9 kwietnia 2016

Dom na obczyźnie. Z Polski do Belgii przez Jordanię. Wywiad.

Po dłuższej przerwie zapraszam was na kolejną  ciekawą - mam nadzieję - rozmowę. 

Dziś razem z Powsinogą zabiorę was w podróż dookoła świata. Powsinoga nie dawno poszerzyła grono moich belgijskich znajomych. Jest pierwszą znajomą mieszkającą w Walonii, czyli na południu Belgii, gdzie mówi się po francusku... czyli jakby w innym państwie ;-) Jesteśmy rówieśniczkami i mamy dzieci w podobnym wieku. 
Wszystko jak zwykle zaczęło się od tego bloga i internetu, który na obczyźnie jest wynalazkiem wyjątkowo przydatnym. No ale to inny temat... 


Kilka słów o sobie 
 Powsinoga, wieku średniego, wykształcenia wyższego i średniego dziedzinowego, mężatka – o dziwo, z jedną latoroślą. Od dzieciństwa zakochana w Dolnym Śląsku, obecnie mieszkanka Walonii.

Kiedy po raz pierwszy wyjechałaś z Polski i dlaczego?
Polskę opuściłam 14 lat temu, tuż po uzyskaniu dyplomu uczelni wyższej. Bezrobocie powyżej 20%  nie zachęcało do pozostania w kraju. Moi rówieśnicy szukali pracy zwykle dłużej niż rok. Mieszkałam wraz z rodzicami w budynku będącym prywatną własnością, średnio co pół roku podwyższano nam czynsz. Jedyną, według mnie, możliwością zarobienia na jakiekolwiek własne mieszkanie był wyjazd za granicę. I tak pewnego lipcowego dnia wyjechałam ze swoją podstawową znajomością języka włoskiego i kilkoma zdaniami w języku angielskim do francuskojęzycznej Szwajcarii.


Zapamiętałaś coś szczególnego z początków ma obczyźnie?
Pamiętam, że najbardziej pomocni zawsze okazywali się Arabowie, Irlandczycy, Kanadyjczycy i garstka Polaków. O dziwo większość moich rodaków była nieżyczliwa.

Wspominam czasem,  jak 14 lat temu rozbolał mnie okropnie ząb i poszłam do dentysty. Usłyszałam wtedy, iż zrobienie go będzie mnie kosztowało 300 franków szwajcarskich. Następnego dnia z wielkim zdziwieniem odkryłam, że ząb mnie już przestał boleć :-)

W swoim życiu zwiedziłaś już kawałek świata.  W jakich krajach dane ci było pomieszkać?
Niemcy, Francja, Szwajcaria, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Syria, Egipt, Bahrajn, Jordania, Stany Zjednoczone Ameryki, Włochy, Czechy, Słowacja, Jemen. Teraz Belgia.
Najdłużej, bo 8 lat, mieszkałam w francusko języcznej Szwajcarii, 3 lata i 8 miesięcy w niemiecko języcznej Szwajcarii, 14 miesięcy w Jordanii, 2 miesiące w Stanach Zjednoczonych Ameryki. W pozostałych krajach więcej niż 2 tygodnie.
Mogę się pochwalić bardzo dobrą znajomością topograficzną Genewy, Zurichu, Ammanu, Damaszku przed wojną i Waszyngtonu. Te miasta przypominają mi mój rodzimy Wrocław.




Jakie są - twoim zdaniem - pozytywne i negatywne strony przeprowadzek?
Dobrze jest się czasem przeprowadzić, bo można zacząć wszystko od początku, zmienić swoje nawyki, obyczaje.  Budowanie jest bardzo inspirujące. Oczywiście w przenośni - nie musimy budować domu dosłownie. 
Z mojego doświadczenia wynika, że zwykle pomaga uśmiech.

Najtrudniej zawsze zostawić przyjaźnie, ludzi bliskich, bo wiadomo, że dzień się składa ze szczegółów i po przeprowadzce w inne miejsce nie będziemy  ich już dzielić z tymi znajomymi, a wtedy się oddalamy.
Trudno też wyjeżdżać, gdy się bardzo polubi jakieś miejsce. W moim przypadku tak było  z ciepłą Jordanią.
Z punktu widzenia kobiety jest jeszcze taki pozytyw, że znów masz masę nowych ciuchów bo jesteś nowa w nowym kraju :-)
Przeprowadzki nauczyły mnie nie przywiązywać uwagi do rzeczy materialnych takich jak meble itd. Odciągnęły mnie od gonitwy za top modami.
W którym kraju z poznanych przez ciebie są najgorsze, a w którym najlepsze, warunki do życia?
Pod względem standardów życia  Szwajcaria przewyższa pozostałe kraje. Jest to mały, ale bardzo dobrze zarządzany i świetnie zorganizowany kraj. Ma wyśmienicie zorganizowaną sieć kolejową zgraną z połączeniami autobusowymi. Ludność powściągliwa i szanująca prywatność. Do tego stopnia, iż pukając do sąsiada niezapowiedzianie musimy być przygotowani na rozmowę na korytarzu. Widać też szacunek dla każdego pracującego.
Poza Szwajcarią wyjątkowo spodobała mi się ciepła Jordania, gdzie jest 8 miesięcy lata. Pachnące warzywa i owoce, niebieskie niebo i ...brak chodników. Zbiorniki na dachach  domów napełniane są wodą tylko raz w tygodniu.
Najgorsze warunki mogą być w każdym kraju, jeśli nie możesz zdobyć wykształcenia i  pracy. Zatem pieniądz jest wykładnikiem.


