12 listopada 2016

Kortrijk - relacja fotograficzna

Z okazji naszej rocznicy ślubu zrobiliśmy sobie małą wycieczkę do Flandrii Zachodniej. Odwiedziliśmy miasteczko Kortrijk położone nad rzeką Leją. Pogoda nie była zachwycająca, ale jak na listopad było całkiem nieźle - chwilami prześwitywało nawet słońce. Jednak robienie zdjęć przy temperaturze 5 stopni i wietrze nie jest za fajne, bo dłonie drętwieją. W pewnym momencie jacyś inni turyści wręczyli mi swojego smartfona z prośbą o cyknięcie fotki. Myślałam że nie sprostam zadaniu, takie miałam łapy zgrabiałe z zimna :-)
Rynek nie jest jakiś powalający, ale bardzo podobał mi się beginaż Św. Elżbiety. Rzeka Leja i średniowieczne wieże Broeltorens są za to bardzo urokliwe, zwłaszcza o tej porze roku, gdy złote liście przeglądają się w lustrze wody.

rzeka Leja i wieże broeltorens

Ludzie z pasją. Kasia i jej cuda.

Co jakiś czas zapraszam na mojego bloga gości - innych Polaków mieszkających w Belgii lub okolicznych krajach. 


Tymi artykułami i wywiadami chcę pokazać, że życie poza ojczyzną nie ogranicza się bynajmniej do nudnej pracy od świtu do zmierzchu, liczenia pieniędzy i tęsknoty za krajem rodzinnym - jak niektórym się wydaje. Poza Polską żyjemy tak samo jak w Polsce, czyli bawimy się, uczymy, zwiedzamy, spotykamy ze znajomymi, uprawiamy sporty, należymy do klubów, stowarzyszeń, zajmujemy się swoim hobby, etc. Świat oferuje nam wszystkim wiele możliwości. Jeden z nich korzysta, drugi nie, jednak to nie ma nic wspólnego z miejscem pobytu. Niektórym do szczęścia wystarcza telewizor, wygodna kanapa i piwo, innym dobra książka, ciepły pled i kawusia, jeszcze innym różaniec i święty spokój kościółka. Każdy robi, to co lubi i nikomu nic do tego. Z tym, że niektórzy w wolnym czasie robią rzeczy niesamowite, fascynujące, piękne, niepowtarzalne, niecodzienne, którym ma się człowiek ochotę przyjrzeć trochę bliżej, zapytać o szczegóły, zajrzeć na warsztat, a czasem nawet u nich coś kupić... 

Dziś przedstawię wam rodaczkę, która w wolnym czasie tworzy prawdziwe cuda.

Kasia mieszka w Belgii

9 listopada 2016

Czy można zapomnieć o własnym dziecku?

Czy można zapomnieć o własnym dziecku? No ba! 

Jednego dnia Młody zostaje na świetlicy. Wtedy ja rano mówię mu, że tego dnia zostaje dłużej, żeby nie czekał i się nie martwił, bo tata go odbierze godzinę później. Młodemu to bynajmniej nie przeszkadza. To okazja by się pobawić dłużej z  dziećmi. Pakuję mu dodatkowo ciastko lub drożdżówkę na wieczór, bo o 15.30 jest pora na popołudniowe ciastko. Wody pani na  świetlicy doleje z kranu do bidonka, gdyby kto całą wyduldał przez dzień. Tata zaś wie, że w ten dzień prosto po pracy jedzie pod szkołę. Funkcjonuje ten system od jakiegoś czasu w miarę sprawnie, aż raz BĘC! obydwoje jednocześnie zapadliśmy na amnezję wybiórczą. Ja przypomniałam sobie, że to ten dzień dopiero w robocie, co znaczyło, że Młody nie wie, że zostaje (choć może się domyślić, wszak zna dni tygodnia) i że nie ma przekąski na popołudnie. Wkurzyłam się na siebie, ale pomyślałam, że Młody już nie jest dzidziusiem i nie będzie płakał, jak mama nie przyjdzie na czas. Akurat nie był głodny o 10-tej i ciastko mu zostało na popołudnie. Ale to nic. Tata wrócił do domu, wykąpał się i zaczął się zastanawiać, gdzie to nas z Młodym poniosło i już miał do mnie dzwonić, gdy go olśniło, że to TEN DZIEŃ, kiedy on odbiera Młodego ze szkoły haha. 

