24 września 2016

Dlaczego warto zapisać się do Rady Rodziców w szkole własnego dziecka?

Młody dobrodusznie podzielił się z rodziną wirusem i wczoraj wszyscy czuliśmy się fatalnie
Ja miałam wolne od doktora na opiekę nad dzieckiem tzw familiaal verlof  więc tyle dobrze, bo mimo iż nie miałam typowych objawów żołądkowych, to czułam się jakby mi poszczególne części ciała miały odpaść lada moment a. Podobnie miała Najstarsza, zaś Młoda i M mieli to samo co Młody, czyli wersja hard. Dziewczyny jak rano zaległy na kanapie w salonie przed telewizorem, tak leżały do południa jak z diabła skóry. Chwilę spały, chwilę podglądały na bajki - jak Młody jest w pobliżu nie wolno zmieniać kanału na inne niż nick jr lub disney junior. M niestety poszedł do pracy i po powrocie oświadczył, że był to najdłuższy dzień w pracy w ostatnich latach, choć miał niby tyle samo godzin co zwykle.

Ja rano myślałam, że jestem po prostu niewyspana, gdyż spałam krócej niż zwykle. Więc po śniadaniu i wypiciu mocnej kawy postanowiłam umyć okna na piętrze, żeby się rozruszać i obudzić. Nie pomogło jednak, więc doszłam do wniosku, że powód złego samopoczucia musi być inny. Potem już było tylko gorzej, no to wzięłam przykład z młodzieży i położyłam się. 

Przy Młodym jednak się człowiek nie należy... nalać soczku, mleka, wody, zrobić kanapkę, płatki, włączyć bajkę na "jub-jub" (You Tube), podetrzeć zadek, zagrać w memory, w Grzybobranie (ulubiona planszówka), przeczytać książkę, przytulić, i tak w koło Macieju - co się położysz, to wstajesz. Trzeba było też ugotować jakąś pomidorówkę, bo nic innego niż zupa i tak by nikt raczej nie wcisnął w siebie w takich okolicznościach. 

Ale z tą zupą to dałam wczoraj czadu... 
Byłam od rana w domu, więc ugotowałam wcześnie, żeby zupa postała i nabrała smaku. Gdy tata wrócił z pracy,  zawołałam gromadę, Młody rozłożył ładnie łyżki, ja wzięłam miski i zabieram się do nalewania, a wtedy mnie olśniło, że zapomniałam o ugotowaniu  makaronu. Gesslerowej by się chyba kudły wyprostowały, gdyby o tym usłyszała (spoko, możecie jej powiedzieć). Tak więc umierająca z głodu rodzina siedziała przy pustym stole i czekała, aż się makaron ugotuje. 

Choć chyba wiem, skąd mi się to jawne zaniedbanie wzięło. Mam podejrzenie, że czytanie jednak wcale nie jest takim dobrem, za jakie się je powszechnie uważa. Powoduje np bezsenność (czytam czasem do 3 w nocy i nie chce mi się spać), stres i szybkie wpadanie w złość (gdy czytam, a ktoś mi przeszkadza albo muszę wysiadać z pociągu),  czy w końcu sklerozę lub amnezję (patrz wyżej). Jakiś czas miałam spokój z tymi problemami, bo utknęłam na jednej lekturze na długi czas. Z racji przebywania w kraju wielokulturowy i ostatnich wydarzeń na świecie zaczęłam się bliżej przyglądać islamowi, by się spróbować dowiedzieć czy jest jakiś specjalny powód, dla którego nagle ludziom na całym świecie zaczęło odwalać na punkcie religii i przekonań. Trafiłam na książkę Rezy Aslana pt "Nie ma Boga prócz Allaha". Autor bardzo fachowo i dokładnie opisuje w niej świat islamu, od samych początków do teraźniejszości. Jednak dla początkującego w tym temacie książka jest dosyć trudna, nie ogarniam bowiem podstawowej terminologii i czasem muszę chwilę myśleć, zanim zrozumiem wszystko tak jak należy. Dlatego opornie mi szło czytanie. Chyba ze 2 miesiące czytałam po kilkanaście stron i w końcu doszłam do wniosku, że jestem zmęczona tą tematyką i pora zrobić sobie przerwę i poczytać coś przyjemnego niewymagającego myślenia. Gdybym wczoraj jednak postanowiła kontynuować tamtą lekturę, makaron byłby ugotowany. Kontynuację Millenium jednak czytało się równie dobrze, jak samą trylogię, no i  wczoraj  pochłonęłam przed wieczorem całą, tylko z uszczerbkiem dla obiadu. Wniosek: czytanie szkodzi!

Wieczorem miałam międzynarodowe spotkanie, czyli z koleżankami z kursu niderlandzkiego, ale niestety musiałam je powiadomić, że muszą się obejść bez mojej jakże ważnej persony. Pisały na fejsie, że było miło. Ale może jeszcze będzie okazja się spotkać za jakiś czas. Mam przynajmniej taką nadzieję, bo nasza fajna grupa rozeszła się w różne strony i na kursie raczej się już nie spotkamy.

Byłam za to na pierwszym zebraniu rady rodziców i już wiem, że to dobry pomysł był. Bez wątpienia dowiem się dzięki temu wielu ciekawych rzeczy zarówno o szkole jak i samej wsi. Tutejsze zebrania komitetu rodzicielskiego wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie należałam do komitetów w obydwu szkołach, do których chodziły moje dziewczyny. Nie ukrywam, że te tutejsze już o wiele bardziej mi się podobają. Oczywiście mówię o szkole w naszej wsi; nie mam pojęcia czy w całej Flandrii jest podobnie, ale całkiem możliwe. Po raz kolejny przekonuję się, że Belgowie bardzo lubią się bawić, śmiać i imprezować, przy czym mają niebagatelne poczucie humoru. Z tego co mówią w sieci szanowni rodacy, można zupełnie odmienne wnioski wysnuć, ale ja chyba wiem, co widzę, a zapewniam was, że patrzę bardzo uważnie, bo ciekawska jestem.

Zebrania rady rodziców kojarzą mi się z Polski ze spoglądaniem co 5 minut na zegarek i próbami stania się niewidzialnym. Jak nie, jak tak. Pamiętam, że nikt (poza mną i paroma innymi dziwnymi ludźmi) nie chciał być w komitecie, bo nie daj Bóg karzą mu coś zrobić albo za coś odpowiadać i korona mu ze łba spadnie. Tymczasem trzeba było musowo po 3 rodziców z każdej klasy wytypować. Dlatego na pierwszą wywiadówkę przychodziło 10 rodziców na 35 dzieci w klasie, bo dorośli są niesamowicie odpowiedzialni hehe ....a i tak trzeba było kogoś wybrać. Belgijscy rodzice chyba mają podobnie i też raczej nie pchają się drzwiami i oknami. Tylko, że tutaj nie ma zasady, że z każdej klasy musi ktoś być, zgłasza się ten, kto na prawdę chce coś robić. W wielu przypadkach na pewno po bezpośredniej propozycji od kogoś, kto już należy. Na zebraniach w Polsce (tych na których byłam) była bardzo sztywna atmosfera, każdy patrzył, by dyrektor i przewodniczący powiedzieli co mają do powiedzenia i  żeby jak najprędzej się stamtąd wydostać. Gdy pytano kto zajął by się tym, czy tamtym, każdy miał jakieś usprawiedliwienie, żeby tego nie robić. 
Tu mamy całkiem inną atmosferę, zdecydowanie bardziej swojską i luzacką, mimo że omawiane są poważne sprawy i poważne - moim zdaniem - sumy. Znaczy poważne sprawy i finanse omawiane są w pierwszej części zebrania, co nie zmienia faktu, że cały czas jest sporo chichów i dowcipkowania - no serio, nie ma rzeczy, z której się nie można pośmiać. Po prostu moje klimaty :-) Jak już wszystkie ważne sprawy zostaną omówione, zaczynają się ploty, które czasem ponoć kończą się nad ranem. 
Tym razem impreza skończyła się o północy i odbyła się przy bąbelkach. A mówią, że to Polacy dużo alkoholu piją hehe. Ja myślę jednak, że Belgowie piją często, ale z umiarem, a Polacy i często, i bez umiaru - to jest różnica, zwana kulturą picia, ale to inny temat.
Takie spotkania dla mnie są po pierwsze okazją do ćwiczenia języka (gdy kilka ludzi nawija jednocześnie mój mózg musi się nieźle nagimnastykować, żeby chociaż część z tego zrozumieć), a po drugie świetnym sposobem na dokładniejsze poznanie szkoły jak i wsi, czyli coraz lepszą integrację ze środowiskiem, w którym zamierzam żyć przez najbliższe lata. Na tym zebraniu dowiedziałam się wielu nowych rzeczy o naszej szkole, o których raczej z listów do rodziców ani z obserwacji bym się nie dowiedziała. Od środka zazwyczaj rzeczy wyglądają trochę inaczej, niż z zewnątrz. Wiem już, które imprezy organizują i w jakich uczestniczą rodzice, i jak się to tutaj robi. Zamierzam w nich brać aktywnie udział, bo lubię robić takie rzeczy. Czekam też na kolejne zebranie, które już w październiku. 
A wy myśleliście, żeby zapisać się do Komitetu Rodzicielskiego w szkole waszego dziecka? Może czasem warto dać coś od siebie, zrobić dla swojego dziecka i dla innych? Patrzenie z boku,  snucie domysłów, czy tym bardziej narzekanie i krytykowanie działania innych to wszak żadna sztuka, a do tego bez wątpienia skuteczny sposób na zniechęcenie innych do robienia czegokolwiek. 

21 września 2016

Po co nastolatki chodzą do lasu?

paluszki i cola
Moje przeziębienie powoli przechodzi, za to Młody przyniósł ze szkoły grypę żołądkową. Dziś rano już nie czuł się za dobrze, ale mając nadzieję, że to zwykła niestrawność, posłałam go do szkoły, wszak środa, więc tylko pół dnia są zajęcia. Jednak gdy przyszłam po niego w południe był blady jak dupa anioła i pani powiedziała, że skarżył się na ból brzucha w szkole.
Po powrocie do domu napisałam do męża, by wstąpił do sklepu po pracy i zrobił zapas coli i paluszków. Wszak wiadomo, że to jedyne słuszne lekarstwo na tą niewdzięczną chorobę u dzieci i nie tylko dzieci. 
Młody biega do kibla, nie zawsze zdąży, więc trzeba myć i przebierać.  Kilka razy na minutę trzeba też przytulać i całować, i mówić jaki jest kochany. W końcu rozłożyła go gorączka i przysnął chwilę.
Niech odpoczywa.

Siostrzyczki wróciły ze szkoły i trzymają się z daleka, bo chyba nie chcą się zarazić. 
Poza tym mają lekcje do odrobienia no i inne swoje sprawy. Chyba powoli zaczynają się docierać ze sobą i z czasem. Pierwsze dni wspólne w szkole były dosyć awanturnicze. Rano Młoda poganiała Najstarszą, potem Najstarsza skarżyła na Młodą, że ciągle się na nią drze, ciągle narzeka i biadoli, że nie idzie normalnie wytrzymać z tą wariatką. W pewnym momencie padło też określenie, że zachowuje się jak totalna debilka i tylko oborę robi. Najstarsza z rocznym doświadczeniem w szkole średniej doskonale orientuje się jak należy się zachowywać i co kiedy mówić, żeby wyjść na swoje, zaś to młode nieopierzone próbuje purcować za bardzo, co niekoniecznie wychodzi na dobre. Na przykład gdy człowiek się spóźni do szkoły, wystarczy powiedzieć, że autobus nie jechał albo się spóźnił bez wdawania się w szczegóły, że się za późno wyszło z domu, po czym wybrało przystanek na który autobus nie zawsze przyjeżdża. Młoda to właśnie zrobiła, do tego zaczęła zwalać winę na siostrę i plątać się w zeznaniach. Efekt taki, że na drugi dzień miały się stawić w sekretariacie o ósmej. Taka nowa zasada panuje w tym roku - o czym dowiedziałam się na zebraniu rodziców - gdy uczeń zostanie przyłapany na spóźnianiu albo np w niewłaściwym stroju (typu podarte portki lub za krótka spódnica), na drugi dzień ma się stawić w sekretariacie o ósmej, by pokazać że przyjął do wiadomości upomnienie. Gdy się nie stawi w ciągu 3 dni (codziennie są upomnienia) dostaje wezwanie na rozmowę z dyrektorem. Dodam tu, że  lekcja zaczyna się o 8.30, przy czym brama zamykana jest o 8.25 przeto ona ósmą nikt bez potrzeby do szkoły nie przychodzi ;-)

Były też sytuacje, że Młoda zaczęła się popisywać przed koleżankami i wyganiać siostrę albo umawiała się z nią w konkretnym miejscu po lekcjach, po czym "zapominała" o tym i szła samopas do sklepu, a tamta szukała jej po całej szkole i okolicy.  Po czym Najstarsza obrażała się (słusznie zresztą) i wracała do domu sama, narażając młodszą na błądzenie w drodze powrotnej. Nie o wszystkim wiem, nie o wszystkim opowiem, ale wygłosiłam kilka kazań, wysłuchałam kilku mniej lub bardziej jasnych i sensownych usprawiedliwień. Dziewczyny przedyskutowały sprawę, przemyślały na spokojnie i chyba doszło do zawieszenia broni, bo w tym tygodniu razem wychodzą i razem wracają i to bez awantur, czy skarg. Da się? Da, tylko trzeba trochę dobrej woli i pomyślunku, no i czasu. 

Myślę jednak, że to też kwestia stresu. Przyznam, że nawet nie podejrzewałam, że Młoda tak przeżyje tę szkołę średnią. Nie zastanawiałam się nad tym, aż do dnia, gdy poprosiła mnie o pomoc w zadaniu z niderlandzkiego, bo nie wiedziała jak się zabrać za przygotowywanie do wypowiedzi ustnej według podanego w książce schematu. Poszam więc do ich pokoju, usiadłam na dywanie... 

Tak, na dywanie i nie dlatego, że nie mamy krzeseł, bo w ich pokoju jest ich kilka, są też dwa biurka, ale na dywanie przecież zawsze najwygodniej. Ja chyba nigdy za szkolnych czasów nie odrabiałam lekcji przy biurku, choć też takowe posiadałam. Na podłodze jest miejsce by rozłożyć wszystkie potrzebne materiały, nic nie spada na glebę, można siedzieć po turecku albo leżeć, gdy tak jest wygodniej. Można też pracować w grupie, jak to często jest w naszym przypadku. Mądrole mówią, że tylko przy biurku można siedzieć prawidłowo, by się kręgosłup nie krzywił i takie tam sratytaty. Ja uważam, że jak człowiek nie poświęci wystarczającej ilości czasu na ruch to nawet najergonomiczniejsze sprzęty i postawy mu nie pomogą, a jak ma wystarczająco dużo ruchu to odrabianie lekcji na leżąco też mu nie zaszkodzi. 

Wracając do zadania... Po przeczytaniu poleceń zaczęłam tłumaczyć jak się trzeba zabrać za jego wykonanie i że wcale nie jest takie trudne, na jakie wygląda. Dla mnie tylko ze względów technicznych, że tak powiem. Ja mogłam powiedzieć po polsku, co można napisać i jak to rozplanować, jednak wiem, że ona z językiem niderlandzkim sobie poradzi w tym wypadku bez większych problemów. Jednak ta uparcie zaczęła twierdzić, że "nie umie" i "nie da rady tego zrobić" i w ogóle totalny brak wiary w siebie i swoje możliwości. A myślałam, że Najstarszej jest trudno. Uff! Kazała mi "iść do swoich zajęć, bo szkoda mojego czasu", ale nie poszłam tylko siedziałam i czekałam, aż się namyśli. Jestem uparta i cierpliwa, jak mi się nigdzie nie śpieszy. Młoda leżała na łóżku ze słuchawkami na uszach, ale słyszała wszytko o czym gadam z Najstarszą, aż w końcu włączyła się do rozmowy i zaczęłyśmy rozmawiać o samopoczuciu, oczekiwaniach i możliwościach. W końcu Młoda rzekła co następuje: "przecież ja już powinnam być przyzwyczajona do zmiany szkół, wszak to już moja piąta szkoła, a wcale nie jestem, to bez sensu". I tu jest pies pogrzebany. Zrozumiałam, że większość problemów, w tym awantur i fochów to reakcja na stres wynikający ze zmiany szkoły. Wychowawczyni na zebraniu rodziców też o tym mówiła i kazała wspierać dzieci i motywować, i dodawać otuchy, bo to trudny okres dla każdego dziecka, o czym jednak my starzy czasem zapominamy zajęci rutynowymi zajęciami dnia powszedniego.


Rozmowa chyba trochę pomogła, bo zadanie zostało odrobione. Po czym nazajutrz się okazało, że to na za tydzień było haha, ale to i lepiej. Poza tym Młoda zaczęła korzystać ze swojej wypróbowanej metody na stres, o której chyba ostatnio zapomniała. Chodzi do lasu i siedzi tam do wieczora, by patrząc na zieleń i oddychając świeżym powietrzem reperować zaporę antystresową. Wczoraj namawiała do tego też siostrę, ale dziś coś nie bogato się czuje i pewnie odpuściła wycieczkę. 

19 września 2016

Wampiry się wyprowadzają a ja byłam zobaczyć belgijskie UFO

Wampiry z całej wsi się zaczęły wyprowadzać gdym ja wiedźma zaczęła przygotowywać moją ulubioną miksturę antyprzeziębieniową... 3 cytryny, pół szklanki miodu, i główka czosnku. Pychota. 

W całej okolicy śmierdziało czosnkiem, mój małżonek oraz potomstwo też rozważało wyprowadzkę. Mówcie co chcecie, ale czosnek śmierdzi, nawet jak już zamknięty w słoiku.
Kto wpadł na to żeby takie coś cuchnące jeść?
Nie wiem, czy ten syrop pomaga, ale na pewno nie szkodzi, bo już dużo razy robiłam i ciągle żyję.  Jak postoi z dzień w lodówce smakuje całkiem nieźle, choć trochę szczypie w język.
W poniedziałek ledwie bolało mnie gardło, potem odpadała mi kichawa od smarkania, a w końcu doszedł kaszel. Czyżby jesień już? Tak to jest jak się chłodne i mgliste wrześniowe poranki jeździ w podkoszulku a potem zaś w południowy skwar wypija duszkiem flaszkę lodowatej wody zaraz po zejściu z roweru. Wątpię aby ten syrop na głupotę pomógł.

W weekend jednak