14 sierpnia 2015

Blog - mój kawałek Internetu

Gdy jakieś 2 lata temu postanowiłam zacząć prowadzić bloga, nie miałam niebieskiego pojęcia, jak to się robi. Znaczy pisanie to żadna filozofia, wszak pamiętniki od czasu do czasu się skrobało, najpierw na papierze, potem w popularnym edytorze tekstów. Word'a i temu podobne wynalazki, że tak powiem, mam obcykane. 

mieczyk własnej hodowli (trzmiel nie mój)

Jednak blog i kwestia techniczna z nim związana, to już inna para kaloszy. Gdzie? Jak? Z czym to się je? Jak działa? Na te i inne pytania musiałam znaleźć odpowiedzi. Zaczęłam oczywiście od szukania miejsca, gdzie można stworzyć bloga. Na początku - pamiętam - trafiałam na jakieś płatne strony. W końcu jednak trafiłam na bloggera i tu zakotwiczyłam. Po czym zaczęłam próbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Ja z tych głupków, którzy instrukcje czytają dopiero, gdy wszystko inne zawodzi, a już prośba o pomoc to ostateczna ostateczność.
Tak więc metodą prób i błędów udało mi się napisać i opublikować pierwszego posta. Z następnymi już było prosto. Po woli obczaiłam, jak zmieniać kolory, fonty (czcionki), rozmieszczenie poszczególnych elementów. Zauważyłam z czasem, że to i owo można pododawać. 

W końcu, po kilku... -nastu -dziestu, -stu...? eksperymentach, stwierdziłam, że wizualnie ujdzie w tłumie. To znaczy mi się podoba (czytaj: to mój kawałek Internetu, więc mogę go sobie umeblować według własnego widzimisię). Po osiągnięciu owego zadowalającego mnie i spełniającego z grubsza moje potrzeby efektu wizualnego skupiłam się na pisaniu. Och, żebym ja tylko pisanie i wygląd bloga miała na głowie, to pewnie bym została mistrzem blogowym czy cuś, no ale na szczęście (bycie mistrzem było by zapewne męczące) mam też takie rozrywki jak sprzątanie, koszenie trawy, podlewanie kwiatków, gotowanie, pranie, prasowanie, różne czynności okołodzieciowe, nauka języka, zwiedzanie,  czytanie książek, oglądanie filmów no i praca, w której wypoczywam od wszystkich poprzednich rozrywek. Spoko majonez - doba ma 48 godzin, a rok 365 dni - wszystko się tam upchnie. Ba, nawet jeszcze w międzyczasie śpię i jem (nawiasem mówiąc - to dwie moje ulubione czynności).

Nie miałam zwyczaju czytywać innych blogów. Wolę pisać. Jeśli o lekturę chodzi, to jednak książka wygrywa. Odkąd mam e-readera powróciłam do czytania (miałam przerwę z braku książek po polsku) - może nie czytam tyle co dawniej, ale czytam... Ale od niedawna, zaczęłam zaglądać też na inne blogi i podczytuję tu i ówdzie po trochu. Nie potrafię jednak śledzić systematycznie żadnego, czy czytać od deski do deski - to nie po mojemu po prostu. Raczej tak przypadkowo gdzieś wbrykuję na chwilę, przeczytam posta, skomentuję - jeśli mnie ochota najdzie i lecę dalej. Tak jak mówiłam - nie mam zwyczaju do niczego i nikogo się przywiązywać.

