4 września 2015

Pieniądze szczęścia nie dają...?

 Każdy pewnie przynajmniej raz w życiu  usłyszał od kogoś, że pieniądze szczęścia nie dają, że szczęścia nie można kupić... Hm... nie do końca się z tym zgadzam.


W sumie też uważam, że można być zadowolonym ze swojego życia nawet nie mając nic... Można. W każdej sytuacji można się odnaleźć, w każdym miejscu i okolicznościach można z drobnych okruchów radości, uśmiechów, kolorów, miłości, ciepła można zbudować swoje wielkie prywatne szczęście, a nawet Szczęście. Można. 

Moim hasłem życiowym było i jest : 

Gdy nie jest tak źle, żeby gorzej być nie mogło,  to już jest powód do zadowolenia. 

Odkąd pamięcią sięgam, byłam ogólnie zadowolona ze swojego losu. Co nie znaczy, że nie narzekałam, nie wściekałam się, nie płakałam, nie wpadałam w panikę w pewnych okolicznościach. W końcu jestem tylko człowiekiem i to bardzo uczuciowym, a  chwilami wręcz emocjonalnie niezrównoważonym. Ogólnie jednak uważałam i uważam siebie za osobę szczęśliwą.

Nadeszła jednak chwila, gdy zostałam mamą - ten etap życia, w którym na fundament naszego szczęścia składają się głównie zadowolenie, zdrowie i uśmiech naszych dzieci. Wtedy zaczęło docierać do mnie, że stwierdzenie, iż szczęścia nie można kupić jest nieprawdziwe.  Zauważyłam, że w pewnych sytuacjach jednak można by kupić szczęście, gdyby się miało za co...

Mówicie, że to niedorzeczne?  A musieliście skompletować wyprawkę szkolną dziecka  nie mając kasy? A patrzyliście na łzy rozczarowania dziecka, gdy oświadczaliście mu, że na wycieczkę szkolną nie pojedzie?/nie zapiszecie go na basen ani na taniec, że nie pojedziecie na wakacje/święta do babci, bo nie macie pieniędzy? Obserwowaliście przez tygodnie jak wasze najukochańsze dziecię idzie do szkoły w starych powyciąganych, poplamionych, za małych lub za dużych ciuchach po kuzynkach albo ze szmateksu, w butach podartych i za małych o rozmiar, podczas gdy koleżanki noszą najmodniejsze, markowe ubranka? A zachorowało wam kiedyś dziecko w momencie, gdy wasz portfel świecił pustkami a wypłata dopiero za 3 tygodnie i to już rozdysponowana co do grosza? Brakowało wam na owoce, mleko, chleb, mydło,  dentystę, alergologa, okulistę...? 

Doświadczałam tych wszystkich sytuacji i będę się upierać, że w takich okolicznościach można by było sobie dokupić szczęścia za pieniądze, gdyby się je miało. Choć pamiętam, że w tych cięższych czasach, trudniejszych chwilach,  potrafiliśmy mimo wszystko nazbierać okruchów szczęścia, które pozwoliło nam przetrwać z uśmiechem i optymizmem do lepszych czasów, ale... Ale mimo, że mogło być gorzej, to mogło też być lepiej... gdyby się miało pieniążki...

Dziś właśnie żyjemy w tych lepszych czasach. Dużo lepszych. I jestem zdecydowanie bardziej szczęśliwa i zadowolona, bo mam wystarczające pieniądze potrzebne do normalnego życia. Nie chodzi o bogactwo, a willę za basenem, o Lamborgini pod domem, o wakacje na Krecie czy innym tam zwierzaku... Chodzi o normalność. Zwykłą, kurza stopa,  normalność - tylko tyle i aż tyle.

