8 sierpnia 2015

Żadna nie hańbi, ale każda męczy :-)

Okres wakacyjno urlopowy trwa. Internety opanowały plany, zdjęcia i wspomnienia z wakacji. W świecie realnym też o tym głośno. Każdy gdzieś wyjeżdża, skądś wraca...

"Pij kwiatku, pij!" - Młody dba o nasze zielsko
W Belgii okres wakacyjny charakteryzuje się wyraźnie zauważalnymi pustkami na drogach, w hipermarketach. Dużo ludzi wyjechało bowiem na wakacje.
Inna cecha charakteryzująca sezon letni to promocje i wyprzedaże (głównie lipiec), kiedy we wszystkich sklepach napotyka się spore obniżki cen. Odzież, buty, torby, plecaki, sprzęt wszelaki, wszystko jest przeceniane, bo sklepy robią miejsce na nowe kolekcje. Przeto mniej lub bardziej markowe rzeczy można nabyć często za połowę ceny, a nawet z 70% - 90% obniżką, czyli tanio.
Kolejna ciekawa rzecz, to sklepy, restauracje, salony kosmetyczne, fryzjerskie, i inne instytucje czy 'usługownie' zamykane na głucho na okres jednego lub nawet kilku tygodni wakacyjnych. Każdy ma bowiem prawo do wypoczynku i - w przeciwieństwie do Polski - Belgia tego prawa przestrzega (nieprzestrzeganie skończyło by się zapewne interwencją związków zawodowych i wygraną sprawą w sądzie, czyli niemiłymi konsekwencjami dla pracodawcy). Co więcej (znowu porównanie z PL) tu kłódka na drzwiach z informacją o urlopie jest dla ludzi czymś normalnym, nie psioczą więc pode drzwiami zamkniętego sklepu czy zakładu fryzjerskiego, nie wydzwaniają głupio z pretensjami do właściciela, czy pracowników. A pamiętam jak to u nas na wsiach było z tym urlopem (wątpię, by się coś zmieniło w ostatnim czasie na lepsze) - sklepowa miała teoretyczne prawo do urlopu, ale w praktyce mogła wziąć ciągiem góra tydzień i to tylko i wyłącznie w sytuacji, gdy był ktoś na zastępstwo, a najczęściej cały urlop wybierała po jednym - dwóch dniach przez cały rok. No bo przecież sklep musi być czynny, jakby miał być nieczynny? Co z tego, że pracownik nie ma chwili wypoczynku przez cały boży rok, niech se w niedzielę wypoczywa... a nie, sorry w niedzielę też sklep musi być czynny przecież, bo gdzie Iksisńska kupi marchew do rosołu, a Zetowski piwo i fajki...? I to zaraz po mszy musi być otwarty, bo przecie jeden z drugim nie będą się wracać potem do sklepu... A że sklepowa by chciała niedzielę spędzić z najbliższymi, pojechać na wycieczkę albo po prostu poleżeć do góry dupą w swoim ogródku, to co to kogo obchodzi? No ale to Polska przecież - zielona kurde wyspa (chyb dlatego, że wszyscy wiecznie zielenieją z zazdrości a niektórzy mają zielono w głowie).

Ale, kurza stopa, wzięłam dziś laptopa na kolana z myślą napisania o swojej pracy, a nie cudzej. Znowu moje paluchy wymknęły się spod kontroli umysłu i klikają co popadnie. Co za bezczelne gnojki :P

Dlaczego chcę opowiedzieć o swojej pracy? Dlatego, że kiedyś w zamierzchłych czasach, gdy byłam kim innym i mieszkałam gdzie indziej, byłam ciekawa, jak taka praca wygląda. Podejrzewam bezczelnie, że nie jestem w tej dziedzinie wyjątkiem. Ciekawość wszak to ludzka cecha.

Miałam kilka dalszych znajomych, które wyjeżdżały na sprzątanie, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie chciały się podzielić swoją wiedzą dobrowolnie, a głupio tak pytać. Dziś wiem CHYBA dlaczego nikt nie opowiada o robocie za granicą. Myślę, że ludzie się zwyczajnie wstydzą przyznać, że choćby przez chwilę parali się sprzątaniem albo innym mało 'ekskluzywnym' zawodem, zwłaszcza gdy w PL zajmują się czymś zgoła odmiennym. Ciekawe, że w tym kraju przyznawanie się do bycia bezrobotnym jakoś nikomu ujmy nie przynosi...

 Bo co to w ogóle za praca takie sprzątanie...? Śmieszna robota za śmieszne pieniądze, nie? Wiem, że takie są opinie na temat tego zawodu. Obrazu nie poprawiają też głupie serialiczki, w których pomoce domowe są po pierwsze... inteligentne inaczej, a do tego albo mimo tego, ogarnięcie 3 poziomowego, kilkunastopokojowego apartamentu zajmuje im 5 minut i to z wymalowanymi paznokietami, czy tam tipsami na kilka centymetrów i w pełnym makijażu (nawet się nie spocą france) a resztę czasu spędzają na oglądaniu telewizji i dzwonieniu do psiapsiółki. Zajebiście. Zakładam, że sprzątacie raz na jakiś czas w swoim domu... Co?!! Mówicie, że sprzątacie codziennie? od rana do nocy? i efektów nie widać? No co wy nie powiecie...

