12 marca 2016

Dom na obczyźnie. Ludzie z pasją. Wywiad.

W Belgii wreszcie zapachniało wiosną. Mamy piękny, słoneczny, marcowy weekend. Kwitną krokusy, żonkile, przebiśniegi, ptaszki śpiewają, ludzie zaczęli masowo oporządzać swoje ogródki, działki  i samochody. Przy takiej pogodzie aż chce się żyć. Nawet największe leniuchy zaczynają na poważnie rozważać opcję wyjścia z domu w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza  i rozruszania kości. Mój kolejny gość jednak na pewno nie zna problemu zastanych kości, bo ze sportem jest za pan brat. Dominika uchyli przed wami rąbka tajemniczego świata gimnastyki, a przy okazji opowie, jak się jej żyje w Belgii.

Magda: Witaj na moim blogu. Myślę, że najlepiej sama się przedstawisz :-)
Dominika: Nazywam się Dominika, mam 18lat. Przyjechałam do Belgii wieku 6 lat wraz z rodzicami i siostrą. A więc jestem tu  już 12 lat.

M: Na rozgrzewkę zadam moje standardowe pytanie: jak u ciebie ze znajomością języków?
D: Na co dzień najczęściej posługuję się językiem polskim oraz francuskim. Po polsku rozmawiam z rodziną, a po francusku w szkole, na gimnastyce i ze znajomymi. Niderlandzki też nie jest mi za obcy - tygodniowo mam 4 godzinny lekcji. Posługuję się nim w sklepach, u lekarzy, w pociągu. Znam też podstawy angielskiego, gdyż w szkole mam 4 godziny  tygodniowo.

M: Przyjechałaś do Belgii jako mała dziewczynka, więc zapewne znasz bardzo dobrze belgijską szkołę. Czy w twojej szkole było dużo obcokrajowców (w sensie: nie-Belgów)? Jak wyglądają twoje kontakty z rówieśnikami?
D: Aktualnie chodzę do szóstej klasy szkoły średniej. Moje kontakty z  rówieśnikami nie różnią się za bardzo od innych. Na początku było trudno, ale z biegiem czasu, jak się już opanowało język, wszystko stało się proste.  W tym roku, na przykład, w mojej klasie nie ma ani jednego rodowitego Belga. Każdy z nas ma swoje korzenie w innym kraju.  Nie pamiętam żeby kiedykolwiek w mojej klasie było więcej niż pięciu Belgów :-)

M: Czy rówieśnicy, nauczyciele traktowali cię jakoś inaczej z tego powodu, że jesteś Polką, czyli nie-Belgijką, czy też w ogóle nie zwracali na to uwagi?
D: W pierwszym roku, z tego co pamiętam, to wszyscy mnie inaczej traktowali. Ale bardzo pozytywnie. Pamiętam taki moment, gdy musieliśmy czytać tekst, a ja nie zrozumiałam słowa „caillou”. Podniosłam rękę i się zapytałam, co to oznacza? Pani nie wiedząc jak wytłumaczyć, poprosiła jedną z moich rówieśniczek, aby mi na przerwie pokazała, co to jest. Chodzilo oczywiście o „kamyk”.  Nigdy żadne dziecko z mojej klasy nie śmiało się ze mnie,  zawsze mi pomagali. 

M: A jak wyglądają twoje kontakty towarzyskie obecnie? Masz więcej polskich, czy belgijskich przyjaciół? 
D: Dziś, nie mam już problemu z dogadywaniem się z kimkolwiek, choć nadal się zdarza, że nie rozumiem wszystkich słów. Mam więcej belgijskich przyjaciół niż polskich. 

M: Jesteś młodą dziewczyną, poznałaś  belgijską szkołę od podszewki, znasz doskonale tutejsze dzieci i młodzież. Co powiedziałabyś polskim nastolatkom, którzy muszą przeprowadzić się do Belgii? Jest się czego bać?
D: Nie ma czego się bać! Na początku będzie trudno, nie powiem że nie. Ale tylko język tak naprawdę dzieli nas od reszty świata :-)


M: Czy jest coś w tym kraju, co ci się wyjątkowo podoba, nie podoba, śmieszy...?
D:  Nie, mieszkam tu bowiem od dzieciństwa i nie wiem jak jest w Polsce, czy gdzie indziej.

M: A propos Polski, bywasz tam czasem? 
D: Do Polski ciągnie mnie jedynie rodzina. Bywam tam raz, dwa razy na rok. 

M: Dobrze ci się mieszka w Belgii, czy wolałabyś  się w przyszłości przeprowadzić do innego kraju?
D: Bardzo dobrze mi się żyje w Belgii. W planach mam tu mieszkać, ale zobaczymy co będzie. 

M: Wiem, że masz bardzo  interesujące hobby. Zechcesz przybliżyć moim czytelnikom świat gimnastyki?
D: Świat gimnastyki jest bardzo wieki. Ja uprawiam gimnastykę artystyczną. Poza tym istnieje również gimnastyka rytmiczna, akrobatyczna, tumbling i trampolina.
Gimnastyka artystyczna składa się z tańca wolnego, skoku przez kozła, belki i drążków.