Dzisiaj nie umieram ze strachu, że dziecko złapie przeziębienie, a ja nie mam nawet na syrop przeciwgorączkowy. Dziś nie muszę się martwić skąd wytrzasnąć pieniądze na ubrania, przybory szkolne. Jedzenia mamy pod dostatkiem i to nie tylko chleb i margarynę - kupujemy bowiem wszystkie owoce świata, jemy ryby i mięso, a nawet słodycze i chipsy. Ba, raz na jakiś czas możemy zjeść w restauracji. A tak,W RESTAURACJI. W tym kraju większość ludzi co najmniej raz w tygodniu jada "na mieście", to nie jest jakaś fanaberia tylko zwykła rzecz, bo ceny nie są kosmiczne. Raczej nie kupujemy więcej niż potrzeba, wybieramy zwykle  najtańsze produkty, ale też nie przesadzamy z tym oszczędzaniem. Jemy różne rzeczy, a nie tylko przez cały rok chleb z musztardą (moje jedzenie z czasów liceum). 
Ubrania często dostajemy używane, ale nie wstydzimy się ich nosić, bo to tutaj, nawet wśród zamożnych ludzi, jest rzeczą normalną. Flamandowie też nie lubią wydawać kasy, jeśli nie muszą i nie lubią wyrzucać dobrych rzeczy. Sami często kupują na wyprzedażach i w lamusach, co się tylko da. Jednak od czasu do czasu oczywiście kupujemy też nową odzież, kupujemy buty. Metodą testowania doszliśmy nawet do wniosku, że lepiej kupić markowe i droższe rzeczy, które posłużą przez rok niż tanie badziewie, które nie dość, że często niewygodne, to łatwo się niszczy - czasem już po pierwszym włożeniu/wypraniu ląduje w koszu na śmieci. Jednak są sklepy, gdzie są dobre tanie rzeczy, są letnie i zimowe wyprzedaże, gdzie markowy ciuch, czy buty można kupić za parę centów. 

Ważne, że MOGĘ kupić dzieciom nowe buty, gdy tylko stare przestaną się nadawać do użytku z powodu wyrośnięcia czy wydeptania, że MOGĘ kupować skarpety, majtki, portki i swetry, gdy tylko zobaczę, że są potrzebne, a czasem nawet TYLKO DLATEGO, że są ładne, że się podobają, że Młode chciały by takie mieć. A wtedy, widząc radość w dziecięcych oczach, wiem, że właśnie kupiłam mały okruch szczęścia.

Jeździmy na wycieczki prawie co tydzień, bo paliwo jest tanie w stosunku do zarobków (jedna dniówka = pełny bak = tysiąc kilometrów), a dzieci mają bilety w większości muzeów, zamków itp, za darmo albo za jakieś symboliczne pieniążki. Autobusami za darmo jeżdżą dzieci do 6 lat, pociągami do 12 lat za free. To ułatwia i umila życie - tak kupujemy odrobinki szczęścia dla siebie.

Chodzimy na spokojnie do dentysty, bo dzieci mają leczenie za darmo, a dorośli spory zwrot nawet na podstawowym ubezpieczeniu. Do tego na wizytę czeka się najwyżej dwa tygodnie, a często tylko  kilka dni, po czym kolejne wizyty są co tydzień albo i częściej, a sprzęt i dentyści pierwsza klasa.

Nie wyrywamy sobie włosów z głowy, gdy padnie jakiś sprzęt w domu - pralka, odkurzacz, lodówka, komputer. Ceny bowiem są przystępne w stosunku do zarobków i  mimo, że taki nieplanowany wydatek to nic fajnego i wymaga pewnych wyrzeczeń, jednak przeważnie wystarczy przycisnąć pasa przez jakiś czas i bez większych problemów kupi się nowy sprzęcior.
kiedyś unikałam takich miejsc, bo łzy w oczach dziecka bolały

No i w końcu nadchodzi wrzesień i szkoły zaczynają zaglądać do naszych rodzicielskich portfeli. Jeszcze kilka lat temu już od początku wakacji myśl "za co ja kupię te wszystkie książki, zeszyty, kredki, linijki, plecaki, buty, stroje na wf, czym zapłacę za ubezpieczenie, komitet rodzicielski itede?" nie dawała mi zasnąć przez wiele nocy. A przecież pracowałam uczciwie i to tyle lat, ale nie mogłam nawet dzieciom podstawowych rzeczy zapewnić, nie mogłam kupić swojego spokoju i szczęścia, bo nie było za co.

Teraz ta pora szkolno-wrześniowa też jest niezbyt przyjemna, jest również kosztowna, i trzeba jakoś inaczej rozplanowywać wydatki, by ogarnąć wszystko, by na nic ważnego nie zabrakło. Jednak jest w miarę spokojnie. Nawet jak na coś dziś zabraknie, to jakoś wybrniemy z tego.