A mówią, że o własnych dzieciach nie można zapomnieć. Ha, chyba tylko jak są obok i czynią taki rwetes, że łeb pęka. 



Prawda jest taka, że zapominam dziś o wielu rzeczach i ludziach,  chyba o zbyt wielu. Zastanawiam się czy to kwestia wieku i dziurawiejącej powoli pamięci, czy może zbyt wielkiego nawału zajęć i problemów różnych, które nam siedzą ciągle w głowie na samym wierzchu, spychając na dół niektóre ważne i mniej ważne sprawy. Najważniejsze rzeczy zawsze sobie notuję w dwóch kalendarzach - jeden mam w kuchni na widoku, drugi w plecaku przy sobie. Wiele rzeczy notuję w sticky notes na pulpicie mojego  laptopa. Tyle że tych mam czasem tyle, że nawet kosza pod nimi nie mogę znaleźć. Co uprzątnę trochę notatek, to tworzę nowe, bo dochodzą kolejne rzeczy, o których trzeba pamiętać :-) 
Jednak wszystkie bieżące czynności codzienne ciężko raczej notować. Już to widzę: nastawić pranie, wyjąć pranie, rozwiesić pranie (zdarza się włożyć do pralki i zapomnieć jej włączyć, zdarza się wyłączyć i nie wyjąć prania, zdarza się wyjąć i nie rozwiesić lub rozwiesić w połowie zająwszy się czymś innym); albo: włączyć ekspres do kawy, nalać wody, podstawić kubek, zrobić kawę, wrzucić 1 kostkę cukru, wypić kawę... czasem piję kawę bez cukru albo pocukrowaną 2 razy albo z pustego kubeczka, próbowałam też zrobić kawę bez kubka - głupi pomysł, a ile razy piłam poranną kawę po powrocie z pracy to nawet szkoda gadać :-) Dużo się dzieje i mózg musi pracować częstokroć na pełnych obrotach... do tego stres, pośpiech, zmęczenie...  chyba się przegrzewa czasami i zaczyna lagować.

Nie mam drugiego imienia, ale gdybym miała, to brzmiało by ono na pewno CHAOS! Nigdy nie byłam osobą dobrze zorganizowaną i nie zanosi się na to bym kiedyś taką miała zostać w przyszłości. Staram się jak mogę, bo nawał zajęć tego ode mnie wymaga, ale zwyczajnie się nie da. Życie przynosi mnóstwo nieoczekiwanych rzeczy, które trzeba upychać pomiędzy stałymi zadaniami. Nagłe wydarzenia wymagają podejmowania wielu decyzji w pośpiechu i dokonywania wyborów, bo czasem rzeczywistość wymaga od nas bycia w dwóch miejscach jednocześnie, a nie bardzo się da. Bywa, że można jedno wydarzenie przesunąć w czasie, ale nie zawsze jest taka możliwość...

Nie przejmuję się zbytnio tym,  że nie wszystko idzie po mojej myśli i że nie zawsze udaje mi się zrealizować zaplanowane cele, które zawsze jednak sobie wyznaczam. Bez celu życie wszak traci sens. Moje drogi do celu zwykle wiodą pod górę, naokoło i pełne są przeszkód i pułapek różnych, nie rzadko przeze mnie samą ustawionych. 

Zasadniczo nie lubię robić rzeczy na odpierdziel, ale też nie jestem perfekcjonistką. Jeśli do czegoś zabieram się na poważnie, staram się robić to najlepiej jak potrafię, ale też przy najmniejszym nakładzie pracy i czasu. Zwykle na efekty narzekać nie można i nie ma się do czego zbytnio przyczepić (choć niektórzy i w całym dziurę znajdą, a jak nie dziurę to przynajmniej wgniecenie czy maleńką nierówność). Zdarza mi się, że coś sknocę, spaszczę, zawalę bo braknie mi czasu, zapomnę lub zwyczajnie mi się nie chce. Jako istota pogodnie nastawiona do życia raczej nie rozpamiętuję  bez potrzeby minionych wydarzeń. Staram się bardziej uczyć na błędach,  niż płakać nad nimi. Dlatego po zrozumieniu i przyjęciu faktów do znajomości, ewentualnie strzeleniu face-palma, zabieram się  za prostowanie tego com napsuła uprzednio. 

