20 lutego 2016

Dom na obczyźnie. Część II. Wywiad.

Dziś przedstawię Wam kolejną  osobę, którą poznałam dzięki temu oto blogowi. 

Marzena stosunkowo nie dawno przeprowadziła się z Gdańska do Flandrii wraz ze swoim pięcioletnim synkiem, gdzie dołączyła do męża. Mieszkamy od siebie spory kawałek, ale czasem udaje nam się spotkać przy kawie. Jesteśmy też w stałym kontakcie wirtualnym. 

Dla tych, co nie są na bieżąco, przypomnę, że przerabiamy aktualnie temat "Dom na obczyźnie". Próbuje bowiem znaleźć odpowiedź na pytanie, czy Polak może poczuć się jak w domu poza swoją ojczyzną? Jak widzi tą kwestię Marzena?


zdjęcie ze strony   http://www.fortengordels.be
Magda: Kiedy dokładnie przyjechałaś do Belgii i co cię do takiej decyzji skłoniło?
Marzena: Ja i syn jesteśmy w Belgii od września 2015, mąż od lutego tego samego roku. Jesteśmy emigrantami ekonomicznymi. Na razie pracuje tylko mąż, ja chodzę na kurs niderlandzkiego, syn  chodzi do ostatniej klasy przedszkola. Oboje z mężem jesteśmy po Politechnice Gdańskiej. W Polsce prowadziliśmy firmę związaną z budowlanką, ale ostatnie lata nie były najlepsze dla tej branży, a przyszłość nie rysowała się w jasnych barwach. Więc gdy mąż dostał propozycję pracy w Belgii, uznaliśmy, że jesteśmy odważni i zaryzykujemy. Dziś czujemy się, jakby ktoś zdjął nam z barków ogromny plecak odpowiedzialności za siebie, pracowników i firmę. Zyskaliśmy głównie spokój ducha i belgijskie składki emerytalne :-)


Magda: Cała wasza trójka uczy się teraz niderlandzkiego - w szkole, w pracy, podczas rozmów z tubylcami. Czy możecie się pochwalić znajomością jakichś innych języków obcych?
Marzena: Ja i mąż mówimy po angielsku, ja jeszcze po włosku, bo mieszkałam 5 lat we Włoszech. No i oczywiście rosyjski!

Magda:  Jakie emocje towarzyszył ci przed wyjazdem?
Marzena: Nie mogłam się doczekać przyjazdu, a syn spotkania z tatą... Nasza podróż samolotem do Eindhoven trwała 1,5 godziny. Uznaliśmy, że tak będzie najsprawniej, nasze rzeczy wysłałam kurierem.


Magda: Spróbuj opisać w kilku słowach swoje pierwsze dni na obczyźnie.
Marzena: Może mieliśmy za duże oczekiwania, ale zaskoczyło mnie, że tu jest tak zwyczajnie. Mieszkamy tu krótko. Cały czas czegoś się uczymy, coś załatwiamy, kogoś poznajemy, ale  nie czuję żeby to było trudne. Bywały trudniejsze czasy w Polsce... 

Magda: Planujesz kiedyś wrócić do Polski?
Marzena: Po tak krótkim czasie nie.  Nie mam ochoty wracać do Polski. Trudno powiedzieć, jak będzie dalej, ale na razie skupiamy się na zostaniu tu.

Magda: Czego najbardziej brakuje ci na obczyźnie?
Marzena: Kiszonych ogórków.

Magda: Co wam się wyjątkowo podoba w tym kraju, a co irytuje?
Marzena: Mnie  denerwują korki. Wszędzie korki! I weź tu gdzieś dojedź na czas... No i ten  "niechrześcijański" język :-)
Męża irytuje, że tu na wszystko mają czas... Ale z drugiej strony to też najbardziej mu się podoba, że na wszystko jest czas :-)
 
