15 kwietnia 2015

trochę wspomnień, trochę jedzenia i takie tam tentegesy

Gdy w 2010 roku przeprowadziłam się do mojego nowego faceta wraz z dziewczynami nie mogłam się nacieszyć jego, a od wtedy naszym, WŁASNYM mieszkaniem, w którym można robić, co się chce i kiedy się chce, nikt nie zagląda, nie komentuje, nie trzeba czekać w długiej kolejce na kibel, nie trzeba pchać się do koryta, żeby choć gryza chapnąć itd itp (kto dzieli dom z wieloma osobami, ten pewnie wie o czym mowa). Było nam tam bardzo fajnie przez te 3 lata, które tam mieszkaliśmy. Dziś jednak z perspektywy czasu i okoliczności już trochę inaczej to widzę. Nadal tamtą przeprowadzkę i decyzje uważam za słuszną, jednak odkąd poznałam, co to znaczy DUŻE, PRZESTRONNE mieszkanie, z tamtego zachwytu się zaczynam śmiać. Ale dzięki tamtym i innym doświadczeniom, tym małym krokom ku lepszemu mogę jeszcze bardziej docenić każdą chwilę naszego życia i tego, co mamy teraz.
Najsampierw miałam swój pokój, potem dzieliłam go z moimi dziewczynkami, całe nasze 16 metrów kwadratowych - czad. Potem mieliśmy 35 metrów na 5 osób. A potem przywiało nas do stolicy UE, gdzie wynajmowaliśmy 100 metrowy apartament z wielkim ogrodem. 3 pokoje, salon, kuchnia i piwnica, po 3 latach w kawalerce to po prostu ogromna przestrzeń. Ktoś może się zastanawia, po cholerę nam było takie giga mieszkanie, gdy nie mieliśmy zbyt wiele kasy i skoro na 35 metrach się mieściliśmy wcześniej? Cóż Belgia to nie Polska. Tutaj chcąc mieszkać legalnie z rodziną, trzeba tej rodzinie stworzyć odpowiednie warunki. Nie zameldujesz się, jeśli nie masz pracy lub nie udowodnisz, że masz tu za co żyć. Nie zameldujesz dzieci, jeśli policja nie potwierdzi, że każde z nich ma tu swój własny kąt, czyli przy trójce dzieci nie ma mowy o zamieszkaniu w dwupokojowym mieszkaniu. No i bardzo dobrze.

Teraz mamy do dyspozycji cały piętrowy domek z małym ogródkiem i małym budynkiem gospodarczym zwanym szopą. I to jest super, że człowieka na to stać... W naszej kuchni w pl mieściła się spokojnie jedna osoba. Jak kogoś drugiego nagle przydarło w celu zrobienia sobie np kawy, nijak nie szło się pomieścić. Do tego część rzadko używanych rzeczy, ziemniaki, dżemy itp trzymaliśmy w piwnicy 4 piętra niżej. W okresie letnim w naszym mieszkanku 35metrowym na 4 piętrze było bardzo gorąco. Już po zagotowaniu wody na herbatę zaczynała się tam robić sauna. A gotowanie to było dopiero zabawne ani garnka gdzie postawić ani się obrócić... Ale co tam i tak gotowałam, nawet chleb sobie czasem piekłam, jak mnie naszło. Ba, w tej giga kuchni upiekłam tort, ciastka i parę ciast na przyjęcie z okazji naszego ślubu. Jednak dziś nawet w myślach nie mam ochoty wracać do tamtego mieszkania. 5 osób na 35 metrach kwadratowych to jest męczarnia, nie życie. Jak to mawiają - gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Pomieściliśmy się nawet z łóżeczkiem dla niemowlaka, wózek już niestety musiał siedzieć na klatce schodowej, sąsiedzi pewnie nie byli tym zachwyceni, ale i im też się zdarzało dziwne rzeczy trzymać przed wejściem. Gdy napisałam słowo "wózek' przypomniało mi się jak ten wózek (ciężki jak szlag) nosiłam na 4 piętro (niby 3cie, ale plus tzw 'wysoki parter'- określenie którym urzędnicy bronią sie przed przymusem instalowania windy w bloku) i znosiłam na dół częstokroć razem z Młodym we środku, a często też razem z zakupami. Uff, już zanoszenie do domu brzuszyska w ósmym, dziewiątym miesiącu ciąży wraz z dwoma torbami zakupów było cholercia męczące. Dla mnie - wysportowanej, ale już 35-letniej wtedy ciężarówy, było to czasem nie lada wyzwaniem. Zadanie na pewno dużo cięższe niż dajmy na to dzisiejsze dojazdy na rowerze do pracy z pracą włącznie. Zdarzało mi się wisieć na poręczy w połowie drogi w celu złapania tchu, a czasem i kilka przystanków trzeba było zrobić. Było, minęło, ale czasem się wspomina. Hm, swego czasu odwiedziłam portugalską koleżankę, która mieszka na drugim i zarazem OSTATNIM piętrze i byłam wtedy bardzo, ale to bardzo zdziwiona, że oni tam mają windę... DWA PIĘTRA i WINDA - normalnie szok w trampkach.

