22 sierpnia 2015

Były wakacje?

Dopiero co się niepokoiłam, jak przeżyjemy wakacje, w jaki sposób zorganizuję dzieciom ten dwumiesięczny czas, by były zarazem bezpieczne i zadowolone. Oj, było trochę nerwów z tym związanych, parę nocy nieprzespanych spędzonych na myśleniu...
...w międzyczasie zakwitły moje nagietki :-)

W końcu wzięłam lapa i wypisałam tu wszystko, co mi leży na sercu i jak zwykle pomogło... Po raz kolejny doszłam do wniosku, że nadmierne myślenie szkodzi mojemu zdrowiu psychicznemu. Fizycznemu zresztą też, bo nieprzespane noce powodują zwiększenie zmęczenia i potem człowiek idzie do roboty jak zombie. Czasem mocna kawa i napoje energetyczne pomagają przeżyć dzień, czasem nawet ten miks nie działa i trzeba się walczyć z wszechogarniającą sennością i zmęczeniem.

A wystarczy, że wypiszę czarno na żółtym wszystko, co mi leży na sercu, potem to przeczytam ze dwa razy, uzupełniając w nowe, automatycznie nasuwające się przemyślenia i rozwiązanie problemów przychodzi samo...  Zwykle wystarczy przecież poczekać spokojnie, aż się ułoży wszystko, ustabilizuje, unormuje. Po cholerę od razu siać panikę? Coraz częściej o tym zapominam.... 
Czasem tęsknię za moją dawną mną, za moją niekończącą się cierpliwością i opanowaniem. Tymczasem zauważam, że coraz mi to trudniej przychodzi... Może to wiek, może bycie matką, a może posiadanie narwanego męża, może zmęczenie, może ...bogate doświadczenia życiowe, a może wszystkiego po trochu...? 

Dziś zastanawiam się, co mnie nagle opętało, że nagle przestałam wierzyć w swoje potomstwo? Skąd mi przyszło do głowy, że moje łobuziaki, po tym czego już w życiu doświadczyły i z czym musiały się zmagać, co razem udało nam się pokonać, nagle miałyby stać się jakimiś nierozgarniętymi siusiumajtkami? Teraz sobie myślę, że jakieś zaćmienie umysłu miałam albo po prostu zwykłe dni zwątpienia we wszystkich i we wszystko.... wszak mam tak co jakiś czas... 

Młody przecież  od dawna jest samoobsługowy. Gdy miał półtora roku pożegnał pampersy. Od dawna SAM korzysta z toalety (zadek trzeba podetrzeć tylko). Od ponad roku sam się ubiera i rozbiera - od majtek do kurtki i butów. Kurtkę nauczył się ubierać w przedszkolu. W ostatnich tygodniach sam zaczął się kąpać wieczorem pod prysznicem - takie życzenie księcia - rozbiera się, włazi do kabiny, mydli się i spłukuje, potem wyciera i zakłada piżamkę. Tylko włoski łaskawie pozwala sobie umyć i wyczesać. No, czasem jeszcze mamy pozwolenie na założenie piżamki. Nie każdy 3,5-latek sobie z tym wszystkim radzi. O wyżywienie własne też sam dba - gdy jest głodny, oznajmia, co chciałby zjeść :-D Najczęściej jest to "szinką-galinką" (szybka kanapka z szynką i margarynką) lub kiełbaska. Od czasu do czasu płatki - jak dziewczyny jedzą, to muszą przygotować o jedną michę więcej. Gdy ma ochotę na jogurt, nawet nie mówi nic, tylko otwiera lodówkę, potem wyszukuje ulubioną łyżkę w szufladzie i zażera. Podobnie z owocami - zawsze są w zasięgu jego łapek i bierze kiedy chce. Najchętniej "siuśtawki" (truskawki) i "flambozien" (maliny - nl. frambozen) Poza zasięgiem zasadniczo są chipsy i słodycze, ale po co ma się starsze siostry?