Podejrzewam, że tak właśnie jest. Jeśli nie należycie do brudasów, a macie dzieci, mężów, żony, koty, psy i inne szkodniki, macie co robić przez cały dzień. To w takim razie skąd pomysł, że w czyimś domu jest mniej roboty...? Tak oto wyjaśniamy sobie pierwszą kwestię - ogarnianie czyjejś chałupy nie różni się zbytnio od ogarniania swojej pod względem technicznym i czasochłonnym. Trzeba poodkurzać na szafach, pod szafami, dywany i  pod dywanami, przegonić pająki zza szaf i obrazów, umyć podłogi, zlewy, umywalki, kible, wanny, kabiny prysznicowe, piekarniki, kuchenki, okapy, posprzątać garaż, zamieść przed domem, czasem umyć okna,   zrobić porządek w szafach, nakryć do stołu, przełożyć pranie z pralki do suszarki a stamtąd wyjąć i poskładać, umyć naczynia ręcznie lub w zmywarce, posprzątać w aucie... Wytaczanie na górkę kamienia przez mitologicznego Syzyfa to mały pikuś przy sprzątaniu domu wszystko jedno czyjego. 

Każdy klient ma inne zadania dla pomocy domowej, a nasza w tym głowa by je wykonać prawidłowo. Mamy na to przeważnie 3-4 godziny (to jest chyba dziś przeciętna dniówka u jednego klienta, tak więc dziennie możemy oblecieć 2 mieszkania. Oczywiście w ciągu tych czterech godzin człowiek jest w stanie wykonać określoną ilość czynności. Na kursie wyraźnie nam dano do zrozumienia, że nie możemy się godzić na wykonywanie wszystkiego, co sobie ktoś zażyczy (bo niektórzy to podobno mają fantazję ułańską). Zasadniczo zawsze ustala się ze zleceniodawcą (klientem), co będzie należało do naszych obowiązków i to my musimy ocenić, czy to, czego klient wymaga jesteśmy w stanie wykonać bez szkody dla swojego zdrowia i zadowolenia klienta (czyli nie na odpierdziel) i mamy prawo się nie zgodzić na wszystko, a w razie problemów z porozumieniem się w tej kwestii można zadzwonić do konsultanta w naszym biurze, bo oni po to są, by interweniować, pomagać, pośredniczyć. Bowiem w Belgii organizacja tej pracy jest dość specyficzna (nie wiem, jak to funkcjonuje w innych krajach) i zaraz o tym opowiem. 

W każdym bądź razie nasze biuro ma za zadanie nie tylko nas zatrudniać i wymagać, ale także nam pomagać w różnych sytuacjach, m.in. konfliktach z klientami. Ludzie są różni, mniej lub bardziej mili, mniej lub bardziej wymagający, mniej lub bardziej porąbani. Ja jak na razie pracuję u fantastycznych i przyjaznych ludzi, ale znam trochę różnych historii z życia pomocy domowych i mam świadomość, że nie zawsze jest miło i przyjemnie. Jednak wydaje mi się, że często jest w tym całym cyrku też wina godzenia się na największe głupoty ze strony samych pomocy domowych. O tym też trochę było dyskusji na naszym kursie. Każdy, kto gdzieś pracuje, czy pracował powinien wiedzieć, że wypracowywanie 150% normy czy więcej i /lub włażenie szefowi niepowiemgdzie jest niemile widziane przez współpracowników, bo potem szef powie - Kowalski dał rady, to ty też możesz... Każdy wie, co mam na myśli chyba. W tym zawodzie nie jest inaczej. Jedna z drugą mało z siebie nie wyjdzie, stanie na rzęsach i klaśnie uszami, będzie pracować mimo choroby, byle tylko zrobić wszystko, co jej każą, nawet jak to nie wchodzi w zakres jej obowiązków lub szkodzi jej zdrowiu czy życiu... Nie przesadzam, niektórzy mają nasrane we łbach albo po prostu wychowani w polskich realiach (tudzież w robocie na czarno, gdzie nie ma zasad tylko wymagania) myślą, że i tu nie mają żadnych praw a tylko obowiązki, stąd te wszystkie kombinowania i biadolenia potem się biorą. Potem ludzie wymagają takich samych poświęceń życia od innych, bo skoro jedna może, to czemu druga niby nie chce myć okien w mróz, dlaczego nie miała by pracować z gorączką... Wszędzie są bowiem normalni ludzie jak i parapety bez uczuć. 

Jako się rzekło - to co mamy robić w danym domu, ustala się z jego właścicielem, najczęściej na początku przy pierwszej wizycie, ale też niektórzy za każdym razem mają inne pomysły, a czasem po prostu jakieś dodatkowe czynności do zrobienia zapodają od czasu do czasu. To do nas należy oszacować, czy damy radę się wyrobić z tym w cztery godziny. Jeśli nie, to w naszej gestii jest poinformować klienta, że albo coś zrobimy po łebkach, żeby zrobić coś innego dobrze albo z czegoś zrezygnujemy i nadrobimy innym razem. Większość - jak myślę - jest jednak normalnych i doskonale potrafi takie rzeczy zrozumieć. Oczywiście można też pracować w myśl polskiego powiedzenia "zesraj się a nie daj się", tylko nie wiem jak długo... Praca przy sprzątaniu to zapiernicz. Rzadko chyba któraś kobieta jest w stanie pracować na cały etat przez dłuższy okres czasu, no chyba, że wg dawniejszych zasad, kiedy na posprzątanie całego domu było 8 godzin (od pewnej starszej pani wiem, że tak było). No albo "po polsku" czyli na odwal się, co często za pewne jest możliwe, gdy właścicieli nie ma w domu i nikt nie patrzy na ręce... No ale pomińmy ten temat milczeniem...

