5 lutego 2016

UWAGA! Blogowanie wznowione!

Ferie rozpoczęte, więc zgodnie z obietnicą wystukam słów parę.

przedwiośnie w Belgii
Chwilę DŁUGĄ mnie nie było, więc pewnie z połowa z czytelników się wkurzyła i poszła w diabły. Mam jednak nadzieję, że ze dwóch zostało. Tak czy owak wracam do pisania.


Ostatni miesiąc w  skrócie wyglądał tak...

Rok 2016 rozpoczął się bardzo sympatycznie. W pierwszym tygodniu wpadła do nas niespodziewanie sąsiadka z prezentami noworocznymi dla wszystkich. Tutaj - gwoli wyjaśnienia - jest w zwyczaju obdarowywanie się prezentami z okazji Nowego Roku. W każdym razie sąsiedzi stwierdzili, że my mamy rodzinę daleko i się z nimi nie możemy spotkać, więc postanowili kupić dzieciom "drobne"  upominki. No i tak wpadła sąsiadka zaraz z rana (młode jeszcze w piżamach były) z tymi paczkami kolorowymi, podziękowała za kartkę z życzeniami (pisałam poprzednio o tym) wyściskała wszystkich, złożyła życzenia... Przez chwilę nie wiedzieliśmy, co powiedzieć - z tymi sąsiadami tylko w zasadzie wymieniamy pozdrowienia i czasem tam przy drodze 2 słowa zamienimy. Ale takich właśnie mamy tutaj sąsiadów. Szalonych, wesołych, niesamowitych. I jak tu nie kochać Flandrii?

Przez ostatnie tygodnie w sumie wszystko było po staremu, czyli nie było czasu narzekać na nudę, cały czas coś ciekawego się dzieje wokół. Chwilami to nawet nie ma czasu, by się po tyłku poskrobać. 

Nie blogowałam, ograniczyłam drastycznie korzystanie z internetu, głównie do odpowiadania na wiadomości z poczty i fb oraz nauki, ale mimo to nie odczułam jakoś zbytniego przyrostu wolnego czasu. Starałam się jak najczęściej pracować w Młodymi, ale to w planach było łatwiejsze, niż jest w rzeczywistości. Szkoła, praca, gotowanie zajmuje nas wszystkich od rana do 16.30-17.00. Potem zajadamy obiadokolację. Po prawie 8 godzinach w szkole dzieci muszą mieć z godzinkę czasu na odpoczynek, tv, muzykę, poleżenie, pogadanie. Przez dwa dni ja zaraz po obiedzie, czasem nawet nie zdążę zjeść, tego co upitrasiłam, jadę na niderlandzki, po czym wracam przed północą. Zostaje 5 dni. W piątek robimy tygodniowe zakupy. Potem to już tylko mycie i spanie. Zostaje 4 dni. W weekend faktycznie udaje się przysiąść, przejrzeć smartsschool, agendę, podręczniki, coś powtórzyć, wytłumaczyć, doczytać. Te dwa pozostałe dni, jak się uda. Bo jeszcze balety, wypadki różne, choroby, zakupy butowo-odzieżowe - przy trójce dzieci zawsze coś się ukoci.

praca Najstarszej
Zauważyłam, że nawet te kilka godzin w tygodniu ma pozytywny wpływ. Ja przyswoiłam sobie sporo nowego słownictwa, np z zakresu anatomii zwierząt i ludzi oraz procesów życiowych - bardzo przydatna wiedza. Młoda nabrała odrobinę pewności siebie i odczuwam, że jest zadowolona z tych wspólnie spędzanych chwil, gdy ma matkę tylko dla siebie (moja uwaga jest w większej części skupiona na niej, z wyjątkiem chwil, gdy próba zwrócenia uwagi na siebie w końcu się młodszym draniom udaje i muszę wygłosić odpowiednie kazanie, którego sąsiedzi w promieniu 5 km mogą wysłuchać pewnie). Mając trójkę dzieci i męża oraz masę innych zobowiązań, zwykle trudno wygospodarować odpowiednią ilość czasu dla każdego z osobna, a oni wszyscy tego potrzebują przecież i gdy skupiamy się za bardzo na jednym, reszta czuje się pokrzywdzona. Do tego taka matka czasem też chce mieć krótką (a czasem dłuższą) chwilę dla siebie, o co najczęściej już cała reszta z piątki miewa mniejsze lub większe pretensje, niektórzy nawet je okazują dość wyraźnie. Matki nie można też ani na chwilę tracić z oczu, zaraz jej trzeba szukać i dopominać się natychmiastowego powrotu na swoje miejsce.