Jedynie w przypadku grzechów zaniechania mniej lub bardziej świadomie popełnionych wobec najbliższych miewam delikatne uwieranie sumienia. Zwykle najsampierw próbuję bezczelnie znaleźć dla siebie samej jakieś sensowne usprawiedliwienie i - co gorsza - przeważnie udaje mi się znaleźć nawet kilka. Czasem próbuję też zwalać winę na kogoś innego, najczęściej na osobistego małżonka, ten wszak zwykle jest pod ręką. My ludzie tak mamy, że nie lubimy się przyznawać nawet przed sobą do swoich błędów. Za to komu innemu błędy wytykać przychodzi z łatwością hehe.  

Mam na swoim koncie całkiem sporą listę błędów z moimi dziećmi w roli głównej. Niektóre ważne rzeczy odkładam na później, na następny dzień, bo akurat mi się nie chce, nie czuję się na siłach. To najczęściej dotyczy wspólnej nauki, którą - trzeba tu przyznać - bardzo często zaniedbuję ostatnio.
Nie przykładam się solidnie do swoich obowiązków codziennych jak sprawdzanie elektronicznej  i papierowej agendy, tornistrów, czyli zadaniach domowych, co często usprawiedliwiam tym, że skoro ja sama potrafiłam o swoją naukę zadbać, to i moje dzieci powinny. Jedne uczą się pilnie, inne nie. Tym drugim powinien rodzic pomóc, a ja tego czasem  nie robię, przez co dziecko idzie potem do szkoły nie przygotowane i dostaje 0 punktów przez głupotę swoją i matczyną, z tym że to ja jestem ta mądrzejsza i bardziej odpowiedzialna - dorosła znaczy. Kolejna sprawa to zdrowie. Nie jest tajemnicą, że nie należę do zwolenników tzw zdrowego trybu życia i póki co nie zamierzam tego zmieniać. Moją dewizą jest zachowywanie umiaru we wszystkim - wielkie ograniczenia i wyrzeczenia są moim zdaniem tak samo szkodliwe jak nadmiar luzu i brak jakichkolwiek ograniczeń. Nie wydzielam więc słodyczy, komputera, telewizji, nie wyganiam siłą na spacer, nie nakłaniam do uprawiania sportu, nie wymuszam zakładania ciepłych majtek ani czapki. Tłumaczę, zachęcam, przedstawiam różne opcje, proponuję, ostrzegam, ale pozwalam wybierać i decydować o większości rzeczy mojemu szanownemu potomstwu. Są oczywiście momenty, gdzie trzeba być bardziej konkretnym i zdecydowanym, gdy trzeba coś nakazać lub wymóc w taki czy inny sposób. Nie jest to pewnie idealne rozwiązanie, ale wątpię czy takowe w ogóle istnieje. Uważam, że mój system funkcjonuje dobrze, wszak moje dzieci nie chorują, nie mają nadwagi ani niedowagi, mają nie najgorsze wyniki w szkole. Czasem mają problemy takie czy inne, ale kto ich nie ma?

Niestety zdarza mi się o własnych zasadach zapomnieć i nie pilnować ich przestrzegania albo nawet dla świętego spokoju przymknąć na nie oko. Z tego zwykle nic dobrego nie wynika, bo dzieci to nie roboty i nie wystarczy ich raz zaprogramować, by wszystko działało jak należy. O nie, to są zwykłe dzieci, których naturą jest kombinowanie, obijanie się i wymigiwanie od obowiązków. I tak oto dochodzimy do sedna sprawy, które kończy się na słowie DENSTYSTA. Po tutejszemu tandarts.
Nakaz codziennego mycia zębów (pamiętam to też z własnego dzieciństwa) działa zwykle około tygodnia. Najpierw z tydzień rodzic przypomina dziecku, o myciu zębów rano i wieczorem. Małemu pomaga przy tym opanować szczoteczkę. Potem dzieci radzą sobie same, a rodzic widząc to, odhacza sobie w mózgu jako "zrobione" i zapomina. Od czasu do czasu przypomni sobie i zapyta, czy kły wyszorowane. - No oczywiście! - Pada odpowiedź i młode czym prędzej nawraca do łazienki... Czasem nawet przez kilka kolejnych dni przykładnie szoruje uzębienie po każdym posiłku, by uśpić naszą czujność. Człowiek zagoniony nie myśli codziennie o takich głupotach jak wnętrze czyjejś paszczęki. Znaczy nie jakiś człowiek tylko ja. Zbyt często zapominałam o zębach Młodych w ostatnim czasie i co niektórym trochę się popsuły...

