13 listopada 2015

Chłopak naszej mamy

18 października 2009 roku dostałam pierwszy dość długi e-mail od pewnego faceta, którego zaczepiłam na portalu randkowym. Takim z kawą w tytule. Przez następne 2 miesiące otrzymałam od Niego ponad 30  długich listów elektronicznych i podobną ich ilość sama wysłałam. 19 grudnia tego samego roku spotkaliśmy się po raz pierwszy we czworo - znaczy ja, On i moje dziewczynki. Przyjechał wieczorem swoim Mitsubishi Space Star. Dziewczynki dostały słodycze a mama czerwoną różę. Wypiliśmy kawę i przegadaliśmy do późnej nocy o wszystkim i o niczym. Zaprosiłam go na Sylwestra i to był chyba najmilszy wieczór w moim życiu. Nadejście 2010 roku byśmy przegapili, gdyby nie fajerwerki, bo znowu gadaliśmy i gadaliśmy. To było niesamowite, tematy do obgadania nam się nie kończyły. Już pisząc odkryliśmy nasze podobne zainteresowania. Te same książki, te same filmy. Do dziś oglądamy wszystko razem, a potem dyskutujemy na temat filmu, porównujemy z książką, jeśli była to ekranizacja, a jest ich dziś bez liku. Muzyka nas trochę różni, bo on nie przepada za Beethovenem a mnie męczy ciężka muzyka rockowa, jednak znajdujemy też kawałki do wspólnego słuchania. Poczucie humoru i ironię tak samo odjechane mamy oboje.
38-letni bezdzietny kawaler znalazł szybko wspólny język z dwiema dziewczynkami, a nawet z trzema. Pamiętam, jak go bardzo polubiła moja siostrzenica. Mała dziewczynka, która bała się własnego wujka, czyli mojego (i swojej mamy) brata, do Tego obcego faceta się przytulała i pozwalała brać na ręce. Miał widocznie jakiś wrodzony instynkty tacierzyński, czy cóś.
Dziewczyny mówiły o Nim "CHŁOPAK NASZEJ MAMY".
Chłopak ten przyjeżdżał do nas w każdy weekend. W międzyczasie pisaliśmy nadal listy, dużo listów pełnych uczuć, emocji, wyznań...

"Droga Magdo w tym niema żadnych ale to żadnych haczyków. Jest tylko niczym nie zmierzona chęć bycia z kimś,bycia tak do końca ponad wszystko, to uczucie jest we mnie tylko po ludzku nie jestem w stanie tego opisać, gdy piszę te słowa to mam łzy w oczach, łzy wzruszenia. Co z nami stanie się? Czy jutro wstanie dzień? Tak bardzo bym chciał byś przy mnie czuła się dobrze, byś była sobą , była bezpieczna oraz przede wszystkim bardzo kochana.Tyle rzeczy chciałbym napisać o tylu rzeczach chciałbym porozmawiać, myślę że na wszystko starczy czasu. Napiszę o jeszcze jednej bardzo ważnej sprawie, gdyż tak naprawdę nigdy o tym w ten sposób nie pisałem, ale teraz muszę. Twoje dzieci, Twoje córeczki są prawdziwym skarbem są sensem istnienia, celem dla którego warto marzyć, kochać i żyć, to najwspanialsze istoty na ziemi.Wiem ile trzeba energii,sił, miłości, poświęcenia, siebie by wychować dzieci, z ilu marzeń i pragnień trzeba wtedy zrezygnować. To ma dla mnie znaczenie szczególne. Dlatego uwierz proszę w moje uczucia, w moją miłość czy też w szczęście jakkolwiek byśmy tego nie nazwali, nie pragnę tego tylko dla siebie. Pragnę tego dla Nas, dla Ciebie oraz Twoich dzieci. I jeśli Bóg pozwoli jutro możemy być szczęśliwi, jutro możemy tacy być..."

Tak pisał do mnie Mój Chłopak...