M: Kiedy zaczęłaś trenować?
D: Od małego zawsze i wszędzie skakałam i  robiłam gwiazdy, aż  pewnego dnia, gdy miałam 9 lat, rodzice zawieźli mnie razem z moją sąsiadką na lekcje otwarte i tak się zaczęło...

M: A co dziś o twoim hobby myślą znajomi i rodzina?
D: Rodzina bardzo mnie wspiera przy tej pasji, odbierają mnie 4 razy w tygodniu. Nie było zawodów na których by mi nie kibicowali.  Bardzo mnie to cieszy, że tak bardzo mnie wspierają.
Większość moich znajomych to są właśnie ludzie z gimnastyki, bo my nie widzimy świata poza tym :-) Fajnie mieć takie grono znajomych, nigdy się razem nie nudzimy.
A jeśli chodzi o moich znajomych ze szkoły, są wniebowzięci, tym co wyprawiam. Często muszę wykonywać fiflaki i salta na lekcji wuefu na ich prośbę :-)

M: Czy trzeba mieć dużo pieniędzy, by zajmować się w Belgii gimnastyką?
D: Koszty zależą od klubu. Ja na ćwiczę w małym klubie "Venus Gym Ganshoren" w Brukseli i płacę 220 euro na rok. W planach na przyszły rok mam zmianę klubu na większy, który kosztuje cztery razy więcej. Dotarłam już bowiem do takiego poziomu, że w tym klubie już nic więcej nie mogę osiągnąć ani się rozwijać. 

M:  Dużo czasu trzeba poświęcać na treningi? 
D: Ja ćwiczę od 4 do 5 razy w tygodniu, tczyli 10 do 13 godzin.Poza tym nie trzeba poświęcać dużo czasu. By utrzymać formę, wystarczy pół godziny joggingu dziennie.

M: Czy, twoim zdaniem, każdy może uprawiać ten sport, czy też trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje?
D: Jest to sport dla każdego, tylko nie każdy zostanie mistrzem świata :-) Tak jak w każdym sporcie: „trening czyni mistrza” .

M: Tego typu sporty, czyli tzw sporty wyczynowe, to często powód jakichś kontuzji, czy chociażby zwykłego nadwyrężenia mięśni, stawów. Zdarza ci się czasem?  
D: Oj tak, jest to jeden z najniebezpieczniejszych sportów. Nie to że jest to jakiś ekstremalny sport, ale upadki są bardzo częste. Parę razy już sobie plecy zwichnęłam raz połamałam, raz się zablokowałam w plecach. A w tym roku zwichnęłam sobie kostkę. Jednak najczęstsze są rany od drążka na dłoniach. Jest to tak zwany u nas „steak”. Czyli kawałek obdartej skórki, która może czasem krwawić. 
tzw "steak"

M: Trenujesz już kilka lat, więc pewnie możesz się pochwalić jakimiś osiągnięciami...?  
D: Tak , zajęłam 2 razy pierwsze miejsce. Raz było to pierwsze na Brukselę, drugim razem pierwsze na całą Walonię. 

A w zeszłym roku z kolei zajęłam z moją drużyną 3 miejsce w naszej kategorii i przedziale wiekowym. Najważniejsze osiągnięcia jednak są, jak dla mnie, gdy się dostaję na finał  w turnieju o mistrzostwo w Walonii. Nie każdemu się to udaje, bo trzeba zdobyć odpowiednią ilość punktów. 


M: Nie od dziś wiadomo, że sport jest dobry dla zdrowia, kondycji, wyglądu. Czy należenie do klubu, uprawianie tego sportu ma dla ciebie jeszcze inne pozytywne aspekty?
D: Przede wszystkim znajomi. Nie jestem tak na prawdę sobą nigdzie i z nikim innym, tak jak z ludźmi z gimnastyki. Tam jest moje życie, mój drugi dom. 

M: Rozumiem to doskonale, tak jak pewnie wszyscy, którzy mieli lub mają jakieś pasje. A czy poza gimnastyką masz jeszcze jakieś inne hobby?
D:  Bardzo lubię uprawiać też inne sporty. Siatkówka, atletyka i rugby to moje drugie ja :D
Moje przyszłe życie zamierzam związać  ze sportem. W przyszłym roku idę na studia w kierunku sport. Tymczasem dorabiam i zaczynam się kształcić jako trenerka jednej grupy. Będę uczyć się na profesora sportu, ale chcę też iść dalej i zostać kinezystą. 

M: Czy możesz powiedzieć coś o możliwościach spędzania czasu wolnego w Belgii? Czy uważasz, że można łatwo znaleźć jakieś kluby sportowe, muzyczne i tym podobne?
D: W Belgii rozwijanie swoich pasji jest dużo bardziej dostępne w porównani z Polską. Głównie w sensie ekonomicznym, bo ceny są bardziej przystępne dla rodzin.

M: Dziękuję za rozmowę i mnóstwo ciekawych  informacji na temat życia w Belgii i fascynującego świata gimnastyki. Na koniec życzę wielu sukcesów zarówno w gimnastyce jak i na drodze edukacji.