Młody przez bardzo długi czas nie lubił mycia zębów. Pierwszy raz widziałam dziecko, którego tak okropnie łaskotała szczoteczka do zębów. Przez długie miesiące nie szło mu umyć, ba nawet dotknąć, zębów z tyłu, bo ciągnęło go na wymioty. Mył więc tylko te z przodu i to siach-mach, bo już go łaskotało i się wściekał. Z czasem się ogarnął trochę i przyzwyczaił, ale ciężko szło. Do tego - jako się rzekło - często zapominaliśmy o jego uzębieniu. Nie byliśmy też z nim u dentysty, bo to wiadomo starsze dzieci ważniejsze, bo zęby stałe itd. Poza tym we łbie utkwił mi ten polski zabobon, że mleczne zęby to nie takie ważne... Zaledwie 4 lata temu usłyszałam w gabinecie od dentystki, że "mleczaków się nie leczy, bo wypadną za chwilę" i Młodej nie naprawiła zębów, które też nie wypadły, dopiero teraz zostały wyrwane przez dentystę, bo przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy.

Młody zaś będzie miał naprawiane mleczaki w szpitalu pod narkozą. Akurat trafiliśmy, że zwolniło się miejsce w Geraardsbergen na następny tydzień. Normalnie czeka się 2-3 miesiące. W sam czas, bo jeden ząbek zaczyna go boleć, gdy coś mu do dziurki wpadnie. Ma mieć zakładane korony na zęby, z tyłu srebrne, z przodu na górne jedynki białe. Te drugie dentysta już zamówił, a kosztowały 150 €. Tak więc kolejna przygoda i nowe doświadczenie przed nami. Tym razem - przyznaję bez bicia - z mojej winy, bo pewnie jakbym pilnowała codziennego mycia to zębiska wytrzymały by dłużej. Choć tak sobie myślę, że taka przygoda może być dla młodego pouczająca, bo jednak opowieści o bolących zębach i ich naprawianiu nie działają aż tak jak doświadczenie owego na własnej skórze. Być może nie będzie już nawet potrzebne przypominanie o myciu zębów, zaś chipsy i słodycze staną się mniej kuszące... Może się to komuś wydać okrutnym takie myślenie, ale przecież i tak czasu nie cofnę, więc pozytywy danej sytuacji trzeba znaleźć. Poza tym ja jestem normalna inaczej ;-)









6 listopada 2016

Trochę corocznych wspomnień - jak zwykle o tym czasie :-)

Właśnie kończą się ferie jesienne, które dla nas są okazją do wspomnienia naszej ostatniej przeprowadzki.

Dziś, gdy żyjemy sobie we względnym spokoju i stabilizacji, wspominam sobie od czasu do czasu moje poważne decyzje ostatnich lat, które zaliczyć trzeba do szalonych.
One zmieniły moje życie całkowicie. Po 30 latach nudnego tkwienia w miejscu i usychania z nudy, nagle znalazłam się na innym torze, którym uciekłam daleko w kolorowy, nieznany, pełen przygód świat. Nie żałuję żadnej z tych decyzji, choć dziś dopiero uświadamiam sobie, ile ryzkowałam za każdym razem bez większego zastanowienia. Atoli moja chęć przeżycia przygody była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Okazuje się, że jednak dobrze czasem wyłączyć myślenie i zdać się na intuicję. 

Dziś jestem zupełnie inną osobą niż ta sprzed 6 lat, co więcej jestem tą zmianą usatysfakcjonowana. Tutaj zrozumiałam, jak bardzo społeczność małej wsi i rodzina może człowieka ograniczać, zwłaszcza jeśli ten człowiek nie bardzo lubi żyć według narzucanych przez tą społeczność szablonów, do których musi się dostosowywać chcąc nie chcąc, choćby po to by nie stracić pracy i dachu nad głową... 

