24 kwietnia 2015

żeby mi to było ostatni raz ;-)

Młody wczoraj po powrocie ze szkoły w pewnym momencie zaczął się żalić - A dziś mnie Jandel zucił - Przez głowę przemknęły mi dziwne myśli, ale dzielnie wytrwałam w poważnej minie na pysku. Po czym próbowałam wyjaśnić, o co chodzi - Jak to cię rzucił...? Może rzucił czymś w ciebie?
- Nie we mnie, tylko mnie zucił! - znerwiło sie moje dziecię - zucił mnie na ziemię i nózka mnie bajdzo bolała - tu zrobił bardzo zbolałą minkę, zagnieździł wielkie łzy w oczach - o tu kojanko, jesce mnie boli...
- Przewrócił cię jakiś łobuz, tak? - Upewniam się przytulając nieszczęśnika.
-Tak, bo Jandel jest głupi!!!
- Na pewno niegrzeczny łobuz z niego, ale nie możesz mówić o nikim, że jest głupi, bo nie ładnie... Pani pewnie na niego nakrzyczała....?
- Tak, ale nozka mnie jesce boli... Głupi Jandel, zucił mnie na ziemię... Ale to było ostatni raz, o-sta-tni-raz!
To ostanie zdanie zostało wypowiedziane w takiej intonacji, ze od razu sobie wyobraziłam jak Młody spuszcza komuś ostry łomot. W rzeczywistości ten 'Jandel', czy jak mu tam, jest starszym przedszkolakiem, który z racji tego, że jest dużym chłopakiem próbuje podnosić wszystkich mniejszych, nie wiem czy w dobrej czy złej wierze, ale w każdym bądź razie co jakiś czas kogoś "rzuci" na podwórzu i jest draka. Tak przynajmniej wyjaśniają sytuację dziewczyny.
Dobrze jest mieć starszaków w szkole, którzy są na bieżąco ze szkolnymi zdarzeniami, można od razu wiele niejasności wyjaśnić bez stresu. A zdanie - żeby mi to było ostatni raz - Młody dość często słyszy od taty, gdy któreś z trójcy nieświętej coś uwinie niefajnego. Jednak w jego usteczkach zabrzmiało o wiele groźniej niż taty :-)

A brać szkolna w ostatnich dniach żyła  Kermis'em, czyli lokalnym świętem, jarmarkiem. Kermis zaczął się dziś i trwa około tygodnia. Jednak już od kilku dni pod szkołę - centrum wsi - zjeżdżały karuzele, stragany i wszelakie inne atrakcje. Dzieci już przyniosły programy, formularze zgłoszeń do biegów i tp. Doro we wtorek z wielką radochą wyjął kartkę z teczki korespondencyjnej (wszystkie przedszkolaki mają specjalne teczki na korespondencję pomiędzy rodzicami a szkołą, zaś starszaki kalendarze szkolne) i wymachując nią wołał "Będziemy jeść frytki! Będziemy jeść frytki!" Czytam - no faktycznie w piątek przedszkolaki idą na karuzelę i frytki. Gdy mu powiedziałam o karuzeli, to emocje jeszcze bardziej wzrosły. Co dnia zasypiał ze słowem "karuzela" na ustach i budził się z tą samą myślą. Nie bardzo jeszcze wie, ile trzeba czekać na "pojutrze" ani tym bardziej "za kilka dni". Jak dotąd tylko "jutro" udaje mu się umiejscowić w czasie. W końcu się doczekał tego wesołego dnia. Wrócił ze szkoły bardzo zmęczony wrażeniami i rozdrażniony, jak zwykle po dniach pełnych atrakcji i nowości. Jednak, gdy zasiedliśmy do obiadu zaczęło się opowiadanie, jak to Dorcio kręcił sie na karuzeli i Elisa, i Stief, i Amin, i Fadi, i wszystkie dzieci. I juf Jolien się kręcił (u Dora zgodnie z polskimi zwyczajami są dwie opcje - albo ta juf Joliena albo ten juf Jolien, jednak to jest ta juf Jolien). Dorcio siedział na motorze a juf Jolien w autku, iłu-iłu nie było na karuzeli niestety. Tata pytał, czy jedli frytki? - Nie, jedliśmy "frietjes" - odparło nasze dzieciątko.