Magda: Jak odnajdujecie się w tej wieży Babel? Chodzi mi oczywiście o kontakty z innymi mieszkańcami Belgii? 
Marzena: Ja mam głównie kontakt z nauczycielami syna i moimi, z rodzicami dzieci raczej sporadyczny, więc na razie niewiele mogę powiedzieć. Jednak ani w sklepie, ani na ulicy, ani w urzędzie nie zostaliśmy nigdy źle czy jakoś szczególnie potraktowani. Niektórzy rodzice kolegów syna mówią "Dzień dobry", inni nie, ale raczej dlatego, że nas po prostu nie znają, a nie, że jesteśmy Polakami.
Mąż pracuje wyłącznie z Belgami i też jest różnie.  Jedni są bardzo pomocni i przyjacielscy, a inni trzymają dystans, ale czy to z powodu naszego pochodzenia...? W mojej szkole jest mnóstwo Arabów i też są różni, ale raczej się nie przyjaźnimy :-). Inne nacje w porządku . Jedna z mam w szkole jest Tajką i fajnie się nam rozmawia. Można powiedzieć, że się kolegujemy.

Magda: Co możesz powiedzieć na dzień dzisiejszy o pracy w Belgii, urzędach i tym podobnych sprawach?
Marzena: No, ja chcę iść do pracy i mam nadzieję, że pochodzenie nie zamyka tu drzwi. Zobaczymy. Mąż pracuje w serwisie Siemensa i jest zadowolony. Mówi, że spokojniej niż w PL. W urzędach załatwiliśmy wszystkie sprawy od ręki  - od konta w banku po meldunek, więc narzekać trudno.

Magda: Jak odbieracie tutejsze przedszkole?
Marzena: Mieliśmy złe doświadczenia z polskim przedszkolem, więc możemy być nieobiektywni. Tu bardzo podoba nam się system, a syn jest zadowolony i lubi chodzić do szkoły. W Polsce płaciliśmy za przedszkole 450 zł miesięcznie plus wyżywienie, tu przyszła faktura za trymestr na 35€, a zamówiliśmy abonament na książeczki. Więc biorąc pod uwagę zarobki, to polska szkoła dużo droższa, a oferuje znacznie mniej.

Magda: A wasz Młody jak się tu czuje?  Odnalazł się już wśród rówieśników? 
Marzena: Syn jest zachwycony tutejszą szkołą. Zgaduję, że głównie dlatego, iż pozwalają tu dzieciom biegać na przerwach i w ogóle bardzo dużo ciekawych rzeczy robią . Pamiętam, że w przedszkolu Polsce czterolatki z okazji Dnia Babci i Dziadka miały recytować wierszyki o księżycu i  porach roku przez godzinę! 
W tutejszej szkole synek chyba został dobrze przyjęty. Regularnie jest zapraszany na urodziny kolegów z klasy, lubi chodzić na świetlicę i zajęcia sportowe. W czasie ferii krokusowych chodził na półkolonie i nawet troszkę się martwiłam, jak znajdzie się w nowej grupie, ale bawił się świetnie i ma nową koleżankę.  Szkoła bardzo naciska na naukę języka, bo w tym roku są testy do pierwszej klasy, które trzeba zdać. W związku z tym w szkole ma lekcje języka, a my dostaliśmy dodatkowo wolontariuszkę, która w ramach praktyk studenckich przychodzi do nas do domu raz w tygodniu, żeby poprawić wymowę, poćwiczyć liczenie. Dla mnie te spotkania to też fajna rzecz, bo jest to kontakt z Belgiem w zupełnie prywatnej sytuacji. Nasza wolontariuszka to bardzo przyjazna osoba i bardzo lubimy jej odwiedziny.


Magda:  Co myślisz o możliwościach spędzania czasu wolnego, rozwijaniu zainteresowań i rozrywkach. Masz już jakieś spostrzeżenia w tej dziedzinie?
Marzena: Tu jest tego dużo więcej niż w Polsce, a zajęcia nieporównywalnie tańsze - rok judo 60€, a w Polsce 85 zł co miesiąc. No i te imprezy w weekendy - u nas w gminie prawie co drugą sobotę coś jest - to festyn, to degustacja piwa, to karuzele , fajerwerki, kolacja w parafii... 

