5 maja 2016

Bo frytki to warzywo, czyli dzieci wiedzą lepiej.

Tata ogląda z synem książeczkę dla dzieci. Jest coś o jedzeniu. 
- Jakie warzywo lubisz najbardziej? - pyta synka.
- Mięso! :-)

Młoda swego czasu odpowiedziała na podobne pytanie:
- No jasne że frytki!.... 
- Yyyy%$#^%!?
- No co?! Z czego robi się frytki? Z ziemniaków. Czy ziemniak to warzywo? Warzywo.

Obawiam się, że ma dziecko rację. Frytki to warzywo :-) Dlatego dziś u nas na obiad frytki i kurze palce (chicken nuggets), bo warzywa są zdrowe!

Siedzę w ogródku (jak fajnie że wifi mi sięga na podwórko!) i słucham koncertu. Ptaki świergolą jak najęte, żaby u sąsiada w stawie kumkają (ryb tam już chyba nie ma, bo czapla się tam stołowała całą zimę haha), no i sąsiada kot śpiewa... Tyle, że ten to chyba głuchy, bo strasznie głośno się drze i do tego fałszuje, a i głosu natura też mu nie dała zbyt pięknego. 


Pogoda dziś wyśmienita, ale M jakiś czas temu zaplanował na majowy weekend przemalowanie klatki schodowej farbą zmywalną, gdyż zwykła niezmywalna przy schodach, po których łazi w te i wewte gromada dzieci z brudnymi łapami to wielkie nieporozumienie. 

Ja postanowiłam wykorzystać ten świąteczny dzień na odpoczywanie i relaks. Wygrzałam się na słońcu w ogródku. Pochłonęłam połowę  tiramisu, które wczoraj zrobiłam. Dzieciom to nie smakuje, dlatego mamy z M całe dla siebie haha. Dzieci żrą winogron i truskawki. Te ostatnie całkiem już dobre. Najstarsza kroi je na kromki z masłem i posypuje cukrem - nasze ulubione kanapki z dzieciństwa.
 
w tym roku moje tulipany tak nie kwitną, bo chłopaki grają w piłkę i piłka rozplaszcza kwiatki
Dzięki szkolnym zwyczajom pt.: donderdag=fietsdag (czwartek=dzień roweru), podczas którego na przerwie południowej przedszkolaki dostają rowery na podwórku, nasz syn zasuwa na rowerze z bocznymi kółkami jak mały samochodzik. Pora więc na kolejny poziom, czyli bez kółek pomocniczych. Mam już bowiem serdecznie dość wożenia go w foteliku do szkoły. 17 kilo codziennie ciągnąć pod górkę to już zaczyna być męczące, zwłaszcza gdy wieje w przeciwną stronę (tak jest w 70 % dni szkolnych). Zresztą ma już za wielki zadek do fotelika i pora zacząć dojeżdżać do szkoły o własnych siłach. W końcu mamy niewiele ponad kilometr więc spokojnie da rady. Ja zaś bardzo chętnie zamienię fotelik na torby rowerowe i/lub skrzynkę do wożenia zakupów. 
Dziś przeszłam 2 kilometry prowadząc rower na patyku. Pasjonujące zajęcie. Tylko wiatraczka z kramów brakowało. Jutro i pojutrze - jak pogoda dopisze - będą kolejne rundy. Aż do skutku. Całkiem nieźle Młodemu idzie ta jazda, ale szła by jeszcze lepiej, gdyby nie był taki szołmen. Gdy widzi jakichś ludzi - na rowerach, rolników w polu, w samochodach to wszystkim musi pomachać a to jeszcze nie etap jazdy o jednej ręce. Gdy przejeżdża auto, to spycham go na pobocze i każę czekać. Tu ludzie dziękują zawsze machnięciem ręki - on odmachuje mało nie pękając z dumy jaki to ważny z niego gość. Czasem zauważy coś ciekawego w polu i wjeżdża w trawę lub kamienie na poboczu, bo nie patrzy, dokąd jedzie. Gdy zauważył wrony siedzące na drodze, to już 200 metrów wcześniej dzwonił i wołał: "ptaszki uważajcie, bo Izydorek nadjeżdża!". Szalony! Energia się takiemu pyrdkowi nigdy nie kończy chyba. Jeździł dziś na rowerze, hulajnodze, skakał na piłce, robił babki z piachu, kopał w piłkę z mamą i tatą i ciągle mało, i mało.   W końcu dał się zawołać na obiad. Zjedliśmy frytki z jajecznicą i ogórkowo-pomidorową surówką, a dziewczyny frytki i chicken nuggetsy, a Młody i frytki, i jajecznica, i nuggetsy. Wreszcie siadł chwilę przy laptopie. Poliki ma rumiane od słońca niczym dwa jabłuszka. Dziewczyny znalazły mu fajną grę - sliterio, czyli stary dobry wąż. Nie stresuje go, a ćwiczy koordynację łapki sterując wężem za pomocą myszy :-) No i jaka cisza. Uff! Z 10 minut luzu :-)

