9 lipca 2015

jak przeżyć wakacje i nie zwariować?

Bycie pracującą matką to jednak trudne zadanie. W roku szkolnym było fajnie. W Belgii dzieciaki nie mają takiego posranego podziału godzin jak w Polsce - codziennie wszyscy jak jeden mąż zaczynają lekcje od 8.25 a kończą o 15.25. Więc matki i ojcowie mogą sobie chodzić do pracy. W razie potrzeby już o siódmej godzinie czekają na dzieci panie w świetlicy, tam też mogą siedzieć pociechy bezpiecznie po lekcjach aż do 18tej. U nas nie ma jakichś specjalnych zapisów wcześniej, więc gdy mi coś wypadało raz na jakiś czas, to po prostu pisałam rano kartkę dla pani, dawałam Młodemu pudełko z ciastkami na popołudnie i nie musiałam się martwić, czy zdążę go odebrać, czy nie?

Tylko, że teraz mamy wakacje... i zaczęły się schody.

Ze względu na nawał różnych problemów, obowiązków, zadań nauczyłam się żyć chwilą bieżącą, czyli myśleć tylko o tym co jest tu i teraz. Staram się nie wracać do przeszłości ani zbytnio nie wybiegać myślami w przód, gdyż obawiam się, iż mój mały rozumek mógłby nie podołać analizie tych wszystkich danych. Udało mi się też zablokować w mózgownicy uruchamianie poranne i wieczorne wielu problemów bieżących, których analizowanie na dzień dzisiejszy jest mi zdecydowanie nie potrzebne, gdyż niektóre w danym momencie i tak rozwiązane być nie mogą, a tylko niepotrzebnie obciążały by moją i tak deczko już sfatygowaną psychikę. No cóż, przypadkiem - tak samo jak w moim laptopie - zdarza mi się wyłączyć w mózgownicy całkiem przydatne pomyślunki. Ja co prawda z tego powodu się nie zawieszam, za to miewam nagłe napady wścieklicy pospolitej i myśli mordercze się pojawiają w stosunku do niektórych person z najbliższego otoczenia typu małżonek, dziatwa i temu podobne wirusy. Inny - zupełnie odwrotny objaw to tumizwisizm (tzw deprecha)... Najgorsze w byciu człowiekiem jest to, że nie można se zrobić formata i postawić nowego systemu i wgrac na nowo tylko potrzebnych aplikacji, bo czasem by się kurde przydało...

 W związku z powyższym, i bez związku zupełnie też, jakoś nie myślałam zbyt sensownie nad wakacjami. A raczej - myślałam dość powierzchownie. Miałam tam jakieś plany drobne, jednak zupełnie nie posegregowane, nie przemyślane, czyli totalnie na odpierdziel. Jakoś tak dziwnie sensowne mi się wydawało, że my będziemy chodzić do roboty, dzieci będą siedzieć w domu - jak to się czasem w roku szkolnym zdarzało podczas ferii, czy lekkiej choroby. Dopiero musiał minąć tydzień wakacji, by dotarło do mnie, że one (te śmieszne wakacje) trwają jakieś 8 tygodni, czyli długo. Za długo, by młode siedziały cały czas w domu i to same wszystkie ze sobą. Tym samym uświadamiam sobie, że jednak ostatnio to ja na prawdę mam chyba za dużo na głowie, bo chwilami proste fakty nie mogą do mnie dotrzeć od razu... No cóż - cały czas się coś dzieje, co chwilę jakaś nowa zagwozdka do rozwiązania, co chwilę jakieś stresy, przygody, doświadczenia, nowości, coś do zrobienia, do wypełnienia, do zadzwonienia, pojechania, napisania, zawiezienia, ugotowania, wyprania, pójścia, zaprowadzenia, kupienia, znalezienia, zapytania, umycia, podlania, zapłacenia...

"nie masz czasu na sen
nie masz czasu na seks
wciąż od życia chcąc więcej..." [Bajm - O tobie]

I tak przez 3 dni dzieci zostawały same w chacie na 4 godziny. Za każdym razem tysiąc pięćset sto dziewięćset razy dzwoniły, by zapytać, kiedy przyjdę? czy mogą Dorowi dać chipsy? czy mogą sobie wziąć czekoladę? kiedy przyjdę? czy mogą włączyć bajkę na laptopie? kiedy przyjdę? Dzwoniły też, bo Doro chciał mi powiedzieć, że mnie kocha i ...zapytać, kiedy przyjdę... Odkurzam - telefon, wyjmuję gary ze zmywarki - telefon, myję kibel - telefon, toż to szlag może trafić najjaśniejszy z taką robotą, no ale muszę cierpliwie wysłuchiwać opowieści jak to razem się bawili, malowali etc. No więc sprzątałam z telefonem na ramieniu... i myślałam, co one tam faktycznie robią, czy się nie biją, nie wydurniają za bardzo, bo przy robocie typu sprzątanie ma się bardzo dużo czasu na myślenie i na denerwowanie. Wracałam przez to 3 razy bardziej zmęczona psychicznie jak fizycznie - ból głowy, nerwy na wierzchu, masakra. W końcu jednak doszłam do wniosku, że lepiej dla mojego zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa dzieciarni jednak codziennie zawozić Młodego na zajęcia. Wszak o dziewczyny jestem spokojna, one czasem też są zapraszane do koleżanek, więc wystarczy jak Tesa pojedzie tylko od czasu do czasu, gdy będzie chciała pobyć z dziećmi. Zaś Dora odtransportuję każdego dnia, gdy tylko będę szła do roboty. On jest wręcz zachwycony, bo uwielbia tą "dużą szkołę", ma już tam nowych kolegów i nie chce wracać do domu, mimo, że siedzi tam od 8 rano do 16.30, bo chce się jeszcze trochę pobawić. Do domu wraca pełen energii, wsiada na swoje auto, przewraca piaskownicę, goni po podwórzu i po domu jak szalony. Ja jestem spokojna o jego bezpieczeństwo. Gdyby tylko nie te dodatkowe kilometry - 4km do szkoły - -11-14km do roboty - 7-10 z roboty do domu i jak Młoda jest w szkole  to jeszcze 4 do szkoły i 4 z powrotem, czyli trzy dyszki dziennie przepedałowane (jak Młoda zostaje w domu, to tatuś jedzie autem po młodego prosto po robocie, ale Młodej z rowerem nie weźmie). Po wakacjach będę mogła swobodnie w jakimś wyścigu rowerowym wystartować... Byle tylko pogoda jakaś sensowna była w te wakacje, czyli by zbyt często nie musieliśmy być wykąpani w ubraniach, bo jechać na rowerze, a jechać W ULEWĘ na rowerze to jakby drobniutka różnica jest.