W kolejnych moich blogowych rozmowach przedstawiam wam zwykłych-niezwykłych ludzi w różnym wieku, z różnym wykształceniem i doświadczeniem życiowym. Łączy ich jedno - są Polakami i mieszkają na obczyźnie. Wszyscy z którymi dotąd rozmawiałam, są zadowoleni z aktualnego miejsca pobytu. Nie narzekają, nie biadolą, bo nie widzą ku temu żadnych powodów. Emigracja  odkrywa bowiem przed nami Polakami nowe możliwości, daje nam nowe szanse i to często takie, o których w kraju ojczystym moglibyśmy tylko pomarzyć. My i nasze dzieci mamy okazję uczyć się języków obcych, a co za tym idzie, nawiązywać interesujące znajomości, poszerzać horyzonty i zdobywać wiedzę. Następnie możemy zacząć realizować nasze marzenia lub marzenia naszych pociech. 
Inna sprawa, że nie każdy te nowe możliwości chce zauważać i nie każdy ma chęć i odwagę zabrać się za ich realizację. Zdarzyło mi się niejednokrotnie natrafić na opinie, że za granicą to żaden raj, bo taki Polak może pracować tylko i wyłącznie na zmywaku lub na budowie, czy w innym nieciekawym zawodzie, że w tych obcych krajach nas Polaków zawsze będą traktować jak gorszy gatunek. Hm, jak spotykam ludzi, którzy po kilkunastu  latach na obczyźnie nie potrafią poprawnie mówić, ani tym bardziej pisać, w języku urzędowym danego kraju, trzymają się głównie rodaków nie integrując się z tubylcami, to się zaczynam domyślać skąd tego typu opinie się biorą... 
Na szczęście większość ludzi, których poznaję w różnych okolicznościach,  korzysta z możliwości. Uczą się języków, zawierają międzynarodowe znajomości, poznają kraj, pytają, szukają, robią różne kursy lub studiują, uprawiają sporty... Jednym słowem nie marnują życia na narzekanie, tylko maszerują wytrwale do przodu i wspinają się w górę. Nawet jeśli zaczynali od zmywaka to dziś już mają dobrą, ciekawą pracę. Jednak bez względu na to, co my osiągniemy, kolejnemu pokoleniu będzie dużo łatwiej. Nasze dzieci, wychowane tutaj będą w dorosłym życiu o wiele bardziej tutejsze i swojskie niż my. Osiągnięcia mojej dzisiejszej rozmówczyni bez wątpienia to potwierdzają. Na pewno warto brać z niej przykład i nie zrażać się drobnymi niepowodzeniami czy upadkami, tylko iść dalej z podniesioną głową i z uśmiechem na twarzy.

10 marca 2016

Wracaliście kiedyś radiowozem ze szkoły?

rysunek Najstarszej :-)
W środy dzieci w Belgii mają lekcje tylko do południa. Najstarsza w ten dzień śmiga na rowerze, bo autobus w południe tu na wiochę nie przyjeżdża. Wczoraj zadzwoniła, że się wywaliła na rowerze, czy że ktoś ją popchnął i upadła - okropnie wiało i w telefonie było jeden wielki szum słychać, więc mimo dziesięciokrotnych powtórzeń nijak nie mogłyśmy się dogadać. Zrozumiałam tylko, że boli ją noga, ale po wywiadzie doszłam do wniosku, że nie trzeba wzywać śmigłowca i spokojnie może spróbować dojść lub dojechać do chałupy o własnych siłach. Jak się samemu jest rowerzystą i wywala się na rowerze kilka razy do roku, a przy tym ma się trójkę dzieci ulegających co tydzień jakimś zdarzeniom, to się potrafi nawet na odległość ocenić ewentualne szkody i zagrożenie życia. Rower cały? Cały. To 50% szans, że wypadek nie groźny. Delikwent mówi normalnie (nie szlocha, nie wyje, nie lamentuje, nie jest spanikowany, ...) - nic wielkiego się nie stało... A że boli...? c' est la vie...
Nakazałam spróbować jechać lub ewentualnie iść, jakby się nie dało, to dzwonić po raz wtóry w celu ustalenia dalszego postępowania. Nie dzwoniła jednak. Wniosek - idzie lub jedzie.

Po jakimś czasie do drzwi zadzwonili policjanci i mówią, że ją przywieźli radiowozem, bo się przewróciła na rowerze. Dali mi też kartkę z adresem, pod którym możemy odebrać rower. 

Tak że tak.


Domyślam się, bo poszkodowana się mota w zeznaniach, że ból nogi, zmęczenie lekcjami, wkurzenie ogólne na zaistniałą sytuację i świadomość tych prawie 7 kilometrów do domu najprawdopodobniej spowodowało, że dziecię me przedstawiało swoją osobą obraz nędzy i rozpaczy. Dlatego ktoś się zaniepokoił i podszedł zapytać w czym rzecz, a że najprawdopodobniej nie dowiedział się więcej poza "przewróciłam się na rowerze" (to wszyscy w naszym domu na 100% potrafią  powiedzieć, bo wypadki rowerowe to nasza rodzinna specjalność), więc zadzwonił po policję. Panowie policjanci odwieźli bidoka do domu, bo co mieli zrobić? :-) 

Wnioski z tej przygody? Bardzo pozytywne: dobrze wiedzieć, że w razie co ludzie reagują, gdy widzą, że z dzieckiem coś nie tak. No i że policja jest OK.