Walentynki i Wielkanoc spędziłyśmy u "Mojego Chłopaka". Były to cudowne dni. Podjęliśmy dość szybko decyzję o naszej ostatecznej przeprowadzce i wspólnym zamieszkaniu na dobre i na złe. To była dobra decyzja.

Złożyłam więc wypowiedzenie w pracy, bo przecież 110 kilometrów nie da się codziennie dojeżdżać. Znaczy dać to się da, ale jaki to ma sens przy zarobkach 1200 złotych/mc (300euro :-) )? Nawet był lekki foch ze strony szefostwa, bo pora niewłaściwa i tak bez uprzedzenia, i w ogóle po chamsku. Na szczęście polskie prawo nie mówi nic o obowiązku proszenia szefa o zezwolenie na zamążpójście, czy zmianę miejsca zamieszkania a tylko o 3-miesięcznym okresie wypowiedzenia, z czego część pochłania urlop, gdy się go ma, a ja miałam.

Na 33 urodziny dostałam 33 róże.

Przeprowadziliśmy się w czasie wakacji. Przed naszą przeprowadzą Mój Facet żył w takim stresie, tak się bał, jak podołamy, cały czas o tym myślał, aż w końcu wracając od nas,  i myśląc nad tym wszystkim, wpakował się pod tira i skasował auto. Gdy zadzwonił do mnie z pytaniem, czy szwagier po niego przyjedzie, to prawie na zawał zeszłam. Środek nocy. Szok. Na szczęście nic mu się nie stało, a auto kupiliśmy nowe (kilkunastoletnie ale fajne).

We wrześniu dziewczynki zaczęły nową szkołę, a na październik zaplanowaliśmy nasz ślub. Pech chciał jednak, że Młoda postanowiła się zaprzyjaźnić z salmonellą i potem w czasie gdy mieliśmy się hajtać, siedziałyśmy we dwie w szpitalu. Znaczy ja siedziałam, ona leżała pod kroplówkami. Wkurzyłam się na pecha i wysłałam Mojego Chłopaka do urzędu, by przełożył ślub na TRZYNASTEGO. Pechowi na złość!

I to była data właściwa na ślub.

13 listopada Anno Domini 2010 powiedzieliśmy TAK.

Było tego dnia ciepło i słonecznie. Przyjechało kilku gości. Zaprosiliśmy ich do uroczej restauracji o nazwie Zielony Dworek. Ja miałam wymarzoną zieloną sukienkę. Dziewczynki wyglądały jak księżniczki.

Potem było różnie, kwadratowo i podłużnie. Urodził się Młody. Brakowało pieniędzy na chleb. Dziewczynki chodziły do szkoły. Mieliśmy wiele trosk i kłopotów. Było czasem ciężko, było czasem smutno. Było wesoło i było cudownie. Robiliśmy zakupy. Gotowałam. M-jak-Mąż chodził do pracy. Odwiedzaliśmy rodziny. Raz się nie całkiem udało, bo znowu mąż skasował auto wracając ze stacji benzynowej za bardzo się pośpieszył.... Wrócił wtedy na piechotę blady jak dupa anioła, usiadł na kanapie i siedział nic nie mówiąc. Już wiedziałam, że nie mamy auta, zanim otworzył usta. Zapytałam tylko, czy nikomu nic się nie stało. A auto kupiliśmy nowe. Jeszcze starsze, ale jeździło :-) Zaprowadziliśmy dziewczynki do I Komunii, co było dużym
przeżyciem dla wszystkich.

W końcu dotarliśmy tutaj do BE i jesteśmy. Razem na dobre i na złe. Razem pokonujemy przeciwności losu i razem borykamy się z problemami. Razem próbujemy wychować dziatwę na dobrych ludzi. Razem zwiedzamy ten kraj. Razem próbujemy zrozumieć ludzi i świat. Czasem są dni smutku i złości, czasem chwile zadumy, czasem łzy a czasem ubaw po pachy. Takie jest życie. Jednak mamy siebie na wzajem. W piątkę łatwiej pokonać zło tego świata. Łatwiej i przyjemniej, mimo, że czasem jeden drugiemu działa na nerwy i doprowadza do szału.

