26 czerwca 2015

gdzie by się tu jeszcze zapisać?

stara "brukselska" brama miasta w Mechelen
Wczoraj odwiedziłam Mechelen, gdzie byłam się zapisać na kolejny etap kursu niderlandzkiego. Pół dnia zeszło, ale misja zakończona sukcesem.

Huis van het Nederlands znajduje się w Mechelen tuż obok zabytkowej bramy miasta (Brusselsepoort) przeto cyknęłam smartfonem zdjątko, które widać po lewej.

 Do Mechelen mam około 30km i nie jest to idealne rozwiązanie, ale najlepsze z możliwych. Tam przynajmniej jest się czym dostać i czym wrócić - pociąg IC śmiga 20 minut a bilet kosztuje 7 euro w obie strony. Wybieram się też wreszcie wyrobić Kartę Dużej Rodziny (już nawet formularz wypełniony, tylko muszę potwierdzić go w gminie no i fotografa odwiedzić, bo mi fotek Młodego brakuje do kompletu) a wtedy będę płacić połowę. Karta Dużej Rodziny - info po nl
Powiem tylko, że Huis van het Nederlands mi się nie spodobał, bo okropnie długo trzeba było czekać na przyjęcie. Zaraz przy wejściu babka dała mi numerek i kazała czekać, aż ktoś po mnie przyjdzie. Ja rozumiem 10-15 minut, ale PÓŁTOREJ GODZINY czekania to lekki przesadyzm, zwłaszcza, że tłumów nie było. Nikogo oprócz mnie i faceta, który przyszedł sporo po mnie, nie było w tej sprawie. Dlatego znielubiłam ten cały śmieszny dom niderlandzkiego. Dobrze, że chociaż baba, która po mnie w końcu przybyła łaskawie, okazała się dość sympatyczna. Tak czy siak nadal nie wiem, co ma na celu zapisywanie się przez tą instytucję na kurs językowy, skoro wszystkie informacje mogłam znaleźć bez większych problemów w sieci, a na głupie pytania równie dobrze mogła bym odpowiedzieć w sekretariacie szkoły. Gdybym nie znała podstaw niderlandzkiego, to i tam bym się nie wiele dowiedziała. Podstawowe informacje są tam też co prawda po polsku i podejrzewam, że jakiegoś polskiego konsultanta też mają, bo i kursy integracyjne po polsku są tam prawdopodobnie prowadzone, no ale skoro na niderlandzkojęzycznego trzeba czekać godzinami, to co dopiero chcieć rozmawiać po polsku... No nic, nie będę się nad tym dłużej zastanawiać. Ważne, że załatwiłam, co miałam załatwić. Ha, musiałam napisać test na inteligencję, bo nie mam studiów, a chciałam się zapisać na kurs intensywny, żeby zrobić 3 etapy w jednym roku. Śmieszny jakiś ten test, bo zrobiłam w 5 minut, choć babka kazała mi patrzeć na zegar, bo TYLKO 30 minut jest na zrobienie 25 zadań... też mi zadania - wkoło to samo, nawet myśleć nie trzeba specjalnie. Poza tym babka pytała m.in., czy mam z kim rozmawiać po niderlandzku, żeby ćwiczyć? czy mam dzieci? czy pracuję? i temu podobne pierdoły. Potem coś tam pisała i pisała, i pisała w komputerze, aż w końcu dała mi wreszcie papierek, z którym kazała iść do wybranej przeze mnie szkoły. Pech chciał, że nawigacja w starym telefonie mi się zbiesiła, na szczęście babka dała mi jakąś skserowaną namiastkę mapy centrum Mechelen i w miarę szybko udało mi się dotrzeć pod właściwy adres, gdzie dokonałam właściwego zapisu i zapłaciłam za kurs. Tak więc od września zaczynam etap 2.1 w Mechelen. Mam go skończyć w listopadzie, czyli jak wszystko dobrze pójdzie to w grudniu będę mogła zaczynać 2.2 a w marcu 2.3. No, ale pożyjemy - zobaczymy. Pewnie łatwo nie będzie. Mam bowiem świadomość, że 2 razy w tygodniu będę musieć około 17godziny  jechać rowerem na stację, potem pociągiem do Mechelen, a stamtąd jeszcze jakieś 15 minut na butach do szkoły, no i wracać będę pewnie koło 23 dopiero, bo marne szanse, by dobiec o czasie na wcześniejszy pociąg... chyba że uda mi się gdzieś kupić używany składany rower (to ekstra wynalazek). To będzie męczące zapewne, wszak nie mam już 20 lat, ale jak nie ja to kto? Jak nie teraz, to kiedy? Zresztą nie głupi powiedział, że jak się ma mało czasu, to najlepiej sobie znaleźć dodatkowe zajęcie - u mnie to zawsze działało :-)

