30 maja 2015

O szczudlarzach z Merchtem :-)

 Właśnie wróciłyśmy z Młodą z Merchtem, gdzie obejrzałyśmy sobie fajną paradę. Mieliśmy jechać wszyscy na rowerach, ale pogoda dziś nas nie rozpieszcza. Nie dość, że zimno jak w psiarni, to jeszcze deszcz posikuje co pięć minut... Obawiałam się, że będzie lać, jak tylko zajedziemy do centrum i nie chciałam, żeby mi Młody przemókł i przemarzł...

Tylko ja i Młoda jesteśmy na tyle ciekawskie i porąbane, by ryzykować zmoknięcie dla paru fotek. Teraz powiem - a Tesa raczej się z tym z godzi - że ryzyko się opłaciło, bo ostatecznie nie padało, a warto było 2 godziny na chłodzie postać, bo za ciepłoto  nie było... Po powrocie do domu włączyliśmy ogrzewanie i się odgrzewamy teraz... No co? Jakby trzeba było drzewa narąbać i rozpalić w piecu to by się mi nie chciało, ale skoro ogrzewanie jest na jedno kliknięcie to co się będę cykać... Włączam na pół godziny i jest fajnie, pranie mi przy okazji wyschnie, bo po suszeniu na sznurach w ogródku z jakiegoś dziwnego powodu jest mokrzejsze, niż było po wyjęciu z pralki... no to przynieśliśmy do domu... No ale co ja tu o praniu...? Miało być o paradzie...

A parada była z okazji 70-lecia Szczudlarzy z Merchtem. Kiedyś sama chodziłam na szczudłach razem z bratem i wiem, że to wcale nie proste. No przynajmniej dopóki się człowiek nie nauczy, bo potem to i tańczyć można, i chodzić po schodach i biegać... Choć nasze szczudła to był śmiech w porównaniu z tymi, które widziałam dziś. Nie wiem ile miały nasze patyki od butów do ziemi, z 50-100 cm? To pikuś przy merchtemskich... No ale po kolei. Na początek opowiem całą historię wyczytaną po części w sieci, po części w folderach, które każdy mieszkaniec gminy otrzymał jakiś czas temu do domu.

 Królewscy Szczudlarze z Merchtem  (Koninklijke Steltenlopers van Merchtem) 


Przez Merchtem płynie rzeczka Molenbeek. Dawniej po większych opadach często wylewała odcinając tym samym ludzi mieszkających w Langevelde od świata. Jako że do centrum Merchtem i inne miejsca  jakoś trzeba było się od czasu do czasu przedostawać, więc wykombinowali by posłużyć się szczudłami. Szczudła jednak nie tylko w takich przypadkach były używane. Istniało bowiem wiele gier i zabaw z użyciem szczudeł. Na szczudłach można podobno rozgrywać mecze i walczyć.

Być może dziś już nikt by nie pamiętał o szczudlarzach z Lengevelde, wszak z czasem wszędzie strumyki i rzeczki uregulowano, poprawiono drogi i wszelaka komunikację i dziś nawet gdy zaleje jakis teren, to są inne metody na przedostanie się na suchy ląd.
Jednak po drugiej wojnie światowej w Belgii organizowano wszędzie uroczystości, ciesząc się z pokoju na świecie. Zwyczaj nakazywał każdej wiosce, każdej dzielnicy pokazać jakąś grupę rozrywkową.

No i tak mieszkańcy Landevelde wpadli na pomysł by zebrać grupę najlepszych szczudlarzy, zrobić sobie z papieru stroje w kolorach belgijskiej flagi, czyli żółto-czerwono-czarne i wykonać przemarsz na szczudłach różnych wielkości od 1m do 2,5 metra. Pomysł tak się spodobał, że odtąd byli zapraszani na pokazy do sąsiednich miejscowości. 

Tak oto w 1945 szczudlarze zaczęli działać oficjalnie i dostarczac ludziom rozrywki sami przy tym pewnie świetnie się bawiąc. Z czasem do grupy dołączono śmiesznych biegaczy, a raczej biegaczki (bo przeważnie to kobiety), którzy w trzy  lub cztery osoby w specjalnych drewnianych butach przypinają jedne wspólne (3- lub 4-osobowe) narty, a biegając w ten sposób byli bardzo zabawni.

Do dziś szczudlarze są symbolem naszej gminy, o czym może się każdy na własne patrzały przekonać, gdy skieruje się w te okolice. Na każdym bowiem wjeździe do Merchtem stoi drewniany ludzik na szczudłach .

Grupa działała cały czas przez 70 lat, podczas których z występami odwiedzili nie tylko całą Belgię, ale i resztę świata, poza sąsiednimi krajami, byli nawet w Japonii i Ameryce, a także oczywiście w Polsce a nawet Rosji. Ich występy dziś są o wiele bogatsze niż 70 lat temu. Dziś nie tylko maszerują, ale i tańczą, skaczą na tych szczudłach i inne cudactwa wyczyniają. Przy czym najdłuższe szczudła mają 4 metry od butów do ziemi. Tradycyjnie noszą stroje w kolorach flagi, ale też czasem wdziewają  na siebie najdziwniejsze przebrania.
 W okolicach mikołajkowych np. łażą po Merchtem w strojach Czarnego Pietrka i rozdają cukierki przez okna na 1 piętrze.