No ale też wybraliśmy w tym roku pakiet rozszerzony - nasze kursy językowe,  akademia muzyczna... Bo niby dlaczego mielibyśmy nie zapisać dziecka na taniec, skoro jest taka możliwość, skoro znowu możemy dokupić trochę szczęścia.

Po pierwszych dwóch dniach Młodej w akademii już  nie mam wątpliwości, że i tym razem kupiliśmy szczęście. Już w środę, gdy przymierzyła w szkole i otrzymała strój baletnicy, wracała do domu jak na skrzydłach. Wczoraj mieli pierwsze ćwiczenia. Gdy widziałam z jaką dumą prezentuje pierwsze kroki, jakich się nauczyła, gdy słuchałam z jakimi emocjami opowiada całą godzinną lekcję, streszcza rozmowy z nowymi koleżankami, wreszcie, gdy widziałam,  jak cieszy się, że będzie mieć tyle nowych koleżanek - prawie płakałam ze szczęścia. A wystarczyło 92 euro za rok w akademii + 70 euro za strój - czy to wysoka cena za kolejny kawałek szczęścia?
Pewnie, że można żyć bez baletu i być szczęśliwym, ale można też zapłacić i być szczęśliwym jeszcze bardziej, choćby tylko przez chwilę. Żyjemy raz (jakoś się nie nastawiam na życie po śmierci, bo tego póki co nikt nie udowodnił) i uważam, że trzeba z tego życia wycisnąć ile się da. Jeśli możemy coś kupić, to trzeba to zrobić.

Zresztą zwykła nauka Młodej nie jest jakoś okropnie kosztowna. Wszak w naszej szkole podstawowej - jak już mówiłam nie raz - podręczniki, zeszyty, przybory szkolne i inne materiały są za darmo. Tylko dodatkowe rzeczy będziemy musieli opłacić. W tym roku też będzie obóz sportowy, więc minimum 50 euro za trymestr wyjdzie na pewno. Napoje na obiad kupowane w szkole i sklepie są w tych samych cenach, tyle, że w szkole trzeba zapłacić za 3-4 miesiące na raz. Opieka podczas godzinnej przerwy południowej to 25 euro za rok. Reszta na fakturach to jakieś drobnostki. Koszulki z logo szkoły mamy z poprzednich lat, spodenki czarne też są w zapasie. Tylko jakieś buty nowe na wf trzeba jeszcze zdobyć, bo na razie mamy tylko białe "ćwiczki", a w zeszłym roku stwierdzono, że jednak lepsze jakieś adidasy, bo sporo zajęć jest na podwórku. Przedszkolak kosztuje jeszcze mniej, bo obozu nie ma.
Szkoła średnia już trochę bardziej kosztowna. Podręczniki i przybory trzeba było kupić - skończyły się dobre czasy hehe. Książki kosztowały 110 euro. Poza tym dwa notatniki A4, 2 zeszyty B5, 6 chudych segregatorów oraz kredki, długopisy, linijka, gumka  i kalkulator, do tego odzież: koszulka i dres z logo szkoły oraz fartuch kucharski  i buty na w-f. To wszystko myślę w 100 euro się zmieściło, ale nie liczyłam dokładnie. Poza tym dojdą wydatki na wycieczki i obozy. Już za tydzień mają bowiem dzień przyjaźni w jednym z ośrodków Bloso nad jakąś wodą, co kosztować będzie około 40 euro (nocleg, śniadanie, obiad, kolacja).

Nie ukrywam, będziemy musieć pokombinować, żeby wyrobić się z wszystkimi wydatkami, ale jestem pewna, że katastrofy nie będzie, najwyżej kilka rzeczy zapłaci się z opóźnieniem (to zwykle kosztowne, bo upomnienia są drogie, ale czasem się zdarza hehe), choć niekoniecznie.

Nie jesteśmy bogaci, nie jesteśmy nawet zamożni, ale wreszcie mamy pieniądze na wszystko, co potrzebujemy, a nawet czasem odrobinę więcej. I możecie sobie wszyscy mówić, że pieniądze szczęścia nie dają, że od pieniędzy się ludziom w dupach przewraca. Ja będę się upierać przy swoim, że i owszem dają szczęście. Dziś bowiem wiem, że  człowiek jest o wiele szczęśliwszy, gdy ma wystarczającą ilość pieniędzy, by nakarmić dzieci, wyleczyć, ubrać a także by zapewnić im wesołą i ciekawą rozrywkę i kupić zabawki.