Od jakiegoś czasu mieszkasz w Belgii. Jak odbierasz ten kraj?
W Walonii, czyli francuskojęzycznej Belgii mieszkam od niedawna, bo dopiero 6 miesięcy. Nie znam jej jeszcze i mam nadzieję, iż mnie zaskoczy pozytywnie. Miasto, w  którym mieszkamy,  odbieram negatywnie. Bądź co bądź przyjechałam z czystej i doskonale zorganizowanej Szwajcarii, która mówi 5 językami i podaje rozwiązania z wyprzedzeniem oraz kontroluje wszystko. Co prawda francuska organizacja i typ myślenia nie są mi obce po wcześniejszych pobytach we Francji. Jednak jestem typem realistycznym i tzw. bohema czy francuski styl bycia mi nie odpowiadają. Miasto jawi mi się jako bardzo opustoszałe, biedne i brudne  z dużą ilością psich odchodów na ulicach i placach zabaw. Tu dodam, iż są też ludzie czyści i zadbane miejsca, ale to raczej wyjątki. Nie chciałabym jednak wrzucać wszystkich do jednego worka. Ciężko się dogadać w języku innym, niż francuski, znajomość angielskiego w stopniu komunikatywnym to tu raczej rzadkość.
Transport publiczny tego miasta to kierowcy rozmawiający podczas jazdy przez telefony komórkowe, jeżdżący zbyt szybko i to tylko po to, by za chwilę ostro hamować. Jakby zapomnieli, że wożą ludzi a nie coś innego.
Jeśli idzie o administrację i ludzi tam pracujących to potrzeba wielkiej dyplomacji, by nie narzekać. Ogólnie rzecz ujmując - totalny brak kompetencji.

Wiem, że po pewnym czasie, jaki upłynął od opuszczenia ojczyzny, stwierdziłaś, że już dostatecznie dużo zobaczyłaś, doświadczyłaś, masz już trochę grosza w kieszeni  i pora wracać do domu, do Polski. Dziś jednak jesteś nadal poza ojczyzną. Co poszło nie tak? Dlaczego nie zagrzałaś w ojczyźnie miejsca?
Tak, wróciłam na 16 miesięcy, kupiłam kawalerkę, po 4 miesiącach intensywnego szukania znalazłam pracę w swoim zawodzie, która  bardzo mnie satysfakcjonowała,  z kontaktem w języku angielskim. Cóż, budżetowa pensja przypominała mi raczej kieszonkowe od rodziców niż wypłatę. Jak tu być dorosłą i brać odpowiedzialność za życie? Każdego miesiąca musiałam wybierać: kupić buty, czy sukienkę. Z czym  tu iść do dobrych lekarzy czy uczyć się innych języków? Za co wyjechać na wakacje? Z reklam w telewizji wyłaniał się obraz: weź kredyt - pojedziesz na wakacje, weź kredyt - pójdziesz na kursy, weź kredyt kupisz dzieciom książki do szkoły. Nie chciałam tak żyć, czekać na zmiany, które nie wiadomo, czy nadejdą i kiedy. Religijność naszego kraju też bardzo mnie mierzi, choćby lekcje religii w szkole, czy słynne prawo aborcyjne. Jako dorosły człowiek mam ochotę sama decydować o takich rzeczach. Nie bez znaczenia było też podejście ludzi do mnie, że niby tak dużo już widziałam, tylu rzeczy spróbowałam, to już nie powinnam niczego od życia oczekiwać, już mi wystarczy. Słowem: powinnam zacząć umierać. W pracy było super, szczególnie w moim dziale,  inne działy wciąż mi wytykały, iż chcę więcej pracować, coś robić, działać, iść do przodu, a tak się w Polsce nie robi. Myślę, iż po powrocie byłam już inną osobą, niż ta sprzed czasów  wyjazdu. Już tam nie pasowałam.