Praca sprzątaczki to poza tym praca odpowiedzialna i wymagająca dyskrecji. Przebywając w różnych domach, zaglądając w każdy zakamarek wiemy nieraz pewnie więcej niż poszczególni mieszkańcy danego domu czy mieszkania o sobie nawzajem. Możemy zobaczyć czasem rzeczy, o których nawet najbliżsi sąsiedzi czy rodzina nie mają pojęcia, a w naszym interesie i dla dobra ogólnego zdecydowanie jest, by tak pozostało. 

Sprzątamy częstokroć, gdy właściciele mieszkania są obecni. Dlatego często trzeba dostosowywać sprzątanie do życia mieszkańców domu. Jeden jeszcze śpi, drugi się kąpie, trzeci je śniadanie, czwarty się uczy, piąty to, dziesiąty tamto. Nie jesteśmy u siebie, nie możemy więc wyganiać ludzi z łóżek, kazać im czekać w kolejce do łazienki (choć mi się zdarza, wszak nie wszystko da się przewidzieć), miziać ich po nogach odkurzaczem, gdy siedzą przy stole. Jeszcze pół biedy jak rodzinka żyje wg tego samego schematu, bo rychło się można dostosować. Ale niektórzy mają różne nieoczekiwane pomysły - wpadają nagle do domu z obłoconym psem, przyprowadzają kominiarza do czyszczenia komina, przychodzą z gośćmi na lunch lub kawę etc etc. Przeto w tej pracy trzeba być też czujnym i umieć się szybko dostosowywać do sytuacji. Bo naszym zadaniem jest posprzątać wszystko i wszędzie i to w taki sposób, by być jak najmniej widocznym i uciążliwym dla właścicieli. Pewnie, że można mieć w nosie to wszystko i po prostu robić swoje, ale ja wierzę w to, że jeśli ja będę szanować ludzi i ich spokój to oni się odwdzięczą tym samym i o dziwo w Belgii jak dotąd się ta metoda mi sprawdza.

Musi się też uważać, żeby czegoś nie uszkodzić, a to, myślę, nietrudno. Są ludzie, których dom przypomina muzeum i jak mniemam niektóre starocie typu wazy, obrazy, rzeźby czy inne tam gadżety mogą być droższe niż nasza roczna pensja. Co prawda przy legalnej pracy mamy ubezpieczenie itp, co nie zmienia faktu, że czasem żadne pieniądze nie są w stanie wynagrodzić wartości sentymentalnej, jaką mają np pamiątki rodzinne, czy jakieś tam rzadkie kolekcje, a które niechcący taka sprzątaczka może rozwalić. 

Ważne jest też by znać się z grubsza na środkach czystości i przede wszystkim czytać etykiety, bowiem w dzisiejszych czasach na wyposażenie i budowę domu składają się przenajdziwniejsze materiały a na półkach widzimy dziesiątki przeróżnych produktów. Może ktoś powie, że są produkty "do wszystkich powierzchni", ale jest taka prawda, że co jest do wszystkiego, jest do niczego. Płyny "do wszystkiego" zazwyczaj nie robią krzywdy ani skórze, ani powierzchniom (są wyjątki), ale są też łagodne dla brudu i takiego piekarnika czy okapu to na pewno nie wymyją. Zresztą są klienci, którzy jeśli mają na stanie odrębne produkty do każdego rodzaju powierzchni, to nawet jeśli połowa z nich ma taki sam skład i działanie, my musimy używać ich z godnie z tym, co mają w tytule i nie ma mowy, by płynem do okien umyć lustro, bo do luster maja co innego, co z tego, iż to jedno i to samo. Są takie dziwaki, serio. Ale czasem spotyka się podłogi, ściany, czy półki z dziwnych i rzadkich materiałów, które widzi człowiek pierwszy raz w życiu i wtedy lepiej zapytać, co to jest i czy można to coś np moczyć. Ja osobiście bym nie wpadła na to, że na naturalny kamur wywala się ze dwa wiadra wody z mydłem, rozprowadza się specjalną szczotą i czeka aż kamyczki się napiją... ale teraz już wiem. Wiem też, że inne kamury jak marmur czy czerwony kamień "jura" są po kilku latach użytkowania praktycznie nie do wyczyszczenia i nie do  umycia (no chyba, że ktoś zna sposób, z chęcią posłucham...). 

Z ciekawostek praktycznych, o których nie miałam pojęcia jako zwykła kura domowa to "kod szmatowy". Teraz wiem, dlaczego ściereczki robione są w kilku kolorach, a Wy? Czerwona jest do  łazienki, żółta do kuchni a niebieska lub zielona do pokoi... no ale pewnie jak zwykle wszyscy oprócz mnie to wiedzą od urodzenia... Ale może wystarczy tych głupot na dziś. Jeszcze tylko opiszę, jak funkcjonuje ten system i dlaczego w ogóle...

Titres-service, czyli praca na czeki. Jak to działa? 