Niemniej jednak w tej wędrówce poprzez blogosferę zaczęłam zauważać, że ludzie bardzo zwracają uwagę na wygląd swoich blogów. Zmieniają je, głaszczą, dopieszczają, poprawiają... 
I co odkrywam jeszcze? Że te wszystkie piękne, wymuskane, topowe, boskie, fantastyczne, cudowne blogi nie zawsze  są  dziełem tylko i wyłącznie ich autorów (w tym miejscu - jak mniemam - wielkie i poważne blogerki pukają się w głowę i szyderczo uśmiechają wyrażając swoją pogardę dla mojej ignorancji)... Jakoś tak mam głupio w zwyczaju oceniać wszystkich wg siebie, toteż byłam święcie przekonana, że jak ktoś prowadzi bloga, to jest oczywiste, że wszystko przy nim robi sam. Czyli nie tylko pisze, ale samodzielnie robi zdjęcia, samodzielnie projektuje go graficznie itd. Tymczasem czytam raz po raz, że niektóre blogerki często nie wiedzą, jak zmienić czcionkę, szablon, kolor, cokolwiek, że płacą, i to często nie mało, za projekty... A ja głupia cały czas myślałam, że one to WSZYSTKIE wszystko same robią i byłam pełna podziwu, że mają czas, że potrafią takie wyczesane blogi projektować i nawet głupio się z tym czułam, że taka nie kumata jestem znaczy... Dlaczego piszę "one", "blogerki"? Bo większość blogów, na jakie trafiam, piszą babki, a te pozostałe głównie dotyczą szerokopojętej sfery komputerowej i ufam, że pogromcy komputerów nie kupują szablonów na bloga, tylko jednak sami go potrafią zmajstrować :-)

Ale spokojnie - nie uważam bynajmniej, że to coś złego poprosić kogoś o pomoc, czy po prostu sobie kupić. W końcu po to są fachowcy od różnych spraw, by lud nie musiał sobie samemu chałup budować, mebli strugać, czy majtek dziergać na szydełku. No i właśnie nie wiem, czemu myślałam, że w necie miało by być inaczej. Cóż, człowiek uczy się przez całe życie.

Pozostaje tylko zapytać, czy wybulenie sporej kasy specowi od komputerów robi z kogoś lepszego blogera? Śmiem twierdzić, że wątpię. 

Są ludzie, którzy z dumą noszą kapelutek wydziergany przez babcię lub naszyjnik wykonany w przedszkolu przez córcię, czy też paradują z torebką uszytą własnoręcznie. Są też ludzie dla których powyższe rzeczy, oraz wszystko co nie nie ma metki znanej marki lub/i kosztowało wystarczająco dużo, to totalny obciach. Ja należę zdecydowanie do pierwszej grupy. Robię to, na co mam ochotę i noszę, to co lubię, a nie to co jest modne. 

W kwestii bloga i blogowania podobne mam zdanie. Piszę to, co chcę i kiedy chcę. Nie szukam tematów - życie dostarcza mi ich wystarczająco.
Zdjęcia też robię sama. Może nie są profesjonalne, bo - chociaż lubię robić zdjęcia - nie jestem fotografem ani nie mam wypasionego aparatu. Nie mam też czasu przeważnie, by się godzinami ustawiać, celebrować, cyckać z aparatem, bo mam trójkę dzieci i chłopa, za którymi trzeba nadążyć... Żeby tak jeszcze wszyscy byli tej samej myśli, ale gdzie tam. Czasem to dobrze by się było rozdwoić, a najlepiej roztroić... Podczas wycieczek fotografuję w biegu, do tego nie raz z telefonu, bo mam pod ręką. Nie ważne jaka jakość, ważne, że można zatrzymać w nich te wszystkie ulotne chwile, jakich doświadczamy, te wszystkie fantastyczne miejsca jakie odwiedzamy... Prawda jest taka, że żadne - nawet najlepsze zdjęcie - nigdy nie odda prawdziwej magii danego miejsca czy chwili. Te rzeczy dostrzegą na fotografii tylko ci, którzy tego momentu doświadczyli na żywo. Nie ulega kwestii spornej, że piękne zdjęcia ogląda się przyjemniej niż byle jakie i na takim blogu mogą być istotnym elementem. Jednakowoż mój blog blogiem fotograficznym nie jest, a na przerywniki zwykłe fotki wystarczą.