Jeśli ten tekst czytają mamy uczulone na punkcie zdrowego odżywiania, to pewnie mają już gęsią skórkę (co najmniej), ale mnie to w paski.  Przy karmieniu cycem Młodego przymusowo zaliczyłam ekstremalną dietę - gnojek był uczulony na wszystko co było związane z kurą i krową a do tego na kakao... To był jedyny okres w moim prawie czterdziestoletnim życiu, gdy zwracałam uwagę na to co jem. O jak mi obrzydło wtedy sojowe mleko - do dziś mnie wstrzącha na samą myśl o sojowych produktach. Na szczęście wyrósł z tego. W moim rodzinnym domu zawsze każdy jadł kiedy chciał i co chciał (wybór był niewielki, ale coś tam każdy znalazł zawsze, choćby ziemniaki ze śrutą (zmielone zboże) i pokrzywami umieszane dla kur - haha - dobre to było). Teraz u nas jest tak samo - są głodni, jedzą. Nie chcą - nie jedzą. Proste. Jak to mówią: co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Wakacyjne BBQ - mega pianki w akcji  :-)

Dziopy też od małego nauczone były samodzielności. Jako samotna pracująca matka nie miałam czasu by koło nich skakać. Moja mama też nie siedziała bezczynnie mając sama gospodarstwo do ogarnięcia. Więc Młode bardzo szybko musiały nauczyć się same sobie radzić, same się sobą zajmować - takie życie. To był niefajny czas i nie ma za bardzo co wspominać, ale był i ślady po sobie zostawił - te pozytywne i negatywne. Samodzielność na pewno należy do pozytywnych. 

Potem się przeprowadziliśmy, dziewczyny zostały po raz pierwszy brutalnie wrzucone w nowe, obce środowisko. Po wczesnym dzieciństwie spędzonym w małej wsi, musiały nauczyć żyć się w miasteczku, w ciasnym mieszkaniu w bloku, w nowej, dużej szkole. Szybko się odnalazły w nowym otoczeniu, ani się obejrzałam już ganiały z bandą dziewczyn lub chłopaków po osiedlu, właziły na drzewa, robiły bazy pod balkonem na parterze. Same chodziły do szkoły, same wracały, gdy tylko dostały zielone światło od wychowawczyni, czyli - zgodnie z prawem - skończyły 7 lat. Potem urodził się Młody, więc znowu nadeszły zmiany. Uczyły się opieki nad bobasem, którego uwielbiają od pierwszych dni. Same robiły drobne zakupy w osiedlowym kiosku i pobliskim Tesco. Same ogarniały bajzel w swoim pokoju, czasem pomagały w pieczeniu i gotowaniu, co - jak wszystkie chyba dzieci - uwielbiały. Lubią do dziś, zresztą. Pomagałam tylko w lekcjach.

Potem znowu się przeprowadziliśmy do wielkiego miasta, do obcojęzycznego miasta, obcego kraju. Dziewczyny przeszły prawdziwą szkołę przetrwania przez 2 miesiące w tzw "szkole międzynarodowej", gdzie musiały stawić czoło biciu, wyśmiewaniu i znieważaniu przez rówieśników. Potem się znowu przeprowadziliśmy i znowu nowy język, nowi koledzy, nowi sąsiedzi... ale wreszcie normalnie, ciepło, bezpiecznie, wesoło, spokojnie... Tu jest nasze miejsce, tu jest nasz nowy dom.... Każdy z tych etapów czegoś moje dzieci nauczył, każdy był interesującym doświadczeniem, raz bolesnym, raz wesołym. Czasem słyszę gdzieś lub czytam, że niektóre nastolatki nie potrafią sobie nawet herbaty zrobić, że mama wstaje rano, by je obudzić, zrobić im  kanapki do szkoły i się nadziwić nie mogę, bo mój 3latek to sobie sam kanapkę umie zrobić - pewnie, że margaryna jest też na stole i szafie, a niekiedy i na lampie,  a okruchami by pół populacji wróbli wykarmił przez całą zimę, ale kanapka jest jak się patrzy. A Dziewczyny? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam im kanapki.  Ja gotuję i podaję obiad o godzinie 16:30. Reszta posiłków w naszej chałupie jest zwykle we własnym zakresie. Młody przeważnie sam woła, gdy jest głodny albo się przysiada do nas czy dziewczyn, gdy zaczynamy się kręcić koło jedzenia. Dziewczynom czasem przypominamy o zajrzeniu do kuchni, gdy za długo nie wychodzą z własnego pokoju. Oczywiście to dotyczy sezonu wakacji, gdy czas jest nienormowany i każdy żyje własnym życiem. Mniej lub bardziej. W roku szkolnym rano przed szkołą, pracą wszyscy siadają do śniadania. Potem młode jedzą w szkole. Następnie wracają na obiad. Przed spaniem jeszcze ewentualnie jakaś kolacyjka. Dziewczyny najczęściej jedzą płatki lub kromki z czekoladą, posypką, spekulosem, serkiem czekoladowym - po belgijsku po prostu. Czasem jakiś pomidor się wkradnie lub szynka, ale raczej rzadko. Od czasu do czasu tosty i smażony bekon oraz/lub jajca. Jak nachodzi ich fantazja - gotują budyń, kisiel lub smażą naleśniki - te rzeczy potrafią zrobić same. Czasem każą ugotować lane kluski na mleku, ryż lub kaszę mannę - mamie się nie przypala i nie kipi :-)
 Pod moją nieobecność jednak zabraniam większych zabaw w kucharza, bo jak im nie patrzyć na ręce, to czasem najdziwniejsze eksperymenty przeprowadzają. Jak to dzieci.