Mówi się, że podróże kształcą. Jedną z rzeczy których można, a wręcz trzeba się nauczyć podczas zwiedzania świata to języki. W ilu językach ty jesteś dziś w stanie się porozumieć?
Najpewniej czuję się z angielskim, bo mówię nim już od 14 lat. Bywa nawet, że mi brakuje  słów w języku polskim. Pierwszy bowiem jest angielski, a raczej amerykański, którego nauczyłam się od mojej pracodawczyni będącej po Harvardzie. Gdzieś tam mam w głowie znajomość języka rosyjskiego oraz podstawy arabskiego, ale rzadko obu używam. Teraz mieszkając w Walonii ćwiczę mój niezbyt doskonały francuski. Jak przystało na dyslektyka w każdym z języków łącznie z polskim robię błędy, ale to mi nie przeszkadza.
estakada metra w Dubaju

Był taki czas, iż twoi znajomi zaczęli się martwić, że zostaniesz starą panną, bo zamiast uganiać się za facetami to ty sobie po świecie hulasz. Jednak się okazuje, że i w innym kraju też można zostać postrzelonym przez Amora :-) Zdradzisz kim jest twój wybranek i gdzie ten Amor was dopadł?
Mój małżonek pochodzi z Kabylow, czyli narodu berberskiego. Jest to lud posiadający swój język, w większości zislamizowany. Poznaliśmy się u naszych wspólnych znajomych. On  po studiach magisterskich z biologii molekularnej, które skończył we Francji, przyjechał do Szwajcarii robić doktorat  na wydziale farmakologii.
Myślę, że taki związek wymaga drugie tyle pracy, niż związek ludzi z jednej kultury,  jednak kompromis nam bardzo pomaga. Obydwoje szanujemy wszystkie religie, lecz żadne z nas nie jest praktykujące. Zaś nasza Latorośl sama wybierze religię, jak dorośnie. 

Moi rodzice ucieszyli się iż w końcu ja - zakała rodziny - wyjdę za mąż, choć mama miała trochę obaw, co do mojego wyboru. Mówiła: a jak on cię porwie? A ja na to: a co ja ze złota jestem? Męża poznali dopiero dzień po ślubie, który braliśmy w Polsce z tego względu, że tam jest możliwość posiadania podwójnego nazwiska, co  w Szwajcarii jest niemożliwe. Jego rodzice byli bardzo niepocieszeni. Poznali mnie dopiero po 4 latach od daty ślubu. Teraz każda z rodzin nas wspiera.

Nasza Latorośl mówi po polsku, kabylsku, szwajcarsku, niemiecku i angielsku, a teraz uczy się francuskiego. Ma charakter silnej osóbki i właściwie musimy ją temperować. Znaczy wygląda to bardzo zwyczajnie - ja dyscyplinuję a tata rozpuszcza :-)

Na koniec moje ulubione pytanie nawiązujące do tytułu mojego bloga: czy Polak na obczyźnie może czuć się jak w domu?
Dom noszę ze sobą. Najważniejsze, aby móc go stworzyć tam gdzie się pojedzie. 

Dziękuję za interesującą rozmowę, piękne fotki z fascynujących miejsc i fajną znajomość :-)
 

Oj, chyba nie była to jednak dla was podróż. Raczej szybka przebieżka. Bardzo chętnie wypytałabym Powsinogę dokładnie o każdy kraj z osobna, ale obawiam się, że mogło by nam to zająć kilka dni i nocy. O spisaniu tego już nawet nie wspominam.

Myślę jednak, że dzięki tej rozmowie dowiedzieliście czegoś nowego o emigracji.