Jak pisałam w ostatnim poście - mąż zapisał się na angielski. Trochę niefart, że oboje będziemy uczyć się w środy (przynajmniej do listopada, bo dopiero drugi etap będę mogła chodzić we wtorki i czwartki jak teraz miałam zamiar). Młody będzie musiał zostawać wieczorem z dziewczynami. Mamy jednak nadzieję, że będzie grzecznie chodził spać, jak na małego chłopca przystało i nie będzie ich wkurzał za bardzo. 

Tesa zapisała się do Akademii Muzycznej na taniec i wychodzi na to, że zajęcia też będzie mieć 2 razy w tygodniu i też m.in. w środę, tylko trochę wcześniej. Kurczę, myślałam że te zajęcia muzyczno-artystyczne są droższe, ale się okazuje, że za rok zapłaciłam 90 euro - luzik. Jeszcze strój trzeba będzie kupić, ale to już na początku roku szkolnego. Teraz rozumiem, dlaczego tu prawie każde dziecko chodzi na jakieś zajęcia dodatkowe...
Zu niby miała iść na flet, ale już w szkole dopadł ją wielki foch i nawet nie weszła do sali fletu. Do żadnej innej zresztą też nie. Ech, ciężko mieć dorastającą humorzastą córkę, a dwie to już nie do wytrzymania chwilami...
Podobał mi się ten dzień otwarty w Akademii Muzycznej. Można było bowiem spróbować gry na każdym instrumencie albo przynajmniej popatrzeć, jak wyglądają poszczególne zajęcia. My przyglądałyśmy się, jak wygląda pierwsza lekcja gitary, bo Młodą tak trochę i to kusiło, ale powiedziała, ze może za rok... Nauczyciel od klarnetu był chory i zajęcia miały być o innej porze, niż zaplanowana, więc Młoda nie popróbowała, ale właśnie pod drzwiami sali, gdzie dziewczynki w kieckach do baletu robiły pierwsze kroki, zdecydowała, że to właśnie chce robić. Mam nadzieję, że polubi te zajęcia. W końcu w Polsce na przedstawieniach trochę tańczyła i nieźle jej to szło. A jak nie, to będziemy szukać dalej, aż znajdziemy to, co jej się spodoba. 
Szkoda tylko, że najstarsze moje dziecię na nic się nie zdecydowało, bo może była by to jakaś szansa na znalezienie jakiejś bratniej duszy. Choć z drugiej strony, to może też dobrze. Wszak we wrześniu będzie w nowej szkole i już ten fakt może być wystarczającym obciążeniem dla psychiki. Zwłaszcza na początku roku, zanim zaadoptuje się w nowym miejscu i odnajdzie w nowej, jakże trudnej sytuacji. Tam zostanie sama bez siostry, która wszystko tu za nią załatwia, o wszystkim myśli. Tam będzie musieć sama o siebie zadbać, o co - mówiąc szczerze - trochę się obawiam. Jest to bowiem okropnie zakręcona istota, która pogrążona wiecznie we własnych myślach zapomina zupełnie o realnym świecie. Życie toczy się gdzieś obok, poza nią i prawie zupełnie jej nie obchodzi. Nie ma przyjaciół - zupełnie jak ja kiedyś... ja wiem, jak trudno jest z tym żyć, zwłaszcza tutaj w obcym świecie, ale wiem też, że to charakter, którego nie daje się zmieniać za bardzo... Czekamy na wizytę u psychologa z nadzieją, że może udzieli nam jakichś wskazówek, może jej lub mi coś doradzi... Nie nastawiam się na to jakoś specjalnie, ale kto wie...
A to czekanie na wizytę - ło matko - od marca czekamy a wizyta dopiero w lipcu... Wszystko dlatego, że to ze skierowania z CLB no a do tego u nas musi być polski tłumacz. Już miałam dzwonić do polskiego psychologa, bo nie mogłam się doczekać na telefon z tej brukselskiej poradni, ale z tego skierowania wizyta będzie kosztować 11 euro a normalny psycholog niestety dużo więcej bierze, a wiadomo, że w tej sytuacji nie jest to zapewne kwestia jednej wizyty...
Poza tym Młoda ma jeszcze rozpisane wizyty u denstystów - tak więc takie mało fajne te wakacje się zapowiadają. Będę się jednak starać jakoś je dzieciom choć trochę pokolorować i zorganizować parę drobnych wycieczek w weekendy autem a w tygodniu pociągiem. Chciała bym się też wybrać do kina, o ile uda mi się zlokalizować jakąś baję, którą cała trójca zechciała by obejrzeć. Kilka razy przynajmniej musimy pojechać na rowerach i autobusami do miasteczka, w którym Zu będzie się od września uczyć, żeby zapoznała się z okolicą i łatwo odnajdowała potem drogę do szkoły.