W każdym bądź razie, gdy wracam z pracy po 5 godzinach, zastaję Młodzież pracującą nad czymś wspólnie. Czasem są to kredki i papier, czasem puzzle, czasem komputer, a czasem klocki. Najmłodszy jest nakarmiony kanapkami lub płatkami oraz oczywiście chipsami, jak tylko są takowe na stanie :-) Zdarzało się, że wszyscy byli jeszcze w piżamie, gdy przyszłam albo że dom wyglądał jak pobojowisko - rozwalone zabawki, jedzenie i ubrania. Ale to przecież normalne objawy dobrej zabawy. Co nie znaczy, że jak otwierałam drzwi, to nie pytałam  z progu głupio, czy nie można było trochę mniej nagrandzić? I nie znaczy, że nie dowiadywałam się, że przecież nie było czasu, by  posprzątać, czy się przebrać.

MOJE dzieci miałyby sobie nie dać rady? No właśnie. Po kiego grzyba ja wiecznie stwarzam  problemy, tam gdzie ich nie ma...? Cóż. Te typy tak mają.

Teraz z kolei  mam małego cykora przed startem w nowy rok szkolny. Nie boję się co prawda, czy damy sobie radę, bo my zawsze sobie dajemy radę. Pytanie tylko, jakie będą tego efekty i skutki. Najbardziej obawiam się okresu początkowego. Tych dni, tygodni, które są zawsze potrzebne do odnalezienia się w nowej sytuacji, a które zwykle są deczko stresujące, w których człowiek jest zdezorientowany i zamotany. Chyba zbyt wiele razy w ostatnim czasie dane nam było zaczynać wszystko od nowa i stąd te obawy teraz w każdej nowej sytuacji. Wszak to do mnie niepodobne raczej, by przejmować się zbytnio przyszłością. Tymczasem coraz częściej łapię się na tym, że się zastanawiam: co też los nam przyniesie?

Już samo zakończenie wakacji i przestawienie się z luzu na obowiązki jest zmianą, do której trzeba się na nowo przyzwyczajać po każdych wakacjach. W tym roku dochodzi też kilka większych zmian i nowinek. Najważniejsza to fakt, że Zu idzie już do średniej szkoły - nowi koledzy, nowi nauczyciele, nowe miejsce, nowe zwyczaje, dojazdy - może rower, może autobus, może auto taty. Kombinujemy, myślimy, rozważamy wspólnie wszystkie za i przeciw. Kupiliśmy Młodej nowy rower za eko-czeki, które tu dostaje się w ramach premii z pracy, gdyby zdecydowała się na dojeżdżanie rowerem. Jednak było nie było 6 kilometrów może się jej nie chcieć naginać zwłaszcza w deszcz. Coraz bardziej nastawiamy się więc na autobus rano i auto  z powrotem.