5 lat to niewiele. Jednak my zaczynaliśmy już ze sporym bagażem doświadczeń różnych nie jako nieopierzone małolaty. Było trudniej. Nie jest łatwo być razem, bo oboje mamy dosyć oryginalne i upierdliwe charaktery, ale myślę, że spróbujemy następne 5 przeżyć w tym samym składzie.




10 listopada 2015

Pisane w pociągu

Zwykle czytam w pociągu książkę albo "Metro", tutejszą darmową gazetę codzienną, która rano leży na wszystkich dużych belgijskich dworcach na specjalnych półkach. Późniejszą porą  wystarczy przespacerować się po pociągu, by co najmniej jeden egzemplarz znaleźć. Ale właśnie odkryłam, że pociąg jest również dobrym miejscem do pisania bloga. Dworzec też niczego sobie, tak nawiasem mówiąc. Tak oto nadrabiam zaległości. Co prawda były ferie, ale tylko dla milusińskich. Starzy mieli zwykły roboczy dzień urozmaicony dodatkowo niekończącymi się potrzebami dzieci.
Przez cały tydzień nie zdążyłam usiąść do kompa na dłużej niż kilka chwil potrzebnych do przeczytania i napisania paru mejli. 

W ostatnim czasie prawie wszystko kręciło się wokół naszej czadowej imprezy urodzinowej. A to trzeba było się spotkać z mamami, a to kupić odpowiednie  ubrania, a to prezenty  zapakować. Praca i codzienne obowiązki dopełniały reszty czasu. W międzyczasie jeszcze jakieś mniej lub bardziej konieczne wyjścia, wyjazdy, przejazdy, jakieś zadanie domowe z niderlandzkiego. I poszło.

Zorganizowanie wspólnych urodzin dla 6 dziewczyn to nie lada przedsięwzięcie. Każdy ma inne  potrzeby, oczekiwania, fantazje. Jednak nasza wesoła grupa okazała się wyjątkowo zgodna co do pomysłów na miejsce, dekoracje i poczęstunek.
Przy okazji naszych babskich pogaduszek dowiedziałam się, że klasa Młodej już od przedszkola była zgraną paczką. Zarówno dzieci jak i rodzice znajdują wspólny język przy każdej prawie okazji. Czyli mieliśmy szczęście trafiając w to a nie inne miejsce w naszej życiowej podróży. 

Teraz opowiem troszkę o samych urodzinach.  

Odbyły się one w sali parafialnej. Były różne pomysły na temat imprezy. W Belgii bowiem często organizuje się tematyczne przyjęcia i to nie tylko dla małolatów. Od mam wyszedł temat 'gala'. Już widziałyśmy oczyma wyobraźni nasze panny w eleganckich strojach i cały ten blask, ale okazało się, że dziewczyny nie czują tego klimatu.  One proponowały o wiele bardziej zwariowane hasła typu "dżungla", "księżniczki", no i, uwaga, "piłka nożna". No, bo chłopakom tez musi się podobać. Ot takie to nasze nastolatki. W końcu ktoś podrzucił temat kolorów i po kilku zestawach, ostatecznie przyjął się srebrny biały i glitter (błyszczący). Tak więc były srebrne balony, kulę dyskotekowe i cała reszta w podobnej tonacji. Dzieciarnia, a było tego około 30 sztuk, przywdziała się w biel i błyskotki. Chłopcy może aż tak bardzo się nie błyszczeli, ale za to wszyscy jak jeden mąż skakali, tańczyli, dokazywali w rytm ulubionych kawałków zapodawanych przez DJ - starszego kolegę solenizantek. 

Impreza była wyśmienita i nasze dziewczyny pewnie długo jej nie zapomną.  Jako poczęstunek przygotowaliśmy hot dogi i chipsy. Poza tym opróżniono sporo butelek coli, fanty i wody mineralnej. Mieliśmy my też napoje z procentami, ale tylko dla tych powyżej 18 lat. Na koniec rodzice i dziadkowie,  przybywający po odbiór swoich rozbawionych pociech, zostali zaproszeni na drinka. Zabawa skończyła się w okolicach dwudziestej drugiej i dostarczyła także nam starym sporo miłych wrażeń. 