Grupa z chęcią przyjmuje nowych członków. Już w wieku 6lat można zapisać się do szczudlarzy i uczyć się chodzić, biagać, skakać na tyczkach przywiązanych do butów. Oczywiście debiutanci dostają znacznie krótsze szczudła. Te 4 metrowe to już dla starych wyjadaczy. Na początku jak nie trudno się domyśleć nowicjusze uczą się głównie spadać i przewracać, wszak takie przedsięwzięcia do całkiem bezpiecznych nie należą bynajmniej i podejrzewam, że każdy nie raz glebę zalicza.

Tak więc w tym roku przypada 70-lecie powstania zorganizowanej grupy szczudlarzy z czym wiąże się organizowanie szeregu imprez.


Nawet słynny siusiający chłopiec z Brukseli (Manneken-Pis) założył z tej okazji ubranko szczudlarzy merchtemskich.

Teraz pokażę więc parę obrazków uchwyconych na dzisiejszej paradzie.













czy można chodzić na kilkumetrowych szczudłach? no to ba!























szczudlarze z Francji



24 maja 2015

Byliśmy w najstarszym mieście w Belgii

Mąż podpytuje czasem kolegów, co warto odwiedzić w Belgii. I tak ktoś zaproponował miasto Tongeren, które leży w prowincji Limburgia. Od nas jakieś 140 km, ale tutaj wszędzie autostrady, więc taka odległość już mnie nie przeraża.
Tongeren istniało już podobno 15 lat przed narodzeniem Chrystusa, jest to więc najstarsze miasto w Belgii.

Jak już wybieraliśmy się taki kawał, to pomyślałam, że może jeszcze by o coś po drodze zahaczyć ciekawego. Na stronie, na której czytałam o Tongeren, zauważyłam odnośnik do ogrodu japońskiego w Hasselt i pomyślałam, że można by tam wstąpić w drodze powrotnej, co oczywiście zostało uczynione. Przeto dziś po raz kolejny pokażę Wam dwa ładne miejsca.

Jeśli idzie o Tongeren, to samo miasto nie jest jakiś powalające, niemniej jednak bardzo ładne i kilka obiektów w centrum warte zobaczenia. Może niezbyt fortunnie dobraliśmy dzień zwiedzania, bo najbardziej chciałam zobaczyć Bazylikę Najświętszej Maryi Panny i skarbiec. Jednak dziś było zamknięte dla ruchu turystycznego. Weszliśmy tylko na "zdrowaśkę" do kościoła, bo akurat odbywała się Msza Święta. Zauważyliśmy przy tym, że kościół był pełen ludzi, co tutaj nie często się widzi...
Bazylika jest przepiękna, to nawet po 5 minutach można stwierdzić bez zbędnego rozglądania się nawet... Według legendy pierwszy kościół wybudował tam Święty Serwacy, biskup, który szerzył chrześcijaństwo na tych ziemiach. Archeologowie badając teren potwierdzili, że tam faktycznie znajdowały się kamienne konstrukcje z IV wieku.

W centrum poza Bazyliką jest jeszcze kościół Świętego Jana i Kościół Świętej Katarzyny (kościół beginek) oraz beginaż. Te ostatnie z 1257 roku. Do XIX wieku beginaż nazywano miastem w mieście, gdyż był odgrodzony murem od reszty miasta.
kościół św Jana

kościół św Jana
kościół św Katarzyny
W mieście do dziś zachowały się spore kawałki muru i bramy miasta z XII wieku. Co fajnie wygląda w sąsiedztwie mniej lub bardziej nowoczesnych zabudowań.

brama miasta z XIIw.
Na rynku stoi pomnik Ambrioixa, wodza Galów, którzy zamieszkiwali te tereny przed podbojem Rzymian. Ambrioix wraz ze swoją gromadą wytłukł był w I wieku p.n.e.cały oddział Rzymian. Co prawda nie na długo to tamtych powstrzymało, ale wystarczyło by zasłużył na pomnik :-)

Jeszcze jedno, co bez wątpienia zasługuje na wspomnienie tutaj, to fakt, że w Tongeren co niedzielę odbywa się największy w krajach Beneluksu targ antyków. Zresztą nie tylko targ, szwendając się po centrum widzieliśmy bowiem mnóstwo sklepów ze starociami, a w nich cuda niewidy po prostu.



pchli targ




 


w tle widać mury miasta, z przodu handlarzy antykami



 Potem pojechaliśmy do Hasselt. Po drodze bardzo ładne krajobrazy od czasu do czasu można oglądać...
Do ogrodu japońskiego dotarliśmy trochę za wcześnie, bo czynny jest od 14tej, a my byliśmy pod bramą o 13.20. No więc postanowiliśmy poszukać McDonalda, gdyż to była jedyna jadłodajnia, co do której wszyscy się zgadzali... Akurat niedaleko jest wielki donald z fajną zjeżdżalnią w środku, więc Młody się wyszalał za wszystkie czasy. Po napchaniu brzuchów wróciliśmy do ogrodu, wtedy już tam stała spora kolejka. Akurat jakaś niemieckojęzyczna wycieczka czekała na przewodnika. Przewodnik jednak zupełnie tam potrzebny nie jest, najlepiej po swojemu sobie oglądać wszystko. Ładnie tam. Można sobie posiedzieć, pogapić się na wodę, zrelaksować... Zresztą w sąsiedztwie jest też wielki park z placem zabaw i stawem, gdzie - jak widziałam - ludzie sie dziś opalali, grali w badmintona i ganiali z psami...

Japanse tuin/ogród japoński - Hasselt


ogród japoński w Hasselt
















rozbawił mnie ten kran :-)

wracamy do domu