 Jeszcze zanim wyemigrowaliśmy, małżonek zachęcając mnie do pozytywnego rozpatrzenia propozycji przyjazdu do be zachwalał mi wielkość kuchni, w której będę mogła realizować swoje fantazje kulinarne. No duża to ona była, ale beznadziejnie rozplanowana. Tego jednak facet nie mógł ocenić, bo mimo, że umie gotować, jeśli chce, to stosunkowo rzadko z tej umiejętności korzysta. W kuchni było troje drzwi, z czego jedne usadzone pomiędzy kuchenka i zlewem - to geniusz musiał wymyśleć. Musiałam zamykać wiecznie te drzwi na klucz, żeby mi ktoś nie otworzył, gdy będę wrzątek niosła z kuchenki... Ale to wszystko pikuś. Przestrzeń szybko ogarnęłam i rozmieściłam swoje kuchenne gadżety w sensowny sposób. Problemem stało się w be gotowanie z zupełnie odmiennego powodu, a mianowicie z braku materiału do gotowania. Na początku mieliśmy jakieśtam zapasy zabrane z pl, jakiejś padliny zwanej mięsem i ziemniaków się dokupiło, no i z głodu człowiek nie zdechł. Jednak w końcu zapasy się wyczerpały i trzeba było zacząć szukać ich po sklepie. Tutaj warto nadmienić (dla tych, którzy nie czytali początkowych wpisów), że mieszkając w bxl nie mieliśmy Internetu, zaś słownik jaki zakupiliśmy przed wyjazdem nadaje się co najwyżej na podtarcie tyłka i to nie bardzo. W nagłych potrzebach korzystaliśmy z Internetu w kafejkach albo próbowali złapać darmowy przez wifi z telefonu. Z tym, że każdy kto ma ruchliwe 2-letnie dziecko, wie, że z takim ziółkiem korzystanie z kafejki jest niemalże niemożliwe do wykonania, zaś darmowe wifi łapało tylko w jednym miejscu koło carrefour'a i to przy odpowiedniej pogodzie. W każdym bądź razie byliśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie i swojego nosa. Tak więc na początku nie mogłam w sklepach znaleźć wielu produktów - o czym już pisałam kiedyś. Przekonałam się też wówczas, że Belgowie trochę inne rzeczy i inaczej jadają niż my. Widziałam bowiem na półkach wiele produktów, co do zastosowania czy użycia których nie miałam zielonego pojęcia, zaś tych których poszukiwałam nie mogłam znaleźć w ogóle. Do tego bardzo krucho było z kasiorką i trzeba było bardzo, ale to bardzo oszczędnie ją wydawać. Kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i najtańsze, jakie udało się znaleźć. Dziś też staramy się kupować najtańsze produkty, ale wiemy, które nie odbiegają jakością czy tam smakiem od droższych. Czasem po prostu tańsze wcale się nie opłaca, bo albo nie da się tego zeżreć albo trzeba użyć dużo więcej i wychodzi cenowo tak samo, albo jest np nie zdrowe. Tak czy siak faktem jest, że dziś wydajemy na żarcie i tzw środki czystości jakieś 100 lub 200 euro (zależy od miesiąca) więcej niż w pierwszych miesiącach. Od początku zapisujemy nasze poszczególne wydatki, dlatego wiem, że przez pierwsze miesiące na w/w rzeczy dla naszej piątki wystarczało nam 300 euro. To mniej więcej tyle co w pl 300 złotych dla pięcioosobowej rodziny na jedzenie, czyli żadnych słodyczy, owoców, chipsów, napojów, lodów, tylko najtańszy chlebek, margarynka i wędlino- oraz seropodobne produkty, poza jednym płynem "do wszystkiego", jednym szamponem w rodzinnym opakowaniu i najtańszym dezodorancie NIC więcej.