Magda: Belgowie gotują trochę inaczej niż Polacy, w belgijskich sklepach nie zawsze znajdujemy, to czego potrzeba w polskiej kuchni, a nawet jak znajdziemy, to nie zawsze odpowiada naszym polskim podniebieniom. Jak to wygląda u was?
Marzena: Chyba nam się coś poprzestawiało, bo teraz wszystko nam smakuje, a na początku nie. Na przykład kiełbaski - pierwsze kupione wyrzuciliśmy, bo... nam śmierdziały, a teraz się zajadamy. Jednak  cały czas uważamy, że dla nas jest wszystko mało słone, a chleb zdecydowanie za cienko pokrojony.

Magda: Co do chleba zgadzam się w 100% - kanapki trzeba robić z 3 kromek, by było co ugryźć. Teraz trochę z innej beczki - masz jakieś uwagi na temat naszych rodaków zagranicą?
Marzena: Tu w Belgii za dużo nie mam z nimi do czynienia, ale we Włoszech swoje przeszłam, a mąż tu też na początku jak był jeszcze sam... Jak czyta się niektóre rzeczy, które piszą Polacy w Internecie, to czasem włos się jeży i jest po prostu wstyd, ale teraz piszę dla dziewczyny prowadzącej polskiego bloga... Więc chyba tacy ostatni to nie jesteśmy ;-)
 
Magda: Cieszę się, że ktoś podaje mnie za przykład tej lepszej części Polonii i mówi o mnie "dziewczyna" :-) Chyba wszędzie po prostu - jak to mówią - są ludzie i ludziska zarówno wśród Polaków jak i innych narodowości. Zależy na kogo się trafi...



Marzena: Madziu, my przecież dopiero wczoraj miałyśmy szesnaste urodziny :)

No  i teraz ludzie już wiedzą, że to jednak jakaś małolata tworzy tego bloga ;-)

Na koniec powiedz moim czytelnikom, czy Belgia jest twoim domem?
Marzena: Dziś dobrze mi tu. W ojczyźnie spotkało mnie wiele przykrych rzeczy. 
Czasami ot tak bezinteresownie potrafimy być okropni dla siebie nawzajem. W Polsce nie zawsze czułam się jak u siebie. Jak będzie tu? Czas pokaże.

Magda: Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i wiele ciekawych spostrzeżeń.
Marzena: To ja dziękuję, że uznałaś moją historię za ciekawą.

Moim zdaniem każdy ma jakąś interesującą historię do opowiedzenia. Nie każdy jednak ma w sobie tyle odwagi, poczucia własnej wartości i dystansu do siebie, by się podzielić swoimi przygodami z innymi. Myślę, że dzięki kolejnym rozmowom czytelnicy dowiedzą się choćby kilku nowych rzeczy o życiu na emigracji. Każda osoba bowiem odkrywa przez nami troszkę inne, albo wręcz całkowicie odmienne, spojrzenie na te same kwestie. 

Już za kilka dni kolejna rozmowa. Zapraszam. W międzyczasie z chęcią poczytam Wasze komentarze i opinie na temat powyższy oraz samego bloga jako takiego. Dodam gwoli ścisłości, że na moim blogu komentować może każdy. Nie trzeba się logować, trzeba tylko poczekać na zatwierdzenie komentarza przeze mnie ze względu na wszechobecny spam, którego do szczęścia nie potrzebuję wcale (zresztą chyba nie tylko ja).

19 lutego 2016

Autobusy, rowery i inne dobra

Pod koniec letnich wakacji opowiadałam o tym, jak się zapoznawaliśmy z belgijskimi autobusami, gdy ktoś ciekawy, niech kliknie tu

