3 lipca 2015

wakacje, upał i dziwne spostrzeżenie

 Od środy w Belgii mamy wakacje i na tą okazję wreszcie dotarło tu lato. Jednak nie zgubiło się, jak wcześniej podejrzewałam. Czterdzieści w cieniu dochodzi, co po ostatnim miesiącu, gdy słupek w termometrach przeważnie ledwo do osiemnastki się wspinał, daje w kość. Lubię ciepełko, ale też w rozsądnych dawkach. Taki upał, gdy się nie chodzi do pracy, to może być - woda, leżaczek, coś do picia i można się cieszyć ze słoneczka. Jednak przy pracy w takich temperaturach męczymy się o wiele szybciej i to już nie jest takie ha-ha-ha. No a dojazdy do roboty - OMG - w aucie (zwłaszcza bez klimy) się człowiek roztapia, zaś na rowerze trochę lepiej, ale też szału nie ma, zwłaszcza gdy w jakieś zabudowane tereny się wjedzie i od asfaltu daje jak z piekarnika, tylko jeszcze bardziej troli. Już mnie nieźle przyfajczyło to porąbane słonko, bo przeco nie będę się w długie rękawy ubierać, a tu jakby nie patrzeć 15-30 km dziennie się robi na bike'u...

W pierwszy dzień wakacji zaprowadziłam Dora i Tesę na pierwsze zajęcia wakacyjne (półkolonie?). Musieliśmy wyjść półgodziny wcześniej niż do szkoły, bo jest 3-4 km dalej, a ja musiałam zdążyć do roboty na 9:00. W pierwszych planach było, że od czasu do czasu zaprowadzę ich na pół dnia, ale po dokładnym przeanalizowaniu sytuacji się okazało, że za chiny nie zdążę ich odebrać o 13.30, gdy kończę o 13.00 a na pokonanie trasy  potrzebuję jakieś 45 minut w sprzyjających warunkach. Przeto musieli siedzieć tam do końca, czyli 16.30, bo w innych godzinach drzwi są zamknięte. No ale co się okazało? Ano, że Młody nie chciał iść jeszcze do domu, bo było fajnie. Gorąc niemiłosierny i zmęczony oraz opalony o tym jednym dniu, bo tam prawie cały czas na dworze byli. Starsze też zadowolone, a jakie brudne oboje... Przez drogę na przemian opowiadali, co robili, że było chlapanie wodą, że bawili się w różne fajne zabawy, że mają już nowych kolegów i koleżanki... A zabawy to faktycznie pomysłowe i zwariowane ma młodzież, która to prowadzi. Najbardziej mi się spodobała zabawa w szukanie na targu ludzi z imieniem na literę "A". To musiało być śmieszne, przynajmniej dla dzieci, bo ludzie to mogli być co najwyżej zdziwieni...

W każdym bądź razie moje dzieci chciały by codziennie chodzić, ale to jednak nie na moją kieszeń. Kupiłam kartę za 35 euro, to jeszcze na wtorek starczy, kiedy to starszaki mają jechać na basen i Młoda się kazała zapisać, co też uczyniłam. Zapisałam ją też na piątek na wyjazd na jakiś koncert czy festiwal (coś z muzyką w każdym bądź razie), ale muszę kupić nową kartę, bo wyjazdy są dodatkowo płatne i szybko kasa schodzi. A gdzie tu do końca wakacji? Ja też bym wolała je częściej zawozić, przynajmniej w te dni, w które pracuję, bo jednak spokojniejsza jestem o ich bezpieczeństwo. Mimo, że tam szaleją, to jednak pod czyjąś opieką, a w domu są same i jakby się coś stało, to nie wiem - wolę nie myśleć nawet...

Dziś nie szłam do roboty, bo na życzenie klientki odrobiłam w środę, więc sobie zaplanowałam pojechanie do najbliższego większego miasteczka w celu wyrobienia wspominanych Kart Dużej Rodziny. Już miałam wychodzić z Młodzieżą, która wyraziła chęć przejażdżki pociągiem, a tu dostałam sms'a z biura, że mam w tym tygodniu koniecznie pozostałe czeki za czerwiec przywieźć (normalnie oddaję co 2 tygodnie)... Nie powiem żebym była zachwycona perspektywą jazdy rowerem w ten skwar, tylko po to by zostawić kilka papierków w biurze. Jednak wyjścia nie było - w te i nazad 24 km - spoko majonez... Skubańce mogli mi wczoraj esa wysłać, to bym od razu zostawiła, skoro już byłam w miasteczku w robocie albo mąż by dziś rano wziął i cisnął do skrzynki... Na szczęście spora część drogi to ścieżka w krzakach i był cień, więc nawet bardzo się nie zmęczyłam. A potem popedałowaliśmy w drugą stronę z Młodym i jedną Młodą, bo druga dopiero co wstała w południe i zabierała się za śniadanie - jak wakacje to wakacje :-)
Po drodze wstąpiliśmy do fotografa cyknąć Młodemu focię. Teraz to fajnie - 5 minutek i zdjęcia gotowe, a nie jak za moich szkolnych czasów, że trzeba było 2-3 dni czasem na zdjęcia do dowodu czekać.