 Powolutku z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc wszystko zaczęło się stabilizować. Ważne by dotrzeć do momentu, w którym płaci się wszystkie rachunki na bieżąco, w którym przede wszystkim wie się, co i za jaki czas oraz do kiedy się płaci. A pomyślcie ile tego wszystkiego jest? Czynsz, prąd, gaz, woda, Internet, telefon, telewizja, śmieci, podatek, ubezpieczenie domu, ubezpieczenie samochodu, ubezpieczenie ludzia, faktury za szkołę i pewnie jeszcze parę stałych opłat, których akurat nie pamiętam, a z których każda płacona jest w innym czasie i systemie. Jedno płacimy co miesiąc, jedno za pół roku, jedno na kwartał, jeszcze inne na rok itd, do tego jeszcze jakieś roczne wyrównania, niestandardowe opłaty. W nowym kraju z tym harmonogramem trzeba się zapoznać i rozplanować sensownie w stosunku do wypłaty, a to wcale nie jest takie proste. Przeto na początku nie raz i nie dwa dostawaliśmy nagle jakąś niespodziewaną fakturę, którą nawet czasem - nie znając języka - nie wiedzieliśmy do czego ona jest albo znowu jakieś upomnienie (które kosztuje jakieś 15 euro dodatkowo), kiedy na tą niespodziewana fakturę już zabrakło pieniążków. No i do tego wszelakie inne nieplanowane wydatki typu tłumacz przysięgły, opłaty urzędowe, fotograf, lekarz, bilety (bo trzeba było gdzieś pojechać, by cos załatwić) etc, etc., no i jakieś odzienie czy buty od czasu do czasu. Oj, jest tego wszystkiego wszędzie do zapłacenia i tu i w pl i w każdym innym kraju.

