9 lipca 2016

Na głęboką wodę.

Pogoda jakby się trochę opamiętała i zachowuje się w miarę przyzwoicie. Już ze 3 dni nie padało. Aż głupio.

Korzystając z tej chwilowej - jak mniemam - poprawy, wczoraj zaraz po robocie zabrałam Młode do lasu. Jak to brzmi? Matko, jakbyśmy mieli ze 100 kilometrów do pokonania i w ogóle nie wiem co... a mieszkamy pod samym lasem - będzie z 500 metrów. Nie zmienia to jednak faktu, że fajnie jest tak sobie pójść razem, poganiać, popodglądać żabki i ptaszki, posiedzieć. Młody był bardzo zadowolony - zbierał gałęzie i wrzucał do rowu, przechodził przez kłody nad strumyczkiem, skakał, ganiał za ptaszyskami. Wracając zauważyliśmy na jednym polu kombajn koszący zboże, na drugim zaś odbywało się prasowanie siana. Chyba z 15 minut musieliśmy stać i obserwować jak maszyna owija wiązki siana we folię. Pasjonujące zajęcie. Pamiętam, że ja z bratem w podobnym wieku będąc,  też mieliśmy rok w rok wielką radochę, gdy zaczęły jeździć kombajny i prasy do słomy.



Dziś rano Młody ledwie oczy otworzył, już pytał, czy i dziś też gdzieś pójdziemy? No to poszliśmy.

Wreszcie wybraliśmy się rodzinnie na basen. Tata  za wodą nie przepada, mimo że wojsko odsłużył  na morzu i dziś też jeszcze nie poszedł z nami. Następnym razem już ten numer nie przejdzie, nie ma mowy. Niby dlaczego ja mam sama przez 2 godziny biegać za Młodym a samemu sobie nawet nie popływać? W basenie rodzinnym nie powinien się wszak utopić... tak myślę.

Dla Młodego był to pierwszy raz. Byłam nawet ciekawa, jak sobie będzie radził w wodzie. Jednak dzieci rodzą się chyba z nieopanowaną miłością do wody.

Zaczęliśmy od basenu rodzinnego, gdzie woda ma głębokość od 50 do 90 cm. W najgłębszym miejscu Młodemu było po szyję, ale maszerował sam bez żadnych obaw. Próbował też biegać na początku, ale skończył z majtkami na wierzchu a głową na dole. Mówi, że nie podoba mu się pod wodą. Nie zrażał się jednak wodą w nosie i oczach. Mała zjeżdżalnia spodobała się baaardzo. Woli tylko, jak go łapię, bo wtedy się nie przewraca po wskoczeniu do wody.
Wypróbowaliśmy też dużą zjeżdżalnię. Razem oczywiście. Samo zjeżdżanie było pełne chichotu, ale trzeba było kilka powtórek, by nauczył się zatykać nos przed wpadnięciem do głębokiej (ponad metr) wody. Rzeka z gejzerami super. Na początku mało mnie nie udusił, tak się trzymał mojej szyi. Potem trzymałam go tylko lekko pod brzuchem, a on sam płynął z prądem. Pływał też na pleckach opierając głowę na moim ramieniu.  Po dwóch godzinach jeszcze nie chciał wychodzić z wody. Ja i owszem, Myślałam, że mi się skóra zaczyna rozpuszczać...

Dziewczyny również dobrze się bawiły. Młoda pływa bardzo fajnie. Obowiązkowe lekcje pływania w szkole podstawowej to jednak świetna sprawa bez dwóch zdań. Najstarsza też wcale nie najgorzej sobie radzi. Po tym jak wychowawczyni mówiła, że trzeba z nią na basen pojeździć, myślałam, że ona nawet do wody boi się wejść. Ale ona zdecydowanie wody się nie boi. Nie umie tylko dobrze pływać żadnym stylem. Kurde, ważne że na wodzie się utrzymuje. Myślę, że jak pojeździmy przez wakacje na ten basen to się od siostrzyczki nauczy na spokojnie.

