18 września 2015

Belgijska pora deszczowa?

Po wielu tygodniach ładnej pogody, słońca, ciepła i suszy nadeszła w końcu belgijska pora deszczowa. Już pisałam o tym swego czasu, ale jako że ciągle nie mogę się przyzwyczaić do nagłych zmian pogody, powtórzę raz jeszcze - w tym kraju pogoda jest okropnie humorzasta. Z domu do szkoły podstawowej mamy niewiele ponad kilometr - na rowerze 5 minut. 

I teraz weźmy taki np poniedziałek. Po południu wyszłam po dzieci. Było cieplutko, słonecznie, niebo błękitne, zero chmur. Dojeżdżając pod szkołę zauważyłam, że niebo zaczyna ciemnieć. Zanim otwarto bramę i wypuszczono dzieciarnię, zaczęło kropić i grzmieć. Gdy byliśmy w połowie drogi do domu, rozpętała się taka burza, że dalej jak metr nie było widać kompletnie nic. To już nie był nawet prysznic, raczej karcher albo przynajmniej wąż strażacki. Ciężko było pedałami ukręcić. Za fajne w każdym bądź razie to to nie było. Młody zaczął płakać, bo czegoś takiego jeszcze nie doświadczał i  się bał. No ale nic. Dotarliśmy do chałupy jakoś. Młoda stanęła przed lustrem w salonie i zaczęła rechotać na widok tej topielicy, którą zobaczyła. Woda płynęła z jej rozpuszczonych włosów, z twarzy, ubrań strugami i kapała na podłogę. Potem salon wyglądał, jakby bałwan stopniał. Wszędzie kałuże wody i te wszystkie nasze ubrania porozwieszane i porozkładane, gdzie się dało. Przecie mokre było wszystko z majtami włącznie. Włączyłam centralne na 34 stopnie i suszyliśmy się. A idźcie z taką pogodą...

droga do pracy - jedna z wielu
I tak, cholibka, co dnia daję się nabierać, niczym wróbel na plowy. 
Patrzę przez okno - słońce, więc wychodzę bez kurtki i portek przeciwdeszczowych, a tu za 5 minut dziki napad ulewy i dupsko mokre. 

Wtedy myślę: taka stara, a taka głupia... 

W środę wymoczyło mi zadek kilka razy...

W ogóle był to najbardziej porąbany dzień tego tygodnia, jeśli nie miesiąca...

Najstarsza pojechała pierwszy raz sama na rowerze do szkoły. Tak, ze względu na opisywane kiedyś problemy z powrotnymi autobusami, zdecydowaliśmy, że będzie w środy pomykać na bike'u. Rower daje niezależność i swobodę - można od razu wracać do domu albo połazić po sklepach. Gdyby tylko nie ten deszcz... Rano było pogodnie w miarę. No, nie padało w każdym razie. Trochę się martwiła, czy nie zabłądzi, ale droga jest raczej prosta, tylko trzeba na skrzyżowaniach uważać, bo jest ich po drodze sporo, a na dwóch zwykle jest sporo samochodów. Na szczęście tutaj ludzie raczej uważają na rowerzystów zwłaszcza młodocianych i przepuszczają przez ulicę.

Ja zaś po odprowadzeniu młodszych udałam się do roboty. Po robocie pojechałam prosto pod szkołę, zabrałam moje bachorstwo, zahaczyłam o dom, by zarejestrować telefonicznie przepracowane godziny i pozbyć się tornistrów, po czym razem pojechaliśmy po Najstarszą. Miała ona bowiem drobne obawy przed samodzielną drogą powrotną. 
Gdy wracaliśmy, oczywiście (jakże by inaczej) zaczęło padać. Jako że ja miałam jeszcze odholować Tesę na balet, obie mocniej przycisnęłyśmy pedały, bo czasu nie było zbyt wiele. Tym oto chytrym sposobem dotarłyśmy do domu przed falą kulminacyjną, która Najstarszą, wlokącą się powoli, dosięgła. Tym razem ona wyglądała jak zmokła kura. Tylko, że ona mogła się owinąć w cieplutki kocyk i zalec na kanapie przez telewizorem, natomiast ja z Młodą musiałyśmy ponownie wyjść w deszcz, bo Akademia Muzyczna czekała... 

Mechelen
Synio został z siostrzyczką, bo już miał dość wycieczkowania na jeden dzień, a ja zrobiłam dwie rundy do Akademii i z powrotem. 