Jakiś czas temu władze Belgii postanowiły zrobić coś w kwestii przeciwdziałania pracy na czarno, która jak wiadomo, przynosi spore straty dla państwa. Titres-service jest jednym z pomysłów. Państwo postanowiło dopłacić do legalnego zatrudniania pomocy domowych, aby ludziom bardziej się opłacało legalne ich zatrudnianie i chyba im się to udało (teraz już myślą o zakończeniu tej historii, ale nie orientuję się dokładnie w tym temacie jeszcze; na razie działa...).

W działalności tej uczestniczy kilka podmiotów: 
  1.  Firma Sodexo - firma wydająca czeki usługowe.
  2. Klient - zleceniodawca, którym może być każdy mieszkaniec Belgii (rejestruje się on w Sodexo i zamawia czeki oraz przychodzi do Biura w celu znalezienia odpowiedniej Pomocy domowej). Czekami płaci Pomocy domowej za wykonaną pracę (1 czek = 1 godzina pracy)
  3. Pomoc domowa - osoba, która zgłasza się do Biura jako poszukująca pracy określając, jaki rodzaj pracy chce wykonywać. Jest bowiem kilka rodzajów pracy. Można tą pracę wykonywać w domu Klienta lub poza domem Klienta. Do pierwszego rodzaju należą: sprzątanie w tym mycie okien, pranie i prasowanie, drobne krawiectwo, gotowanie. W drugim mamy: zakupy, transport Klientów ograniczonych ruchowo (zawożenie do urzędów, lekarzy etc) oraz prasowanie.
  4. Biuro - instytucja pośrednicząca pomiędzy Klientem a Pomocą domową.
Jak działa ten system? Klient kupuje czeki w Sodexo, potem płaci nimi Pomocy domowej, Pomoc domowa przekazuje je do biura, Biuro oddaje czeki do Sodexo, a Sodexo wypłaca pieniądze dla Biura, Biuro płaci klientowi. Poza tym: Klient może sobie część kosztów odliczyć od podatku. Biuro dostaje dodatkowe pieniądze z państwa.
Biuro podpisuje dwie umowy - jedną z Klientem, drugą z Pomocą Domową. Tak więc Biuro zatrudnia pomoce domowe, by wykonywały w jego imieniu robotę u jego klientów.

Za każdą przepracowaną godzinę otrzymuję od klientów czeki. Są to takie żółtawe świstki wielkości banknotu, na których z jednej strony widnieją dane mojego klienta - przed wręczeniem mi tej dziwnej zapłaty musi on tam wpisać bieżącą datę i się podpisać. Wiem, że niektórzy mają zwyczaj niewpisywania dat, ale to jest niezgodne z regulaminem. Niektórym pomocom  domowym to jednak  na rękę, bo kombinują potem z godzinami, urlopami etc. (zdarza się też kupowanie czeków, by zdobyć brakujące godziny bez chodzenia do roboty - Polak potrafi...).

Drugą stronę czeku muszę sobie sama uzupełnić - imię nazwisko, tutejszy odpowiednik PESELu, no i podpis. Potem trzeba jeszcze uzupełnić tabelkę co, gdzie, kiedy, u kogo i wszystko oddać do biura. Rozlicza się co jakiś czas - nie codziennie. 

Można też korzystać z systemu elektronicznego, gdzie odpracowany dzień zgłasza się po robocie za pomocą specjalnego numeru tonowego. Jeszcze tego nie robiłam, więc nie będę się wymądrzać. Jednak po wakacjach chyba zapytam o taką możliwość, bo być może by mi to ułatwiło robotę. Odwożenie czeków do biura oddalonego od domu o jakieś 12 kilometrów, a mieszczącego się dodatkowo na totalnym zadupiu, jest dla mnie średnio fajne, zwłaszcza gdy skwar lub deszcz.

Co jeszcze ze strony formalnej mogę na dzień dzisiejszy powiedzieć o tej robocie? Kurcze, na pewno to, że jak się nie zna języka za dobrze, to często jest sprawa wielce do dupy. W moim biurze nie ma Polaków, więc ciągle się dowiaduję, że czegoś nie wiem albo, że coś źle zrozumiałam. Tak było ze stałą umową. Dopiero wczoraj - po baaaaaaaardzo długich poszukiwaniach znalazłam właściwą belgijską stronę, na której jakiś dobry ludzik napisał prosto, jak to wedle prawa pracy wygląda i udało mi się to wreszcie pojąć. Eureka! Teraz przynajmniej wiem, a co chodzi w tym cyrku i co mogę z tym fantem zrobić. Nie jest to dla mnie sprawa życia i śmierci, ale wolę wiedzieć o co kaman.