Odpoczynek od blogowania i internetu wjednakże pozwolił mi się trochę zdystansować do pewnych spraw i nadać na nowo właściwą kolejność poszczególnym rkwestiom w moim osobistym życiu.

Najstarsza jako postać z kreskówki - autoportret na plastykę :-)
Najstarsza coraz bardziej się rozkręca. W szkole tak dobrze się bawi, że już nawet szpital odwiedzaliśmy w celu bliższego zapoznania się z układem szkieletowym. Na szczęście nic się nie złamało, tylko staw się zruszył, czyli hurra zwolnienie z wuefu na miesiąc. No ale przecież wiadomo, że jak najpierw leje przez trzy dni, a potem zamarznie to fajny lód jest i nie można się oprzeć, żeby nie poskakać po nim - w końcu po co jest godzina przerwa w szkole, c'nie? Paluszek i główka to szkolna wymówka. Musieliśmy kupić rękawiczki z jednym palcem, bo jak się ma palce do kupy związane lepcem, to się nie da do palczastych rękawiczek włożyć łapy.

Innego dnia wychodząc do szkoły nie mogła znaleźć rękawiczek, czapki, kamizelki fluo, w końcu wracała się po worek z strojem na wuef,  dzięki czemu nie zdążyła do autobusu. Cóż, zdarza się. Postanowiła jechać rowerem, ale hamulec jej zamarzł i zablokowało koła na amen. Czekała, aż dojadę i pomogę uwolnić kółko. Po czym kawałek jechałyśmy razem, ale potem ja odbiłam w lewo i pośpieszyłam do roboty, a ona pojechała dalej wkurzona, że znowu się spóźni. Po 5 godzinach wracam do domu i zastaje otwarte drzwi. Ki czort...?
Młoda się wytrąbiła, obiła, wkurzyła, zmarzła i postanowiła wrócić do domu z połowy drogi nikomu nic nie mówiąc. Gdy przyszłam to spała ukryta pod kołdrą. Dobrze, że gdy jestem w pracy, to nie czytam mejli, bo chyba bym na zawał zeszła, gdybym przeczytała mejla ze szkoły z pytaniem, dlaczego córki nie ma na lekcjach? Uświadomiłam mojemu nieroztropnemu dziecku, że nie jesteśmy w PL, gdzie można se chodzić na wagary i wycinać tego typu numery. Tutaj mogło się to skończyć wezwaniem policji przez szkołę i/lub wezwaniem do dyrektora nas obu. Wystarczy żeby zadzwonili a nie zamejlowali, a ja bym im powiedziała, że jechałyśmy razem rowerami... Według regulaminu  obowiązkiem rodzica jest powiadomić rano o nieobecności dziecka w danym dniu. I to jest bardzo dobra zasada. Bowiem w razie wypadku, ucieczki, porwania etc szkoła i rodzice mogą szybko zareagować. Jednak małolaty to małolaty, nie zawsze zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich genialnych pomysłów. Kiedyś się było takim nieroztropnym małolatem, to się wie!
Tak w ogóle mojemu dziecku skończyło się już miejsce na spóźnienia w agendzie. Większość spóźnień jednak nie wynika z jej winy tylko tutejszych autobusów. Nosz cholera może wziąć - non stop coś jest nie tak - albo za późno, albo w ogóle nie jedzie, a ostatnio u nas na wsi przeniesiono przystanek pod szkołę podstawową, niestety do niektórych debilnych kierowców chyba nie dotarło i jeżdżą starą trasą nie zahaczając o nowy przystanek, na którym czeka Najstarsza, no i potem ona musi zapieprzać na rowerze, a 6, prawie 7 kilometrów nie obskoczy w 5 minut niestety. Grrr. Muszę napisać mejla do De Lijnu z prośbą o rozdanie kierowcom mapy z właściwą trasą, bo ten przystanek jest już miesiąc, to się do cholery powinni już nauczyć wszyscy.
Na szczęście strona uwag w agendzie ostatnio dość stabilna, bo już miałam obawy. Przez pierwsze miesiące bowiem zapełniła połowę rubryk brakami zadań, materiałów na technikę albo fartucha kucharskiego, brakiem strojów na wf itp. Teraz (odpukać) idzie coraz sprawniej. Punkty dzięki naszej wspólnej nauce też trochę poszybowały w górę. Jeszcze się zdarza 1/15 czy 0/20 ale coraz częściej dostaję powiadomienia internetowe,  że moje dziecko otrzymało z takiego to a takiego przedmiotu 3/3, 18/20, 9/10... Czyli efekty jakieś są. Spróbujemy się utrzymać na tym samym kursie.



