9 października 2015

By nie dać się wpuścić w maliny :-)

Około 20 miesięcy temu opisałam tutaj swoje pierwsze lekcje języka niderlandzkiego dla obcokrajowców 
Wtedy miałam za sobą zaledwie 4 miesiące mieszkania we Flandrii. Język ten był dla mnie zupełnym bełkotem nie podobnym do niczego. Rozumiałam tylko: ja, nee, Goeiedag (Dzień Dobry), dankjewel (dziękuję). To całe moje słownictwo pierwszych dni, a tu każdy - sąsiad, nauczyciel, sklepowa - od razu z listą pytań do człowieka.... a człowiek ani be, ani me, ani kukuryku! Tylko pantomima :-)

Ze słowem pisanym nie było lepiej. Dzieci często dostawały ze szkoły przeróżne listy, reklamy, powiadomienia, formularze i masę różnych innych dokumentów, które próbowałam tłumaczyć ze słownikiem... bez skutków jednak. Niderlandzki to przedziwny język. Mimo, że należy do tej samej rodziny językowej, co np niemiecki i angielski, mimo, że sporo wyrazów i zwrotów brzmi podobnie, to tłumaczenie tekstów ze słownikiem przez zupełnie zielonych praktycznie jest niemożliwe, co nie stanowiło dla mnie problemu w przypadku angielskiego (swego czasu sporo tłumaczeń zrobiliśmy z bratem, bowiem jako małolaty zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami komputera Atari, a jego obsługa była możliwa tylko i wyłącznie po angielsku). W niderlandzkim jest sporo wyrazów rozdzielnych, które do użycia w zdaniu często się rozdziela, po czym kawałek tego wyrazu ląduje  gdzieś na początku a kawałek na końcu  zdania i to w odwrotnej kolejności, żeby było ciekawiej. Weź to znajdź potem w słowniku... Albo heca z czasem przeszłym - w jednej z form z przodu większości czasowników przykleja się "ge" - ciekawe kto, nie znając tego faktu, wpadnie na pomysł, żeby szukać w słowniku wyrazów z pominięciem pierwszej sylaby? Ja dziś mając już taką wiedzę, zdecydowanie lepiej radzę sobie ze słownikami. No i pisownia - nie wiem, czy nie bardziej rąbnięta od polskim języku...?
Widzisz w tekście wyraz z jednym "o", szukasz w słowniku i widzisz, że nie ma. Tego z dwoma ll tez  brak. No jasne, że nie ma, bowiem ten wyraz w liczbie pojedynczej ma 2 "oo"  a tamten jedno "l" albo odwrotnie. Są podwójne samogłoski i spółgłoski, a żeby było zabawniej często są te same wyrazy i z pojedynczą, i z podwójną literką, znaczące zupełnie co innego. Przykład: boom to drzewo, bomen to drzewa, bom to bomba, a bommen to bomby. Bądź tu mądry i pisz wiersze! A tego typu wyrazów są setki. Wariactwo.



Kruidtuin w Mechelen
Odkąd zaczęłam się uczyć tego języka, co raz wyrywa mi się "AHA!" lub "ECH!", gdy zapoznaję się z  kolejnymi ciekawymi a częstokroć bardzo prostymi zasadami rządzącymi gramatyką czy ortografią, wtedy też nowy kawałek świata zostaje oświetlony. Im więcej wiem, tym więcej mogę, im więcej mogę, tym więcej chcę. Dziś niderlandzki już nie jest dla mnie bełkotem, jednak ciągle jeszcze ma wiele tajemnic i nadal wiele rzeczy jest dla mnie nie do zrozumienia i jeszcze długa droga przede mną.

Przez ostatni rok chodziłam na kurs raz w tygodniu, do tego nie było szlabanu na używanie innych języków, więc połowa grupy gadała po polsku, połowa po francusku i to nie tylko podczas przerwy - tragedia po prostu - duży błąd nauczyciela. Powiem po raz kolejny: zmarnowałam w tamtej szkole cały długi rok. Toteż bardzo się cieszę, że zmieniłam miejsce nauki.

Tutaj zajęcia wyglądają zupełnie inaczej. Jest zakaz używania innych języków. Tylko  wyjątkowo można użyć angielskiego czy francuskiego wyrazu, na prawdę WYJĄTKOWO! Jednak zwykle znaczenie  wyrazu, którego reszta nie rozumie, trzeba wytłumaczyć  jakoś na około po niderlandzku lub ewentualnie za pomocą pantomimy. Na tym etapie (2.1) sprawy formalne z nauczycielem też załatwiamy już tylko po niderlandzku.