Na koniec nieodzowny komentarz młodszej siostrzyczki: "Kurczę, też bym się chciała policyjnym autem przejechać! Będzie co opowiadać znajomym, ale będę wszyscy zazdrościć!!! ....Ale mama to na pewno pomyślała, że coś ukradłaś i cię przywieźli, jak zobaczyła tych policjantów hehe" (w tym momencie Najstarsza zapomniałam o bólu nogi i próbowała zasadzić kopa w wiadomo co siostrzyczce)

kilka dni temu...
A bohaterka zdarzenia dziś ma ładnego siniaka na nodze, poza tym okaz zdrowia. W szkole jednak nie była, bo nie dała rady pójść na dalszy przystanek a z bliższego oczywiście autobusik nie jechał. No a bike w mieście. Tyrknęłam więc do szkoły i powiedziałam w czym rzecz. Przy okazji umówiłam się na podpisanie dokumentów w sprawie zapisu młodszej Młodej do szkoły średniej, gdyż wcześniej wypełniłam formularze przez internet, jak nakazali. Pozytywna strona posiadania dziecka z różnymi problemami (np językowymi), to to że cię w szkole wszyscy znają i twoje dzieci też, czyli jak zwykle wychodzimy na plus, bo nie ma tego złego.... :-D

dziś

8 marca 2016

Polska szkoła podstawowa i gimnazjum na odległość.

Ten post piszę głównie dla rodziców przebywających poza granicami Polski, którzy nie mają w pobliżu polskiej szkoły, ale chcieli by, aby ich dzieci mogły kontynuować naukę języka ojczystego a w przyszłości kontynuować naukę w Polsce. Przedstawię tu ofertę Polskich Szkół Internetowych LIBRATUS, która wydaje mi się ciekawym rozwiązaniem i może pomóc waszym pociechom w realizowaniu materiału polskiej szkoły zagranicą.


Wielu Polaków mieszkających w Belgii posyła swoje dzieci do polskiej szkoły w Brukseli lub Antwerpii, gdzie dzieci mogą się uczyć języka polskiego. Jednak  nie każdy ma takie możliwości. Dla niektórych jest za daleko, inni nie mają czasu, by co tydzień wozić dziecko kilkanaście, lub kilkadziesiąt kilometrów na lekcje. Poza tym wiele dzieci ma soboty czy środowe popołudnia, kiedy to odbywają się lekcje w polskich szkołach, także zajęte (kluby sportowe, szkoły muzyczne, plastyczne, skauci, etc). Czasem pewnie jest też tak, że rodzice wybierają właśnie polską szkołę zamiast klubu piłki nożnej czy akademii rysunku. 

Wiele rodzin wyjeżdża zagranicę tymczasowo. Dla nich polska szkoła to wręcz konieczność, bo przecież za rok, trzy, pięć wrócą do Polski, a wtedy ich dziecko będzie miało problemy z kontynuowaniem nauki w danej klasie, czy szkole. Braki w języku ojczystym i nieopanowanie polskiej podstawy programowej mogą zaważyć na przyszłości dziecka.

Co powiecie o nauce domowej? Zastanawialiście się kiedyś nad tym, żeby samemu uczyć dziecko w domu? Powiecie pewnie, no okej, może i byśmy spróbowali, ale skąd mielibyśmy wiedzieć, czego mamy uczyć i jak się za to zabrać? Skąd brać wskazówki i materiały, jak to rozkładać w czasie? Nie, nie jesteśmy nauczycielami przecież...





Dostałam nie dawno od nich ofertę i - powiem szczerze - byłam zaskoczona, że nasze polskie dzieci mogą uczestniczyć w zajęciach polskiej szkoły przez internet i co więcej otrzymać  polskie państwowe świadectwa na zakończenie roku szkolnego. Tak więc mieszkając w Belgii nasze pociechy mogą w domu przy drobnej naszej pomocy realizować pełny program polskiej szkoły podstawowej oraz gimnazjum. Co wy na to?

"Libratus to darmowy program skierowany do Polaków przebywających poza granicami kraju, którzy chcą zapewnić dzieciom stały kontakt z polską edukacją. Dzięki uczestnictwie w projekcie uczeń ma możliwość realizacji polskiej podstawy programowej"

Jeśli komuś bardzo zależy na tym, by dziecko nie straciło nic z polskiej szkoły, będąc w innym kraju i mogło po powrocie do Polski spokojnie wrócić do swojej szkoły albo zapisać się do liceum bez problemów, to tą propozycję jak najbardziej powinien wziąć pod uwagę. Jednak i ludzie tacy jak ja, którzy nie mają w planach powrotu do ojczyzny i mają dość niezobowiązujące podejście do patriotyzmu i polskości, też mogą pomyśleć nad tym zagadnieniem. Mi wydaje się to wcale nie głupie. Nie wiem jeszcze, czy z niego skorzystam, ale wezmę bez wątpienia pod uwagę w przyszłości edukacyjnej moich dzieci, zwłaszcza najmłodszego. Chciałabym bowiem, by Młody nauczył się pisać i czytać po polsku, bo a nuż mu się to kiedyś przyda w przyszłości.

Na razie z grubsza się zorientowałam, jak to działa? Przeto podzielę się z wami swoją wiedzą.