Mnie opowieść Powsinogi po raz kolejny przekonuje, że emigracja może nas zmienić na zawsze i tym samym uniemożliwić odnalezienie się na powrót w polskich jakże odmiennych realiach.
Na obczyźnie uczymy się żyć na pełnych obrotach. Zarabiamy bowiem zwykle więcej niż w Polsce w stosunku do kosztów życia, dzięki czemu mamy większe możliwości. Możemy się uczyć języków, możemy robić różne kursy i uczyć się nowych rzeczy, zdobywać nowe umiejętności. Znając języki i mając pieniądze możemy podróżować albo zająć się jakimś interesującym hobby. Dzięki wszystkim powyższym rzeczom poznajemy nowych ludzi, nawiązujemy interesujące kontakty z ludźmi z całego świata, a to z kolei umożliwia zdobycie lepszej pracy i nowych umiejętności. Nie od dziś wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, jak się już zacznie to ciągle chce się więcej i więcej.
Widzę to po sobie. Tu we Flandrii np bardzo łatwo się uczyć języków (francuski, włoski, angielski, niemiecki, chiński, hiszpański za parę euro na rok) i nie mogę przeboleć tego, że mam już 40 lat i nie zdążę się nauczyć tych wszystkich, które bym chciała. Tutaj każda przeciętna rodzina wyjeżdża co roku na zagraniczne wakacje, czasem nawet kilka razy do roku - to jest rzecz dla zwykłych śmiertelników nie tylko dla wybranych. Jest mnogość kursów, zajęć, spotkań, imprez na które stać większość ludzi i się z tego korzysta. Cały czas coś się dzieje, kalendarz wypełniony po brzegi...
Na obczyźnie żyje się jakby w innym rytmie i jeśli ten rytm kogoś wciągnie, komuś spasuje to już przepadł na zawsze :-)
Jednak wydaje mi się, że dla wielu ludzi ten rytm właśnie jest nie do zaakceptowania na dłuższą metę i oni siedzą na obczyźnie tylko dla pieniędzy, często pracując ponad siły, biorąc wszystkie możliwe nadgodziny, byle jak najszybciej zarobić jak najwięcej i wrócić do Polski, bez której żyć nie potrafią. Niechętnie się uczą języków albo wcale, niechętnie integrują z innymi narodami, wiecznie narzekają na wszystko co nie polskie zaś Polskę wychwalają pod niebiosa, choć wiedzą, że tam się nie da normalnie żyć (bo dlaczego by wyjeżdżali?).
Tymczasem każde miejsce na Ziemi ma swoje pozytywne jak i negatywne strony. W każdym zakątku świata znajdziemy  szczęśliwych ludzi jak i wiecznie niezadowolonych, a także takich którym jest wszystko jedno albo średnio na jeża.


Ale zobaczyć te wszystkie miejsca...  Ech, to musi być niesamowite podróżować po świecie, poznawać osobiście życie ludzi w różnych rejonach świata, słuchać różnych języków, spróbować różnorakich potraw. Wąchać, dotykać, odczuwać, smakować to nie to samo, co o tym czytać.
Ja mam taką nadzieję, że jeszcze sama odwiedzę jakieś inne kraje. Już nie koniecznie inne kontynenty, ale choćby Europę pozwiedzam odrobinę.

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście są pochodzą z albumów mojej dzisiejszej rozmówczyni. 

7 kwietnia 2016

Mijn gekke gezinnetje :-)


 Ik ben mama van drie kids...van kleuters tot pubers
meisjes

3 sterren
    3 artiesten
        3 helden
           30 ideeën per minuut, 
                   300 problemen per dag 
                      3000 avonturen per maand.

De Oudste en  de Middelste zijn meisjes, 
de Jongste is zoon.








Alle drie zijn zeer slim, creatiev, koppig,
 en
 hebben sterke gevoel voor humor.



De Oudste dochter is echt artiest, zij leeft in haar eigen wereld. Zij is rustig, onafhankelijker, gesloten en verlegen en heeft een groot talent voor tekenen. Toen zij klein was kon zij goed schilderen. Zij hou van konijntjes en hazen en meestal tekende zij deze diertje :-)

konijntjes - tekening gemaakt door mijn 3jarige dochter
konijn - 4jarige dochter


5jarige dochter
Niet altijd schilderde zij op een papier :-)

Nu tekent zij een veel beter.
zelfportret van de Oudste :-)

De Middelste is tegenovergestelde van haar zusje. Zij is energiek, luidruchtig, ongeduldig, deel niet graag aandacht maar is zorgzaam, vriendelijk en harde werkers. Ze wil danseres worden en op het  podium staan. 

onze ballerina :-)
De Jongste is het allerleukste mannetje van de wereld. Tenminste dat vinden onze meisjes.
Hij speelt voetbal graag maar hij houdt ook van de computer en domino of memo spelen. 


Vandag ochtend. 
Ik zit in de keuken. Ik ontbijt. 
De Jongste ligt in de living op de sofa en kijkt naar de tv. 
Is rustig, stil en aangenaam... 
Opeens hoor ik mijn zoontje die roept (in het Nederlands):
- DRIEHOEK! Driehoek is aan de linkerkant! ... DOMMERIK!


Een beste avontuur van onze dochter in deze schooljaar:
Een paar maanden geleden was onze auto kapot. Dus we hadden alleen fietsen en een bus.
Na de werk kwam ik thuis, ik haalde mijn zoontje uit school en ik begon te koken. De Middelste is ook thuis. We wachten op papa en de Oudste...
Papa kwam thuis terug en neemt een douche. 
Ik kook. Opeens zie ik op gsm-scherm nummer van de Oudste. Ik denk: Oeps 'Houston, we have a problem'.
- Hallo
- Mama, ik weet het niet wat moet ik doen...? Ik zit in de bus maar hij ging  naar mijn bushalte niet... (er is normaal met De Lijn, denk ik) Ik weet het niet waar ik ben....?
- Ben je heel zeker dat de juiste bus is?
-Ja
-Dus moet je  aan de eerste halte uitstappen en naam van deze halte lezen.