Starsze też przeżywały jak stonka wykopki, bo skąd wziąśc kasę na te wszystkie atrakcje? Bo w poniedziałek, gdy maja wolne, MUSZĄ Z TYM MAŁYM BĄBLEM SIEDZIEĆ, a WSZYSCY PRZECIEŻ PÓJDĄ NA KERMIS! Się olabidziły, onarzekały ale udało się im w miarę wytłumaczyć, że przed południem to nie wiele się będzie w poniedziałek działo i jak pójdą wpół do drugiej to jeszcze i tak się wybawią, zresztą jest sobota, jest niedziela... Podejrzewam, że już w niedzielę nie będą mieć ani centa z obiecanych 20 euro na łebka. Tyle im tata obiecał w nagrodę za opiekę nad Młodym przez całe ferie i ten nieszczęsny poniedziałek. Skakały jak porąbane, gdy ich zapytał, czy starczy na ten kermis... Poniżej stara fotka z Kermisu, ale następnym razem pokażę jak wyglądały dziewczyny po zejściu z tej szalonej maszyny, bo głównie o Xplosion była zdaje się mowa, kto wsiądzie?, kto będzie się bardziej darł?...
X plosion, pierwsze na liście atrakcji obowiązkowych :-)

A wczoraj jakie wróciły ze szkoły rozemocjonowane... Najsampierw w środę był problem językowy, bo napisali w agendzie, że trzeba przynieść w czwartek "laarzen" w reklamówce. No i dla młodych zagwozdka, czy to gumiaki, czy kozaki? Się uchachałam. Zaczęły prowadzić dochodzenie... Jedna mówi, że Nina mówiła, że nie ma "larzenów". Na co druga odpowiada -No tak, ale przecież ona całą zimę chodziła w trampkach, to skąd wiesz, czy myślała o gumiakach, czy butach zimowych.
W końcu się im kazałam zastanowić,  po co by im kazali buty zimowe przynosić we worku zamiast na nogach? I przypomniałam, że o jakiejś wycieczce było pisane parę dni wcześniej...
No więc rano tylko się kłóciły, kto będzie niósł reklamówę z dwoma parami gumiarów.

Byli nie daleko w lesie. Jednak ciekawe, czy ktoś by wpadł na to co tam robili? Ano łapali w ręce kijanki i maleńkie salamanderki i gdzieś przenosili, oglądali i wrzucali do wody... A Terce wskoczyła na czapkę jedna i się kręciła jak szalona, a temu jedna uciekła, a tamten znalazł taką śliczną, a pan opowiadał o tym , a pan pokazywał takie fajne miejsca, mówił o takich ciekawych rzeczach... Jedna przez drugą opowiadały, co dane im było odkryć w lesie. Nawet wielki foch przeszedł jak ręką odjął. A foch powstał wcześniej w wyniku stracenia przeze mnie cierpliwości... Przez ferie się tak państwo rozbisurmaniło, że prośby i nakazy przestało przyjmować do wiadomości i egzekwować. Chodziło oczywiście o minecrafta, a jakże. Zasada była taka, że gramy w weekendy (znaczy one grają) i ferie. To samo dotyczyło filmów ze wskazówkami do gry na You Tube. No ale po feriach coś się z zasadami porobiło i zaczęto je olewać totalnie. Nawet upomnienie kilkukrotne nie pomogło. Wiedziałam, że ferie to nic dobrego... Przeto płyta z jedyną kopią gry została zarekwirowana, a YT zablokowane całkowicie na komputerze dziewczyn. Moje wkurzenie było tak wielkie, że nawet nie sprawdzałam, czy da się to równie szybko odwrócić, jak dało się zrobić. I czy to ma jakieś skutki uboczne, bo to jakaś drobna modyfikacja pliku systemowego oczywiście wyguglownana na szybkiego. Dlatego powstał foch na matkę i na współlokatorkę, co doprowadziło do wojny słownej między tymi dwoma i delikatnej modyfikacji przestrzeni mieszkalnej. Hm, pościel i pluszaki jednej wraz z zawartością kosza na śmieci utworzyły wielką górę pode drzwiami do pokoju. Zaś majty i skarpety oraz mniej lub bardziej niezidentyfikowane obiekty drugiej uczyły się latać. To był na prawdę duży foch. Ważne, że wspomnienia z wycieczki sprawę ułagodziły i doprowadziły do rozejmu. Ach te dzieci.