Co małolaty robią na takich półkoloniach? To samo pewnie co w Polsce - malują, lepią, ganiają, zgadują, jeżdżą na wycieczki etc etc.

Młody dziś po powrocie już od drzwi wołał: "Mamo, sildelałem dziś! Zajaz ci pokazę")*
)*  schilderen [jęz. nl] - malować :-)
Pękając z dumy wyjął z plecaka papierową, ozdobioną własnoręcznie za pomocą stempelków koronę oraz tarczę z talerzyka papierowego "poszilderowaną" samodzielnie brązową farbą.

Ostatnio sobie pomyślałam, że jak małżonek pojedzie do Polszy, to może my się wybierzemy potajemnie pociągiem nad morze na jeden dzień. Zakładając oczywiście, że w środę, kiedy mam wolne akurat nie będzie lało i temperatura będzie wystarczająca do pomoczenia się w wodzie. Bo po kiego jechać nad morze, jak nie można by się pochlapać? Opalać się? To dla emerytów i pań z biura a nie dla trójcy nieświętej i matki niemiłosiernie porąbanej... Pociąg mamy bezpośredni i jedzie około 2 godzin. Przeto gdyby rano wyjechał to cały dzionek można się pobyczyć na plaży i na wieczorek wrócić spokojnie do domciu. Na razie to jednak tylko taki nieśmiały plan. Istnieje też możliwość, że pojedziemy tam autem, ale to już nie taka przygoda. Pewnie, że można więcej zabrać, ale też z drugiej strony co potrzeba wiele na plaży? Małe wiaderko, łopatkę, z kawałek ręcznika, stroje kąpielowe i... kartę do bankomatu :-]

Pożyjemy - zobaczymy, ale trzeba by coś porobić fajnego, bo strasznie nudne te wakacje się nam zapowiadają... praca, szkoła, dom... jak za naszych dziecinnych czasów...









5 lipca 2015

powrót do przeszłości

wystawa oldtimerów - karetka

 Właśnie zaczął się wakacyjny sezon kursowania zabytkowych pociągów w naszej okolicy.

Wybraliśmy się więc pokazać Młodym prawdziwą ciuchcię, czyli lokomotywę parową.

Dla Dorcia to była wielka radocha. Z ogromnym zainteresowaniem patrzył jak lokomotywa nabiera wody, jak wypuszcza kłęby pary i dymu. Co innego Stary Pit ze "Stacyjkowa", czy innej tam bajki a co innego zobaczyć prawdziwą ciuchcię na własne oczy.
Tam zobaczyć, przejechać się to dopiero czad..

Tatuś nie jest zazwyczaj tego typu imprezami zachwycony i tu też jakoś nie szalał ze szczęścia, zwłaszcza, że z nieznanego mi powodu nie lubi pociągów w ogóle. Jednak zdecydował się na wspólną przejażdżkę i nawet nie narzekał za bardzo. Ba, zniósł ponad dwugodzinną podróż bardzo dzielnie. Nawet gdy się w drodze powrotnej okazało, że jakaś awaria czy coś tam i musimy czekać na inną lokomotywę pół godziny, nie było wielkiej awantury - tam lekkie marudzenie zaledwie.


wsiadamy...
 Tatuś najpierw chciał siedzieć w ostatnim wagonie, ale po wejściu do niego zobaczył, że w poprzednim są drewniane fotele "jak w westernach", więc musieliśmy się przesiąść. Tesa stwierdziła zaś, że ten ostatni był jak ten co Harrego Pottera woził do Hogwartu. Dorkowi było wszystko jedno - wszędzie fajnie, wszystkiego trzeba było pomacać i w każdy kącik zajrzeć.

Spodobało mu się też machanie ludziom, którzy zatrzymywali się przy torach by popatrzeć, co to za dziwo pomyka torami i też bardzo chętnie machali pasażerom-turystom, a zwłaszcza dzieciom.
No i naśladowanie gwizdu lokomotywy i syczenia pary - wszystkie dzieci jak echo za lokomotywą huczały.

Pociąg pomykał z zawrotną prędkością 15-30 km/h, czyli coś jak ten "expres" na Podkarpaciu jeszcze nie tak dawno... Ot taka spokojna wycieczka i wspomnienie dawnych czasów. Wszak pamiętam z dzieciństwa, gdy jeździłam z mamą pociągami ciągniętymi przez parowozy.

Fajny pomysł na spędzenie niedzielnego popołudnia z dziećmi.
lokomotywa spalinowa

Strona internetowa z godzinami przejazdów i cennikami: