18 lipca 2016

Kiedy dziecko dorasta do kredek?

Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale w jednej z pobliskich miejscowości mam swój sklep. Logiczne chyba, że jak  nazywa się Magda, to musi być mój. Robię w nim często zakupy wracając z pracy...
A propos imienia... Kiedyś po fajnej dłuższej rozmowie z przypadkowo napotkanym tubylcem na koniec postanowiliśmy się przedstawić:
- Magda
- Magda? Niemożliwe, przecież to popularne flamandzkie imię...


W moim sklepie jest duży wybór czasopism i czasem coś dla dzieci kupuję. Ostatnio zauważyłam, że - jak to bywa w okresie wakacyjnym - pojawiły się książki z ćwiczeniami dla dzieci w różnym wieku. Kupiłam dla Młodego taką grubą (chudych nie było), na której było napisane 4+. Przekartkowałam i zobaczyłam, że są to zadania  typu połącz kropki, pokoloruj trzeci obrazek, dorysuj brakujący przedmiot w powtarzającym się ciągu, znajdź różnice, policz baloniki i połącz z właściwą cyfrą, w ogóle sporo zadań matematycznych w zakresie od 1 do 10. W przedszkolu uczyli się liczyć do 4, ale pani mówiła, że Młody liczy do 5... Pomyślałam, że ta książka trochę może być za trudna, ale jak się będzie Młody nudził,to może uda mi się go na chwilę zaciągnąć do tej książki i coś razem porobimy.
No i się okazało, że zostałam zaskoczona. Miło... i niemiło.

mama ugotowana
Dotąd mój syn - w przeciwieństwie do starszych sióstr - absolutnie nie wykazywał zainteresowania takimi wynalazkami jak kredki, czy kolorowanki. Nie lubił rysować. Mówiliśmy, że prawdziwe chłopaczysko - tylko piłka, rower, samochody, bieganie, skakanie i komputer. Parę tygodni temu jednak, gdy siedzieliśmy w poczekalni u pani doktor czekając na Najstarszą, wziął kartkę i kredki z półki, i zaczął coś bazgrać. Nie patrzyłam nawet tylko czytałam gazetę, bo nigdy jeszcze nie narysował niczego, co było by do czegokolwiek podobne, więc wolałam poczekać aż skończy i mi powie co to jest, żebym nie wyszła na ignorantkę mówiąc, że piękne drzewo narysował, a to by był lew, bo "tu ma pazury, tu grzywę, a tam ogon przecież, nie widzisz?"... Po kilku minutach podbiegł do mnie z okrzykiem:
- NARYSOWAŁEM CIEBIE - MAMĘ UGOTOWANĄ!
- Jaką mamę?
- No ugotowaną ciebie taką dobrą lepszą i serduszko tu masz, tylko na jednej rące masz za dużo paluszków na drugiej dobrze - vijf .

Tak oto zostałam zaskoczona miło po raz pierwszy (nie to że w ogóle, tylko w kontekście łał mój syn dorósł do kredek).

Potem zaczął uprawiać sztukę podprysznicową i rysuje co dnia mamę ugotowaną lub tatę ugotowanego na zaparowanej kabinie. Z każdym dniem jestem ładniejsza :-)

Drugi raz zaskoczył mnie z tą książką, z książkami. Musicie wiedzieć, że Młody nie tylko nie lubił rysować, nie przepadał też ogólnie za książkami. No serio - temu dziecku nie dawało się czytać bajek na dobranoc. Dziewczyny to od pierwszych dni lubiły słuchać czytania wierszyków, historyjek, ciągle im było mało i mało. Synio nie słuchał wcale. Nie czekał aż przeczytam te 2 linijki tylko już następna kartka i następna, i szybko, i już koniec, następna bajka. No więc po kilkunastu próbach powtarzanych co jakiś czas dałam sobie spokój i z czytaniem, i z rysowaniem. Jak nie lubi to nie lubi, przecież go nie będę zmuszać. Wolał oglądać bajki w telewizorze. Najpierw Teletubisie i Elmo, potem Filemona, Reksia, Krecika, Dudusia Wesołka, teraz Minionki, Zorro, Bambi, Oliver i Spółka i cała reszta Disneya aż po Króla Lwa i Zygzaka McQuina. Myślałam, że taki już będzie nowoczesny - komputery, tablety i te sprawy, a tu nagle się okazuje, że moje dziecko dorosło do kredek i książek. Być może to wpływ przedszkola, tam nie ma zmiłuj - jak pani czyta to wszyscy mają słuchać, jak wszyscy słuchają to i on słucha. Tak samo z rysowaniem - wszyscy to robią to i on nie gorszy.

Odkąd zaczęły się wakacje Młodemu zaczęło chyba brakować tych zajęć szkolnych. Zaczął bowiem zauważać, że mamy w domu kupę książek dla dzieci. Nagle ni stąd ni zowąd zaczął się domagać ich czytania. Czytamy więc wieczorami. Przeczytaliśmy już wszystkie nasze polskie bajki i wszystkie belgijskie, które mieliśmy w domu. W bibliotece mu się nie podobało - nudno tak jakoś i nie chciał tam być, nie chciał wybierać książek sam. Jednak gdy tylko wróciliśmy do domu, przeczytaliśmy większość od razu.

Mój syn dorósł do bajek w wieku 4 i pół lat. Lepiej późno niż wcale.

Największym zaskoczeniem była jednak dla mnie reakcja na tę książkę z ćwiczeniami dla czterolatków. Gdy tylko mu ją dałam, natychmiast wyjął kredki z szuflady i usiadł do stołu. Nie patrzyłam na zegar, ale około godziny siedział i robił zadania po kolei kartka za kartką, zadanie za zadaniem. Pisanie cyferek po śladzie niestety mu nie idzie. Widać tu więc tą dotychczasową awersję do kredki. Liczy jednak - jak się ostatecznie okazało - do dziesięciu i to w trzech językach - nasz, niderlandzki i jeszcze angielski (to "szkodliwy" wpływ You Tube). Myli mu się czasem siedem z osiem jeśli idzie o kolejność, bo ósemkę rozpoznaje zawsze w zapisie.
Ja czytam mu oczywiście polecenia. Przy kilku zadaniach musiałam się domyślać po obrazku o co chodzi, więc to też ćwiczenie dla mnie. On każe mi czytać "tak jak my mówimy" "nie po nidelandzku", ale ja czytam po ichniemu i czekam na reakcję. W większości przypadków nie muszę  "czytać tak jak my mówimy", w innych podejrzewam, że źle wymawiam i akcentuję, dlatego on nie rozumie.

A co jest "niemiłe" w tym wszystkim? Ano to że teraz mam przekichane, bo każdego dnia słyszę: "będziemy rysować?". To jest na prawdę GRUBA książka. Wchodzę do domu ociekając potem po 20 km na rowerze i 4 godzinach na miotle - Będziemy rysować? Obieram ziemniaki na obiad wyliczając w myślach, co jeszcze trzeba dziś zrobić szybko - Będziemy rysować? Siedzę w świątyni dumania kontemplując w skupieniu rysunki na papierze toaletowym  - przez drzwi słyszę: będziemy rysować? Budzę się rano i widzę obok wielkie oczyska wgapiające się we mnie (bo przydreptały nad ranem po cichu) i słyszę: a dziś idziesz do pracy czy będziemy rysować...? i wstańmy już bo mój brzuch jest głodny...
- A możemy jeszcze te półgodzinki do siódmej poleżeć?
- GŁODNY!!!

A mówili - wakacje będą to sobie pośpisz dłużej, wypoczniesz...

Nie, tak serio nie jest źle. Wakacje są super. Mam dużo czasu na odpoczynek po pracy, na rysowanie, spacery, na pisanie i inne pierdoły. Cieszę się tym czasem. Trochę uczymy się też z Najstarszą - nie za wiele, bo w końcu wakacje są, ale ona bardzo chętnie robi te wakacyjne zadania. Zauważyłam że bardzo chętnie i w skupieniu wysłuchała zasad tworzenia czasów przeszłych i chyba zrozumiała. Przejrzała też listę czasowników nieregularnych i mam nadzieję, że się z nią zapozna.
Okazało się, że dobrym wyborem było zrobienie na początku najgorszego zadnia, czyli napisania własnej kontynuacji do fragmentu książki. Buntowała się jak diabli, że takich zadań nie lubi i nie zamierza go robić wcale. Wszystkie zrobi ale nie to! Się nie poddałam tylko na spokojnie przeczytałam historię, wypytując się czy rozumie tekst. Rozumie, ale nie zamierza i tak robić tego zadania. Z braku pomysłu ze strony dziewczyn, zaczęłam sama głośno wymyślać, co mogło się zdarzyć dalej. A może to, może tak? Na początku łaskawie przytaknęły obie, bo ta druga mądralina oczywiście zalegała na swoim łóżku ze słuchawkami na uszach udając, że nie słucha i ja nie obchodzi zadanie siostry nic a nic. No i w końcu jedna i druga zaczęły dodawać własne okoliczności zdarzeń i pomysły, bo to fajnie tak tworzyć własną opowieść. Potem razem to przetłumaczyłyśmy i się okazało, że nie taki diabeł był straszny, jak się wydawało na początku. Pewnie błędów będzie tam sporo, ale to już nie problem. Ważne że zrobione.