Póki co jeszcze 2 dni szkoły przed nami. We wtorek tylko rozdanie raportów przez burmistrza i o 10tej będą już wolne. Dla mnie trochę to kłopotliwe, bo opieka w ten ostatni dzień jest tylko do południa a ja będę w domu dopiero o 13.30. Mam nadzieję, że wypuszczą mi Dora z dziewczynami do domu. Będę próbować przekonać do tego dyrektorkę w poniedziałek. Jak się nie uda, to pewnie będę zmuszona wcześniej wyjść z pracy i odrobić to innym razem. No chyba, że jeszcze jakieś inne rozwiązanie wykombinuję w międzyczasie. W poniedziałek to pewnie luzy totalne już będą. Zresztą już cały miniony tydzień się raczej nie przemęczali w szkole. Przedwczoraj w "piątej" mieli np nakazane, by każdy - kto ma - przyniósł domino do budowania, no i budowali ścieżki przyczynowo-skutkowe na całą klasę. Były też mecze piłki nożnej między klasami. Wczoraj zgodnie z coroczną tradycją były klasowe wyjścia na frytki. Dziś trójka piątaków świętowała urodziny, więc zażerali lody i dobrze się bawili.


21 czerwca 2015

Jeszcze tylko poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, a potem WAKACJE!

Ani się obejrzeliśmy, a kolejny rok szkolny przeminął. Dopiero co pełna niepewności prowadziłam synka do przedszkola we wrześniu. Obawiałam się, że się mu nie spodoba, że będzie to dla niego za duży stres, za duże obciążenie...? Wszak to 7 godzin dziennie wśród ludzi mówiących w obcym języku, z dala od mamy, taty, wśród szkolnego gwaru, co dla dwuipółletniego chłopca mogło być zbyt dużą zmianą. Jednak moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Doro z wielką chęcią poszedł do szkoły. Pewnie pamiętacie, jak już na dzień otwarty w sierpniu poszedł z plecakiem, bo tak był przejęty i gotowy na przygodę pod tytułem "szkoła". Potem w okolicach Bożego Narodzenia było trochę problemów, Młody nie chciał iść rano do szkoły i zostawał smutny za bramą, co uznałam wstępnie za zmęczenie szkolnym gwarem. Jednak okazało się, że to wina jednego starszego kolegi - znanego przedszkolnego łobuziaka, który dokuczał naszemu, popychał, przewracał, etc. Po publicznym opierniczeniu zuchwalca przez wychowawczynię problem się skończył, a Młody na powrót zaczął z ochotą chodzić do szkoły. Co ciekawe, dziś nasz Młody już się tamtego nie boi, choć jego dokazywanie się nie skończyło, bo nie raz widzę rano, jak któraś z pań na niego krzyczy albo wyciąga za łapkę poza grupę dzieci, z których co najmniej jedno płacze. Odnoszę wrażenie, że Młody się zahartował w bojach i  nauczył sobie radzić. Ostatnie tygodnie to, rzekłabym, nawet sam zaczął nieźle dawać w pióra, bo podejrzewam, że skoro w domu robi się coraz bardziej upierdliwy to i w szkole nie jest inaczej. No cóż - uroki życia w grupie - dzieci uczą się zarówno pozytywnych jak i negatywnych zachowań jak plucie i wystawianie jęzora...

 Przez rok do kilkuosobowej klasy, w jakiej to zaczynali we wrześniu, co kilka tygodni dołączały nowe dzieci, które osiągały wiek 2 i pół roku. Tym oto sposobem Doro kończy przedszkole w bardzo licznej klasie, bo prawie 30osobowej, którą od jakiegoś czasu opiekuje się dwie panie - jedna by nie ogarnęła takiej gromadki małych ruchliwych pszczółek.