Tak oto dane mi było zakumać, że umowy stałej nie mam jeszcze, ponieważ brakowało mi do niedawna jednej (JEDNEJ) godziny tygodniowo. U jednej rodziny pracowałam bowiem co drugi tydzień i te 4 godziny się nie liczyły tak jakby, bo tylko co drugi tydzień miałam 16, a co drugi tylko 12. Do otrzymania stałej umowy i wszystkich dodatków (tak pisano na stronie, nie wyjaśnili, czym są te dodatki, ale kiedyś i to zrozumiem, póki co się domyślam, że pewnie ubezpieczenia, urlopy albo coś koło tego) potrzebne jest 13 godzin w tygodniu. Jednak mając minimum 10 godzin można też pracować (jak ja to robiłam), ale bez tych dodatków (czymkolwiek są) i ciągle na tygodniowych umowach. I te 10 godzin właśnie wprowadziło mnie w błąd, bo konsultantka powiedziała na pierwszej rozmowie,  że po 3 miesiącach muszę mieć minimum 10 godzin (zaczynałam od trzech), nie mówiła, że lepiej jakbym miała 13... No, a potem jeszcze zadzwoniły z informacją, że nie długo dostanę stałą umowę i propozycją pracy u kolejnego klienta, tyle, że zbiegło się to z podjęciem pracy w innym domu z własnej inicjatywy, no i tu właśnie chyba moja znajomość języka okazała się niewystarczająca, by się dogadać w kwestii tych godzin, bo na tym etapie skomplikowane rozmowy jeszcze mnie przerastają.

Dla wyjaśnienia nadmienię, że pierwsze 3 miesiące na czeki pracuje się na czas określony (te krótkoterminowe umowy) i przez ten czas można nawet jeden dzień w tygodniu pracować. Minimalny czas pracy to 3 godziny dziennie (i 3 godziny u jednego klienta, bo można przecie 2 domy dziennie obskoczyć) bez względu na to czy jeden dzień, czy cały tydzień.

 No, nabazgrałam słowami obrazek z życia pomocy domowej w BE. Jest jak w tytule posta - ta praca nie hańbi, nie jest powodem do wstydu, a zarobki 9 czy 10 euro na godzinę to też nie mało jak na start w nowym miejscu, a w porównaniu z tym co zarabiałam w PL (300 €/miesiąc za 40h) to wręcz fura kasy. Zapiernicz jednak jest, o obijaniu się nie ma mowy, ale muszę rzec, że jestem bardzo zadowolona z tej pracy. Powiem raz jeszcze - pracuję w przefajnych rodzinach, od których czasem dowiaduję się tego i owego o Belgii, bo gdy są w domu i mają chwilę czasu, bardzo chętnie rozmawiają. Mało tego, co niektórzy starają się poprawiać moje błędy językowe i uczą mnie nowych słówek i to nie koniecznie związanych ze sprzątaniem. Mają też niebagatelne poczucie humoru i sporo sobie żartują, dogadują, wygłupiają się, toteż praca u nich to zwykła przyjemność. 

Takich klientów i pracodawców życzę Wam wszystkim.

a czasie wolnym bawimy się smakowicie - bo domowa pizza jest najlepsza



3 sierpnia 2015

Zadowolić troje dzieci na raz - jednak możliwe - wystarczy je zabrać nad morze :-)

Moja Trójca Nieświęta składa się z trzech (kto by pomyślał) osobników o zupełnie odmiennych charakterach i innych cechach. Między dziewczynami jest tylko 2 lata różnicy, ale są obie jak ogień i woda - inny wygląd, inny charakter, inne podejście do życia. Jedna cicha i nieśmiała, druga pyskata i towarzyska. Jedna lubi czytać, druga nie znosi książek. Jedna uparta i cierpliwa, druga narwana... Tak by można długo wymieniać jeszcze. Jednak dzięki tym przeciwnościom są dla siebie wzajemnym uzupełnieniem i dobrze się ze sobą dogadują. Oczywiście, nie to że zawsze. Czasem bowiem dochodzi do wojen i to zażartych. Zdarza się, że z użyciem wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe i niecenzuralne, a nie raz też ze skutkami ubocznymi jak specyficzny wystrój pokoju typu majtki na lampie czy tablet albo maskotki w koszu na śmieci lub innych nietypowych miejscach... Pokój jest na szczęście wspólny i póki co nie stać ich na to by zatrudniać sprzątaczkę, toteż wcześniej czy później któraś musi uporać się z tym nieciekawym problemem... 

Gdyby obie miały podobne cechy - wszystko jedno z którego zestawu - to mi matce chyba by przyszło ześwirować. Nie wyobrażam sobie dwóch podobnych małych wiedźm w jednym domu - to by się dopiero działo... 
Do tego dochodzi Synio. Już z racji swojej płci jest inny, do tego jest dużo młodszy (8 lat to dużo). Odkąd się pojawił, mamy na stanie jakoś więcej zabawek i bajek w tematyce straż pożarna, policja, warsztat itp. Wcześniej jakoś tak bardziej w stronę księżniczek i kucyków wszystko szło... Choć - jak chyba każdy normalny rodzic wie - dziewczyny też muszą mieć samochody, pociągi i traktory, bo czym niby będą jeździć księżniczki (karety już dawno wyszły z mody)? No a jak księżniczka zechce zasadzić własne warzywa dla kucyków to niby czym se pole uprawi? Przeto moje miały chłopięce zabawki. Jednak teraz mamy tego dużo, bo często ktoś coś da, czasem się coś kupi... Jednak Młody uwielbia też maskotki i większość już od dziewczyn się przeprowadziła do nowego właściciela. Tak czy owak ostatecznie każde lubi co innego nie tylko w  kwestii zabawek. Co gorsza obserwuję, że im są dranie starsze, tym trudniej je czymś ucieszyć, zaskoczyć. Znaczy w kwestii indywidualnych prezentów rzeczowych to na szczęście nie mam takiego problemu - cieszą się bowiem z drobnostek. Myślę jednak o wspólnym spędzaniu czasu. Coraz trudniej jest mi wymyślać zajęcia, które dla wszystkich były by frajdą. Dodam w tym miejscu, że przez 14 lat zajmowałam się tym z racji wykonywanego zawodu, więc mam niby jakieś doświadczenie, a cholera wymiękam.