Nie jestem ekspertem od basenów, jednak w Polsce chodziłam na podobną pływalnię, jak ta w której byliśmy dziś. Nawet bardzo podobną - basen dla dzieci, basen dla dużych, jacuzzi, zjeżdżalnie, rzeka z gejzerami - to samo tu i tam. Obsługa, komfort i inne warunki też podobne. Jest tylko jedna MALUTKA różnica - CENA!!! W Polsce płaci się za godzinę i dziś jest to 10-15 złotych (weekend). Czyli dla naszej piątki bagatela 120 zeta za 2 godziny. Spoko. Raz na rok se można pozwolić w wakacje.
Jak wygląda tutejszy cennik? Do 2 lat gratis. Do 12 lat - 3€, powyżej 12 lat - 4,5 €. Co ważne nielimitowany czas pobytu. Czyli za 5 ludzi - 20 euro i siedzisz, aż się znudzi. Nawet w przeliczeniu na złotówki po bieżącym kursie - ciągle jest taniej. Teraz zrozumiałam, dlaczego tu wszyscy (od niemowlaka do emeryta) chodzą regularnie na basen? Bo jest niedrogo, a baseny co kawałek. Jak znam życie, to w Polsce pewnie opłaty typu woda, prąd, wszelakie ZUSy, podatki i inne chujemuje są tak  kosmiczne, że właściciele i tak ledwie wiążą koniec z końcem, a pracownicy pracują za jakieś śmieszne wypłaty, ale się cieszą, bo mają pracę... No ale szczegół.

Jedna fajna rzecz jeszcze, to że kawałek basenu jest na zewnątrz i się można pod gołym niebem też popluskać. Woda jest tam podgrzewana (no, jak zima - to tam zamykają), choć jak dla mnie za zimna cały czas. Dziewczyny były innego zdania. Na zewnątrz jest też brodzik z fontanną dla maluchów i stoliki, leżaki, mały plac zabaw dla dzieci w trawie. Się w strojach kąpielowych można bawić. Potem trzeba tylko stopy opłukać przed powrotem do sali. Ciekawe rozwiązanie.
Kolejna rzecz - nie ma obowiązku noszenia czepków! Nie znoszę tego cholerstwa, a upychanie długich włosów pod czepkiem to już masakra kompletna. Ja co prawda mam łysy łeb prawie, ale dziopy mają długie pióra...

Spodobało mi się też, że po wyjściu z basenu wielu ludzi robi sobie piknik na trawie. Ta pływalnia akurat położona jest nad rzeką i w ładnym parku, więc miejsce akuratne. Rozkładają koce, koszyki, bułki, soki i inne delicyje i posilają się na łonie natury.

7 lipca 2016

Czy wakacje w PL to dobry pomysł?

Czy wakacje w Polsce to dobry pomysł?

Zadaję sobie to pytanie kilka razy dziennie i nie jestem zadowolona z odpowiedzi. Napiszę o tym, bo czasem łatwiej mi coś ogarnąć, gdy mam czarno na białym napisane. Taka dziwna jestem.

No więc Polska. Decyzja już zapadła, ale nie mogę przestać o tym myśleć. Sama decyzja nie jest zła. Konsekwencje to już inna para kaloszy. I to właśnie nie daje mi spokoju.
Pisałam tu kiedyś, ile to ważnych rzeczy zaplanowałam sobie na te oto wakacje, bo wakacje to jedyny czas kiedy wszyscy mam wolne wszystkie popołudnia i wieczory, czyli można zrobić to, na co nie można sobie pozwolić w ciągu pozostałych miesięcy. I tak właśnie pięknie sobie te wszystkie rzeczy na wakacje odkładałam, bo nie planowałam nigdzie jechać.

Nagle mnie naszło powiedzieć TAK, a raczej NO DOBRA NIECH WAM BĘDZIE. I się zakałapućkało.