5 minuten later las ik een lijst van de bushaltes op het internetpagina van De Lijn. 
 Toen ik juiste naam van de bushalte kreeg vond ik het adres in google maps. 
Gelukkig was het SLECHTS 5 km van ons huis... maar we hadden geen auto. Was december en om 17uur is er donker. 'Houston, we have a problem' :-)
Papa besloot dat hij zal fietsen om onze schat te vinden.
Een halfuur later  belde papa naar mij en zei - ik weet het niet waar is zij ...en waar ben ik. 
Ik kreeg ook berichtje van onze dochter: "mama, waar is papa? Er is  bijna donker en dat is niet grappig".
de Oudste tekent :-)

Gelukkig elke straat in Belgie heeft een naam (in Polen zijn in dorp geen straatnamen) en mijn man kan lezen ;-)
Ik  keek naar  een kaart op google maps en zei of papa moet op de kruispunten naar links of na rechts gaan. Op deze manier vond papa onze dochter.
Daarna gingen zij te voet naar huis. Gelukkig er was slechts 5 km - tot de laatste bushalte van deze lijn is 20 km :-)

Mijn gekke gezinnetje :-)

School Ten Bos - tekening gemaakt door mijn Oudste
Bovenstaande teskt is mijn taaloefening. Ik weet dat ik veel grappige fouten maak dus ik vraag om uw begrip :-)
 Zie je fouten in mijn tekst? Kan je verbeteren? Doe maar! (commentar, e-mail).

4 kwietnia 2016

własna hodowla człowieków :-)

wiosna we Flandrii
Mamy ferie, wiosna się zrobiła - dziś jest około 20 stopni i słońce ładnie świeci. Ale mimo to, albo może dlatego, nie mogłam się zabrać za napisanie paru słów. Pomysłów miałam kilka. Bo jak tak sobie latam na tej miotle, to myśli puszczam wolno i czasem się coś ciekawego (MOIM ZDANIEM) stworzy we łbie. Potem wystarczy tylko siąść i spisać ładnie. No ale człowiek włączy laptopa i zacznie czytać internet... Po przeczytaniu i skomentowaniu kilku blogów, wiadomości, obejrzeniu głupich obrazków na fejsie, odpisaniu na mejle widzenie zaczyna się zamazywać i dłonie cierpną od klikania, no i jakimiś normalnymi, realnymi rzeczami też pasuje się od czasu do czasu zająć...


Dziś w końcu zaczęłam od bloggera i postanowiłam sobie spisać moje kolejne luzackie przemyślenia na temat ...przyrodniczy :-)

wiosna we Flandrii
Zawsze miałam zamiłowanie do obserwacji przyrodniczych. Godzinami siedziałam przed ulem czy mrowiskiem i przyglądałam się życiu owadów, podglądałam ptaki w gniazdach, hodowałam w domu papużki, dżdżownice i żaby. Nocą obserwowałam niebo - komety, roje meteorytów etc. Wszystko to fascynujące. Jednak to nic w porównaniu z własną hodowlą człowieków z gatunku homo sapiens świrus pospolitus. Tymi stworzeniami człowiek może zachwycać się od chwili poczęcia. Przez 40 tygodni doświadczać reakcji własnego organizmu na ten cud życia, które w nas rośnie, zanim ktokolwiek inny będzie mógł je zobaczyć. Jest to męczące, ale niesamowite i niepowtarzalne przeżycie. A potem można obserwować każdego dnia i każdej nocy, jak rośnie, jak się rozwija, jak się uczy wszystkiego, jak poznaje świat, jak się cieszy, jak walczy z trudnościami.

Przyglądam się tym stworzeniom intensywnie co dnia od 14 lat i ciągle nie mam dość. Zgaduję, co myślą, co je trapi, czego potrzebują, czego się boją,  o czym marzą. Podziwiam jak sobie radzą z różnymi problemami, jak reagują i jak się zachowują w poszczególnych sytuacjach, jak się zmieniają z każdym miesiącem, jak dorastają.

Lubię je uczyć życia, opowiadać im o świecie i odpowiadać na pytania. Cieszę się, że pytają o wszystko, że chcą wiedzieć najróżniejsze rzeczy, że świat je ciekawi. Jestem dumna, że to mnie  pytają, że słuchają z chęcią i moje odpowiedzi je satysfakcjonują. Starsze są na takim etapie, że czasem prosimy wujka Googla o pomoc, ale przy okazji sama się czegoś nowego dowiem czasem :-)

Lubię też słuchać ich żartów, ich opinii na różne tematy, skomplikowanych przemyśleń, do których sama bym sama w życiu nie doszła. Czasem spojrzenie na świat oczyma małego dziecka czy nastolatka pozwala nam ujrzeć ten  świat w zupełnie innych barwach. 

Cieszę się, że mi ufają, że się zwierzają, że nie boją się pytać i mówić o różnych sprawach.