Nasze lekcje w głównej mierze polegają na ćwiczeniach praktycznych z mowy, pisania, czytania i słuchania ze zrozumieniem. Często np słuchamy jakiejś historyjki z płyty, a potem musimy krótko napisać, o czym była mowa. Dostajemy na moment jakieś gazety do poczytania i naszym zadaniem jest streszczenie wybranego artykułu. Musimy dyskutować w dwójkach lub grupach na zadane przez nauczyciela tematy. Nauczyciel wówczas wędruje po sali przysłuchując się, czasem poprawiając, zadając dodatkowe pytania.
Kruidtuin Mechelen
Nie dawno oglądaliśmy krótki  film, po czym trzeba było napisać e-mail do kolegi i polecić mu tenże film. Każde zadanie, każda  praca  jest oczywiście poprawiana przez nauczyciela i punktowana , po czym wspólnie omawiamy poszczególne błędy. Gdy okazuje się, że z jakąś rzeczą większość grupy miała problem, wówczas poświęca się temu więcej czasu, powtarza. Dzięki takiej organizacji zajęć na bieżąco orientujemy się, z czym kulejemy i możemy od razu temu więcej czasu poświęcić, nadrobić zaległości i niedociągnięcia. Drugi plus to brak egzaminu. Nauczyciel po prostu na bieżąco ocenia pracę grupy i punktuje za każde zadanie. Dostajemy też ciekawe zadania domowe. Jednym z nich było przygotowanie pięciominutowej reklamy jakiegoś ulubionego produktu, czy strony internetowej. Na poniedziałek zaś każdy ma przygotować na podstawie gazet dwie ciekawe informacje ze świata - też na 5 minutową wypowiedź. Dobre są te zadania, bo człowiek musi przysiąść choćby na chwilę i popracować. Inaczej ciężko się zmotywować bo zawsze jest tyle rzeczy do wykonania innych, fajniejszych, pilniejszych i gdy w końcu otwieram książkę, to czuję jak bardzo mi się chce spaaaać...

Inną pozytywną stroną zajęć w Mechelen jest naturalnie możliwość poznania nowych ludzi i zdobycia kolejnych międzynarodowych znajomości. Sposób prowadzenia zajęć zdecydowanie temu  sprzyja. Ciągle bowiem wędrujemy po sali, zmieniamy miejsca i partnerów do dialogów i innych ćwiczeń. Często pracujemy w grupach, dzięki temu poznajemy się lepiej. Podobne zasady panowały na lekcjach pierwszego etapu (1.1), czyli - jak mniemam - to nie kwestia szkoły, tylko chęci nauczyciela i w jakiejś mierze kursantów, bo jak komuś się nie chce, to gorzej niż jakby nie mógł...

Moja aktualna grupa łącznie z nauczycielem charakteryzuje się mega poczuciem humoru i wzajemną sympatią, wyraźnie czuć, że jesteśmy jedną grupą a nie zbieraniną indywidualności nieszczęśliwym zrządzeniem losu zgromadzonych w jednej sali. Tak bowiem czasem odbierałam atmosferę klasową w roku poprzednim - po roku wspólnej nauki dziś nawet nie znam imion wszystkich. Znam za to imiona i kraje pochodzenia kolegów z pierwszego roku. W Mechelen po miesiącu już kojarzę  większość imion z twarzami.


Kruidtuin Mechelen
Fajną rzeczą związaną z miejscem odbywania kursu jest dla mnie jeszcze niewątpliwie samo miasto. Mechelen jest uroczym i pięknym miastem - jak zresztą wiele innych w Belgii. Do szkoły staram się za każdym razem iść inną uliczką, co raz odkrywam piękne, niesamowite, niepowtarzalne, urocze, ciekawe miejsca, kamienice, zakątki... 
Co daje mi wiele przyjemności. Wiem, że wiele osób tego nie zrozumie. Dla wielu jedyna sensowna droga do celu to ta najkrótsza i najłatwiejsza. 
Dokładanie sobie kilometrów tylko po to, by zobaczyć jak wygląda inna ulica dla większości zapewne jest głupie. Już dawno przekonałam się bowiem, że nie w każdym bodaj kamień czy krzak budzi zachwyt,  nie każdy potrafi patrzeć na świat oczami Małego Księcia, którego we mnie było zawsze, jest, i pewnie będzie do końca moich dni, dużo.

Jeżeli mówicie dorosłym: „Widziałem piękny dom z czerwonej cegły, z pelargoniami w oknach i gołębiami na dachu” – nie potrafią sobie wyobrazić tego domu. Trzeba im powiedzieć: „Widziałem dom za sto tysięcy franków”. Wtedy krzykną: „Jaki to piękny dom!” /Antoine de Saint-Exupery/

Mechelen... zaglądasz przez płot, a tam jakieś  dziopy na golasa hulają

Mechelen... Ha! Zostałam oświecona nie dawno, że rodacy mówią na Mechelen "Maliny". Francuska nazwa tego miasta bowiem to Malines.
Nie dajcie się więc wpuścić w maliny, bo różnice w nazwach belgijskich miejscowości (oraz ulic, urzędów itp w Brukseli) pomiędzy językiem niderlandzkim a francuskim często są bardzo duże, np:

Antwerpen/Anvers
Luik/Liege
Gent/Gand
Mechelen/Malines
Aalst/Alost
Doornik/Tournai
Bergen/Mons         etc.