Tesa szkoły nie zmienia, klasy też ostatecznie nie, ale  zaczyna zajęcia w akademii muzycznej, gdzie 2 razy w tygodniu będzie się uczyć tańczyć. Do tego ma spróbować osiągnąć poziom, który by jej umożliwiał startowanie za rok do liceum lub technikum. Próba nie strzelba. Więc, jak się nie uda, to nic złego się nie stanie.

M-jak-Mąż zaczyna kurs angielskiego. Wierzę, że tym razem nie będzie spadał w robocie z drabin i łamał kończyn i  tym razem ukończy pierwszy etap.

Ja zaczynam intensywny kurs niderlandzkiego, na który będę musieć poświęcić dużo więcej czasu, nie tylko dlatego, że będzie intensywny, ale ze względu na dojazdy, t.j. godzinę wcześniej trzeba wyjść z domu i godzinę później wrócić - 2 razy w tygodniu od 17 do 23. Będę mieć też dodatkowe godziny pracy... bo czasem jednak praca przychodzi do domu. Do mnie przyszła, serio. I dobrze, bo pieniędzy ciągle za dużo nie mamy, choć już jest zdecydowanie lepiej, niż było w PL. Niestety do wyjścia na prostą ciągle za mało.

Młody, w związku ze zwiększającymi się obowiązkami matki,  będzie musiał parę minut dłużej w szkole posiedzieć. Obawiam się, że obiady o 16.30 też mogą przestać być normą, bo chyba nie zawsze będą w domu wystarczająco długo, by zdążyć ugotować, ale to się okaże.

Dopiero jestem w trakcie rozplanowywania tego wszystkiego, ale już czuję, że będziemy mieć wszyscy niezły zachrzan w tym roku. (dla mnie liczy się bardziej rok szkolny niż kalendarzowy) Mam nadzieję, że zdrowie nam wszystkim dopisze - zarówno to fizyczne jak i psychiczne - i podołamy oczekiwaniom własnym oraz nauczycieli i pracodawców, a także tym, które mamy wobec siebie nawzajem. Wszak nie sztuka poświęcić się zdobywaniu pieniędzy i nauce, sztuka nie zapomnieć przy tym o rodzinie.

Blog to już może być niemal pewien, że będzie się musiał uzbroić w cierpliwość. Posty na pewno przestaną się pojawiać raz na tydzień, jak to było przez wakacje. Choć na pewno od czasu do czasu będę potrzebować relaksu, jakim bez wątpienia jest dla mnie opowiadanie tych  wszystkich  pierdół z Naszego życia.






18 sierpnia 2015

Rowerzysta - zło konieczne?

Natknęłam się nie dawno na jednym z popularnych polskich portali artykulik o polskich problemach z rowerzystami. Akurat tego portalu nie uważam za "najmądrzejrzy", bo teksty zazwyczaj są z tych dla idiotów, toteż nie będę tu robić reklamy i nie napiszę o czyje strony chodzi. Dla mnie zazwyczaj ciekawsze i ważniejsze są komentarze pod tekstem, gdyż to one pokazują, co myślą na dany temat różni ludzie. 

No i właśnie to, co przeczytałam potwierdza moje wcześniejsze spostrzeżenia. A mianowicie, że w PL, jeśli chodzi o ruch na drodze, głównym problemem nie są za wąskie, czy dziurawe drogi, za stare/za nowe auta, brak ścieżek rowerowych, złe przepisy, brak czasu i pieniędzy (choć to wszystko nie jest bez znaczenia). W PL problemem jest BRAK KULTURY i SYMPATII na drodze, BRAK WYOBRAŹNI, co prezentuje chyba większa część polskiego społeczeństwa, bo to zaraźliwe. Niektórym palemka odbija, jak tylko wsiądą za kółko, na motor czy rower - inni mają tak cały czas. Reszta jest normalna, ale cierpią jednakowo wszyscy.