Nie wiem, jak życie przedszkolne toczy się w Polsce, bo nie miałam przyjemności tam posyłać dzieci do przedszkola (nie licząc zerówki). Z tej prostej przyczyny, że takowego w okolicy nie mieliśmy. Znaczy było jedno 4 km od nas, ale było płatne a mnie nie było stać na takie ekstrawagancje. Zresztą choćby nawet, to wozić rowerem dwoje dzieci się nie da, a już w zimie, gdy śniegu po dupę, to nawet jednego nie da rady. Mniejsza o to. Tu przedszkole, tak samo jak szkołę podstawową, mamy na szczęście za darmo (nie licząc wycieczek i świetlicy, bo za to akurat się płaci). Życie przedszkolne w naszej szkole jest bardzo ciekawe w każdym bądź razie. Każdego tygodnia malcy pracowali nad innym tematem poznając w ten sposób nowe słówka adekwatne do tematu, właściwe okolicznościom zachowania, przygotowywali tematyczne prace plastyczne, brali udział w wycieczkach i innych wydarzeniach szkolnych. I tak już w jesieni Doro był na swej pierwszej szkolnej wycieczce do kina. Później razem z pozostałymi przedszkolakami i wychowawczyniami przygotowywał fantastyczne godzinne przedstawienie dla babć i dziadków. W grudniu przygotowywali poczęstunek dla konia Świętego Mikołaja, gdzie nagrodą było oczywiście spotkanie z samym  'Sinterklaasem' i Czarnym Pietrkiem. Było też ubieranie choinki. Była zabawa karnawałowa w tematyce 'średniowiecze', gdzie Doro wystąpił jako książę. Maluchy uczestniczyły też aktywnie w święcie wsi, podczas którego całą klasą poszli na frytki i karuzele. Był też  dzień mamy, gdzie bawiliśmy się w spa.

Był i dzień taty, na którym przedszkolaki wraz ze swoimi tatusiami jeździli po wsi bryczką ciągniętą przez konika. Radocha zarówno dla małych jak i dużych chłopaków. Dzień taty odbywał się zaraz po przedstawieniu Kot w Butach (patrz: kilka postów wcześniej) i był nawiązaniem do tematyki przedstawienia. Podobnie jak temat "kot", który przerabiano w przedszkolu tydzień przed przedstawieniem. Koci tydzień był fajny dla wszystkich dzieci, gdyż jednego dnia mieli bal kotów, gdzie każdy miał stawić się do szkoły w kocim makijażu i innych kocich elementach stroju.
 Innego dnia pani przytargała do szkoły swoje rude kocisko, by dzieci na żywym przykładzie mogły uczyć się, jak kot je, jak się myje, jak należy się nim opiekować, jakie ma miękkie futerko etc etc.

Nie gorszy, a nawet pewnie ciekawszy był 'tydzień dzidziusia', w którym dzieci przynosiły gadżety dla niemowląt, rozmawiały o dzidziusiach i  na żywym przykładzie mogły zobaczyć jak niemowlak je, jak się go kąpie, jak się go przewija, jak kołysze... Gdybym nie widziała zdjęć na stronie szkoły, chyba miała bym wątpliwości, co do opowieści Dorka, że pani kąpała dzidziusia w szkole. No ale faktycznie mama jednej z koleżanek Młodego przyszła w odwiedziny z młodszym braciszkiem tej dziewczynki (to wiedziałam, bo wychowawczyni donosiła o tym w cotygodniowym liście do rodziców) i przytargała wszystkie gadżety z wanienką i przewijakiem włącznie, no i dzieci mogły się przyglądać kąpaniu niemowlaka. Dla Dorcia ten dzidziuś to był czad, nie mógł sie doczekać, kiedy maluszek ich odwiedzi, bo on uwielbia mniejsze od siebie dzieci.