Wczoraj miałam kolejne spotkanie z CLB. Miało się ono odbyć już dawno, ale 2 razy było przekładane, z powodu niedyspozycji któregoś z planowanych uczestników. Ostatnio korzystaliśmy z tłumacza przez telefon, gdyż moja znajoma nie mogła przyjść, a teraz CLB zaprosiło tłumacza do szkoły. Co bardzo im się chwali. Nawet się dziwiłam, że Pani pisząc do mnie smsy nie mówi nic o przyprowadzeniu kogoś do tłumaczenia, a to dlatego, że oni postanowili zafundować to ze swojej strony. Wczoraj rozmowa dotyczyła sytuacji obydwu moich córek. Na spotkaniu oprócz mnie, tłumacza i pani z CLB była też dyrektorka oraz trzech nauczycieli, którzy najlepiej znają dziewczyny. Tradycyjnie najpierw sytuację omówili oni w swoim gronie, potem opowiedzieli, co wydumali. W kwestii Zu tym razem było mniej, bo ona już zapisana do nowej szkoły, której przekazano podstawowe problemy Młodej (stamtąd zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami dzwoniono do aktualnej szkoły po info). Pani z poradni przedstawiła w skrócie, jakie informacje przekazała psychologowi, na spotkanie z którym ciągle jeszcze czekamy. Niby powinien zadzwonić niedługo z propozycja terminu pierwszej wizyty. To czekanie jest bez sensu, już prawie zapomniałam, po co mamy iść do tego psychologa w ogóle. Wcześniej bowiem sobie wszystko poukładałam we łbie, tak na świeżo po wysłuchaniu opinii nauczycieli, pani z poradni i poskładaniu tego ze swoją wiedzą na temat dziecka, byłam gotowa na spotkanie z psychologiem, miałam pytania, miałam informacje, własne teorie. Po 2 miesiącach wszystko się jakby rozmazało, wyblakło, straciło na znaczeniu albo nabrało nowych kształtów. Nic to pożyjemy zobaczymy.
Jedną ta szkoła ma prawie z głowy, więc teraz bardziej skupią się na drugiej. Teraz po prawie drugim  roku nauki i obserwacji stwierdzają, że z nl Tesa jest mniej więcej na poziomie końca 3 klasy, z matmy ma do zrobienia materiał z klas 5 i 6, bo teraz chodzi do czwartej na matmę. W związku z powyższym proponują nam do wyboru trzy wyjścia. Pierwsza opcja to cofnięcie Młodej o rok. Druga powtórzenie klasy piątej i trzecia - pójście do szóstej. Nauczyciele stwierdzają, że żadna z tych opcji nie jest idealna, ale wg nich najgorszy wybór to posłanie jej do szóstej klasy. Hm, mamy czas do czerwca, wtedy mamy przedstawić naszą decyzję, co robimy z Młodą. Dla mnie jako matki znającej dosyć dobrze swoje potomstwo (nie mylić ze zrozumieniem i prawidłowym wychowywaniem) jednak to pierwsza opcja jest najgorszą z możliwych. 2 lata różnicy jeśli idzie o wiek, w przypadku tej córki to akurat duża różnica. Druga sprawa to ambicja i duma oraz poczucie własnej wartości. Ona jest istota bardzo wrażliwą i bardzo się stara dobrze zachowywać i dobrze uczyć. Więc co by poczuła, gdyby w nagrodę wysłano ją do 4 klasy z piątej? Dziwię się, że samopoczucia dziecka nie wzięto tym razem pod uwagę, a tylko efektywność nauki podczas przedstawiania zalet i wad takiego czy innego wyboru a tylko jej szanse na dobrą pracę w przyszłości. Choć z drugiej strony, danie nam wyboru to właśnie pewnie przejaw troski o dobro psychiczne dziecka, bo to w sumie rodzic zna dziecko bardziej od tej właśnie strony. Druga kwestia przemawiająca przeciw 4 klasie to 2 polskie koleżanki, w aktualnej trzeciej (za rok czwartej), które raczej szkoły nie zmienią, a z którymi na pewno trzymała by się Młoda co ze względów językowych dla żadnej z nich trzech korzystne by nie było. Rozważamy więc dwie opcje. Po rozmowie z Tesą i jej reakcji, zaczynam skłaniać się ku pozostawieniu jej z ulubionymi koleżankami, czyli jednak mimo wszystko posłanie do szóstej klasy ryzykując nieotrzymanie dyplomu z powodu nieogarnięcia materiału z nl i matmy. Jeszcze mamy czas, będę rozmawiać z Młodą i rozważać wszelakie za i przeciw. Młoda ma też rozmawiać ze swoją panią od nl, bo z wychowawcą nie chce, bo to facet przecie :-) Ja też zresztą będę chciała jakoś pogadać z tą panią na spokojnie, bo to bardzo fajna kobieta jest i chciałabym jej przedstawić mój punkt widzenia i zarazem poznać jej zdanie. Ona już bardzo dobrze zna dziewczyny i ma z nimi świetny kontakt. Właśnie to od niej spróbuję się dowiedzieć, a może też od wychowawcy, czy Młoda ma jakiekolwiek szanse na zdanie egzaminu końcowego, gdyby solidniej niż dotąd zabrała się do nauki.To ostatnie oczywiście zależy od głównej bohaterki tej historii, ale chyba możliwość pozostania ze swoją kochaną grupą mogłoby wpłynąć bardzo, ale to bardzo motywująco na jej chęć do samodzielnej nauki. Bo to raczej ambitna istota. Tak sobie myślę, że może gdyby w okolicy był ktoś polskojęzyczny chętny je pouczyć nl np przez wakacje to było wielce pomocne, ale jak takiego szukać, to już nie mam bladego pojęcia. Z matmą bowiem to chyba same sobie możemy dać radę przy wskazówkach nauczyciela. To na razie ciągle tylko swobodne rozważania i szukanie pomysłu na wybrnięcie z kolejnego problemu. Po wakacjach siostrzyczki zostaną rozdzielone i liczę, że to pozytywny wpływ będzie miało na obie. Jednak znalezienie się w pojedynkę w niderlandzkojęzycznej gromadzie - moim zdaniem - zdecydowanie sprzyja opanowywaniu języka.
Tak czy owak nie lubię - jak chyba każdy - podejmowania decyzji mogących zaważyć o przyszłości moich dzieci. Zwłaszcza w takiej niejednoznacznej i bardzo niepewnej sytuacji jak w tym momencie. Bo żaden wybór nie gwarantuje sukcesu, a każdy może okazać się fatalny w skutkach za kilka lat.
Jako się rzekło - mamy czas. Sama też muszę dla siebie coś wybrać jeśli idzie o naukę własną. Nie będę ukrywać, że nauka niderlandzkiego raz w tygodniu, do tego w tak licznej grupie w jakiej jestem to dla mnie trochę marnowanie czasu. Jakby nie patrzeć, mam swoje lata i chciałabym jeszcze postarać się o inny zawód niż pomoc domowa, bo szczyt moich marzeń to to nie jest. Zwłaszcza, że sprzątanie to nie jest to, co tygrysy lubią robić w ogóle (już o najbardziej to nie ma mowy). Jednak potrzebuję się naumieć niderlandzkiego bdb i choć trochę francuskiego. Metodą raz w tygodniu to do usranej śmierci mi zejdzie. Szukam więc alternatywy. Pierwszym pomysłem było rozpoczęcie przynajmniej kursu francuskiego i kontynuowanie nl w tej samej szkole. Jednak zaczęłam szukać i pytać i trafiłam m.in na Mechelen (20 min pociągiem), gdzie są zajęcia 2 i 4 razy w tygodniu. Cztery razy to marzenie raczej, bo zajęcia od 13-16 i nawet jakbym godziny pracy przełożyła (raczej bez problemu), to Młody musiał by po 9 godzin siedzieć w szkole. Nie będę realizować osobistych fantazji kosztem dobrego samopoczucia dziecka. Bo wiadomo, że po powrocie musiałabym jeszcze ogarnąć chałupę i dla dzieci czasu zabrakło by zupełnie, a w moim wieku to też zmęczenie i stres. Więc bardzo poważnie myślę o wieczorach 2 razy w tygodniu plus 1 w tygodniu francuski tutaj o ile dni kursu, by się nie pokrywały. Internauci podpowiedzieli mi jeszcze m.in. podejście do 'Huis van het Nederlands".
 Gdzieś tam we wstępnych poszukiwaniach czegoś na temat nauki języka rzucił mi się na oczy ten 'dom niderlandzkiego', ale wówczas moja znajomość tego języka nie pozwoliła mi zrozumieć z czym się to je. Potem sąsiadka poleciła mi moją aktualna szkołą i się więcej nie interesowałam, bo i po co. Aż do teraz. Po podpowiedziach rodaków wyguglowałam jak zwykle, poczytałam na spokojnie i się dowiedziałam, że są takie jakby domy kultury dla obcokrajowców, gdzie można uzyskać pomoc w kwestii szukania np kursu, szkoły etc. O ile dobrze, to wszystko rozumiem. W Antwerpii jest jakiś Atlas i tam pewnie zajrzę, bo to blisko Dworca. Może tam mi powiedzą, gdzie mam jeszcze szkoły językowe i jakie są tam godziny, bo takie szukanie po poszczególnych prowincjach, miastach, gminach, gdy nie ma się obcykanej mapy BE, to jak szukanie igły w stogu siana.