 Bowiem przepisy przepisami, bo też są często od czapy, zły stan dróg, chodników i inne utrudnienia mogą sprawiać kłopoty w poruszaniu się tu i ówdzie. Jednak do jasnego grzyba wystarczy odrobina dobrej woli, by nawet w najgorszych warunkach wszyscy mogli bezpiecznie i bez stresu uczestniczyć w ruchu drogowym.

W tamtym artykule napisano, że kłopot z rowerzystami na drodze wynika zapewne (prawie padłam ze śmiechu!) z braku wymaganego dokumentu, poprzedzanego egzaminem, uprawniającego do kierowania rowerem. Z tego, co pamiętam w podstawówkach dzieci w 4 klasie mają w programie przepisy ruchu drogowego (Młoda miała) i na koniec roku zdają egzamin na kartę rowerową. W gimnazjum sporo osób robi kurs na motorower (także dziewczęta). Dorośli przeważnie mają prawo jazdy, a te 5 pozostałych osób by raczej tyle 'problemów' nie sprawiało... tak myślę. Myślący człowiek sam powinien się zorientować w zasadach i znakach zanim wyruszy na drogę. Tymczasem chyba z połowa dysponujących prawem jazdy ma powyższe wytyczne w d.. nosie.

Przejechałam na bike'u w PL setki kilometrów i przekonałam się na własnej skórze, ile znaczy w PL rowerzysta. Jechałam sobie swego czasu drogą z pierwszeństwem. Byłam na tyle głupia i naiwna, że nie zwalniałam z górki przed skrzyżowaniem z drogą podrzędną, bo przecież to ja mam pierwszeństwo, to nie muszę. Ta naiwność skończyła się pokiereszowanym rowerem i wizytą na pogotowiu, bo niektórzy kierowcy tirów uważają, że tylko i wyłącznie rozmiar się liczy. Wszak logiczne, że pieszy, rowerzysta czy "motórzysta" ustąpi zawsze samochodom jeśli chce przeżyć. Tak się przyjęło w tamtym dzikim kraju.

Nie, spokojnie, nie przejechał mnie tir - mam dobry refleks i zdążyłam go ominąć, ale na skrzyżowaniu było sporo osobówek i sztuczka nie całkiem się udała, bo inny kierowca zasugerował się postępowaniem frajera w tirze i też poszedł z pazura... Gdyby nie kilka lat ćwiczenia umięjętności upadania na treningach sztuk walki, najprawdopodobniej było by znacznie gorzej, może nawet wąchała bym dziś kwiatki od spodu. Tak to tylko mam drobne pamiątki na łokciach i miednicy, no i boję się jeździć. (dlatego nie mam prawa jazdy - choć odkąd mieszkam w Belgii i widzę, ze tu dużo bezpieczniej rozważam pójście na kurs po dostatecznym opanowaniu języka).

Tak, w Polsce głównym problemem na drodze jest brak kultury, uprzejmości i odrobiny pomyślunku (o powszechnym nadużywaniu procentów nawet nie wspominam). Jeden z komentujących pod wspominanym artykułem napisał mniej więcej coś takiego "...w mieście jest co kawałek przejście dla pieszych, to przecież nie będę zwalniał przed każdym, bo ile bym jechał do domu...". No pewnie, po cholerę zwalniać przed przejściami dla pieszych, w okolicach szkół? Nie mówię już o zatrzymaniu się i przepuszczeniu jakichś śmiesznych pieszych, rowerzystów, czy chcących włączyć się do ruchu z parkingu, z innej drogi...Ręce opadają po prostu...

Przeżywają tam też, w tych komentarzach, jak niebezpieczna jest jazda rowerem po chodniku. Ktoś tam zauważa, że jadąc wolno, nikomu nie zrobi krzywdy. Drugi na to, że przecież jakby w jechał rowerem w pieszego, to tamten by ucierpiał... W sumie prawda, pytanie tylko - dlaczego miałby wjechać w pieszego? Pomijając niewidomych i pijanych, którzy z przyczyn oczywistych rowerami poruszać się nie powinni, nie widzę powodu, dla którego miało by dojść do kolizji. Natura każdemu dała oczy do patrzenia i rozum do myślenia, dała też uczucia, empatię i możliwość uśmiechania się...
Spokojnie, ja wiem, że polskie przepisy nakazują jazdę rowerem po jezdni i tego trzeba przestrzegać, choć czasem na prawdę strach o własne życie powstrzymuje niejednego przed jazdą po ulicy. No i  jednak w niektórych przypadkach dozwolone jest poruszanie się chodnikiem (np jazda z dziećmi do 10 lat, śnieżyca, ulewa, gołoledź).