 Z fajniejszych tematów na uwagę zasługuje jeszcze temat "kolory", bo Młodemu się wyjątkowo podobało, że każdego dnia obowiązywał inny kolor ubrania. Wielką radochą było szukanie rano w szafie adekwatnego koloru koszulki. No, żółtej nie mieliśmy na stanie, więc trzeba było naprędce sklep odwiedzić i uzupełnić braki hehe. Fajowo też wyglądały wszystkie dzieci jednakowo ubrane - jednego dnia na żółto, drugiego na zielono, trzeciego na niebiesko, czwartego na czerwono... Ech, wiele było tych tematów przez rok. Za każdym razem dzieciaczki uczyły się czegoś nowego, ciekawego, śpiewały piosenki, malowały, wyklejały... Cieszę się, że Doro z taką ochotą uczestniczył w zajęciach przedszkolnych, że wyśmienicie bawił się z rówieśnikami, że nauczył się wielu słówek i zwrotów niderlandzkich.

prezenty wykonane w szkole dla taty
W minionym tygodniu byłam na wywiadówce u  Dorcia. Tym razem poszłam bez tłumacza, bo uznałam, że moja znajomość języka jest wystarczająca na takie okoliczności. Młody wszak nie ma problemów w szkole, które wymagały by używania trudniejszego słownictwa, a proste rzeczy z tematyki szkolnej mam w miarę opanowane... No i chyba nie przeceniłam swoich możliwości, zrozumiałam wszytko doskonale. Z nauczycielami dobrze się rozmawia, bo mówią poprawnym językiem i... mają cierpliwość :-D. I tak oto dowiedziałam się, że Młody rozumie polecenia i wykonuje je prawidłowo. No, znaczy, jak na faceta przystało, nie lubi i nie ma cierpliwości do rysowania i innych prac plastycznych, toteż raz dwa zostawia pracę i biegnie się bawić w związku z czym nie raz kilkakrotnie pani musi go naganiać do kończenia roboty. Większych problemów jednak nie sprawia. Z dziećmi bawi się zgodnie, dzieli się zabawkami, jest zawsze uśmiechnięty i zadowolony. Nie mówi całymi zdaniami, tylko na razie używa pojedynczych wyrazów do komunikowania swoich potrzeb i poczynań. Toteż pani zaleciła nam ćwiczenie na wakacjach języka i już mam nawet pewien pomysł na ćwiczenie-zabawę do robienia z dziewczynami i Młodym jednocześnie, co wszystkim nam powinno pomóc... No ale zobaczymy, co z planów wakacyjnych uda się zrealizować.

prezenty wykonane w szkole dla taty
Plany... Już mi się miejsce na naszej tablicy przypominąjce skończyło. No jak jakiej tablicy? W kuchni mamy dużą korkową tablicę do przypinania rzeczy do zrobienia... już piętrowo wiszą w niektórych miejscach. Niby wszystko rozpisane, ale z moim zamotaniem i tak się obawiam, że o czymś zapomnę. W tym tygodniu spróbujemy zapisać dziewczyny do szkoły muzycznej, bo będzie dzień otwarty. Starsza myśli o flecie a młodsza jeszcze sama nie wie, czy taniec, czy jednak jakiś instrument, bo jedne koleżanki tańczą, a inne grają na czymś. Obie mają poczucie rytmu i lubią muzykę, więc niech próbują. Na dniu otwartym zapewne będą jakieś prezentacje, więc może coś uda się wybrać. Trzeba czegoś spróbować, jak się tylko da, zanim im ochota przeminie. Dlaczego? A dlaczego nie? Choćby dlatego, że fajnie jest coś umieć. Ale też, dlatego, żeby miały jakieś sensowne zajęcie, jakiś dodatkowy kontakt z rówieśnikami, jakąś grupę, do której czuły by przynależność, bo to też wydaje mi się ważne. Wychowawca twierdzi, że to dobry pomysł, dziewczyny chcą, więc będziemy próbować się zapisać. Nie mam pojęcia, czy to proste, czy nie, czy trzeba spełniać jakieś dodatkowe warunki wiekowe, językowe etc etc. Zobaczymy już za kilka dni. Jak się uda, to pewnie o tym opowiem. Jak się nie uda, zapewne też...

Poza tym chciałabym przynajmniej kilka razy wysłać Tesę i Dora na gminne zajęcia wakacyjne, bo zawsze to kontakt z językiem i innymi dziećmi, no i bez wątpienia fajna zabawa. Codziennie na pewno nie będziemy chodzić, choćby ze względów finansowych. Jakby nie patrzeć dniówka dla dwójki to 14 euro, co wraz dodatkowymi opłatami  za baseny, koncerty czy inne tam wyjazdy daje prawie stówę na tydzień. Poza tym najstarsza jest za stara na te zajęcia, więc siedziała by sama w domu... Trochę sprawę komplikuje też dojazd, bo to zdecydowanie nie po drodze do mojej roboty, czyli musiałabym robić 30 km dziennie na rowerze, co szczerze mówiąc średnio mi się uśmiecha. Ostatnio jednak dostałam od koleżanki propozycję transportu dla młodzieży, więc zobaczymy, jak się to ułoży.
Ja 4 dni muszę chodzić do pracy, wtedy przez 5 godzin dziewczyny będą zajmować się młodym, dlatego dobrze by było jednak na te zajęcia je zawozić choć od czasu do czasu, bo już się wkurzają, że będą mieć beznadziejne wakacje. Do tego Młoda ma mieć nauczyciela, bo mój nauczyciel nl podobno mi kogoś znalazł wśród znajomych i kazał czekać na kontakt, no więc na razie czekam.