Wczoraj wzięliśmy ze sklepu małe pudełko, w którym wycięłam mu otwierane okna, on sam pomalował farbami w ciapki i ma garaż na samochody lub stajnię na swoje liczne zwierzątka (zależnie od potrzeby). Dumny jest, że samodzielnie zrobił sobie zabawkę :-) 

Właśnie Młody przyszedł do ogródka... Wziął grabki ogrodowe (takie małe dosyć) ze szopy i biega z nimi w te i we wte bronując trawnik. Próbował też zahaczać nimi schnącą na sznurze pościel, ale pogoniłam drania. 

Młoda wczoraj miała 6-godzinną próbę generalną. Musiałam zaprowadzić ją do domu kultury, bo to 5 kilometrów od domu i jest obawa, że mogła by sama nie trafić - ona nie ma niestety tak dobrego zmysłu orientacji jak Najstarsza. Wieczorem trzeba było z kolei przyprowadzić balerinę z powrotem do domu, co dla mnie znaczy 20 kilometrów. I niech mi ktoś powie, że powinnam więcej się ruszać :-) Jeśli licznik przy rowerze nie kłamie, to w z robię 300 km miesięcznie (w lecie robiłam 500, bo mąż nie odwoził mnie na dworzec 2 razy w tygodniu).

Przez 3 kolejne dni Młoda ma występy. Niedzielny jest też egzaminem końcoworocznym. W sobotę idę z Najstarszą popatrzeć na naszą gwiazdę. Tak więc długi weekend mamy zajęty. Baletnicę trzeba zawieźć na występ i przywieźć. Występ trwa około 3 godzin, a wcześniej oczywiście przygotowania, przebieranie, próby i tak 5 godzin z głowy. Jednak cieszymy się, że dzielnie ćwiczyła cały rok. Nie wie jeszcze, czy na drugi rok chce się zapisywać, bo ma trochę obawy co do czasu. Jakby nie patrzeć zapisaliśmy ją do liceum do klasy "latijn", a to dla niej znaczy ostry zachrzan. Jednak wychodzimy z założenia, że w razie co na łatwiejszy poziom zawsze można się przepisać, w drugą stronę to już wcale nie łatwo. Niech próbuje od najwyższego. 
Poza tym - jak stali czytelnicy zapewne pamiętają - w zeszłym roku o tym czasie mieliśmy spory problem do rozgryzienia. Szkoła zaproponowała nam zostawienie Młodej w 5 klasie albo jeszcze - wg nich - lepiej cofnięcie jej do czwartej. Twierdzili bowiem, że nie da sobie rady, że ma za słabe wyniki z niderlandzkiego, matematyki i francuskiego. Ja wiedziałam, że moje dziecko pracowało cały rok solidnie, że się starało ile mogło nauczyć 2 nowych języków przez ten rok i sama się ucząc języka wiedziałam, że to nie jest to takie łatwe jak się niektórym wydaje, że nie da się nauczyć porządnie języka w kilka miesięcy, trzeba czasu. Wiedziałam, też, że czyichś starań nie nagradza się zostawieniem w klasie, bo dziecko by się na 100% przestało uczyć. Zdecydowaliśmy, że pójdzie do szóstej klasy, bo komfort psychiczny jest najważniejszy. Nawet jak będzie musieć pójść do zawodówki to nie zrobimy jej takiego chamstwa i nie każemy zmieniać klasy kolejny, czwarty juz raz w ciągu 4 lat. W końcu nauczyciele po przeanalizowaniu jej wyników stwierdzili, że jak się bardzo Młoda postara i jak powtórzy szóstą klasę to ma MALUTKĄ szansę na pójście do A klasy czyli liceum... Pod koniec drugiego trymestru szóstej klasy się okazuje, że Młoda nie potrzebuje repetować klasy, że już dziś jej wiedza jest wystarczająca na pójcie do liceum. Jeszcze musi pracować solidnie, jeszcze ma pewne braki, ale przez pół roku nadrobiła to, co planowali dla niej na 3 lata (powrót do czwartej klasy). Dlatego właśnie pomyślałam, że i w liceum na łacinie sobie poradzi, jeśli będzie chcieć. Na razie chce i cieszy się ze zdobywania wiedzy. Chce się uczyć języków i myślę, że to bardzo dobre zainteresowanie. Polski już umie w miarę, ma bogate słownictwo i po liście z obozu wnioskuję, że dzięki czytaniu polskich książek ortografia się jej poprawiła. Po niderlandzku mówi coraz fajniej, z koleżankami szczebioce jak najęta (przed chwilą była tu gromadka, bo woziły się gdzieś rowerami razem z naszą). Francuski podstawy też ogarnęła. Podoba jej się też angielski, słucha piosenek i dobrowolnie z internetu nauczyła się trochę zwrotów i słówek, żeby wiedzieć co śpiewają te wszystkie bibery i lejdygagi, czy co tam teraz się słucha.  A ja się cieszę z tego. 