Dla mnie i mojej rodzinki to oczywiście kolejny ważny krok na drodze integracji. Była okazja poznać lepiej rodziców koleżanek dziewczyn, zacieśnić więzy i troszkę porozmawiać; w miarę moich skromnych możliwości językowych naturalnie. 


Dziewczyny i to obie, co ważne,  są też bardzo zadowolone. Najstarsza na początku nie mogła się odnaleźć. Już nawet widziałam w oczach chęć powrotu do domu. Jednak po chwili się rozkręciła i szalała z całą resztą. 

Do dziś mam jeden fajny obrazek przed oczami. Gdy goście się porozchodzili, a my zabraliśmy się za sprzątanie, dziewczyny usiadły pospołu pod ścianą na podłodze, pozdejmowały buty i pokazywały jedna drugiej, w którym miejscu stopy najbardziej którą bolą. Oryginalny był to dość widok, ale to takie momenty potwierdzają, że zabawa była przednia.
Drugi obrazek to my dorośli ustawieni w kółeczko dzielący się ostatnią butelką szampana. Wokół nas nasz dobytek w torbach i pudłach, czyli dekoracje, butelki, śmieci, prezenty dziewczyn. Na każdej twarzy zadowolenie i radość z udanego wieczoru. Jak na zwykłe jedenaste urodziny chwile raczej niezwykłe i osobliwe. Tak nie wiele potrzeba, by pokolorować  świat. 

plażowe znalezisko
 W niedzielę z kolei znowu mieliśmy dziki napad nieopanowanej chęci natychmiastowej potrzeby zmiany lokalizacji. Nie było żadnych planów. Wstaliśmy, pośniadaliśmy, odfajkowaliśmy rytuał "kilku ostatnich razy" w domino, memory i nową planszówkę z Aldika, po czym każdy spoczął przed swoim laptopem. Ja zaczęłam szukać drugiego ciekawego artykułu na niderlandzki (pierwszy przygotowałam w piątek), ale nijak mi nie szło. No i nagle poczuliśmy TO. Jakoś tak razem chyba we dwóch. Czy dwoje.
 - Pojechał by gdzie... - zapytał stwierdzając M_jak_Mąż.
- Ostenda? - Odpowiedziałam pytająco.
-DZIEWCZYNY!!!!!!! JEDZIECIE NAD MORZE?!!!!!!! - zapytałam znad laptopa swoje córki grające w kogamę w swoim pokoju wspólnym.

Po jakichś dwóch godzinach maszerowaliśmy już w stronę plaży z parkingu dworcowego w Ostendzie. Belgia to fajny kraj. Chcesz posłuchać szumu fal, wsiadasz w auto lub pociąg i za godzinę jesteś na plaży. Marzy ci się spacer w górach - możesz tam być za godzinę. No, belgijskie góry przy polskich Tatrach to zaledwie pagórki, ale połazić można.
Ostenda
 W Ostendzie zjedliśmy pyszny obiadek. Młode, jak to Młode, wybrały hamburgery z colą, M jakiś gulasz. Tylko ja jak normalny człowiek zamówiłam sobie typowo belgijskie danie nadmorskie, czyli małże z frytkami. Młoda powiedziała, że to obrzydlistwo i w życiu by takiego gluta, jakim wg niej jest małż, nie jadła. No nic. Jej strata. Małże są bardzo smaczne. Nie żeby zwalało z nóg, ale na pewno zamówię to jeszcze nie raz. Mężowi małże też posmakowały. Tyle tego jest w jednej porcji, że mi się do brzucha nie zmieściło mimo usilnych starań. No, może gdyby jadł bez frytek to by ogarnął, ale frytki też dobre. Tak swoją drogą, jeszcze nie widziałam tu, żeby ktoś tu jadł w restauracji ziemniaki w innej postaci niż frytki. Nie twierdzę, że nie mają nic innego, ale nie widziałam.