Potem Młoda uczyła się obsługiwać automat do biletów i opierdzielała go, że strasznie wolny. Bo fakt, skisnąć można albo się usmażyć zanim wydrukuje bilet, do tego stoi w słońcu i nieźle się trzeba nagimnastykować, żeby zobaczyć cokolwiek na ekranie.

Młody uwielbia pociągi i miał sporą frajdę na stacji, bo znowu mógł się napatrzeć na trein'y oraz - co ważniejsze - przewieźć się jednym. A z jaką dumą trzymał bilet, żeby pokazać konduktorowi. W drodze powrotnej - ku jego wielkiemu zasmuceniu - nie sprawdzano biletów, więc nie chciał wysiadać. Ja też w sumie z żalem opuszczałam klimatyzowany pociąg i przesiadałam się na rower - uff jak gorąco!

Karty będą gotowe w przyszłym tygodniu, a potem będzie można się wozić pociągami :-)

Dzięki temu upałowi dokonałam wielkiego odkrycia, że jednak brakuje tu czegoś, co jest w PL , a mianowicie wszechobecnych budek z lodami. Jak nie przepadam za lodami, tak dziś miałam smak na loda gałkowego albo włoskiego i dlatego być może zwróciłam uwagę na fakt, że w Belgii nie ma budek z lodami, nie spotkałam też sklepów, w których można kupić lody w gałkach. Mam na myśli zwykłe sklepy - nie cukiernie, bo tam to może i są. Tutaj są "lodowozy", czyli auta-lodziarnie, które jeżdżą po miastach, zatrzymując się przy większych grupach ludzi, pod szkołami lub w innych zaludnionych miejscach. No ale właśnie - po zadupiach  rzadko takie auto krąży - tu widziałam raz w zeszłym roku (dla porównania - w Brukseli co najmniej raz dziennie natykaliśmy się na lodowóz, a charakterystyczna muzyczkę słyszało się co chwilę w upalne dni). Lody można kupić w restauracjach, no ale te ładnie podane w pucharkach raczej kosztują więcej niż zwykła kulka w wafelku. Pewnie, że mogę pójść do Lidla, Carrefoura czy innego tam marketu i se kupić pudełko z lodami, ale te pudełkowe to nie to samo co włoskie, które w Polsce w sezonie letnim nawet na zadupiach się sprzedaje, a już w miasteczkach to co kawałek budka stoi. Co ciekawe tutaj od groma budek z goframi (no wiadomo kraj gofra, ale żeby w upał wolec gofry od lodów?!!), z ciepłymi daniami typu hamburgery, hot dogi, ślimaki a z lodami nie ma. Dziwne...

28 czerwca 2015

Procesja Świętego Pawła

Wracając kiedyś z Asse, gdzie byliśmy wreszcie rozliczyć się z podatku w urzędzie, zauważyłam przy drodze tablicę informującą, że w niedzielę (znaczy dziś) odbędzie się jakaś "końska procesja" (paardenprocessie) w sąsiedniej gminie. No to przecież nie mogliśmy nie zobaczyć, o co to chodzi? Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy ze Starym i z Młodym. Dziewczyny stwierdziły, że za daleko - no fakt - drugie tyle, co do szkoły mają, czyli ze 3-4 km będzie, no ale ich strata. Procesja bowiem była ciekawa i było na co popatrzeć.

Okazuje się, że to był odpowiednik polskich uroczystości odpustowych.

Święty Paweł jest bowiem patronem Opwijk, bo tak się zowie ta gmina. A dlaczego końska procesja? Byś może w związku z tym, że wg Biblii Święty Paweł spadł konia po usłyszeniu głosu Jezusa, w którym to momencie się nawrócił? To takie moje przypuszczenia...

Tak czy owak na tej procesji oprócz pięknych koni i bryczek mogliśmy zobaczyć sceny z życia Świętego Pawła przedstawiane chronologicznie przez poszczególne grupy osób uczestniczących w procesji.
Wszyscy mieli fantastyczne stroje, rekwizyty, dekoracje. Jedni grali na instrumentach, drudzy śpiewali, inni tańczyli,  jeszcze inni recytowali wyuczone kwestie niczym w teatrze. Oprócz koni były tez kozy, osiołki, psy i byczek ciągnący wóz, maszerowali młodzi i starsi, nie zabrakło tez dzieci.


















"obrazy z życia św. Pawła"







"Szaweł u Gamaliela"






"Szaweł u Ananiasza"





"Paweł misjonarzem"


"Paweł u uczonych"







relikwie Św. Pawła