PROJEKT LIBRATUS współtworzy kilkadziesiąt szkół podstawowych, kilkanaście gimnazjów oraz poradnie psychologiczno-pedagogiczne, a także polskie szkoły za granicą i różne organizacje polonijne. Jak podano powyżej - uczestnictwo w tym programie i wszystkie pomoce udostępniane przez internet są darmowe, oczywiście  tylko dla  uczniów i szkół uczestniczących w projekcie.   Wymaga jednak od nas rodziców trochę poświęcenia, bowiem nauka odbywa się w formie tzw nauczania domowego. Czyli rodzic pełni tu rolę nauczyciela. Tyle, że scenariusze i repetytoria przygotowują wykwalifikowani nauczyciele, więc nie trzeba się martwić, czego mamy uczyć swoje dziecko. Na platformie internetowej programu Libratus zdostaniemy przeróżne  multimedialne materiały. No a raz w tygodniu odbywają się tzw WEBINARIA, czyli lekcje on-line prowadzone przez  nauczycieli z partnerskich szkół stacjonarnych. Te szkoły znajdują się w różnych miejscach w Polsce i do nich zapisywane są dzieci z całego świata uczące się na odległość.


Podczas lekcji uczniowie rozmawiają z nauczycielem i kolegami za pomocą czatu. Nauczyciele urozmaicają swoje lekcje prezentacjami, filmikami, tablicą interaktywną a nawet grami edukacyjnymi. Jeśli dziecko nie może uczestniczyć w takiej lekcji w wyznaczonym dniu, materiał zawsze może sobie obejrzeć później, bo jest on dostępny potem on-line dla wszystkich uczniów. 

Dzieci mogą w ten sposób zrealizować program polskiej szkoły od zerówki po gimnazjum.

Gdybyście byli ciekawi, jak wyglądają lekcje przez internet, obejrzyjcie poniższy mix kilku przykładowych lekcji.

 .


Poza tymi lekcjami dzieci muszą pracować samodzielnie z rodzicami. Rodzice, których dzieci uczą się w ten sposób, mówią, że nawet 2-3 godziny w tygodniu wystarcza, by opanować zalecony materiał. Oczywiście wszystko zależy od dziecka i jego chęci oraz zdolności do nauki w domu. Na pewno też więcej czasu potrzebuje maluch z pierwszej klasy podstawówki, niż umiejący uczyć się samodzielnie 12-latek. Rok szkolny trwa tu tak samo jak w zwykłej szkole - od września do czerwca. Dzieci uczą się tych samych przedmiotów, co w normalnych szkołach w Polsce, nie tylko języka polskiego. Jednak, myślę, że w przypadku innych niż języki przedmiotów, jest to głównie kwestia opanowania słownictwa z danej dziedziny, czyli nadal języka. Przecież dzieci na całym świecie uczą się podobnych rzeczy w podobnym wieku. Wiem przecież, jak to jest  w naszym przypadku - gdy uczę się z dziewczynami np z matmy czy przyrody, to używam polskich i niderlandzkich słów, jednak trójkąt cały czas ma trzy kąty bez względu na to, czy  mówię na niego "trójkąt" czy "driehoek" [drihuk] zaś "serce" czyli "hart" zawsze  tak samo pompuje krew, a zwierzę, które oddycha płucami, ma pióra, dwie nogi i dziób to zawsze jest "ptak" i jak nazwiemy go  "vogel", to ani jego wygląd ani sposób życia się nie zmienią. Czyli nawet na przyrodzie i geografii dzieci będą się uczyć głównie języka polskiego oraz utrwalać i poszerzać wiedzę zdobytą w szkole belgijskiej (niemieckiej, angielskiej, chińskiej, etc).



Dzieci uczą się tak samo jak w zwykłej szkole - od września do czerwca. Potem muszą zdać egzamin, by otrzymać świadectwo i promocję do następnej klasy. Niestety na dzień dzisiejszy nie ma możliwości zdawania egzaminu w Belgii i trzeba się z tej okazji pofatygować do Polski. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że i tak sporo Polaków bywa tam często, więc nie powinno być z tym żadnego problemu. Poza Polską egzaminy odbywają się jeszcze  w partnerskich sobotnich szkołach np w Wielkiej Brytanii, czy Hiszpanii. Dodam, że dzieci otrzymują państwowe świadectwa, takie same jak dzieci, które uczą się w normalnych szkołach w Polsce, bowiem oficjalnie są one uczniami którejś stacjonarnej szkoły uczestniczącej w projekcie, znajdującej się na terenie Polski.

Najwięcej Polaków korzysta z tego programu w Wielkiej Brytanii, dlatego tam można zdawać egzaminy na miejscu. W Belgii, Holandii czy Francji Libratus ma po kilkudziesięciu uczniów. Z Libratusa korzystają już rodacy w ponad 100 krajach na całym świecie.

Moim zdaniem  jest to możliwość  warta  uwagi i głębszego zastanowienia. Myślę, że wielu czytelników się nią bliżej zainteresuje, choćby z czystej ciekawości.  Warto też przekazać tę informację dalej, bo być może ktoś właśnie się głowi, jak pomóc swojemu dziecku w nauce języka ojczystego, a nie ma żadnej polskiej szkoły w okolicy.