Okazuje się jednak, iż w praktyce z tymi autobusami wcale nie jest tak dobrze, jak się nam wstępnie wydawało. Wybór szkoły Najstarszej uzależniliśmy od możliwości dojazdu autobusem i rowerem. Jako że szkoła znajduje się 6,5 km od domu, więc rowerem można dojechać spokojnie. Jednak w sezonie zimowym to czasem jest hardcore. Pisałam 2 posty wcześniej o swoich przygodach związanych z dojeżdżaniem. Wichura, deszcz, grad, śnieg, lód, ulewa, powódź, mróz - bywa że wszystko można zaliczyć w ciągu jednego dnia, bo to Belgia jest - pogodowo szalona. Dlatego nastawiliśmy się na dojazdy autobusami. Po dogłębnej analizie rozkładów jazdy doszłam do wniosku, że wszystko jest idealnie rozplanowane. Rano autobus jest ustawiony pod szkołę, czyli jest 10 minut na dotarcie z przystanku do szkoły, a przystanek jest w jej pobliżu. OK. W środy trzeba jechać z przesiadką, ale jest 6 minut pomiędzy autobusami - czyli super. Powrotny też jest zaraz po lekcjach, wystarczy 15 minut poczekać. OK! Kupiliśmy bilet na 3 miesiące i systematycznie przedłużamy. Jednak już w pierwszym tygodniu się okazało, że ta środowa przesiadka to marzenie ściętej głowy. Pierwszy autobus jest zazwyczaj spóźniony i to więcej niż 5 minut, a następny oczywiście za godzinę. Jaki sens stać godzinę na przystanku jak to jest 4 km od domu. Tylko z drugiej strony jaki sens jest chodzić 4 km na butach, gdy można rowerem do i ze szkoły od razu przyjechać - te 2 km wte czy we wte to żadna różnica. W środę jednak młodzież kończy lekcje w południe, czyli wcześnie, więc ten jeden dzień można pomykać do i ze szkoły na bike'u. Najstarsza nawet uznała to za całkiem dobre rozwiązanie, bo szkoła jest w centrum miasta i można po lekcjach spokojnie pobuszować po wszystkich sklepach, bo własny środek transportu, czyli rower, daje człowiekowi tą swobodę i odrobinę niezależności.
W pozostałe dni też nie jest za dobrze. Często gęsto autobus przyjeżdża spóźniony, nawet o 20 minut. Zdarza się, że jest wcześniej albo wręcz nie jedzie wcale. A po Nowym Roku to już w ogóle jest czad. Przeniesiono "nasz" przystanek pod szkołę podstawową, żeby autobusy nie blokowały skrzyżowania, jak było wcześniej. No i fajnie. Tyle tylko, że kierowcy jeżdżą po staremu. Już minął miesiąc, odkąd jest nowy przystanek, ale większość kierowców (NIE WSZYSCY - bo wtedy pomyślałabym, że tak ma być) olewa totalnie fakt istnienie nowego przystanku. Ten autobus, którym jeździ córka do szkoły, ma tutaj pętlę,jednakże według nowego planu owa pętla jest jedno skrzyżowanie dalej. Oj tam oj tam,  jedno skrzyżowanie wte a w te, co za różnica - się czepiam zwyczajnie.

W agendzie [dzienniczku szkolnym] formatu A4 przewidziano 2 strony na spóźnienia, które tu odnotowywane są przez sekretariat przy każdym spóźnieniu  z podaniem dokładnej godziny przybycia ucznia do szkoły. Nietutejszym przypomnę, że bramy szkoły zamykane są po dzwonku na pierwszą lekcję i potem tylko przez sekretariat można wejść do szkoły - takie zasady panują chyba we wszystkich belgijskich szkołach. Tak czy owak dzięki jakże wspaniałym funkcjonowaniu transportu publicznego Najstarsza ma już w agendzie doklejoną kartkę, bo zabrakło miejsca na spóźnienia, a tu dopiero drugi trymestr się kończy. Kilka spóźnień wynikło oczywiście z jej winy, bo za późno się zebrała, za wolno jechała na rowerze, ale te można na palcach jednej ręki zliczyć.

Dodam, że ta linia nie jest jakimś wyjątkiem. Tak jeżdżą autobusy chyba w całej Belgii, bo z kim bym nie rozmawiała, to każdy ma podobne spostrzeżenia. Myślę, że do głównych przyczyn tego stanu rzeczy należą remonty dróg, objazdy i korki, bo jest tu tego ohoho i jeszcze trochę.
Dobrze, że przynajmniej kierowcy w tych autobusach są zwykle mili i uśmiechnięci, tylko szkoda, że nie chce im się jechać tak jak trzeba.