Czasem coś im podpowiadam, doradzam, czasem popycham, czasem podtrzymuję, czasem naprowadzam na właściwą drogę. Nie prowadzę za rączkę, gdy tego nie chcą. Widzę, że samodzielność sprawia im wszystkim satysfakcję. Pozwalam więc wybierać, decydować, samodzielnie myśleć i dziwię się czasem, jak te wybory się zmieniają z wiekiem, jak kształtuje się charakter, jak zmieniają się poglądy i opinie...

Dziś pod lupę biorę właśnie dzieciowe wybory i dbanie o własny wygląd :-)

Z opowiadań starszych pokoleń i lektury starych poradników na temat wychowania (jako niepoczytalny bibliotekarz czytałam czasem przedpotopowe poradniki na różne tematy na poprawę humoru, bo to lepsze niż nie jedna książka z dowcipami) wiem, że drzewiej ryby i dzieci głosu nie miały. Małe dzieci uważane były za głupie stworzenia, (jeszcze nie-ludzi) które nie mówią, nie widzą, nie słyszą, a przede wszystkim nie myślą. Do dzieci się nie mówiło, bo i tak nic nie rozumieją. Dzieci się nie słuchało, bo są głupie  i nic nie wiedzą. Dzieciom nie pozwalało się o niczym decydować... No i chodziły potem takie kilku-, czy nawet kilkunastoletnie przychlasty i tępe johny, po świecie.

mała Madzia w sukience zrobionej przez mamę :-)
Nas rodzice traktowali nas na szczęście jak ludzi i nie kazali nam jeść, sikać i spać według pomyślunku jakiegoś nawiedzonego psychologa-pediatry. Pozwalali nam też wybierać jedzenie. No wyboru zbyt wielkiego  w tych czasach nie było, ale każdy wybór jest lepszy niż jego brak. O wyborze ubrań w sklepie niestety można było zapomnieć, ale nie dlatego, że rodzice wiedzieli lepiej, ale dlatego, że w czasach PRL-u zwyczajnie wyboru nie było żadnego, w ogóle nic nie było. Jak już rzucili jakieś ubrania to i tak były granatowe albo białe i nie koniecznie we właściwym rozmiarze. Mama wspomina, że to było okropne. Na szczęście ona umiała szyć i czasem szyła jakieś ubrania na zamówienie, a ze skrawków szyła dla mnie spódniczki. Umiała też robić na drutach i szydełku i jak jej się udało dopaść gdzieś włóczki albo popruła stary sweter to robiła dla nas włóczkowe portki, sweterki, czapeczki, buciki i co tylko świat nie widział.

Gdy Dziewczynki były małe, nie mieliśmy za dużo kasy, za to masę ubrań dostawaliśmy od znajomych i rodziny. Akurat dużo dziewczynek było wśród znajomych i Młode miały kupę ubrań. Od małego pozwalałam im decydować co ubiorą danego dnia. Oczywiście nie raz trzeba było tłumaczyć, że jak na dworze minus piętnaście to strój kąpielowy albo sukienka z krótkim rękawem nie bardzo się nadaje...
Najstarsza miała jeszcze jedną ciekawą cechę... w zasadzie to do dziś chyba jej nie całkiem przeszło.... Każdy nowy ciuch, nowy but musiał nabrać mocy urzędowej, zanim jaśnie pani zdecydowała się go założyć. W jej przypadku nigdy nie było problemów z przymierzaniem rzeczy w sklepie, robiła to w miarę chętnie. Jednak po przyniesieniu zakupu do domu, buciki czy ubranko musiało kilka dni leżeć na widoku i się oswajać. Próby ubrania od razu kończyły się awanturą. Nawet w sytuacji, gdy chciałam pokazać babci czy ciotce jak moja córunia ładnie wygląda, to się nie dało. Na początku tego nie rozumieliśmy i się piekliliśmy bez potrzeby. Potem pozwalaliśmy jej samej zdecydować, kiedy po raz pierwszy założy nowe buty czy ubranie. Zwykle proces oswajania trwał kilka dni. Po czym nagle kazała sobie nowe buty czy sweterek zakładać.
Młody pod tym względem jest przeciwieństwem najstarszej siostry. On po powrocie ze sklepu od razu chce zakładać nowe buty czy ubranie.  Nie dawno już zaczął zdejmować spodnie by zmienić majtki na nowe. Ale udało się go przekonać, by już poczekał te 2 godziny do wieczornej kąpieli.