Trzeba pamiętać, że są w życiu ważniejsze od pieniędzy rzeczy, jak rodzina, zdrowie, uśmiech, ale nie należy zapominać, że z braku pieniędzy zabiera się dzieci rodzicom, że nie mając pieniędzy nie można żyć zdrowo ani się leczyć, że będąc głodnym i źle ubranym częstokroć nie ma się chęci do uśmiechu, do bycia miłym dla innych. Nie mając samemu nic, ciężko jest też np pomóc innym.

Wkurzacie się pewnie, gdy po raz kolejny piszę, jak to jest mi teraz dobrze w tej Belgii, jak się chwalę na co mnie to nie stać, jaka to ta Belgia fantastyczna jest i czadowa. Ale ja się po prostu nie mogę nacieszyć tym faktem, że wreszcie mogę normalnie żyć. Przez większą część życia słyszałam, że nie mamy pieniędzy na to, na tamo, na siamto, na owamto, bo nie było na podręczniki, na jedzenie, na ubranie, na odkurzacz, na pralkę, na płytki, na studia, na nic nie było. Ten sam tekst padał potem z moich ust, gdy to ja zostałam matką. Obiecywałam sobie, że moje dzieci będą mieć na wszystko, co ja nie miałam. Na ubrania, by się nie wstydzić w szkole. Na wyjścia, wycieczki i imprezy, by nie być uznawanym za fujarę i dzika. Na szkołę, gdy będą chciały się uczyć. Na duże mieszkanie, żeby nie stać godzinami w kolejce do kibla. Na hobby, na zabawki, na książki. Okazało się, że nie mogę spełnić tych obietnic, że się nie da i to bolało, ale trzeba było z tym żyć, trzeba było się pogodzić. Przypadek sprawił, że nasze życie się zmieniło, że po przeżyciu w niedostatku połowy swojego czasu na Ziemi (a może więcej) w końcu los się nam odmienił. Dlatego tak to teraz przeżywam, cieszę się każdym dupersztykiem. Nie chodzi o to, że to  Belgia, bo to zupełny przypadek, ale tak się złożyło, że właśnie w tym a nie innym kraju zaczynamy doświadczać normalności. To tak gwoli wyjaśnienia...

A wam zdarzyło się kupić kawałek szczęścia?

1 września 2015

Zaczęło się...

Wczoraj o 19-tej wieczorem  Najstarsza rozpoczęła przygodę ze szkołą średnią. 

Był to specjalny wieczór powitalny dla pirszorocznych. 

Pojechaliśmy całą rodziną oczywiście.
Pod szkołą stał już tłum dzieci i rodziców. Każdy pierwszoklasista otrzymywał zaklejoną kopertę ze swoim nazwiskiem, której nie wolno było "na razie" otwierać. Każdy więc zachodził w głowę, co też tam za tajemne listy ukryto.

Potem wszyscy zaproszeni zostali na halę sportową. W drzwiach pani informowała, że pirszoroczni mają usiąść z przodu. Młoda z niechęcią opuściła swoich i dość zestresowana usiadła wśród obcych rówieśników. Rodziny z dziećmi wchodziły i wchodziły, i wchodziły - wydawało się, że ten pochód nie ma końca, ale w końcu sala gimnastyczna została wypełniona i dyrektor uciszywszy gromadę zaczął przemawiać. Przedstawił pozostałych dyrektorów i koordynatorów, streścił zasady panujące w szkole i temu podobne sprawy organizacyjne. Potem parę słów dodali jeszcze pozostali dowodzący szkołą. W końcu dokonano prezentacji wychowawców wszystkich dziesięciu klas pierwszych - od A do J, by zaraz potem kazać młodzieży wstać i podążyć za swoimi wychowawcami na plac szkolny.

 My rodzice zostaliśmy, by wysłuchać dalszej części przemówień na temat zasad, celów i metod prowadzenia zajęć, kontaktów z pedagogami itp. W tym miejscu muszę nadmienić, iż jestem bardzo zadowolona z siebie, bo większość z tych tekstów zrozumiałam. W niektórych momentach ciągle muszę się domyślać sensu, ale ogół jest do pojęcia. 

Młodzież w tym czasie na placu rozpakowała koperty, by znaleźć w nich... obrazek ze zwierzakiem. Po czym udali się na poszukiwanie w szkole drzwi przedstawiających tą samą istotę, odkrywając w ten zwariowany sposób drogę do swoich przyszłych klas.