 A wracając do jedzenia. Po blisko 2 latach w BE, wiem już, co mogę ugotować na obiad każdego dnia. Znaczy się teoretycznie... bo w praktyce to jest tak, że czasem przez cały tydzień zasypiam wieczorami z niedokończoną myślą "co do jasnej cholery jutro na obiad..?!" i rano z tą samą myślą się budzę, a i w nocy czasem po przebudzeniu chwilę nad tym rozmyślam. Bywa, że mnie olśni w odpowiednim momencie, ale bywa też tak, że wracam o 13.30 z roboty i nadal nie znam odpowiedzi na to arcytrudne pytanie. Niekiedy w takiej sytuacji frytki+jajco sadzone+surówka wydaje się jedynym sensownym rozwiązaniem. Czasem w pewnym momencie nachodzi mnie smak na to czy owo, ale albo nie mam potrzebnych składników 'na magazynie' albo czas przygotowania tegoż jest za długi w stosunku do czasu posiadanego. Obiad robię na godzinę 16.30 (plus minus), a o 15:15 wyruszam po dziecko do szkoły i z gotowaniem muszę się uporać albo przed albo po. No, czasem zdarza mi się zostawić ziemniaki lub zupę na włączonej kuchence, ale to zawsze ryzyko jednak jest, że albo się przyfajczą albo co gorsza z kuchenką coś się porobi - jak to mówią - diabeł nie śpi ;-) A co do tego 'teoretycznie', chodziło mi o to, że wiem już z grubsza co się tu z czym je i które z tych czymsiów łaskawie zjedzą moi domownicy bez większego marudzenia. Bo mniejsze marudzenie to jest zawsze przy pięcioosobowej familiji. Ten jest dziś nie głodny wcale, tamten nie ma ochoty na to, a kolejny woli płatki z mlekiem... Chcą to jedzą, nie chcą - nie jedzą, u nas w domu tak zawsze było i ja też nikogo nie zamierzam zmuszac do jedzenia tego, co akurat mi się danego dnia uwidziało upitrasić. Ja tam też nie zawsze mam na wszystko ochotę. Choć - przyznam - o wiele jest mi przyjemniej, gdy obiad zostanie zjedzony, a nie tylko przegrzebany w misce i wyrzucony do kosza, co się zdarza przy dzieciach bardzo często. W każdym bądź razie przy moich...