Dokładniejszych informacji można szukać na stronie projektu:



Zapisywać się można od stycznia do września. Jednak liczba miejsc jest ograniczona. No i są pewne warunki, które trzeba spełnić: przynajmniej jedno z rodziców musi mieć polskie obywatelstwo, należy też posiadać dokumenty potwierdzające tożsamość rodziców i dzieci oraz dokument potwierdzający ukończenie poprzedniej klasy, z tym że nie musi to być świadectwo z polskiej szkoły - tutejszy dokument też jest uznawany. Przy zapisie brany jest pod uwagę wiek dziecka i lata nauki. Dokumenty wysyła się pocztą po dopełnieniu wstępnych  formalności przez internet.

W razie pytań możecie się skontaktować z kompetentnymi osobami z projektu, którzy chętnie rozwieją wasze wątpliwości. Potrzebne namiary znajdziecie na poniższym obrazku lub na stronie internetowej LIBARATUSA.




6 marca 2016

Dom na obczyźnie. Wywiad. Część IV

Z poprzednich rozmów wiecie już, że  nie jestem wyjątkiem jeśli chodzi o zadowolenie z decyzji o wyjeździe z kraju, że na obczyźnie można zacząć wszystko od nowa i całkiem fajnie sobie żyć. Wiecie już, jak żyje się w różnych częściach Flandrii. Dziś wypuścimy się trochę dalej, by dowiedzieć się, czy w sąsiednich krajach też da się żyć i jakie przygody tam na potencjalnych emigrantów czekają.
Basia pochodzi z tych samych okolic co ja i znamy się już jakiś czas. No, troszkę dłużej, niż piszę ten blog :-) Przejdźmy jednak do rzeczy...

obrazek pochodzi ze strony: http://www.poznajholandie.pl/

Magda: Witam na moim blogu. Zechcesz opowiedzieć w kilku słowach o sobie?
Basia: Mam na imię Basia, pochodzę z pięknej i malowniczej miejscowości w południowo wschodniej Polsce, czyli z  Podkarpacia. Jestem stanu wolnego,  jednak już niedługo... :-)

M: Ludzie czasem marzą, by gdzieś wyjechać, ale nie mogą się zdecydować, dokąd. Bo i tu fajnie, i tam ciekawie. Szkoda, że nie da się być w dwóch miejscach na raz! A może jednak się da...? Może Basia was przekona, że można przebywać w dwóch krajach na raz. Ja wiem, że sporo osób tak właśnie robi. No więc, gdzie ciebie, Basiu, rzucił los i dlaczego w ogóle postanowiłaś opuścić Polskę?
B: Niespełna trzy lata temu z moim lubym wyjechaliśmy do Holandii. Obecnie mieszkamy w Niemczech, ale pracujemy nadal w Holandii niedaleko granicy niemieckiej. To ze względów ekonomicznych oczywiście, ponieważ w Niemczech jest tańsze utrzymanie, w Holandii natomiast wyższe wynagrodzenie. Powód naszej emigracji oczywisty - pogoń za lepszym życiem, ponieważ praca za barem za 6 zł/ h nie była  szczytem moich marzeń ;-) Może też trochę z ciekawości i chęci poznania świata. Docelowo miał to być wyjazd tylko na sezon, 3-4 miesiące…

M: No tak. Postanowiłaś spróbować szczęścia w innym kraju. Podjęcie decyzji często jest w wiele łatwiejsze niż realizacja pomysłu. Jak było w Twoim, Waszym przypadku? Jakie emocje towarzyszyły ci przed wyjazdem?
B: Emocje? Oczywiście nie obyło się bez strachu, jednak nie jechałam sama i to mnie bardzo podtrzymywało na duchu.  Tak naprawdę nie wiedzieliśmy co nas czeka… jednak gdzieś tam w środku odczuwałam tą odrobinkę euforii, ciekawość, co może nas spotkać, nadzieję na lepsze jutro. 

M: Jak powszechnie wiadomo nasz język ojczysty, mimo że bardzo piękny i ciekawy, poza granicami Polski raczej nie bardzo się przydaje. Czy wyjeżdżając z kraju byłaś przygotowana językowo? Znałaś jakieś obce języki?
B: Z języków obcych to najlepiej radziłam sobie z „łaciną podwórkową" :-)
A poza tym byłam świeżo po maturze z języka angielskiego, którą z resztą zdałam nie najgorzej.  Jednak, jak się później okazało, matura to bzdura! U mnie w firmie wszyscy porozumiewają się w języku angielskim  i w sumie rozumieć to może ich coś rozumiałam, a jak nie rozumiałam, to potrafiłam wyłapać pojedyncze znane mi słówka ze zdań i jakoś to było, jednak jak przyszło już coś powiedzieć… nie mogłam z siebie wydusić ani słowa. Zwykle moje wypowiedzi opierały się na słowach: yes, no,  ok,  no problem itp… Gdy nie byłam pewna, jak sformułować zdanie z obawy przed popełnieniem błędu gramatycznego, wolałam się nie odzywać wcale. :P
Z czasem dowiedziałam się, że Holendrzy za nic mają poprawną gramatykę i nie należy się wcale tym przejmować, byle by gadać, choćby byle co, ale gadać, a oni i tak cię rozumieją, a jak nie rozumieją, to możesz zawsze wytłumaczyć na migi, pokazać albo powiedzieć w całkiem inny sposób „na około” i nikt nie będzie miał do ciebie o to pretensji :-)
Teraz z angielskim nie mam problemu, ale ciągle się uczę nowych słówek, staram się mówić poprawnie. W tym roku mam zamiar zapisać się na kurs holenderskiego.