Najstarsza kilka lat temu
Słyszałam nie raz, że nasz gust się kształtuje z wiekiem, ale z moich obserwacji wynika, że dzieci już rodzą się z jakimiś upodobaniami. Pomiędzy moimi dziopami jest tylko 2 lata różnicy, obie wychowywane były w takich samych warunkach, przez twe same osoby i według tych samych zasad, a jednak ich gusta są tak odległe jak stąd do Księżyca. Jako małe pierdzioszki wybierały różne ubrania. Najstarsza zawsze wybierała wszystko co różowe, kolorowe, w kwiatuszki, w serduszka i błyszczące - prawdziwa księżniczka. Lubiła też czesanie włosów, spineczki, kokardki, kucyki, warkoczyki, czapeczki, kapelusze, opaski.
Druga Młoda za to najpierw łapała za ciemne kolory - czarny, granatowy, zielony. Już jako dwulatek w sklepie obuwniczym sięgała do butów czarnych. Co - mówiąc szczerze - na początku bardzo mnie dziwiło, próbowałam mierzyć jej buty w bardziej dziewczęcych kolorach, ale wierzgała nogami. Nie przepadała też za czesaniem włosów. Już przejechać szczotką był cud bez awantury, o spinkach nawet nie wspominam. I tak było przez długi czas. Jedna róże i błyskotki  druga czerń, trupie czachy i ćwieki. Jednak strojnisia, druga chłopczyca.

Pamiętam taki dzień, że pod koniec wakacji poszliśmy kupić adidasy do szkoły. Jedna szła do zerówki druga do drugiej klasy. Łazimy po sklepie, proponuję te, tamte, siamte. Młoda ma stopy niestety po matce - chude i długie i jak numer dobry to zwykle za szerokie. No ale nic, buty sportowe zwykle da się kupić bez problemu. Pokazuję takie ładne dziewczęce, a ona - Mamo, no proszę, buty w serduszka?!!! Ty chcesz abym ja koszmary miała czy co?! Wzięła jakieś chłopięce, czarno-zielone i koniec tematu. Druga oczywiście z kolorowymi szkiełkami - błyszczące, dziewczęce.

Potem nastąpił czas wielkiego buntu. Młodą trzeba było siłą ciągnąć do sklepu odzieżowego czy obuwniczego, gdzie niemal dochodziło do rękoczynów, bo nie chciało głupie mierzyć żadnych butów ani ubrania. A za dwa dni rano się okazywało, że już nie ma co do szkoły założyć, bo te za małe, tamte rozklejone... Jeszcze 2 lata temu, jak pojechaliśmy na wakacje do Polski, poszłyśmy całą babską gromadą z ciotką na zakupy. Nawet chrzestna matka straciła cierpliwość i nadarła się na Młodą, by łaskawie zechciała zmierzyć jedną parę butów.

Nagle niepostrzeżenie wszystko się zmieniło. Młode weszły w okres dorastania. Nie dalej jak wczoraj byliśmy kupić buty i po raz kolejny zaobserwowałam ile teraz frajdy dają wszystkim moim dzieciom zakupy. Młoda rośnie bez opamiętania, starszą siostrę przerosła już jakiś czas temu. Tylko patrzeć jak i matkę minie. We wrześniu kupowaliśmy jej buty o rozmiarze 36, wczoraj mierzyła już 38, bo niektóre 37 były za małe. No w każdym bądź razie przez pół godziny przymierzyła kilkanaście par, ZUPEŁNIE DOBROWOLNIE. Ja pomagałam wybrać Najstarszej, a tamta co chwila przybiegała w innych butach i mówiła jaka cena i pytała czy ładne :-) Najstarsza wybrała dwie pary, bo ostatnio podczas jazdy starym rowerem bez hamulców oddarła całe czubki w  adidasach. Tymczasem Młodej kupiłam nie dawno w lidlu adidasy z przeceny. Więc sprawiedliwości stało się zadość. Zanim doszłam do kasy to Młoda już paradowała przed lustrem w jakimś odjechanym kapeluszu, za chwilę znalazła jakąś czadową bluzkę, do której jej się oczy świeciły. Najstarsza skomentowała, że takie któraś juf nosi i ona by nie chodziła w takiej samej bluzce jak pani, bo to obciach. No, ostatecznie pozwoliliśmy im tylko na nowe  t-shirty po kilka €, bo na kwiecień długa lista opłat i wydatków  jest przewidziana, a z kasą się aż tak nie przewala. Obiecałam jednak, że jak się ociepli to pójdziemy kupić jakieś nowe ubrania na lato. Lubię kupować dzieciom nowe rzeczy, z uśmiechem patrzę, jak biegają pomiędzy półkami i wieszakami, jak oglądają, przymierzają, komentują wybory jedno drugiemu. Ich gusta się zmieniły z wiekiem, jednak nadal się różnią od siebie. Co podoba się jednej, druga zwykle uważa za beznadziejne. Pewnie dlatego nie wymieniają się ubraniami mimo podobnych rozmiarów. Najstarsza już nie nosi różów, przerzuciła się na granat i czerń, podgląda koleżanki, ale ma swój styl. Młoda nadal lubuje się w  motywach makabrycznych i rockowych, ale czasem lubi wystroić się w kieckę i pobyć elegancką damą albo zwiewną baleriną :-)