Póki co to jednak ciągle tylko moje ambitne plany na przyszły rok szkolny, które mogą pójść w rozsypkę po byle pierdnięciu losu. Jednak marzenia są za darmo, a które z moich się uda zrealizować, to czas pokaże.

19 kwietnia 2015

kolejny kawałek Antwerpii obejrzany

Kilkanaście dni temu mieliśmy sprawę do załatwienia za Antwerpią. Trasa nasza wiodła przez okolice portu. Młody co raz wykrzykiwał, co widzi za oknem - Patrz woda!... Patrz zamek!... Mama, tata! tram! tram! tram!.... Ma-ta! patrzcie wielki dźwig i iłu-iłu (czytaj: straż, pogotowie albo policja). - Cały czas coś było wartego patrzenia i podziwiania, ale w pewnym momencie wjechaliśmy na most... Wtedy dał się słyszeć wrzask: "Zatrzymaj auto! Zatrzymaj auto! Statki! Wysiadam! Chcę wysiadać!... ZATRZYMAAAAJ AAAUTOOO!" Młody się wnerwił na grandę, bo ta droga niestety nie z tych, na których można się zatrzymywać i wysiadać kiedy się zachce. Na szczęście dało się go przekonać, że dziewczyny były by bardzo smutne, gdyby nie mogły obejrzeć z Niuniem statków i że przyjedziemy następnym razem z dziewczynami. Dziś obietnica została spełniona.

Obejrzeliśmy sobie więc wodę, parę statków i trochę rynku. W tamtej okolicy Antwerpii ze 3 dni by było co oglądać i fotografować, ale co niektórzy mieli dość po kilku godzinkach zaledwie - cieniasy. Ja tam mogłabym do nocy zostać z aparatem, łazić, zaglądać w każdy kąt i zbierać fotograficzne pamiątki.

Bez zbędnej pisaniny pokażę Wam po prostu, co widzieliśmy dziś. Pogoda dopisała, więc zdjęcia w miarę ładne, choć dalekie od profesjonalizmu, przeważnie robione szybko, bo reszta rodziny należy do wyznających zasadę "byle naprzód...".









Het Steen
 Het Steen - średniowieczny zamek. Ponoć najstarszy budynek w Antwerpii, budowany w latach 1200-1225. Wnętrze średnio ciekawe, większość urządzona po nowoczesnemu w celach rozrywkowych i jedzeniowych :-)
Het Steen

 Połączenie starego z nowym - typowo po belgijsku.
Het Steen w środku

napis także po polsku





zamek Het Steen


Na zdjęciach widać stary mur z kamienia, do którego dobudowano budynki. Nie wiem, nie chciało się burzyć, czy co? Trzeba mieć fantazje po prostu.

muzeum Vleeshuis

po lewej Vleeshuis

 Vleeshuis, dosłownie to chyba "dom mięsa". Ciekawa budowla. Na pierwszy rzut oka wygląda jak jakiś kościół lub klasztor. Tak z zewnątrz jak i wewnątrz. Nazwa jednak nijak do kościoła nie pasuje. Co się okazuje? Ano, że to faktycznie jest, znaczy był dom mięsa, czyli połączenie rzeźni z targiem mięsnym. Tym celom służył przez większość czasu. W pewnym momencie kupił go handlarz winem, sporą część przeznaczono na magazyny, był tam też teatr i galerie malarskie. Historia tej wielgachnej budowli ma korzenie gdzieś w średniowieczu. Obecny budynek ma  zaledwie 500 lat z hakiem.
Dziś mieści się tam muzeum.
http://www.museumvleeshuis.be/Museum_Vleeshuis_NL
Muzeum Vleeshuis

wnętrze Vleeshuis... zupełnie jak w kościele



Grote Markt - Rynek Główny

Grote Markt - Rynek Główny

Rynek

Rynek

rynek











Galeria De Zwarte Panter