Najstarsza postanowiła ostatecznie jeździć na rowerze przystanek dalej, czyli tam, gdzie autobus częściej się zjawia, bo stamtąd więcej młodzieży jeździ. Jednak ten plan już ma swoje złe strony, jak się okazało, już w pierwszy dzień zajumali jej światła z roweru, bo za późno dojechała na przystanek i nie miała czasu ich pozdejmować i powkładać do plecaka. Jeśli bowiem chodzi o kradzieże rowerów i gadżetów do nich to w Belgii jest to rodzaj sportu. Jak wynika z oglądanego nie dawno przeze mnie reportażu, w Belgii w ciągu 3 minut ginie jeden rower. Przy czym jego marka ani cena nie ma najmniejszego znaczenia. Kradną nowe bajeranckie rowery, kradną stare zardzewiałe rowery po pradziadku, kradną też siodełka, koła, kierownice i lampki. Warto przy tym nadmienić, że mandat za jazdę bez lampek po zmroku kosztuje 150 euro. Więc taka lampka może się okazać droższa aniżeli rower.


Na koniec trochę różnych obrazkowych ciekawostek o rowerach w tym kraju i sąsiednim, czyli w Holadnii.

Każdy wie, że to Holandia jest światową stolicą rowerzystów i miłośników dwóch kółek. Jednak tutaj też jest też ten sposób poruszania się i transportowania różnych rzeczy i ludzi jest wielce popularny.

http://www.zeronaut.be/blog/fiets-al-jaren-populairder-dan-auto-in-belgie
W większych miastach można wypożyczyć sobie rower, którym można śmigać po całym mieście.
brukselskie rowery do wypożyczenia
W Belgii i Holandii bardzo popularne jest wożenie swoich czworonożnych pupili na rowerze. W sklepach znajdziemy duży wybór specjalnych wózków i koszyków przygotowanych z myślą o nich.

zdjęcie ze strony: http://www.hondenforum.nl
 Na rowerach rodzice wożą też, a może przede wszystkim, swoje pociechy. Metod i możliwości jest całkiem sporo.
http://www.fietsenopfietsen.nl
 Do nie dawna uważałam, że na rower można zabrać tylko jedno dziecko. Nic bardziej błędnego.


http://velotarier.be/tips/zo-neem-je-kinderen-mee-op-de-fiets/


Na poniższej stronie zobaczycie sporo innych  możliwości transportu dziecka na rowerze:


 Na rowerach wozi się też sporo innych rzeczy. M swego czasu woził całe nasze tygodniowe zakupy. Nie miał niestety żadnych specjalnych gadżetów, bo nie było nas jeszcze stać.
Na rowerze jednak można przewieźć wszystko. Mówicie, że lodówki się nie da? Serio...?


http://www.nieuwsblad.be
W tym kraju popularnym widokiem jest też rowerowy patrol policji.


Listonosze też często mają tylko rower do dyspozycji. Rowery oczywiście mają specjalnie wyposażone i, jak widać poniżej, dosyć solidne, ale nie jojczą jak niektórzy w Polsce jeżdżący samochodem firmowym, że ci głupi ludzie chcą by im listy normalnie do samego domu zawozić, a przecież mogli by w sklepie zostawić albo w szkole, bo i tak tak każdy przychodzi to by se wziął jeden z drugim ten durny list. Pamiętam, że w moim powiecie był też taki gigant, który listy, rachunki i inne przesyłki zostawiał sobie w domu. Jak policja przeszukała dom to znaleźli niedostarczone listy nawet w lodówce. Gazety o tym pisały :-) Ciekawe czy tu też mają takich pomysłowych listonoszów?


Gdy rower już się wysłużył i żal się nam z nim rozstać, możemy z niego zrobić dekorację do ogrodu. Wystarczy trochę fantazji.