No cóż, o ile dla trzylatka gra w domino obrazkowe czy pięćdziesiąty raz z rzędu w 'memory' jest fajne, tak dla starszych może być zabawne pierwszy raz po wypakowaniu owych gier z pudełka, potem to NUUUUUDA. O ile dla starszych radością było by pogranie w ringo, czy badmintona, tak Młody tedy stanie na środku placu i będzie się darł, że on teeeż chceeee, a że nie poradzi sobie i wszyscy się wkurzą, to będzie się darł jeszcze głośniej... Starsze chcą pograć w Monopoly to Młody wpycha dupkso na planszę i zabiera pieniądze, bo on też by coś kupił. 
Nie ma też opcji, że np jeden rodzic będzie grał ze starszymi, a drugi zajmie młodszego, bo młodszy musi być w centrum uwagi, a co to za centrum jak 'wszyscy' są gdzie indziej? 

Zresztą starsze też nie zawsze są tej samej myśli. Wprost przeciwnie. Gdy jedna ma ochotę coś porobić, druga jest zmęczona, jest dla niej za zimno/za gorąco, nie ma ochoty (niepotrzebne skreślić). Gdy druga coś proponuje, pierwsza ma akurat focha. I tak wkoło Macieju.
Tak więc przeważnie mi się wszystkiego odechciewa i przymykam oko na to, że siedzą przez wakacje całe dnie przy kompie i ciupią w minecrafta czy kogamę, bo to jedna z niewielu rzeczy, które robią wspólnie i zgodnie - choć też i na tym polu dochodzi czasem do wojen i fochów. Nawet cierpliwie staram się wysłuchiwać o efektach nowych odkryć poczynionych w tej dziedzinie, choć nie wszystko rozumiem, bo osobiście jeszcze nie grałam. Ograniczam się do obserwacji od czasu do czasu - wolę pisać bloga lub czytać w wolnym czasie, choć jak na starego gracza przystało - nie powiem, że bym nie pograła, ale wiem jak to wciąga (pisanie i czytanie nie mniej zresztą)...
Znaczy z tym 'całe dnie' to dowaliłam.... przecież Młode "CAŁE DNIE" muszą zajmować się bratem... Przyjmijmy więc sprawiedliwie, że pół dnia zajmują się bratem, a pół dnia siedzą przy kompie - w końcu są wakacje...

Ostatnio otrzymaliśmy parę starych filmów familijnych po niderlandzku i urządzamy sobie wspólne wieczory kinowe - chipsy, napoje, słodycze, poduszki... full wypas. Przyznam, że w niektórych momentach muszę prosić osobistą córkę o tłumaczenie kwestii, bo ona większość rozumie. Czasem razem zastanawiamy się, co ten czy ów bohater powiedział, co znaczy ten czy tamten wyraz. I tak np pierwsza część Minionków była dla mnie zrozumiała, ale przy Epoce lodowcowej wymiękałam przy niektórych dialogach (nawet włączenie napisów mi nie pomogło), zaś Młoda bez problemu łapała, co mówią. Czyli jednak praktyka robi robotę. Zauważyłam to już wcześniej podczas odwiedzin koleżanek dziewczyn, które nawijają jak szalone i ja nie kumam za bardzo  w tematyce małolatów, zaś Tesa im odpowiada i dopowiada na luzie, czyli rozumie bez wątpienia. Z mówieniem ma problem i też często się mota i kombinuje naookoło z pomocą rąk, żeby powiedzieć to, co chce, bo brakuje słów i zwrotów, ale całkiem już fajnie sobie radzi, co mnie cieszy. Zu ciągle nie chce mówić, nawet, gdy razem tylko ćwiczymy jest z tym kłopot, bo brakuje odwagi (częściej niż wiedzy i umiejętności), ale będziemy nad tym pracować. W sumie miała 2 lata jak zaczęła w ogóle mówić cokolwiek, to niby czemu z językiem obcym by się miała śpieszyć? Ona zawsze ma czas, nigdy się nie śpieszy...

Jak zwykle zboczyłam z obranego kursu, czyli czasu wspólnie i fajnie spędzanego z dziećmi, na który brakuje mi ostatnio dobrych pomysłów...

Oprócz telewizji jeszcze wycieczki, o których zwykle opowiadam na blogu, są wydarzeniami w których  wszyscy z mniejszą lub większą chęcią  WSPÓLNIE uczestniczą. Oczywiście i tu zdarzają się momenty zwątpienia i bariery niechęci, ale częstokroć do pokonania, a efektem jest zadowolenie całej gromady naraz. Tak było i tym razem. Ba, tym razem na prawdę wszyscy dobrze się bawiliśmy od początku do końca. Nie było fochów ani narzekania na żadnym etapie. No, może troszkę rano, bo nie chciało się kości z wyrka zwlec co niektórym... Ale dali radę, zjedli śniadanie, spakowali plecaczki, po czym wyruszyliśmy rowerami na stację. Stamtąd zaś pociągiem udaliśmy się w stronę belgijskiego wybrzeża. W Gent Sint-Pieters mieliśmy przesiadkę, na którą mieliśmy 5 minut czasu, więc trochę było stresu, żeby się pociąg nie spóźnił, bo potem by trzeba czekać na następny... a tam morze się niecierpliwi i mewy tęsknią...