Dziś jestem na swoim i czuję się wolna. Dziś mogę rozwinąć skrzydła i pofrunąć dokąd zechcę, mogę spełniać powoli swoje marzenia. 


Moja największa życiowa przygoda rozpoczęła się w 2009 roku, gdy zagaiłam do przypadkowego (choć nie pierwszego) sympatycznie wyglądającego faceta na portalu randkowym. Po 3 miesiącach wirtualnej znajomości i 3 spotkaniach we czworo postanowiliśmy zamieszkać razem. Naskrobałam więc czym prędzej wypowiedzenie w pracy, za które szefowa wyraźnie mnie znielubiła, bo jak to tak nie spowiadać się z każdego planowanego kroku? Przecież to nie godzi się tak nagle odchodzić, zwłaszcza w trakcie remontu, nad którym nikt nie panuje, zwłaszcza gdy szef na dłuższym urlopie... No cóż, Magdalena należy do tych wiedźm, którzy osobiste życie i rodzinę cenią sobie bardziej niż pracę, a że miałam miesiąc urlopu, to już po 2 byłam wolna. Nie mój cyrk nie moje małpy :-)

Spakowałam więc nasz skromny dobytek, czyli ubrania, zabawki, kilka garnków i wyruszyłyśmy we trzy w świat do obcego miasta, prawie obcego choć fajnego faceta. 


Pech wyruszył z nami. 
Tuż przed planowaną przeprowadzką mąż miał wypadek i musieliśmy jeszcze kupić nowy środek transportu, bo poprzedni stracił koła i trochę go pogło pod TIRem. 
Polecieliśmy na miotle (żart żart) przez pół Polski, by zakupić nowe stare auto. 
Wracaliśmy przez Łysą Górę i cyknęliśmy se pamiątkowe zdjęcie tam, gdzie siostry wiedźmy się spotykają co roku :P



13 listopada A.D. 2010 dopełniliśmy formalności w USC. Pierwsze podejście do sformalizowania związku się nie powiodło, bo nasz przyjaciel pech zagonił nas do szpitala na tydzień. Stąd właśnie magiczna liczba TRZYNAŚCIE :-) 

Po wielu dyskusjach i rozważaniach za i przeciw zdecydowaliśmy się na wspólne dziecko, które miało dopełnić naszą stworzoną sztucznie - choć bardzo udanie - rodzinę. Z perspektywy czasu patrząc, wiem że to była bardzo dobra decyzja, mimo wszelakich komplikacji, jakie ze sobą przyniosła. Młody jest bardzo ważnym ogniwem łączącym pozostałych.

Ktoś, kto nie ma doświadczeń osobistych w takich sytuacjach mógłby pomyśleć, że ja właśnie jestem takim łącznikiem pomiędzy moimi dziećmi a moim mężem. Jednak zdradzę wam tu, że to działa często zupełnie odwrotnie. Pomyślcie. Dziewczyny są moimi rodzonymi córkami, które miały mnie na wyłączność przez kilka lat. Nagle pojawił się ktoś jeszcze. Ten ktoś został zaakceptowany i to szybciej niż się spodziewałam. Zaraz po przeprowadzce padło wielkie, wszystko mówiące pytanie:
-Czy mogę do ciebie mówić TATO?...
Jednak ten KTOŚ też domaga się jakichś praw do ich mamy. To musi być trudne do zaakceptowania dla dzieci, nawet jak tego kogosia się lubi. 
Mąż zaś nagle po kilku samotnych latach spotkał kobietę, z którą chciał spędzać jak najwięcej czasu, także sam na sam. Tymczasem ona jest często mu zabierana przez jakieś dzieciaki. Co z tego, że one są fajne, słodziachne, mądre i wzruszają czasem do łez (choćby pytaniami jak powyżej), gdy wpychają się pomiędzy niego a żonę. Zazdrość i złość pojawia się z obydwu stron. Przez te kilka lat wszystko się trochę dotarło, ale zgrzyty zdarzają się niestety od czasu do czasu i tak już chyba będzie zawsze. Tak jest chyba w każdej rodzinie jak nie z takiego to innego powodu. Mamy zaś są od tego by panować nad całym tym bajzlem. Mówcie co chcecie, ale pilnowanie, by ognisko domowe nie zagasło i nikogo nie poparzyło należy do nas wiedźm, kobiet, mam. To do mamy wszyscy przychodzą z problemami, to mama ma wiedzieć, gdzie co leży (proszek do pieczenia, szpachelka, druga skarpeta od pary, klucz dziewiątka, sztuczny śnieg z zeszłego roku)... Musimy myśleć cały czas i pilnować, żeby każdy czuł się w domu jak w domu. nie chodzi tylko o porządek i pełne miski, ale zdrowie i dobre samopoczucie każdego członka rodziny. Trzeba ciągle obserwować, przyglądać się, rozmawiać, pytać, troszczyć się, trzeba pocieszać i rozśmieszać, trzeba słuchać i to ze zrozumieniem... Nie zawsze się udaje, ale się staram. Wszyscy pięcioro się staramy.