Wyjazd to pieniądze i to nie małe. I tu jest pies pogrzebany. Większość z moich planów niestety wiąże się z wydatkami. Jedne z mniejszymi, inne z większymi. Jeżeli mamy jechać, to trzeba zostawić jak największą kwotę, bo wybieramy się  przecież na 2 tygodnie z trójką dzieci 1500 kilometrów od domu. Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć. Auto jest nowe i ubezpieczone od wszystkiego. Taka pociecha. Nikt nie zakłada, że coś się zdarzy, ale zawsze to trzeba brać pod uwagę. Warto mieć więc zapas ojro na koncie w razie Wu. No a skoro już jadymy do PL po 2 latach, to warto skorzystać z okazji i zrobić zakupy rzeczy, które tam są fajniejsze. Mam już taką listę. Po pierwsze czekolady Wedla z nadzieniem dżemowym - jedyna rzecz, której na prawdę wyjątkowo brakuje mi na co dzień w Belgii. Jestem wielkim miłośnikiem czekolad, wręcz czekoladowym potworem, a tu nie mają  ani jednej dobrej nadziewanej czekolady. W PL zamierzam więc kupić wszystkie smaki i jeść, jeść, jeść :-) Druga rzecz jest znacznie większa. Mam nadzieję kupić sobie jakieś ładne, nowe firanki i zasłony do kuchni i salonu, bo to co wisi aktualnie na oknie, już woła o pomstę do nieba. Nawet już nie piorę, bo rozpadają się w rękach haha. Niektórzy na wsi nie mają niczego na oknach i wcale im to nie przeszkadza, że wieczorem każdy może zobaczyć, jak mają dom urządzony i co robią. Jednak my zwykliśmy po domu paradować wieczorem w bieliźnie, a moim zdaniem, nie wszyscy musza wiedzieć, w jakich majtkach kto kiedy śpi. A tu firanki to jakieś takie nie po mojemu. Zasłonowe materiały owszem ładne, tylko nie za tanie. Przeto skoro już mam się tłuc te setki kilometrów, to chociaż te dwie swoje zachcianki bym spełniła. W końcu matka też chce mieć coś z wakacji.

Dlatego trzeba poszczególne rzeczy z listy rzeczy do zrobienia w wakacje znów przełożyć. Pytanie tylko na kiedy? Z dentystami, ortodontami, okulistami, ginekologami i innymi znachorologami to może jakoś się wyrobimy. Nie wiem jeszcze jak. Na prawdę nie wiem. Wiem jednak, że muszę, bo zdrowie ma się jedno i w końcu trzeba zacząć o nie się troszczyć. W Polsce nie było takich możliwości jak mamy tutaj.
Jednak o prawo jazdy to nawet nie będę pytać, bo to nie ma sensu dopóki nie skończę uczyć się niderlandzkiego. Zresztą 1500€ piechotą nie chodzi... Może jak trzynastki dadzą kiedyś to zacznę coś robić. Znaczy nie, robić to zacznę pewnie jeszcze w wakacje - kupię sobie książkę i zacznę się uczyć teorii, a raczej bardziej samego słownictwa.

Gdyby nie fakt, że już zapłaciłam za następny poziom, chyba rozważyłabym przerwę w NL, żeby pozałatwiać te sprawy medyczne. Sam dentysta to już nie lada wyzwanie. Tylko Najstarsza ma do kontroli, cała reszta jakieś leczenie, które wymaga zwykle więcej niż jednej wizyty i więcej niż 100 euro, z których to pieniędzy nie wszyscy dostaną zwrot, bo nie byli w zeszłym roku (jak np M).
Po ortodoncie to w ogóle nie wiadomo czego się spodziewać... Dlatego m.in. tak z tym się zwlekało. Jak Młoda dostanie aparat, to trzeba liczyć co najmniej 1000 euro. Dentalia (dodatkowe ubezpieczenie dentystyczne) zaczęliśmy płacić dopiero od stycznia więc aparatów jeszcze nie obejmuje w tym roku - dopiero w przyszłym. A jak się powie 'A' (czyli pójdzie raz na wizytę) to trzeba będzie powiedzieć i 'B'.