Młody też wczoraj z pustymi rękami nie wyszedł, bo skarpetki z Psim Patrolem zauważył. Wiadomo, przedmioty z motywami bajkowymi każdemu dziecku działają na wyobraźnię i chęć posiadania. Jednak, pomijając chwyty reklamowe i ubrania w motywy bajkowe, mój Młody też od dawna sam sobie wybiera ubranie rano. Widzę, że sprawia mu to wielką radochę, gdy może sam zdecydować jakie majty rano założy. Zwraca też uwagę na kolory - gdy podam mu czerwone spodnie, to od razu dobiera sobie czerwoną koszulkę i czerwone skarpetki. On preferuje kolory wyraźne, jak czerwony, granatowy, żółty. Och, nawet obraził się na tatę, gdy ten kupił srebrne auto zamiast czerwonego, które w Młody sobie był w salonie upatrzył. (no nie ukrywam, że i ja wolałabym czerwony lub żółty, ale mój facet twierdzi, że on facet nie będzie jeździł jakimś gejowskim samochodem ....a poza tym szary był tańszy niż inne kolory... no, jak ja sobie będę kupować auto to na pewno nie będzie ono w żadnym odcieniu czerni ani szarości, będę szukać żółtego lub różowego albo każę mężowi przemalować, w końcu po co ma się lakiernika w domu... pierwej jednak trzeba zrobić prawo jazdy).


Młody w ogóle jest na etapie samodzielności i pomagania wszystkim we wszystkim. Lubi na przykład sam się kąpać. W zasadzie od kilku miesięcy robi to zupełnie sam. Pomocy potrzebuje tylko przy zdjęciu słuchawki prysznicowej i umyciu włosów, no ale to drugie nie codziennie się robi. Poza tym sam się myje, sam wyciera, sam zakłada piżamkę. To daje mi nadzieję, że jako nastolatek nie będzie łaził niczym jakaś fleja, a jako dorosły facet będzie sobie sam potrafił kupić dla siebie ubranie. Niektórzy faceci mają z tym spory problem zdaje się.
Wczoraj robiłam pizzę, Młody rozkładał pieczarki, szynkę i paprykę. Niestety był w trakcie tej pasjonującej czynności, gdy tata zaczął zabierać się za gotowanie rosołu. No myślałam, że nasze dziecko się rozerwie. Poradził sobie jednak z tym dylematem - nabrał pieczarek całą garść i wywalił na ciasto, z grubsza rozrównał i poleciał pomagać tacie przy rosole. Wrzucał zioła i warzywa, solił... Potem znowu nie mógł się zdecydować czy kontynuować grę w piłkę z tatą, czy pomagać mamie przy sianiu kwiatków - chwilę tu, chwile tam. W końcu poprosił byśmy zagrali w "farmę" na komputerze. Lubi takie gry, bo może tam karmić zwierzęta i sadzić różne rośliny, więc gramy od czasu do czasu, to go dosyć relaksuje i zajmuje na chwilę. Jednak zauważył, że tata wychodzi z domu z płynem do szyb i jeszcze jedną ręką trzymał myszkę a już druga sięgała klamki od drzwi... Popędził pomagać tacie myć szyby i światła w samochodzie, bo bez asysty synka w tym domu nic się odbywać nie może przecież.

Żeby dorosłemu tyle frajdy sprawiały codzienne czynności co czterolatkowi, ech. Tymczasem już nastolatkom tak bardzo się nie chce. Trzeba naganiać do mycia, sprzątania, pomagania... choć nie zawsze na szczęście.



Niektórzy pewnie czekają na kolejny wywiad, ale doczekać się nie mogą... To nie dlatego, że nie ma chętnych, ale dlatego, że dzień ma tylko 24 godziny, a to często o wiele za mało. Ludzie mają zwykle ważniejsze sprawy na głowie aniżeli odpowiadanie na czyjeś nie zawsze sensowne pytania. Ja też potrafię sobie znaleźć sporo zajęć i nie zawsze mi się chce siąść na zadku i pomyśleć... Zwykłe posty mimo wszystko powstają o wiele szybciej - wystarczy włączyć laptopa i pisać, co fantazja na klawisze podeśle. Do rozmowy natomiast trzeba dwojga, a do tego jakiegoś mniej lub bardziej sensownego planu. Trzeba więc znaleźć chętnego, ustalić schemat, przepytać go,  no i w końcu jakoś to ubrać w litery i zdania zjadliwe dla czytelników... Jest kilka rozmów w budowie i kilka w planie... Ale kiedyś się wezmę, i myślę, że inni też czas znajdą...