 Zastanawiacie się może, czy Polka w Belgii gotuje to samo co zwykła kuchcić w pl? To powiem Wam, że nie. Nie gotuje, bo się żywcem po prostu nie da. No, może są takie babki, które kupują wszystko w polskich sklepach i gotują po polsku, po swojemu także zagranicą. Ja jednak od początku stwierdziłam, że skoro mieszkamy w Belgii, to będziemy jeść to, co ten kraj nam oferuje. Nie jest jednak łatwo tak nagle się przestawić. Nawet chleb (a może zwłaszcza, wszak chleb to baza) belgijski ma zupełnie inny smak, niż polski. Próbowaliśmy chlebki z różnych piekarni i różnych sklepów. Jak dotąd chleb z Lidla najbardziej odpowiada naszym oczekiwaniom. Jednak co dziś mogę powiedzieć? Ano, że dziś, po 2 prawie latach nie smakuje mi już polski chleb! Zauważyłam to już na wakacjach będąc u siostry w pl. Kurcze musiałam się na powrót przyzwyczajać do smaku chleba, a dodam, że ona kupowała mój ulubiony wcześniej chleb. Teraz z okazji świąt wielkanocnych wybraliśmy się do polskiego sklepu w Antwerpii i tam męża naszło na chleb polski. Jedyne co mnie w tym chlebie zadowala, to przyzwoita grubość kromek. Przez belgijskie chleby zasadniczo widać Warszawę :-) Smak mi już nie leży. Przy pierwszej rozpoznawczej wizycie w tym sklepie (akurat byłam na kursie z interimu) zakupiłam tam polskie drożdżówki ze serem, uwielbiane kiedyś przez dziewczyny. Radość wielka, mało się nie pobiły która czyja, zjadły ze smakiem, ale za drugim razem już jakoś specjalnie nie chciały drożdżówek. Czyli co? Okazuje się, że to nie chodzi o to, że ichni chleb jest gorszy, tylko po prostu inny i wystarczy się przyzwyczaić do tego a nie innego smaku. Podobnie z innymi produktami i daniami. Choć cóż, wiem, że są tacy, którzy mimo wielu lat tutaj ciągle starają się kupować wszystko w polskich sklepach, co dla mnie jest - szczerze mówiąc - lekko dziwne. O ile nie dziwi mnie to w kwestii produktów w be nieznanych lub niedostępnych, czy np wędlin, które w pl ciągle są lepsze (mniej chemii) niż tu albo cenowo korzystniejszych. To takie rzeczy jak mąka, cukier, sól jakoś za bardzo chyba się nie różnią tu i tam. Przynajmniej ja tak uważam. Tak więc ja gotuję zaopatrując się w składniki wyłącznie w belgijskich sklepach. Na początku - jako się rzekło - miałam nie lada zagwozdkę ze skonstruowaniem czegokolwiek, co by się dało zjeść. Poszedł człowiek do sklepu, popatrzył po półkach, po pudełkach, torebkach, flaszkach, kartonach i próbował zgadnąć, co też kryje się pod tymi dziwacznymi obcymi nazwami? Do dziś po wielu miesiącach w be zdarza mi się pytać google tłumacza, jak to czy tamto się nazywa po niderlandzku, zanim zacznę poszukiwania w sklepach. Na szczęście zdarza się to coraz rzadziej. Zresztą, jak się ma Internet, to wystarczy rzucić pytanie na jakąś polonijną stronę i zaraz ktoś podpowie. Staram się jednak samemu znaleźć odpowiedź, bo prędzej wtedy słówko w głowie zostaje. Żeby smacznie gotować w be, oprócz poznania tutejszych nazw poszczególnych produktów, trzeba się moim zdaniem zapoznać z tutejszymi przepisami, co w przypadku posiadania niezastąpionego netu nie jest wielką filozofią. No i jeszcze bez wątpienia trzeba być otwartym na nowości i chociaż trochę poeksperymentować. Na obczyźnie bowiem próba sztywnego trzymania się znanych z pl przepisów kulinarnych mogła by spowodować nabawienie się nerwicy, rozstroju żołądka i zdecydowanego pogorszenia samooceny. Wiele produktów ma tutaj inne właściwości, co powoduje albo inny smak potrawy albo niewłaściwą jej konsystencję, wiele rzeczy jest całkiem innych, wielu zupełnie brak. Jednakowoż - moim nader skromnym zdaniem - większość problemów idzie przeskoczyć albo ominąć. Niestety potrzeba na to czasu i wielu prób, testów, eksperymentów. Przez pierwsze miesiące skłaniałam się ku teorii, że tutaj nie da się nic wiele ugotować, teraz wiem, że większość znanych polskich potraw jest wykonalna tylko nie koniecznie według starych babcinych przepisów. Np w be nie ma w sklepach białego sera w kostkach (tam może w wielkich sklepach w bxl by znalazł taki w puszkach, ale nie tu). Kazałam więc braci naszej zapomnieć o kochanych ruskich pierogach. Przez kilka miesięcy nie gotowałam więc. Potem byliśmy w polskim sklepie i se kupiliśmy 2 kostki, a potem postanowiłam spróbować zrobić ruskie z fety. Dało się zjeść, ale, krótka nać, jak to troliło kozą podczas gotowania, a fu! Odkryłam jednak, że jest 'grecki ser', na którego opakowaniu w składzie jest krówskie mleko a nie baranio-kozie i ten okazał się świetnym zamiennikiem polskiego sera, tylko że on jest słony, więc trzeba ostrożnie z przyprawianiem nadzienia pierogowego. A placki serowe z niego są lepsze niż z sera od krowy mojej mamy. Te placki robię zazwyczaj do zupy pomidorowej zamiast chleba albo do zupy z trybuli. Ta ostatnia to wynik moich zupełnie odjechanych eksperymentów pt "spróbuję - a nuż się uda". Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło, żebym wyrzuciła jakiś wynik takiego eksperymentu - nie zawsze nadaje się do powtórzenia i zachwytu, ale zazwyczaj da się zjeść.

 Na koniec dorzucę krótkie przepisy na nasze placki i ową zupę, która powstała w wyniku połączenia naszego rosołu (w be nie jedzą raczej) i ichniej zupki z trybuli. A nuż komuś się przyda, tylko w pl nie wiem, gdzie znajdziecie trybulę...?