 Ha, zawsze byłam wysportowana, tyle tylko, że do niedawna sport był moim hobby. Teraz natomiast jest zwykłą koniecznością. Powiem więcej - chwilami mam dość tego jeżdżenia wte i we wte.

Wieczorem jeszcze zaliczyłam Mechelen...  Tylko po to, by się dowiedzieć, że nauczycielka jest chora i zajęcia się nie odbędą.  Świetnie! Wysłała rano e-mail, tylko ja zwyczajnie nie miałam kiedy sprawdzić poczty... 

Do pociągu miałam sporo czasu, więc zapoznawałam się bliżej z okolicą wokół dworca. Zrobiłam nawet parę fotek swoim telefonem.

niebo było ładne tego wieczoru - fotki z telefonu niestety tego nie oddają

dworcowy parking dla rowerów -wieczorem już opustoszały

tym wiaduktem jeździ do nas pociąg :-)


graffiti pod wiaduktem :-)




Powyższy tekst spłodziłam wczoraj. Jeszcze nie wiedziałam, jaka heca dziś się wysmaży.

Wczoraj też Najstarsza rano poszła do szkoły zaopatrzona w tornister oraz wypchaną torbę podróżną. Znaczy nie poszła, tylko pojechała z tatą. Woleliśmy nie ryzykować autobusu, który czasami zapomina przyjechać rano. Przecież z takimi bagażami na rower dziecko nie wsiądzie w razie co.
Wczoraj bowiem klasa Najstarszej miała normalne lekcje, a po lekcjach wyruszali na szkolną wycieczkę z nocowaniem do ośrodka Bloso w Hofstade. Córa jakoś nie specjalnie była zadowolona z tego pomysłu. Nie miała ochoty jechać. Bała się pewnie trochę i denerwowała. Obawiała się, że zgubi telefon i powiedziała, że nie bierze. No ok. Okazało się, że na parkingu pod szkołą rozłożył się cyrk i mąż musiał wysadzić ją w innym miejscu. Tam też mieli się spotkać dziś wieczorem... 

Dziś właśnie kończyłam gotować obiad, gdy zadzwonił Mąż z informacją, że wszystkie dzieci już poszły, a Najstarszej nie ma tam, gdzie miała być... No szok w trampkach po prostu. Poszedł sprawdzić, czy nie czeka na przystanku, skąd zwykle ją odbiera, ale i tam jej nie było. Nauczyciele też prawie w szoku, bo dopiero co była i nawet nie zauważyli, gdzie i kiedy zniknęła. Już chcieli po policję dzwonić, ale mąż powiedział, że pewnie poszła na nogach...
W tym czasie mi przyszło do głowy sprawdzić, czy jej telefon aby na pewno jest w domu i zadzwoniłam, a tu cisza... Młoda przeszukując siostrzaną część pokoju, stwierdza, że pewnie wyciszony jest albo "jak zwykle rozładowany". W tym czasie przychodzi sms od Najstarszej, że "już jest blisko domu".... No bo "NIE WIEDZIAŁA ŻE MA TELEFON w PLECAKU, dopiero, jak zadzwonił zajarzyła (Bosssze...widzisz a nie grzmisz...)... i faktycznie głupie wzięło poszło na butach z tymi ciężkimi bagażami... Bo zapomniała, gdzie miała czekać na tatę - tak przynajmniej brzmi oficjalne oświadczenie. 

Ha ha ha wyjechałam po nią rowerem, bo tata jeszcze tkwił w miasteczku i gadał z nauczycielami. Do tego "blisko domu" było jeszcze jakieś 3 km. Ale załadowałam torbę na bagażnik, Dziopę na torbę i dojechałyśmy do domu spokojnie. Dobrze, że jej rower ma gruby, mocny bagażnik - słonia by na tym można wozić śmiało :-)

Tak więc powrót z wycieczki był z przygodami. Ech,  czego to dzieci nie wymyślą, by uatrakcyjnić rodzicom nudne życie i sobie przy okazji.

Jednak ogólnie wycieczka, a w zasadzie 'dni przyjaźni', bardzo się podobały. Opowieści pełne entuzjazmu, czyli zupełnie inaczej, niż po pierwszym obozie sportowym. O wiele, wiele pozytywniej. Super. Był park linowy, kajaki, deski surfingowe i temu podobne atrakcje, czyli wszystko to, co młodzież lubi najbardziej - dobra zabawa z elementem ryzyka.
Pogoda nawet była znośna podczas ich pobytu w Hofstade.

Reasumując tydzień uważam za udany. Trochę było mokro, ale bardzo wesoło i atrakcyjnie.