11 września 2015

W poszukiwaniu brakującego czasu i pomysłów na obiad


Zgodnie z planem początek września okazuje się być zakręcony jak  domek ślimaka. Niejednokrotnie oczekuje się ode mnie przebywania w kilku miejscach jednocześnie. 

Mój dzień zaczynam o 6.30, bo wcześniej mi się nie chce wstawać, a godzina w zupełności wystarcza by obudzić Trójcę Nieświętą, nagonić do jedzenia i ubierania, niektórym nawet pomóc w tych skomplikowanych działaniach. Wszak wiadomo, że jak matka pokroi pomidora, to zmieści się taki plasterek razem z kromką do buzi, jak matka pomoże założyć spodnie, to da się włożyć potem ręce do kieszeni... nawet tych na kolanach. Czasem muszę też przypomnieć o przygotowaniu i zapakowaniu kanapek, owoców i picia do tornistra, a potem o zabraniu tychże ze sobą do szkoły... Choć zdarzyło mi się już parę razy wracać z połowy drogi albo i spod szkoły po czyjegoś "bukentasa"(boekentas - tornister, a raczej dosłownie "książkowa torba"), bo żem zapomniała przypomnieć sobie, żeby im przypomnieć, żeby wzięły... Zdarzyło się też, że torby wzięły, ale pudełko z kanapkami wraz z przepitką tkwiło cały dzień na stole w kuchni, bo nie miał kto do torby schować. Dobrze, że i tu dzieci się dzielą wyżerką, to ktoś tam zawsze udzieli gryza kromki czy bułki. Trzeba też skontrolować adekwatność stroju do aury, przypomnieć o kurtkach przeciwdeszczowych, w późniejszym czasie też czapkach, rękawiczkach, kamizelkach odblaskowych itp.
W ciągu godziny zdążam też sama zeżreć pół chleba z szynką, serem i dżemem (od 2 lat jem to samo na śniadanie i kolację, dżem tylko zmieniam - raz ananasowy, raz truskawkoworabarbarowy, raz 4 owoce), wypić herbatę i kawę, i się przyodziać, czesać się nie muszę od pewnego czasu, bo nie ma co i to jest wspaniałe. 

Zdarza mi się czasem rano zrobić jedno pranie i rozwiesić na dworze... przeważnie po to, by po południu móc je zebrać i ponownie odwirować... deszcz w BE lubi wbrykiwać niespodzianie.

Zdarza mi się też rano przeszukiwać cały dom, ze strychem i szopą włącznie, w celu znalezienia rzeczy, któretrzebabadziśprzynieśćdoszkołyalezapomniałampowiedzieć... na szczęście rzadko są tego typu niespodziewanki.

No okej, z pierwa wychodziliśmy z domu o 7.30, jednak po kilku dniach testowania różnych opcji, ostatecznie wychodzimy z domu około 7.40-7.45 (bywa, że 7.50, ale wtedy nie wychodzimy tylko wybiegamy raczej). Po czym odprowadzamy na rowerach Najstarszą na przystanek, czekamy aż wsiądzie do autobusu, a wówczas jedziemy do szkoły podstawowej, gdzie pozbywam się reszty draństwa, by w końcu wyruszyć do swojej roboty. Wracam do domu około 13.30 by zacząć najgorszy - moim zdaniem - element dnia, czyli wymyślenie i ugotowanie obiadu. Odkąd poszłam do pracy zaczęłam tego obowiązku nienawidzić. Przeważnie bowiem wracam z bardzo burczącym brzuchem a czasem i zawrotami głowy oraz trzęsącymi się dłońmi, mimo, że staram się w pracy pochłonąć jakieś ciastko czy słodką bułeczkę (ultraszybka przemiana materii wcale nie jest taka fajna, jak się niektórym wydaje), więc pierwszą rzecz jaką robię, to szukanie czegokolwiek nadającego się do jedzenia, a jak już dopadnę żarcia, to nie znam umiaru... Zaś z pełnym brzuchem nie chce się myśleć o gotowaniu... z pustym zresztą też...

 Jednak mus to mus. Myślę więc... Najczęściej otwieram jedną lodówkę i podziwiam ułożone tam specyfiki, otwieram drugą i znowu kontempluję, przeglądam szafy z produktami, książki z przepisami i co? Przeważnie nic. Rzadko coś. Dupa blada po prostu. Żadnych pomysłów, żadnych idei.... o chęciach nawet nie wspomnę. 