 Obrazkowy przepis na serowe placki:
 3 szklanki mąki, 2 jaja, kostka sera greckiego lub zwykłego polskiego, 4-5 ugotowanych i startych ziemniaków (mogą być z 'wczorajszego obiadu',  1 pokrojona i podsmażona cebula, pieprz, sól.

Wszystko wrzucamy do jednej michy, mieszamy do powstania ciasta. Raz wychodzi rzadsze, raz twardsze - wszystko prawidłowo.

Urywamy małe kawałki, formujemy placuszki.

Smażymy je na tłuszczu i gotowe.




Można pochłaniać same np z ketchupem, albo jakimś innym sosem.

Najlepsze jednak są - jako się rzekło - w zestawie z zupą pomidorową, barszczem czerwonym albo opisaną poniżej zupą z trybuli.


placki serowe wyglądają tak :-)


zupa z trybulą smakuje o niebo lepiej niż wygląda
trybula, kervel - bardzo podobna do pietruszki ale inaczej pachnie i smakuje :-)
Jak zrobić zupę z trybulą? Łatwizna.
Ugotować rosół - nie musi być przejrzysty, klarowny i w ogóle jakiś tam super. Ot, zwykła woda z kury i warzyw, mądrzejsi powiedzą pewnie - bulion.. W celu otrzymania rosołu wrzucamy do gara (u mnie gar duży) kawałek kury (może to być kilka udek), ze dwie marchewki, pokrojonego pora albo cebulę, jakieś suszone zielsko typu liść laurowy, pieprz, ziele angielskie, kurkumę, lubczyk, pietruszkę - czy co tam państwo sobie chcecie - no i sól, można kostkę rosołową, jak ktoś nie gardzi chemią. Gotujemy, aż marchew i kura wymiękną. Nie zdejmując z ognia wyjmujemy kurę. Nie zaszkodzi też wyłowić większe zielsko jak liść laurowy. Po czym wsypujemy całą wiązkę pokrojonej trybuli i miksujemy. Można dać niekrojoną roślinę, ale się owija wokół blendera - próbowałam. Po osiągnięciu w miarę jednolitej cieczy, dodajemy śmietanę z 2 łyżkami mąki kukurydzianej lub 1 zwykłej, po chwili zdejmujemy z ognia i na koniec wrzucamy obrane mięso albo całe udka - jak kto woli. W oryginalnym belgijskim przepisie mięso też było miksowane, ale po wypróbowaniu nie spodobał mi sie efekt końcowy. Nie mamy w zwyczaju robic dwudaniowych obiadów więc zupa musi mieć jakąś konkretniejszą zawartość, a nie taka woda. Oprócz mięsa czasem dodaje też ugotowane wcześniej i pokrojone ziemniaki. Jak sie robi placki to jeden ziemniak w te czy w te do obrania nie robi różnicy :-)
Ta zupa ma specyficzny jakby lekko anyżkowy smak. Ważne, że nawet moje dzieci ją jedzą chętnie. Dla mnie fantastyczna.

Jak jeszcze odkryję coś wyjątkowo interesującego to Wam opowiem.

Aha jedno ciekawe, co wypróbowaliśmy kiedyś w knajpce, to gorący mus jabłkowy do kurczaka i frytek zamiast surówki. Młodej posmakowało nawet. W domu jeszcze nie próbowałam robić, bo nam się cycki z kury znudziły, ale przynajmniej wiem, po co Belgom ten mus jabłkowy w litrowych słoikach, który w każdym sklepie jest z jakich tylko firm.

A do wypróbowania przede mną jest typowo belgijski zestaw czyli smażone małże z frytkami. Odnoszę wrażenie, że to powinno być pyszniutkie, ale na razie nie znalazłam głupiego, który by się ze mną wybrał do pobliskiego "wiatraka" (w tej knajpce ponoć najlepsze w okolicy) spróbować tego jedzonka.