, bo w naturze normalnego i zdrowego dziecka nie leży godzinne siedzenie w miejscu. Interweniować się powinno, gdy zachowanie malucha zaczyna przypominać harce dzikiej małpy i zaczyna stanowić zagrożenie dla siebie i innych. To jednak moje nic nie znaczące zdanie.

Po wyjściu z kościoła od razu zauważyliśmy kawałek starego zamku wychylający się zza muru pobliskiej kamienicy, więc poszliśmy sprawdzić, czy to aby nie ta budowla, którą widzieliśmy w necie i którą mieliśmy na liście wartych zobaczenia. Tak, to było to zamczysko.
zamek Gravesteen

 Gravesteen, zamek hrabiów. Wspaniała budowla, jak wszystkie zamczyska. Uroku dodaje jej to, że wybudowano ją nad rzeką. W zamku mieści się muzeum broni i zbroi oraz narzędzi tortur. To musi być bardzo ciekawe, zwłaszcza te narzędzia tortur, ale dziś nie wchodziliśmy do środka, bo nie byliśmy odpowiednio przygotowani finansowo. Bilet kosztował dychę od osoby, więc wnętrze następnym razem, kiedyś...

Gravesteen
 Dziś nastawiliśmy się na ogólne darmowe zwiedzanie centrum miasta. A jest na czym oko zawiesić. Gent jest fantastyczne. Zabytkowe kamienice nad rzeką, po której co chwilę płyną wycieczkowe łódki, barki i różne inne pływające dziwadła. Ulicami przemykają na zmianę tramwaje i bryczki.

Gravesteen
 No i to zamczysko, czad po prostu. Kocham stare zamki. Mogę godzinami  stać i patrzeć, patrzeć, patrzeć... Wyobrażać sobie, ile to kosztowało pracy, ilu ludzi musiało harować przy budowie, jak się tam żyło w tych zimnych wielgachnych kamurach....
Młody nie mógł napatrzeć się na wodę. Co w niej jest takiego, że czaruje wszystkie szkraby? Nie ważne, morze, jezioro, rzeka, staw czy zwykła kałuża albo umywalka, a dziecko przyczepia się do tego od razu i nie chce dać się odciągnąć.


 Po napatrzeniu się na wodę postanowiliśmy posilić się w pierwszej lepszej restauracyjce, jakich tu w Belgii nie brakuje nigdzie. Co ciekawe, wszędzie jest sporo ludzi, tutaj wielu emerytów, jeśli nie większość jada poza domem przynajmniej raz w tygodniu. Odeszliśmy spory kawałek od centrum pełnego turystów z całego świata, bo doszliśmy do wniosku, że na uboczu zapewne taniej, a i tłumów nie ma. Jedzonko dobre i niedrogie było, a dzieci na deser dostały po czekoladowym jajku i zającu gratis :-) Po obiedzie jeszcze trochę się poszwendaliśmy po miasteczku. Wrzucam tu trochę pamiątkowych fotek w kolejności losowej, bo już zmęczona jestem trochę na sensowne pisanie czegokolwiek. Dodam tylko kilka zdawkowych podpisów i krótkich komentarzy tu i ówdzie, zwłaszcza ówdzie....
 Czaderskie kamieniczki, na niektórych widniała data A.D. tysiąc sześcet cośtam cośtam, na innych tysiąc siedemset którys tam -stare toto.

 Niektóre stare kamieniczki są wyjątkowo ładne, inne takie sobie, pomiędzy nimi upchano nowsze i jeszcze nowsze...
okolice kościoła św. Elżbiety


 Patrząc na fantazyjne rzeźbione stare bramy zawsze sobie myślę, jak tym ludziom kiedyś sie chciało takie rzeczy robić?
 Byliśmy m.in. w okolicach kościoła świętej Elżbiety. To niedaleko centrum. Widzieliśmy, że do młodzieży już wiosna dotarła i już wydarli koce i koszyki piknikowe, i już się rozkładają na trawie pod kościołem. A co tam, że w trawie kałuże stoją...
kościół św. Elżbiety


kościół św. Elżbiety 

kościół św. Elżbiety


 W miasteczku mnóstwo jest fajnych, wąziutkich uliczek...





okolice zamku, morze turystów z wszystkich stron świata



 Córka uświadomiła mnie, że są drzewa, 'które zrzucają korę na zimę i to właśnie takie jak te na przykład'... Platan? Nie jestem drzewologiem, czy jak się tam znawca drzew nazywa :-) Jak zwał tak zwał, ale ładnie wygląda na tle błękitnego nieba.
 Gdzieś tam parkowaliśmy :-)
Wracaliśmy do domu wszyscy zadowoleni z wycieczki. Młody pełen wrażeń i nowych doświadczeń zmęczony zasnął zaraz, jak tylko ruszyliśmy. Nie zdążył nawet zjeść całego pączka z budyniem. Był tak zmęczony, że nie obudził się w trakcie przenoszenia do domu, co chyba pierwszy raz się zdarzyło. Potem spał długo (teraz jeszcze buszuje po domu), a po obudzeniu, ledwie oczyska otworzył kazał podać swojego pączka - dobrze, że nie zeżarłam, bo by się działo - musiał być smaczny...
widok z jakiegoś mostu podczas postoju na światłach
Strona zamku Gravesteen:
http://gravensteen.stad.gent/