Zachwytu nie ma ze strony Młodych w każdym bądź razie. Wiadomo, chciały by gdzieś pojechać na dłużej albo żeby ciotka przyjechała, ale na to raczej się póki co nie zanosi...

 Tyle, że już mają zaproszenia do różnych koleżanek do wspólnej zabawy, więc popołudniami pewno będą gdzieś ganiać po wsi. Myślę, że choć z raz wybierzemy się nad morze, tylko żeby się lato zrobiło, bo jak dotąd to szału nie ma - temperatura 15-20 stopni brrr też mi lato.

 Mój zamierza jechać do Polski na tydzień, ale urlopu ma chyba 3 tygodnie w planach, więc przez dwa będzie zajmował się Młodym - dobre i cokolwiek.

Ja na urlop jeszcze nie zapracowałam, a poza tym jakoś do Polski nie mam ochoty jechać. Już lepiej tu coś pozwiedzać, nad wodą jakąś posiedzieć... W kwestii wody to i dzieci pewnie się ze mną zgodzą, bo wszystkie lubią się pochlapać.

Małżonek szanowny był się w zeszłym tygodniu zapisał na kurs angielskiego, bo po zeszłorocznym niepowodzeniu w nauce niderlandzkiego spowodowanym prawie dwumiesięcznym chorowaniem, postanowił najpierw poprawić swój angielski, żeby móc swobodnie rozmawiać w tym języku, a dopiero ewentualnie zacząć na spokojnie uczyć się języka tubylców.

Ja natomiast w tym tygodniu będę chciała  zapisać się na kolejny etap kursu niderlandzkiego.

mój tort ta pożegnalną lekcję nl
Odebrałam bowiem w minionym tygodniu dyplom z pierwszego etapu - w zeszłym roku zrobiłam 1.1, a w tym 1.2, czyli odpowiedniki A1 i A2. Przede mną etap drugi, czyli B, który składa się z 5 części.  Zważywszy, że u nas zajęcia są tylko raz w tygodniu, więc naumienie się jednej części zajmuje cały rok, postanowiłam poszukać innej szkoły. Przeguglowałam szkoły w 3 prowincjach (województwach) i powiem, że szkół dla dorosłych jest bardzo dużo. W wielu można się uczyć języka 2, 3, 4 razy w tygodniu zarówno rano, po południu jak i wieczorami, jednak mnie interesuje tylko wieczór i wszystko by było, gdyby nie problem z dojazdem. Co się bowiem okazuje? Ano w najbliżej położonych miastach, w których odbywają się wieczorne zajęcia nie ma transportu. Znaczy transport jest i to częsty, z tym, że w dzień i ostatni autobus odjeżdża sporo przed zakończeniem lekcji.
D U P A blada. Jedynie pociągi jeżdżą po nocach, tak więc wybrałam Mechelen. Pociąg mknie nie całe 20 minut, z tym, że trzeba doliczyć dojazd rowerem do stacji, tj jakieś 5 km, no i na pieszki ze stacji do szkoły w Mechelen, ale to będzie raczej mniej niż 2 km. Tam zajęcia z nl odbywają się w kilku miejscach, a nie wiem gdzie mnie skierują z Huis van het Nederlands.
 http://www.huizenvanhetnederlands.be/ Okazuje się bowiem, że na kurs niderlandzkiego trzeba się teraz zapisywać przez tą właśnie instytucję. Nie wiem, jak było w latach poprzednich, ale coś mi się wydaje, że to raczej nowy pomysł. Nic to. Mam nadzieję, że nic mi planów nie pokrzyżuje i uda mi się tam na ten kurs zapisać. Wtedy mogłabym w ciągu jednego roku zaliczyć trzy poziomy, czyli od 2.1 do 2.3 - oczywiście przy sprzyjających wiatrach. Inaczej będę się uczyć jednego języka do usranej śmierci...