Poza tym skoro zakładamy, że rowerzyści na chodniku by masowo taranowali  pieszych, to adekwatnie kierowcy aut czy ciągników będą masowo taranować rowerzystów, czy motocyklistów, bo są więksi. No i tu jest pies pogrzebany. W PL ciągle panuje prawo dżungli - jeśli idzie o ruch drogowy. Można wybudować najnowocześniejsze drogi i autostrady, rozdać ludziom najnowsze pojazdy, ale wpierw trzeba by co niektórym w główkach poukładać. No ale czemu się dziwić, skoro w komentarzach co raz pojawia się motyw, że "rowerzyści to buraki ze wsi, których nie stać na auto". To nic, że w europejskich dużych miastach wielu ludzi - nawet tych bardzo bogatych - woli jeździć po mieście rowerem lub miejskimi środkami komunikacji, a autem jeżdżą tylko na dalekie trasy. W PL trzeba szpanować autem i  nawet głupie 500 metrów trzeba jechać samochodem, potem szukać godzinę miejsca na parkingu, gdy spokojnie można by podejść na piechotę czy śmignąć rowerkiem. No ale szczegół.

W Belgii rowerami jeździ się po ulicy tylko wtedy,  jeśli jest wyznaczony pas dla rowerów, najczęściej pomalowany na czerwono lub zielono. Jeśli ten pas jest, rowerzysta jest na nim  świętością (czasem to aż do przesady, bo niektórzy - zwłaszcza ci w "obcisłym" - czują się panami świata; wybryków natury nigdzie nie brakuje). Nikt tu  nie trąbi, nie wygraża, jeśli kawałek musi jechać za rowerzystą czy skuterem, nie wpycha się na trzeciego, po prostu wlecze się spokojne z tyłu, aż będzie miał możliwość wyprzedzenia. Można spokojnie wystawić łapę i skręcić bez ryzyka bycia rozmamranym przez auto. Ale właśnie - rowerzyści tutaj wiedzą, jak sygnalizować manewry i z tej wiedzy korzystają. 
W Belgii jest też sporo ścieżek rowerowych - o czym już kiedyś pisałam. I to nie takich jak w Warszawie, że w połowie ścieżki jest przejście podziemne z dużą ilością schodów... W PL ścieżki są dopiero w budowie i niektóre stoją nie używane, bo nie mają sensownego połączenia z czymkolwiek (tak samo jak drogi, zaczęli w kilkunastu różnych miejscach, a potem kasy zabrakło - peszek).

Jeśli  nie ma wyznaczonego pasa, ani osobnej ścieżki, to rowerzysta jeździ chodnikiem. Znaki informują, ze chodnikiem poruszają się RAZEM piesi i rowerzyści i nie ma chyba jakichś specjalnych (poza zdrowym rozsądkiem) ograniczeń prędkości dla tych drugich. W niektórych mniej uczęszczanych miejscach ten chodnik jest wąziutki (70cm?), rowerzystów jest tu dużo więcej niż w Polsce. Jest sporo rowerów elektrycznych więc i staruszkowie zasuwają szybko, ale jest też sporo pieszych, mamy z gromadami rozbrykanych dzieci, babcie idące o lasce, itd. I jak mieszkam tu 2 lata, chodzę na butach, jeżdżę na rowerze i w aucie tak jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał problem z tym faktem. Wszyscy się spokojnie mieszczą. Jak to się dzieje? Jedno trudne słówko: KULTURA.