Jutro idę do roboty. Za to następny piątek mam mieć wolny. Jeszcze tylko trzeba z klientami uzgodnić kiedy mam im dom posprzątać. Nie wiem dlaczego wolne dni najczęściej wypadają w piątek, a ja pracuję co drugi tydzień tu co drugi tam i jak wolne wypada to ludzie muszą 3 tygodnie czekać na sprzątanie. Dlatego trzeba kombinować w inny dzień, robić zamiany itp, bo co innego młodzi, co innego starsi schorowani ludzie. Powiesz babci po wypadku chodzącej z balkonikiem: no sorry nie mogę wpaść, bo mamy wolne za 1 maja - sama se ogarnij dom przez te 3 tygodnie? Wiadomo, że nie, bo człowiek nie taki. Zwykle zrobienie roboty w inny dzień lub zamiana z kimś, u kogo jest się 2 razy w tygodniu, to dobry pomysł. Zwłaszcza, gdy pracuje się u ludzi, którzy się wzajemnie znają. 

To był dobry dzień. Wyspałam sie do ósmej. Tata zajął się synem. Pogoda fantastyczna - słonecznie, ciepło (krótkie portki i podkoszulki) i bezwietrznie. Naładowałam baterie i jutro z chęcią pewnie pójdę do pracy. Ostatnie dni byłam skonana, zmęczona i brakowało mi snu. W poniedziałek w ogóle nie docierało do mnie, o co chodzi na niderlandzkim. Zasypiałam prawie. Myślałam, że nie dotrwam do końca zajęć i nie doczekam się na pociąg. Skończyłam czytać "Anioła w kapeluszu" Moniki Szwai i zaczęłam "Syreny z Tytana" Kurta Vonneguta. Długo nie mogłam się na tego ostatniego zdecydować i w sumie na śpiąco to zwykle nie dobry pomysł zabierać się autora, którego się nie zna, bo nie wiadomo na co się trafi i czy w stanie nieprzytomnym się zrozumie. Czasem można niepotrzebnie wyrzucić dobrą książkę przez to. Jednak Vonnegut czyta się dobrze. Nie zamierzam tu opowiadać ani recenzować książek (przynajmniej na razie), bo recenzji od groma znajdziecie w necie. Zresztą byłam 14 lat bibliotekarką i wiem doskonale, że to co mi się podobało, dla innych było często nie do przebrnięcia w ogóle, a co tu mówić o podobaniu się. Jednak dla innych też potrafię wybrać książki, jeśli trzeba. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś z tej umiejętności będzie mi dane korzystać. 


Zacytuję jednak Monikę Szwaję, bo mam tak samo:

"Ja nie mogę patrzeć na ludzi, którzy lubią jęczeć, mówią: 'znowu w życiu mi nie wyszło', życie jest beznadziejne i tak dalej. Jakoś, nie wiem jakim cudem, ja od urodzenia wiem, że życie jest piękne i świat jest piękny. Mamy go tylko na raz i powinniśmy to doceniać. Powinniśmy zwalczać trudności, żebyśmy jęcząc na swój okropny los, zobaczyli ludzi, którzy nie jęczą, którzy kochają ten świat"

Na koniec polecam majowy numer miesięcznika "ANTWERPIA PO POLSKU". Znajdziecie tam m.in. moje przemyślenia na temat komputerów i Internetu:   "Z bloga wesołej emigrantki"

1 maja 2016

Hallerbos - niebieski las.

W końcu pogoda wykazała się łaskawością i mogliśmy pojechać zobaczyć ten słynny niebieski las. Przeszliśmy tylko kawałek, bo nam się nie chciało za dużo łazić. Jednak nasza ciekawość została zaspokojona. Młode się wyganiały trochę po górkach, ja zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć, z których kilka wam tutaj dziś zaprezentuję.

Hallerbos.
Vlasmarktdreef 4, 1500 Halle