Jedyne co mogę spokojnie robić w wakacje to się uczyć z dziećmi. To nic nie kosztuje. Tylko, że tak mi się nie chce. Bardzo mi się nie chce.
Jak dotąd byliśmy w bibliotece i wypożyczyliśmy trochę makulatury do czytania. Ja już przeczytałam Młodemu wszystkie bajki i w sobotę pewnie pójdziemy wymienić na nowe. Najstarsza wybrała coś z astronomii i widzę, że czyta, czyli jedno wakacyjne zadanie domowe można uznać za rozpoczęte. Pozostałe przeanalizowałyśmy, stwierdziwszy że są do zrobienia. Ale się nie chce. Rano to jeszcze mam chęci, ale wracam z roboty, gotuję i chęci mi przechodzą. Tylko nie wiem na kogo? Nikt się nie przyznał.

Dlaczego zdecydowałam ostatecznie o wyjeździe na wakacje skoro mam za mało czasu i pieniędzy? Głównie z powodu dzieci. Każde dziecko zasługuje na wakacje i każde dziecko ich potrzebuje. Myślę, że takie 2 tygodnie spędzone z rodziną niewidzianą od 2 lat pozwolą się im odprężyć. Będą mogły wreszcie swobodnie rozmawiać z ludźmi w języku który znają dobrze, z dawnymi znajomymi, z ciotkami, wujkami, babciami, pozaglądać w stare kąty, powspominać. Myślę głównie o Najstarszej, która przez ostatnie 2 lata rozmawiała praktycznie tylko ze mną, siostrą i braciszkiem oraz tatą. Ostatnie miesiące jeszcze w szkole czasem z kimś. Głównie z nauczycielami i głównie odpowiadała na pytania - co to za rozmowa? Ona nie ma ciągle prawdziwych koleżanek, bo potrzebuje o wiele więcej czasu na integrację. Myślę, że ten wyjazd może mieć bardzo istotne znaczenie dla jej samopoczucia a co za tym idzie dalszej nauki i rozwoju.

Co jeszcze spędza mi sen z powiek odnośnie naszych wakacji? Kontrole na granicy. Dlaczego akurat w tym roku? Dlaczego teraz i jaki to ma kurde w ogóle sens? Boją się ponoć ataku terrorystycznego podczas szczytu NATO i ŚDM. Haha. Jak ktoś tam takowy zaplanował, to na pewno czeka do ostatniej chwili, by pojechać do Polski. Zwłaszcza, że o tych kontrolach trąbili już od dawna na cały świat. Bez wątpienia natomiast jest to kłopot dla normalnych ludzi. Nie wiadomo wszak dokładnie kogo, co i jak oni w zasadzie kontrolują. Jednym z planów wakacyjnych było wyrobienie całej piątce paszportów. Jednak decyzja o wakacjach to niweluje, bo jakbyśmy je wyrobili to już nie mielibyśmy pieniędzy na wyjazd. Na dzisiejszy dzień mamy belgijskie dowody osobiste, którymi możemy posługiwać się tylko na terenie Belgii. Jako obywatele Polski powinniśmy mieć polskie dowody osobiste (albo paszporty). No i mamy, tylko że prawdopodobnie są nieważne. Data ważności widnieje na nich co prawda jeszcze odległa. Tyle, że wyjeżdżając z Polski się wymeldowaliśmy, a to znaczy prawdopodobnie, że nasze dokumenty straciły ważność po 3 miesiącach. Słyszymy czasem, że nie powinniśmy się byli wymeldowywać... Jednak czy przebywanie w Polsce przez kilka dni raz na kilka lat uprawnia mnie do polskiego meldunku? Chyba nie bardzo, co? Teraz są inne przepisy i do posiadania dowodu ponoć nie trzeba być zameldowanym. Ale jak się to ma do naszych dowodów osobistych i ich ważności to czart jeden wie. Pytanie zasadnicze - co nam zrobią, jak nas złapią? Pracownik służby granicznej mówił w radiu, że może to powodować lekki dyskomfort, bo trzeba będzie wyjaśnić, że osoba jest tym za kogo się podaje. Ha! Uwielbiam jak urzędasy jasno i prosto tłumaczą w mediach poszczególne kwestie zwykłym śmiertelnikom. Od razu każdy wie o co chodzi i może spać spokojnie.

I po co mi to było? Nie można było siedzieć spokojnie w chałupie na dupie?

Szykują się wakacje pełne wrażeń. Ahoy przygodo! Qrwa mać!