Tutaj rowerzysta śmiga po chodniku (bynajmniej nie z prędkością pieszego, bo ci zapaleńcy w "obcisłym" to średnio 30km/h jeżdżą) od strony jezdni, czyli po lewej stronie (czasem chodnik jest podzielony kolorami - czerwony dla roweru, szary dla pieszego, ale to już ścieżka połaczona z chodnikiem), a pieszy po prawej. Jednak czasem ludzie - jak wiadomo - chodzą sobie środkiem (bo im wolno) albo całymi gromadami (bo też im wolno). Wtedy rowerzysta korzysta z wynalazku zwanego potocznie dzwonkiem. W Belgii wystarcza jedno niegłośne "DZYŃ", by piesi czym prędzej zeszli na swoją stronę. I ci piesi (nawet jak to jest grupa rozbrykanych małolatów) nie krzyczą - jak w Polsce: "gdzie ci się k..a śpieszy debilu?", nie udają głuchych, więc nie powodują wybuchu agresji u rowerzysty i nie usłyszą od niego: "spier..jcie". Mało tego, taki rowerzysta - mimo że jedzie swoim pasem i nikt mu teoretycznie łaski nie robi, że zejdzie z drogi - zazwyczaj mówi "dankejewel! - dziękuję", a co weselsi piesi drą się wtedy "alsjeblieft - proszę". Podobnie jest, gdy jeden rowerzysta chce wyprzedzić drugiego - "dzyń" i ma wolną drogę. Zresztą przeważnie to nawet dzyńdzanie jest niepotrzebne, bo ludzie, jak słyszą nadjeżdżąjący z tyłu rower, po prostu robią mu miejsce. Czyli można? MOŻNA! Tylko dlaczego w PL ludzie mają z tym taki kłopot? Rowerzysta na chodniku przeszkadza pieszym, na jezdni przeszkadza samochodziarzom.

 Z autami jest podobnie. Zaobserwowałam, że tutaj wielu (chyba większość??) emerytów płci obojga ma samochody (i to nie byle jakie fury czasem). Wiadomo, ludzi było tu od dawna stać na wiele rzeczy, nie było komunizmu, takich zniszczeń wojennych etc - inna sytuacja ekonomiczno gospodarcza, ale to inny temat. W każdym bądź razie tutaj babcie czy dziadziusiowie często prowadzą samochody. Każdy wie, że ludzie starsi już mają gorszy refleks, słabiej widzą i słyszą, więc czasem im o wiele trudniej wykonywać poszczególne manewry na drodze i zapanować nad autem. Ale czy to jest powód do wyśmiewania się z nich, trąbienia, pukania się po głowie, wygrażania ze strony gówniarzy? W Pl słyszałam nie raz - ten stary to już powinien dostać zakaz poruszania się po drodze bo jeździ za wolno (W Polsce jazda 40 na godzinę przy ograniczeniu do 40 na godzinę to o 40 za wolno), parkowanie zajmuje mu 15 minut, bo musi 10 razy poprawiać - gówniarz przecież zaparkuje wciągu kilku sekund, a że tam 3 miejsca zajmie albo miejsce dla inwalidy to szczegół - (zaparkuj se w Belgii na miejscu dla inwalidy hehe - to spędzisz cały dzień na policji żeby ci oddali auto i to nie za friko). Tutaj ludzie jacyś tacy bardziej wyrozumiali, cierpliwi, spokojniejsi i milsi na drodze. Więc babcia z dziadziem mogą sobie spokojnie autkiem gdzieś pojechać, spokojnie zaparkować, nikt ich nie denerwuje głupim trąbieniem i gazowaniem, z tyłu. Podobnie z świeżymi kierowcami - oni bez obawy i wstydu jeżdżą na początku z literką "L" na szybie ostrzegając, że jeszcze mogą wiele błędów popełniać, bo jeszcze się uczą. Dla innych uczestników ruchu jest to powód do zachowania ostrożności. W PL ludzie już na widok auta nauki jazdy dostają małpiego rozumu - od razu trzeba się popisywać, trąbić, a nawet łamać przepisy, bo nie pamięta wół jak cielęciem był. I jeszcze co mi się tu podoba, to miłe gesty. Gdy na wąskiej drodze wiejskiej spotyka się dwa auta jadące z naprzeciwka (2 się nie mieszczą na drodze obok siebie), każdy rozgląda się za szerszym kawałkiem (mostek, wjazd do domu) i zjeżdża, czasem wycofuje kawałek - tutaj to normalny odruch jest (co na początku mnie dziwiło bardzo) - drugi może przejechać i wtedy ZAWSZE podziękuje machnięciem ręki. I to jest piękne. Podobne gesty zobaczymy wpuszczając kogoś przed siebie, przepuszczając rowerzystę lub pieszego przez ulicę - nawet jak to jest przejście dla pieszych czy rowerzystów. Bo takie gesty nie kosztują nic, ale o ile przyjemniejsze robi się poruszanie po drogach. Może i wy spróbujecie być fajnymi dla innych, a nuż się ktoś zarazi i dobro się rozejdzie po świecie...?