M: Czyli zdanie matury na piątkę wcale nie znaczy, że od razu świat stoi otworem, jak się niektórym wydaje (zwłaszcza  anglistom, którzy nie byli w życiu zagranicą). Bariera językowa bowiem to nie tylko brak znajomości języka, to też nasza psychika i brak doświadczenia w słuchaniu i rozmawianiu w realnych sytuacjach.
Pamiętasz Wasze pierwsze dni w Holandii? Podzielisz się z nami wrażeniami?
B: Nasz początek był straszny. Począwszy do tego, że przyjechaliśmy o 1 w nocy, a kierowca wysadził nas z walizkami pod jakimś domem i odjechał. Dobijaliśmy się do tego domu z pół godziny. W końcu wpuściła nas jakaś kobita do środka, ale okazało się, że w ogóle nic nie wiedziała o naszym przyjeździe. Spaliśmy przez dwie noce na kanapie w salonie, nie wiedząc, co będzie dalej. Po kilku dniach zadzwonili do nas z agencji pracy, że możemy przyjechać podpisać umowy. Dostaliśmy bardzo dziwną umowę, na której mieliśmy wyszczególnione różne opłaty i 0 (słownie: zero) gwarantowanych godzin pracy… Podpisaliśmy jednak, bo co mieliśmy zrobić? Chcieliśmy chociaż zarobić na powrót. Liczyliśmy, że się uda :-) Następnie zostaliśmy oddelegowani na drugi koniec Holandii i wylądowaliśmy w ośrodku z domkami letniskowymi, gdzie mieszkaliśmy w 4 osoby. Pierwszy tydzień cały przesiedzieliśmy w domku, bo agencja nie miała dla nas pracy. W drugim tygodniu byliśmy tylko raz w pracy… Można powiedzieć, że czuliśmy się jak na wakacjach, jako że obok mieliśmy jeziorko, był lipiec, lato w pełni… Szkoda tylko, że agencja kazała za to wszystko płacić, bo domek kosztuje. Pod koniec drugiego tygodnia miałam kryzys i już chciałam wracać do domu, bo przecież nie po to tutaj przyjechaliśmy, żeby siedzieć w domku, tylko chcieliśmy zarobić, ale stwierdziliśmy, że jeszcze tydzień wytrzymamy i zobaczymy, co się będzie działo… No i powoli się rozkręciło, tak że oboje dostaliśmy się do tej samej firmy. Raz było lepiej, raz gorzej, ale koniec końców udało się coś zarobić. 

M: Uch, takiego początku życia na emigracji chyba nikt wam nie pozazdrości, ale za to  będzie, co wnukom opowiadać na starość :-) Dziś już ogarniacie zagraniczną rzeczywistość i wiecie, jak sobie radzić. Wspominasz, że wyjechaliście na sezon, tymczasem mija trzeci rok, z czego wnioskuję, że nie jest źle. Wiem, że zamierzacie się pobrać i założyć rodzinę. Czy myślicie o powrocie do Polski?
B: Chciałabym kiedyś wrócić do Polski, bo mam tam rodzinę, znajomych i innych bliskich. Jednak nie widzę tam żadnych perspektyw. Tutaj mam już stałą pracę i tak naprawdę ciężko mi sobie wyobrazić, że rzucam to wszystko i jadę do Polski, gdzie pracuję za 1000 zł/m-c z czego mam opłacić mieszkanie,  rachunki, samochód… i kupić jedzenie.

M: Czego najbardziej brakuje ci na obczyźnie?
B: Najbardziej brakuje mi rodziny i przyjaciół… wspólnych imprez, ognisk, wyjazdów… Tego tutaj nie ma. Oczywiście mamy tutaj też swoich znajomych, spotykamy się, ale to nie to samo co w domu.

M: Co się Wam szczególnie podoba, a co was irytuje w tych krajach, w których przyszło Wam mieszkać.
B: Bardzo podoba mi się tutejsza infrastruktura drogowa. 200 km pokonuje się tutaj w 2h a nie tak jak w Polsce 4h… i wszędzie jest blisko. Nie podobają mi się natomiast mandaty, są cholernie wysokie. Przykład? Za przekroczenie 13 km/h - 106 euro… to dużo Albo parkowanie - za parking w centrum miasta np. w Amsterdamie zapłaciliśmy kiedyś 20 euro za ok. 3-4h. Dostałam także mandat za parkowanie, ponieważ zeszło mi dłużej niż przewidywałam u fryzjera i, mimo że zapłaciłam za parking w parkomacie 6 euro, kochani panowie policjanci wlepili mi mandat 62 euro, bo spóźniłam się kilka minut! To właśnie mnie irytuje. Aaa i jeszcze to, że nie ma tu grama górki, taka patelnia wszędzie.