No i w końcu cały układ bloga. Jako się rzekło, w tym też mi nikt nie pomaga. Ja zawsze bowiem  czuję się najlepiej w otoczeniu, które sama sobie zorganizowałam. W przestrzeni zaprojektowanej przez kogoś innego nie mogłabym być przecież sobą. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mi mówił, jak mam se chałupę umeblować, jaki mam mieć kolor ścian, jakie mam kwiatki w ogródku sadzić, jak mam się ubierać... A nie, wróć! Mówią mi to wszystko ludzie cały czas. Krzyczą z reklam, okładek czasopism, forów i blogów internetowych... a ja mam to w jednej tylnej części... Bo fajne to uczucie, móc o sobie decydować, bo miłe to uczucie samemu czegoś dokonać, choćby to była rzecz prosta.
Mam sporą frajdę, gdy piekę torty dla najbliższych i ozdabiam je wedle własnej fantazji. Nie są to może dzieła sztuki kulinarnej, ale są za to niepowtarzalne i jakie potem ciepełko się w serduchu rozlewa na widok uśmiechniętej miny solenizanta. Wielką radością jest dla mnie, i reszty z naszej piątki, wybieranie kolorów farb, wspólne malowanie ścian, wspólne kombinowanie, jak wnieść meble na piętro. No a samo wnoszenie to dopiero ubaw, bo albo coś utknie w połowie schodów, albo ścianę obedrze i trzeba potem jeszcze dziury zatykać i zamalowywać, albo sobie człowiek rękę przytłucze, albo plecy nadwyręży... aż w końcu siadamy brudni i zmęczeni, i pękamy z dumy, że sami tak ładnie zrobiliśmy wszystko. Z blogiem jest nie inaczej. Siedzę, klikam, kombinuję, sprawdzam, testuję różne rzeczy i wcześniej czy później odkrywam coś nowego. Ustawiam, przestawiam, włączam, wyłączam, zmieniam, poszerzam, zwężam, wyrzucam... Nie cały czas - gdzie by mi się chciało? Czasem, jak nic mi się nie chce, wchodzę na bloggera i szukam dziury w całym. I tak po trochu przez te 2 lata aktualny wizerunek mojego bloga się kształtował. Jestem zadowolona z efektu od dawna, co nie znaczy, że on już taki będzie. Ja uwielbiam zmiany (w domu też co chwilę przestawiamy) i odkrywanie nowych rzeczy.
W zeszłym tygodniu odkryłam np, że za tytuł można wsadzić obrazek. No więc nabazgrałam cokolwiek byle się pixele zgadzały i sprawdziłam jak działa. Śmiesznie wyglądało z głupawym obrazkiem, ale znudziła mi się zabawa, więc wyłączyłam lapa, a obrazek siedział na blogu do dziś, kiedy zobaczywszy swoje dzieło się zdrowo uchachałam... A co inne człowieki mają mówić...? Doszłam jednak do wniosku, że skoro wszyscy blogerzy mają jakieś logo, to ja se też mogę coś logopodobnego wydziergać za pomocą ulubionego Photo Filtre. Nie znam się na terminologii internetwo blogerskiej, ale logo to to chyba nie jest. Jak zwał, tak zwał, ważne, że nie najgorzej wyszło. Nie jest to szczyt możliwości, ale ostatnio jakoś coraz szybciej się nudzę taką robotą - starość nie radość :-P

No i mam nadzieję, że nie dostanie mi się za wykorzystanie kawałka jednego z symboli BE, którego fotografie (także własnoręcznie zrobione),  podobnie jak słynnej paryskiej wieży, objęte są prawami autorskimi. Nigdzie nie znalazłam, czy kawałek do tego zmodyfikowany kolorystycznie też się liczy?
Może lepiej będzie zmienić żółty środek na zdjęcie frytek - wszak to też symbol tego kraju, czyli będzie mi pasował
.
A klikając, wklejając, poprawiając pozwoliłam myślom biegać swobodnie, a potem ich wycieczkę spisałam i tak oto narodził się tekst powyższy.