Siedząc w klasie zapoznali się po raz pierwszy z kolegami klasowymi i wychowawcą. Otrzymali też napełnione helem (jak się domyślam) balony w kolorach symbolizujących główne zasady obowiązujące w tej szkole. Przyczepi do nich kartki ze swoim imieniem i czymś tam jeszcze, po czym wylegli wszyscy na plac, gdzie my - rodzice, rodzeństwo - już czekaliśmy.

Potem po chóralnym odliczaniu od 10 do 1 balony poszybowały w świat. Czad! Młody był zachwycony taką ilością baloników.  Zresztą nie tylko Młody, bo nastolatkom i rodzicom też ten pomysł raczej przypadł do gustu. Najstarsza przybiegła do nas z uśmiechem na twarzy i wyraźnie już wyluzowana i zrelaksowana.




Na koniec poszliśmy jeszcze przymierzać (znaczy Młoda przymierzała, ja tylko patrzyłam) T-shirty i bluzy dresowe z logo szkoły, które będą obowiązkowym strojem na w-f, a także wycieczki i inne podobne okazje. Po znalezieniu odpowiedniego rozmiaru trzeba było zapisać go na zamówieniu wraz z innymi rzeczami (kalkulator, bloki rysunkowe, fartuchy kuchenne, żetony na napoje itp), które to rzeczy dzieciaki otrzymają później w szkole, a my starzy dostaniemy faktury na kilkadziesiąt euro do zapłacenia... Cóż, takie jest życie rodzica  :-)

Dziś 1. września był już normalny dzień szkolny dla wszystkich uczniów - i tych dużych i tych małych. Cała trójca wróciła zadowolona. Nie to żeby kochali jakoś specjalnie szkołę, ale dzień - jak na dzień szkolny - uważają wszyscy za udany. Najstarsza przez pół dnia zwiedzała całą szkołę. Łazili całą klasą (tak samo inni pirszoroczni) ze swoja panią i zaglądali do poszczególnych sal. To dużą szkoła - jest tam kilka budynków, a uczniów jest jakieś 1700 razem z przedszkolakami i podstawówką. Samej średniej około 1000 człowieków.

Druga Młoda jest teraz w szóstej, czyli najstarszej klasie. Toteż już dziś dostali wykaz obowiązków, czyli np sprzedawanie napoi podczas przerwy południowej (wymiana żetonów na butelki), sprzątanie stołówki. Tak, tak, tu małolaty jadą co dnia na szmacie, ścierają stoły, myją naczynia i, cholera, nikomu korona ze łba nie spada z tego powodu...

Młody powiedział, że nie było wcale fajnie, ale nie wyglądał jakoś specjalnie na zdruzgotanego :-) 

Oby pozostałe dni roku szkolnego były równie zadowalające, czego i Wam życzę.


31 sierpnia 2015

Liège - pierwsza wycieczka do Walonii

W niedzielę rano po śniadanku jak zwykle zrobiłam sobie kawkę i otworzywszy laptop, zaczęłam odpowiadać na wiadomości. W międzyczasie zastanawiałam się, co by można było zjeść na obiad i dochodziłam do wniosku, że nie chce mi się gotować. Kątem oka zauważyłam, że zbliża się dziesiąta, czyli najwyższa pora przenieść się w rejon kuchni. Albowiem w niedziele wyjątkowo jadamy obiadki w południe. Wtedy do głowy przyszedł mi chytry plan - jakbyśmy gdzieś pojechali, to przecież moglibyśmy zjeść na mieście...
- Jedziemy gdzieś? - zapytałam chłopaków, bo dziewczyny jak zwykle zabarykadowane były w swoim pokoju.
Z informacji pogodowych wynikało, że niedziela zapowiada się słonecznie i upalnie. Idealna pogoda nad morze... Jednak M_jak_Mąż nie lubi wody i nie wyglądał na zachwyconego moją propozycją. Zaczął przeszukiwać sieć i zaproponował wycieczkę w rejon waloński - Namur albo Liege, bo tam nie było nas jeszcze. Do Namur - moim zdaniem - trzeba wyjechać o świcie, bo tam dużo fajnych rzeczy jest do zobaczenia, ale Liege, po naszemu, czyli po niderlandzku  Luik, może być.