worki z piachem pozostałe po podtopieniach wsi
Belgijska zima. Lało i lało bez ustanku przez kilka dni, tak gdzieś w połowie stycznia. Któregoś dnia jechałam do Brukseli i z autobusu zauważyłam, że już dekiel od studzienki wywaliło i woda zalewa ulicę. Ostatni raz widziałam to zjawisko w 2010 roku bodajże na Boże Ciało, gdy wracaliśmy całą Piątką z Rzeszowiku z kina, gdzie obejrzeliśmy film pod tytułem "OCEAN przygód 3D". Cała akcja tej bajki dzieje się pod wodą. Wychodzimy z kina a tu co? Woda. Dużo wody. Wtedy było na Podkarpaciu wielkie oberwanie chmury od Boguchwały aż po  Krosno i ledwo dotarliśmy do domu. Się okazuje, że w Belgii też mają takie rozrywki. Z Brukseli wracałam już naookoło, autobusy miały po półgodziny spóźnienia, bo u nas w gminie całe centrum było zamknięte. Kolejnego dnia M_jak_Mąż przejechał 30 km w poszukiwaniu drogi dojazdowej do swojej firmy, ale nie znalazł więc tylko powiadomił szefa, że się nie stawi do roboty i wrócił się relaksować w domu.
Potem to wszystko zamarzło na trzy dni, po czym znowu zaczęło deszczyć.  

Młodej kupiliśmy nowy rower, bo coś ostatnio się jej nogi wydłużyły za bardzo i była obawa, że na tym starym to se może zęby kolanami wybić przypadkiem. Akurat M dostał ekoczeki w ramach prezentu noworocznego, a ja miałam prezentowe czeki z biura, to można sobie było pozwolić na taki dodatkowy wydatek. W sumie najwyższa pora była, bo reszta klasy już ma nowe, większe rowery. Chyba wszyscy tu kupują podczas wakacji po piątej klasie, a wtedy te stare wystawiają koło drogi z kartką "na sprzedaż". Nasze są dość wyjeżdżone, więc raczej wystawimy na wiosnę z kartką "gratis". Wybrała sobie fioletowy z białymi oponami, bo "nikt takiego nie ma". Jest zadowolona, mówi, że wygodnie się jeździ i szybciej niż na tym starym pyltałku.

Druga połowa stycznia upłynęła pod hasłem "baletnica w akcji". Akademia, w której uczy się nasza średnia pociecha, obchodzi w tym roku swoje 50-lecie. Z tej okazji wszyscy jej uczniowie przygotowywali wielki występ. Nasza baletnica miała próby kilka razy w tygodniu, najpierw w akademii, potem w gminnym domu kultury, do którego jest ponad 5 km, czyli trzeba było ja tam zawozić i przywozić.Ostatni tydzień próby były codziennie albo i 2 razy dziennie. Było trzy trzygodzinne przedstawienia przez weekend. M kupił po 3 bilety na każde. Jednak w sobotę poszłam sama i bilety odsprzedałam przed wejściem, bo chętnych nie brakowało. Wystąpiło coś około 200 uczniów akademii... Na poniższym filmiku można zobaczyć występ końcowy. Młoda też się dzieś tam przewija...


Każda grupa zaprezentowała, czego się nauczyła. Warto było popatrzeć i posłuchać. Pomiędzy występami mogliśmy posłuchać i obejrzeć pokazy slajdów z tych całych 50 lat. Powstanie i zmiany w akademii przedstawione zostały na tle najciekawszych wydarzeń społecznych, politycznych, sportowych w Belgii i na całym świecie. Przy czym każdy kolejny występ był związany ze wspominanymi wydarzeniami.
grupa  Młodej w akcji :-)






Młody podczas aktywnego oczekiwania na występ siostry :-)

Niniejszym blogowanie uważam za wznowione. Przeto spodziewajcie się co jakiś czas nowego wpisu. Myślę, że nowy planowany cykl też uda mi się powoli realizować, o ile czas pozwoli oczywiście.