 Do ostatniego dnia w sumie nie mogłam się zdecydować, czy do Ostendy, czy do Blankenberge, bo w oba miejsca tyle samo drogi i półtorej godziny trwa jazda. Zadecydowały znajomości i możliwość zdobycia praktycznych informacji jak droga ze stacji na plażę, czy kibelki w okolicy (no co? na stronie miasta nie napiszą ci, ile zabulisz za sraczyk i w jakim on jest stanie i czy jest w ogóle... taka  prawda, a to informacja na wagę złota niekiedy). W Blankenberge w każdym bądź razie toalety są w okolicach plaży, cenowo to przeważnie 50 centów. Jakości nie sprawdzałam, bo jakoś się obeszło. Skorzystaliśmy tylko w WuCeta na dworcu zaraz po wyjściu z pociągu, gdzie trzeba było czekać w kolejce. Widocznie inni też doszli do wniosku, że nie będą sikać w pociągu.

 Już u nas na stacji zauważyliśmy paru ludzi z matami plażowymi i w kapeluszach słonecznych, którzy - jak mniemam - z takim ekwipunkiem raczej nie jechali na zakupy, czy w interesach. Potem z każdej strony dało się wyłapać z rozmów słowa: "Blankenberge" lub  "Ostenda", bowiem z Gent odjeżdżały pociągi do obydwu tych miasteczek. Po przesiadce zauważyliśmy, że z bagaży większości podróżnych wystawały dmuchane materace, wiaderka i łopatki oraz koce i parasole słoneczne. Jechały całe wesołe rodziny z dziećmi, wózkami, rowerami, pieskami na smyczy i w torebkach. Tak więc okazało się, że mój pomysł na wypad pociągowy nad morze podziela wiele osób. Po wyjściu z pociągu wystarczy więc podążać za tłumem, a nie ma szans na nie trafienie na plażę. Zresztą jest stamtąd rzut beretem. Już się nawet śmiałam, że pociąg prawie na piachu się zatrzymuje - będzie z 500 metrów od stacji. Po drodze mamy jeszcze szansę, by zaopatrzyć się w niezbędne gadżety plażowe, jak pompowane koła, rekiny, czy materace oraz artykuły spożywcze, kremy do opalania etc. Na tej ulicy bowiem są różne znane sklepy jak carrefour, kruidvat, wibra, etc oraz wszelakie stoiska z okularami, lodami, ciepłymi przekąskami, czekoladkami i wszystkie inne, jakie zwykle spotyka się w podobnych okolicznościach.

ulica Kerkstraat w Blankenberge, którą szliśmy z dworca na plażę
 Tak oto skierowaliśmy swoje kroki w stronę Blankenberge, gdzie dotarliśmy byli wczoraj przed jedenastą z rańca i zabawiliśmy gdzieś do szóstej wieczorem, gdyż z planów wcześniejszego powrotu nici wyszły, bo młodzieży nie dało się oderwać od kopania dołu "na 5 metrów".

 Od stacji dzieci wręcz pędziły. Na wizytę w carrefourze przystały tylko dlatego, że napoje i przekąski to też to, co dzieci lubią najbardziej. Przy okazji kupiliśmy też dmuchany materac i koło-zeberkę, ale chciałam zaoszczędzić i kupiłam jakiś badziew za półtora euro kółko, a 4 za materac i potem musieliśmy się męczyć z nadmuchaniem tego cuda - takie małe gówienko a we trzy na zmiany go dmuchałyśmy. Potem - gdy postanowiliśmy coś przekąsić - okazało się jeszcze, że wypuszczenie powietrza z tego głupiego materaca jest jeszcze trudniejsze niż było nadmuchanie.... Extra. Nie było nigdzie kosza na śmieci odpowiednich rozmiarów, bo tam by na 100% wylądował razem z powietrzem we środku...Aaaa nigdy więcej tanich zabawek plażowych.

Blankenberge


Dziś przeglądam zdjęcia i widzę na wszystkich mordkach uśmiech i zadowolenie i to jest bardzo miłe uczucie, wszak jam to, nie chwaląc się, sprawiła swym osobistym pomysłem i chęcią działania.


Dziś trochę młode narzekają na ból mięśni i pieczenie skóry w miejscach, które zwykle nie ma kontaktu ze słońcem. Wszak 6 godzin ciągłego działania na plaży i w wodzie na przemian w skąpym odzieniu nie mogło pozostać bez skutków ubocznych. Nie chodzimy na basen, bo mąż nie lubi wody i mamy daleko, toteż partie mięśni odpowiedzialne za pływanie są nienaruszane zbyt często i Młode im dały wycisk, a dziś biadolą. A słońce jak to słońce - jest dosyć ciepłe o tej porze roku...