Dzieci były by zadowolone z naleśników, pierogów z owocami, frytek, klusek na mleku, spagetti - to wszystko i dla mnie bomba - wszystkie składniki zazwyczaj w domu a wykonanie góra pół godzinki roboty. M-jak-Mąż jednak pierogów słodkich czy tym bardziej naleśników nie uważa za jedzenie, frytek nie lubi, kluski nie dla chłopa, spagetti jeszcze czasem przejdzie, wszak mówią, że z braku laku dobry i kit...
Zaś chłopskie jedzenie zazwyczaj jest praco- i czasochłonne, a do tego wymagające składników, z których co najmniej jednego niezbędnego w domu nie ma na 100 %, choć lodówka niby pełna. Tymczasem do sklepu 4 km, a tu o 15tej trzeba wyruszać po odbiór Młodego. Prosto ze sklepu się nie da, bo torba z zakupami siedzi na foteliku.... Zresztą czas goni nas...

Ze szkoły przychodzimy o 15.30 a na 16.30 przewidziany jest w niepisanych planach obiad. Nieprzygotowanie obiadu na czas zwykle kończy się mężowym fochem, bo taki se myśli, że jak raz na miesiąc ugotuje rosół to już wie wszystko na temat gotowania, jakie to proste, szybkie, bezbolesne a przede wszystkim przyjemne...

Moja Matka zawsze narzekała na gotowanie, bo choć jest dobrą kucharką i ma masę pomysłów, jednak zwykle nie miała czasu, nie miała pieniędzy, a często też zwyczajnie sił... Więc to narzekanie to chyba rodzinne jest... Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze niezadowolenie klienta. Nie wiem, jak u innych, ale u nas wyjątkowo rzadko się zdarza, by wszyscy byli zadowoleni z tej samej potrawy... Tak było w moim domu rodzinnym, tak jest i u nas teraz. Zawsze ktoś kręci nosem i nie je, i trzeba wywalić albo jeść samemu przez 3 dni pod rząd. Sama wielu rzeczy nie mam ochoty jeść, więc mnie to bynajmniej nie dziwi, aczkolwiek wnerwia owszem. 

Mechelen nocą
A już taki tydzień jak ten miniony to szaleństwo totalne. Nie dość, że brakowało pomysłów na gotowanie, to jeszcze czasu i na gotowanie, i na jedzenie.

W poniedziałek miałam pierwsze lekcje niderlandzkiego w Mechelen, na które wychodzę z domu o 17tej a wracam o 23ej - pociąg się do mnie nie dostosuje, to ja muszę mu zrobić tę łaskę.
 Już po pierwszych zajęciach stwierdzam, że to jest dobry wybór. Grupa kilkunastuosobowa, która rozmawia ze sobą po niderlandzku. Ludzie wyraźnie nastawieni na naukę języka a nie tylko zaliczenie stopnia. Nauczycielka w moim wieku, sympatyczna i z poczuciem humoru, raczej wymagająca. Nie pozwala używać ani jednego słowa po francusku, natychmiast zwraca uwagę (już za to ma u mnie 1000 punktów)


Mechelen

elementy stroju mojej baletnicy
Drugie zajęcia mam w środy. W ten dzień pracuję od ósmej do południa, więc wcześniej się trzeba pozbyć dzieci z domu, a potem odebrać prosto po pracy. O 14tej mam zaszczyt towarzyszyć mojej przyszłej Baletnicy w drodze na zajęcia i po godzinie jechać ją odebrać. Tej środy pojechała sama, bo ja pojechałam z Młodym pomóc Najstarszej testować autobusowe przesiadki. Niestety się okazało, że jest za mało czasu pomiędzy przyjazdem pierwszego a odjazdem drugiego autobusu. Ten pierwszy zwykle przyjeżdża opóźniony, więc ten drugi zdąży odjechać zanim ten pierwszy przyjedzie do celu... no i bida. Albo trzeba czekać godzinę na następny albo iść na butach do domu - oba wyjścia są po prostu extra, zwłaszcza gdy pada deszcz i jest zimno... Tym razem wybraliśmy spacer, który z plecakiem pełnym zakupów i Młodym, który kawałek szedł a kawałek był niesiony, nie należał do najprzyjemniejszych i zajął blisko godzinę... No myślałam że mi łapy odpadną... i te dolne i te górne. Młody już kawał ciężaru jest. 

Wtorek był nie mniej pasjonujący. Zostałam bowiem poproszona dzień wcześniej (jako ostatnia deska ratunku) w pomocy przy zameldowaniu się nowo przybyłych imigrantów w jednej z ościennych gmin. Buachacha... primo - sama ledwo się dogaduję w urzędach stosując język migowoniderlandzki, secundo widziałam ludzia po raz pierwszy na oczy - jedna z nowych  znajomości zawartych dzięki temu blogowi. 

Cóż, tak to często jest, że ludzie którzy obiecali pomóc w tym czy tamtym nagle zawodzą i człowiek zostaje na lodzie... Doświadczyłam tego na sobie, dlatego postanowiłam spróbować pomóc. Próba - mam nadzieję w miarę udana. Się znaczy dogadałyśmy  z panią urzędniczką, bardzo miłą, uśmiechniętą i wyrozumiałą na szczęście... Ale śmieszne to to musiało być dla patrzących z boku - sama nie umiem języka, a próbuję udawać tłumacza... Nowych doświadczeń nigdy za wiele i nowych znajomości. Ta przypadkowa znajoma okazała się bowiem bardzo sympatyczną osobą i mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy (o ile oczywiście jej zdanie na mój temat nie jest odmienne :-) ) 

Wczoraj z kolei inna niespodzianka - poranny autobus, mający zabrać Młodą do szkoły, nie jechał... aaaa myślałam, że takie rzeczy to tylko w PL. Dobrze, że moi pracodawcy czwartkowi ciągle byli na wakacjach i nie szłam do pracy. Mogłyśmy więc wsiąść z Młodą na powrót na rowery i przewieść się te 6 km do szkoły. Dotarłyśmy na godzinę 9-tą. Zadzwoniłyśmy do drzwi sekretariatu...? (no, tego miejsca, gdzie meldują się w szkole spóźnialscy). Pani, która nam otworzyła, kazała Młodej zaparkować rower pod budynkiem, bo brama była oczywiście zamknięta na cztery spusty, i potem po lekcjach go odebrać. Zapytała też przy okazji, jak Młoda odnajduje się w szkole? czy dobrze się tam czuje? itd. Po czym powiedziała, że zaprowadzi ją pod klasę, by nie błądziła po szkole... Ciągle nie mogę się nadziwić, jacy w tej szkole są mili i troskliwi... 
Młoda już polubiła nową szkołę. Wyraźnie widać, że wraca zadowolona, nawet zadania domowe odrabia z chęcią... Dla mnie to coś nowego.... Orientuje się też z grubsza, co ma zabrać do szkoły, co do domu przynieść. Super. Postępy i poprawę widzę dużą w porównaniu z rokiem poprzednim (choć to dopiero pierwsze dni i różnie jeszcze być może).
Po południu mąż zapakował Młodą razem z rowerem do auta i przywiózł jak zwykle do domu.

Wczoraj wieczorem zatelefonowała też pani z tej szkoły (ta, która mówi po polsku), by zapytać, czy wszystko zrozumieliśmy odnośnie wyjazdu na dzień przyjaźni, czy wiemy, co ma Młoda zabrać i w ogóle czy odnajduje się w szkole, czy dobrze się czuje. Zaproponowała też pomoc językową w pierwszej wywiadówce. Jestem bardzo, ale to bardzo mile zaskoczona takimi gestami. Niesamowite po prostu.

A na dziś miałam też bardzo ambitne plany. Miałam pojechać do swojego biura (Start People), by wyjaśnić parę kwestii związanych z czekami, co do których mam wątpliwości. U nas jest bowiem czynne tylko w piątki. Potem miałam wizytę u psychologa w Brukseli w sprawie Najstarszej (wątpię, czy nam to jeszcze potrzebne na dzień dzisiejszy, no, ale...). Zastanawiałam się, jak to znowu rozplanować w swojej czasoprzestrzeni, ale rano stwierdziłam, że nigdzie nie wychodzę z domu, bo ledwie, co żyję... Mam nadzieję, że to tylko takie grubsze przeziębienie a nie początek grypy. Zostawiłam Młodego w domu, żeby nigdzie nie łazić, zadzwoniłam do psychologa, by odwołać wizytę i se siedzę w domu, piję herbatę, aspirynę, bawię się z Młodym i pisze bloga. Wszystko z nadzieją, że do poniedziałku będę zdrowa, bo następny tydzień już będzie bez dni wolnych - pracodawcy wrócili wczoraj z wakacji. Nie chciałabym teraz absolutnie iść na żadne śmieszne chorobowe, bo cholercia NIE MAM CZASU :-)