O przejściach dla pieszych też już kiedyś wspominałam, ale powtórzę raz jeszcze. Mieszkałam 5 miesięcy w Brukseli - mieście pełnym  samochodów, autobusów, tramwajów, rowerzystów, ludzi. Teraz mieszkam na belgijskim zadupiu, gdzie popularnym pojazdem są traktory,  bryczki i jeźdźcy na koniach, nie brakuje też samochodów i rowerów. W obydwu tych miejscach na drodze widać dużo większą kulturę i empatię niż w Polsce. Tutaj jeszcze nie dojdę do przejścia dla pieszych, już auta z obydwu stron stoją i jeszcze kierowcy machają łapą, żeby śmiało przechodzić. Podobnie jest z wpuszczaniem aut np z bocznej drogi czy z jakiegoś tam parkingu. Nie ma problemu z włączeniem się do ruchu, bo prawie każdy wpuszcza jedną osobę, dzięki temu ruch idzie płynnie. W PL nikomu nie chce się zatrzymać, więc jak ktoś się wreszcie zlituje, to wszyscy z tej bocznej się pchają jak głupki, bo nie wiadomo kiedy nadarzy się następna okazja do wyjechania, a w tym czasie już półkilometrowy korek się utworzy. Jazda na suwak - co mądrzejsi próbują przekonac do tego w PL, ale to jak walenie grochem o ścianę... "bo czemu JA mam kogoś wpuszczać, jak mnie nikt nie wpuścił?". A wystarczyłoby, żeby ludzie zmienili myślenie na "ja wpuszczę, bo może i mnie ktoś wpuści" i na drodze w mig by się sytuacja poprawiła.

No i jeszcze kwestia dziwnej mody na bycie przeciw bezpieczeństwu własnemu. Tu mam na myśli np zapinanie pasów i przewożenie dzieci. Dzieci ładuje się do fotelika a pasy zapina tylko z obawy przed mandatem, z jakiegoś dziwnego powodu życie własnego dziecka i swoje własne ma się gdzieś. A przecież już przy 60 km/h niezapięty człowiek podczas zderzenia z czymkolwiek wylatuje przez przednią szybę. Podczas nagłego hamowania niezapięte dziecko rozkwasza sobie twarz o przednie siedzenie.
Kaski i kamizelki na rower są powodem wstydu. A przecież w tych śmiesznych kamizelkach w nocy, podczas deszczu, czy we mgle człowiek jest o wiele bardziej widoczny dla kierowców. Tutaj te gadżety są juz o wiele bardziej popularne, a na pewno nie są powodem do wstydu. Są też gigantyczne mandaty za jazdę rowerem po nocy bez świateł i kamizelki, co też niektórych mobilizuje. Słyszę, że w PL też się powoli egzekwuje te odblaski - i bardzo dobrze.

Fajne jest to, że w BE - nie wiem jak w PL - można kupić odblaskowe kurtki przeciwdeszczowe, a na lato nawet koszulki fluo. To świetna sprawa, bo kamizelka poza funkcją odblaskową nic nie daje, a kurtka owszem.

 Ciekawe, co dla Was jest największym problemem na drodze? Rowerzyści? Motórzyści? Pijani? Jeżdżący za wolno? Za szybko? Za dużo przejść dla pieszych? Same drogi? A może Wy nie widzicie żadnych problemów - dobrze jest jak jest...?