M: Co powiesz o kontaktach z tubylcami? Co myślisz o Holendrach?
B: Kontakt z tubylcami jest dla mnie taki sam jak z Polakami, jedynie bariera językowa jest problemem… Jednak jeśli chodzi o zachowanie ludzi to jest porównywalna do zachowania naszych rodaków. Mówi się, że Polak Polakowi wilkiem. Może i tak, ale znam też dużo fałszywych Holendrów. Generalnie zawsze i wszędzie trzeba uważać z kim się zadajesz, bo jest masa fałszywych ludzi. Holendrzy z natury są bardziej leniwi i robią tylko to, co do nich należy. Mają plan na 8h, przychodzą robią swoje i wychodzą.Nie ma tu mowy o żadnych nadgodzinach, czy dodatkowych obowiązkach, sama się nawet czasem dziwie jak można tak wolno pracować, przecież to czas się ciągnie niemiłosiernie jak się nic nie robi  w pracy. Natomiast Polacy z natury są pracowici, więc śrubują normy, ile się da, cisną nadgodziny niektórzy jakby mogli to siedzieli by w pracy dwie zmiany :-) 


M: Holendrzy - jak myślę - nie muszą już tak zasuwać jak Polacy, bo oni (tak samo Belgowie, Niemcy etc) są już w miarę ustawieni życiowo (z dziada pradziada każdy miał pracę, jeśli tylko chciał), więc żyją na spokojnie. My zaś musimy się wszystkiego dorabiać od zera albo i od minusa, i chcemy to mieć jak najszybciej, bo myślimy też jeszcze o tych co zostają w Polsce - rodzicach, rodzeństwie, którym też chcielibyśmy jakoś pomóc w przyszłości albo z chcemy zaoszczędzić jak najwięcej, by za jakiś czas wrócić do Polski i próbować tam żyć, może założyć jakąś firmę. Dlatego wielu Polaków bardzo ciężko pracuje, bierze wszystkie nadgodziny, jakie są do wzięcia, niektórzy jeszcze dorabiają sobie gdzieś po godzinach i w weekendy.
Chciałabyś jeszcze coś dodać na temat pracy w Holandii? Co powiesz o zarobkach?
B: Nie mam porównania co do pracy w innych firmach, ponieważ miałam takie szczęście, że trafiłam do tej a nie innej firmy i już tu zostałam, natomiast jak słyszę od innych ludzi o pracy w chłodniach czy w polu w deszczu lub przy łapaniu kurczaków czy urywaniu im głów…brrr... to myślę, że dobrze trafiłam - mam dach nad głową, ciepło… Narzekać mogę tylko na stres, bo mam dość odpowiedzialne stanowisko i często pracuję pod presją czasu, ale powtarzam sobie, że zawsze mogło być gorzej :-) 
Zarobki są przyzwoite, można spokojnie opłacić mieszkanie, samochód, dobrze zjeść i odłożyć na wakacje. Może nie są to jakieś „kokosy” w tutejszych realiach, jak niektórzy myślą, ale da się za to normalnie żyć. 

M: Masz jakieś doświadczenia z urzędami, czy innymi instytucjami?
B: Jeśli chodzi i urzędy to nie miałam z tym takiej dużej styczności, może dlatego, że ogranicza mnie język, jeśli potrzebuje np. rozliczyć się z podatku, jadę do księgowego który się na tym zna i robi to za mnie. Generalnie prawie wszędzie można załatwić wszystko po angielsku. Dużo rzeczy takich jak np. ubezpieczenie można załatwić przez Internet.
Nie miałam w ogóle styczności z tutejszym szkolnictwem, więc nie mogę nic powiedzieć na ten temat. Od znajomych wiem tylko, że mają tutaj podobno niższy poziom  od naszego polskiego poziomu nauczania. Jeśli chodzi o opiekę medyczną - odpukać! - nie miałam nigdy jakiś większych problemów ze zdrowiem. Jeśli czegoś potrzebuję, to staram się w miarę możliwości odwiedzać lekarzy w Polsce, gdy jestem na urlopie. Generalnie to chyba tylko ze względów językowych, boję się, że nie zrozumiem czegoś albo nie będę w stanie czegoś dokładnie wytłumaczyć tak jakbym tego chciała. Raz byłam w przychodni z zapaleniem ślinianki. Przyszłam do ośrodka, zarejestrowałam się, czekałam w kolejce. Po jakimś czasie  podeszła do mnie pani doktor, podała rękę, przedstawiła się i zaprosiła do gabinetu... To było dla mnie dziwne , ale  bardzo miłe :-)
Jak czegoś nie rozumiałam, albo ona nie wiedziała jak mi to powiedzieć, to wpisywała w Tłumacza Google  i  tłumaczyła na polski :-) W rezultacie nie dostałam nic innego jak paracetamol :-) Z tego, co słyszałam, w Holandii na wszystko przepisują paracetamol. Jednak większych doświadczeń nie mam.

M: I niech tak zostanie. Bez doświadczeń z doktorami, nawet jak były by miłe, można się w życiu spokojnie obejść. Dziękuję za poświęcony czas i pomoc w stworzeniu kolejnego ciekawego wpisu na moim blogu. 
Do odważnych świat należy!  To powiedzenie chyba doskonale podsumowuje przygody Basi i pewnie wielu innych ludzi, którzy postanowili wyruszyć w nieznane i którzy nie zawsze trafiają od razu, tam gdzie by chcieli. Jednak warto czekać na zmianę losu i się nie poddawać, bo w końcu wszystko jakoś się ułoży.

Za jakiś czas postaram się wam przedstawić kolejną osobę i jej przygody związane z zagranicą.