A co mogę powiedzieć o samym Blankenberge? W sumie to niewiele, gdyż poza plażą, morzem  i najbliższą im okolicą nie mogłam nic zobaczyć. Trzeba by być na prawdę wredną matką, by odciągać dzieci od takiej wielkiej przyjemności na jaką składają się skądinąd zwykłe, pospolite rzeczy jak woda, piach, muszelki i słońce.
 Morze Północne, bo tak nazywa się belgijskie morze, jest tak samo bure i zimne jak Bałtyk. Zresztą oba są połączone jakimiś tam cieśninami. Co nie zmienia faktu, że wypoczywanie na jego brzegu jest bardzo, ale to bardzo przyjemne. Podobnie zresztą chlapanie w wodzie. Zimna, nie zimna - jak już do niej dochodzisz, nie możesz się oprzeć zamoczeniu majtek i popływaniu... (M jak Małżonek pewnie by się kłócił z tą teorią, ale on siedzi nadal w Polsce, a nieobecni racji nie mają).

 Ja nie miałam w planach pływania, bo przecież nie zostawię Młodego samopas przy wodzie i w tłumie ludzi. Jednak gdy wodziłam go po wodzie, jakaś szalona duża fala niepodzianie zaatakowała mnie od frontu, a gdy już miałam spodenki do połowy mokre, to nic nie stało na przeszkodzie, by zamoczyć je całe. Młody w pewnym momencie się zmęczył i postanowił coś wszamać i pokopać w piachu razem z Najstarszą Dziewoją, więc ja poszłam bawić się z Młodą na głębszej wodzie. Tylko cholibka - nie wiem, czy wiecie - jeansowe portki strasznie długo schną, nawet te bardzo krótkie i pozornie cienkie. Nie polecam więc pływania w jeansach - wyjątkowo mało praktyczne.
plaża rano - zanim zaczął się przypływ
plaża po południu - zrobiło się ciasno

W drodze powrotnej też sami plażowicze w pociągu. Jechaliśmy w towarzystwie zwariowanej rodzinki z Mechelen i było całą drogę wesoło. Doro zaprzyjaźnił się z ich psiakiem, śmiał się z ich wygłupów, a nawet sprawdzał na paluszkach, czy faktycznie za oknem widać "drie ballonnen", jak powiedziała jedna pani, co wszystkich rozbawiło.

Szczerze powiedziawszy obawiałam się trochę drogi powrotnej. Dzieci zmęczone - to dzieci wkurzone. Zostałam jednak mile zaskoczona przez swoje pociechy. Nie było żadnych awantur ani narzekania. Półtorej godziny szybko minęło i ani się obejrzeliśmy a trzeba było wysiadać.

Gdy wsiedliśmy w Buggenhout na rowery, zegar na aptece pokazywał godzinę dwudziestą pierwszą z minutami - dziewczyny były ucieszone, że "tak późno" wracają do domu. Wszak przeważnie o tej porze już są wykąpane, po kolacji i siedzą w swoim pokoju.

Do domu przywieźliśmy oczywiście wiadro przenajcudaczniejszych muszelek, które dziś są przerabiane na cuda niewidy, czyli różne ozdóbki i dekoracje. No i oczywiście tony piachu we włosach, odzieży, butach, plecakach i wszystkim innym, co mieliśmy ze sobą. Przeto rano przed pójściem do roboty trzeba było zrobić dwa prania i poodkurzać. 

A małżonek siedzi nadal w PL, bo auto padło zaraz, jak tylko przejechał przez polską granicę i ledwie się dotoczył na Lubelszczyznę. Czy ja nie mówiłam, że do Polandii nie ma po co jechać...? Sam zresztą z wielkim ociąganiem ostatecznie wsiadał do samochodu, bo się okazało, ze nie sztuka obiecać mamie w Boże Narodzenie": "przyjadę na pewno wakacjach" - sztuka obietnicy dotrzymać, gdy się tak naprawdę nie ma ochoty jechać w tamte strony... Taniej by, cholera, wyszło do Egiptu polecieć całą rodziną czy w inne ciekawe miejsce, niż do tej zasranej Polski. No ale cóż poradzić? Gdy los takie ciulowe karty czasem rozdaje - nie da się wygrywać.

Ciekawe, ile mu tam przyjdzie kiblować? Wczoraj niby miał wyjeżdżać, ale coś nadal nie tak - choć niby na diagnostyce stwierdzili, że do BE wróci bez problemów, ale się okazało, ze jednak jeszcze nie tym razem. Mam nadzieję, że następnym razem się zastanowi, zanim coś głupiego komuś obieca... 

Dobrze, że Młodzież już się pogodziła z losem i dostosowała do rytmu. Nie ma narzekań, biadolenia, kłótni i płaczów - rano ładnie wstają o ósmej. Gdy wracam po pracy, zastaję małolaty bawiące się razem na górze w ciszy i skupieniu. Czasem nawet nie zwrócą uwagi, że matka wróciła łaskawie do chałupy. Czasem Młody przypędzi, by się przywitać i wraca pośpiesznie do pokoju dziewczyn. Jednym słowem - spokój i harmonia (odpukać). O półkoloniach nawet nie chcą słyszeć w każdym bądź razie. Tylko po wejściu do domu muszę zwykle przedzierać się przez zabawki, ubrania, walczyć z rozsypanym kakao i rozlanym sokiem, zbierać kawałki szynki z dywanu, resztki kromek z kanapy - jednym słowem - dom wygląda, jak po przejściu cyklonu. Nic to - ważne, że jestem o wiele spokojniejsza niż jak wtedy, gdy zostawały rano naburmuszone i potem wydzwaniały co 5 minut z byle głupstwem. Nie jest to może sytuacja idealna ani komfortowa, ale jest dobrze. Jeszcze tylko miesiąc wakacji. Jakoś przeżyjemy.