Po 3 latach wspólnego gospodarowania, które kiepsko nam wychodziło w polskich realiach, nagle zdecydowaliśmy się zostawić wszystko w cholerę  i zacząć wszystko od nowa w nowym miejscu. 
I tak z przysłowiową gołą dupą przyjechaliśmy do Brukseli, gdzie nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo się okazało, że dobro i zdrowie naszej rodziny jest dla nas ważniejsze niż pokrętna filozofia multikulti, której nie mogliśmy zaakceptować w takiej formie jaką zobaczyliśmy w tym chorym (moim zdaniem) choć pięknym  mieście. 
Kolejna nagła decyzja nastąpiła po tym jak przez pół roku wydeptywania ścieżki do  urzędu gminy nie udało nam się zarejestrować, bo ciągle odsyłano nas po kolejne dokumenty, które to życzenia urzędników, jak się okazało podczas rozmowy z adwokatem, były z dupy wzięte. Bo to jest Bruksela. Po tym, jak nasze dzieci przez prawie 2 miesiące były bite i wyzywane w szkole przez dzicz z Afryki, bo w europejskiej szkole były jednymi z nielicznych białych. Bo to jest Bruksela.

Nasza ostatnia (jak dotąd)  szalona przeprowadzka nastąpiła właśnie podczas ferii jesiennych. Dobrzy ludzie dali nam cynk, że jest tu dom do wynajęcia, pomogli załatwić formalności w języku niderlandzkim i pożyczyli busika do przewozu gratów. Bez mapy, bez nawigacji z dziećmi na pace razem z dobytkiem, z końcem języka za przewodnika trafiliśmy pod nasz nowy dom, który wcześniej widzieliśmy tylko na zdjęciach no i raz z zewnątrz na żywo. 
Młody pomagał w przeprowadzce jak mógł
Przeto pierwszą rzecz, jaką zrobiliśmy po otwarcia drzwi, było zwiedzanie domu. Zaglądaliśmy w każdy kąt, pstrykaliśmy światłami, otwieraliśmy okna, odkręcaliśmy kurki z wodą, zajrzeliśmy na strych i do szopy. Jak małe dzieci na nowym placu zabaw - wszystko trzeba pomacać i wypróbować. Potem dopiero wnosiliśmy rzeczy z  busa, sprzątali, myli, przeganiali pająki, które opanowały ten dom w ciągu 5 miesięcy (tyle stał pusty) jakby ich był. Pamiętam też, że sporą chwilę zajęło mi zrozumienie działania pieca centralnego ogrzewania. Jak wiecie zapewne w naszej rodzinie to ja jestem od specem od wszelakiej elektroniki i innych delikatnych sprzętów, no ale co innego obsługa komputera a co innego jakiegoś małego gówna w którym jest dwa przyciski a dużo napisów w dziwnych językach (ani polskiego, ani ruskiego ani nawet angielskiego - WTF?). Wilgoć była taka, że ryby mogły by w powietrzu pływać, a drzwi od kibla się nie domykały napuchnięte od wilgoci. Śmierdziało też niezamieszkanym domem.

Własnymi rękami bez żadnej pomocy z zewnątrz posprzątaliśmy, znieśliśmy i poskręcaliśmy meble. Poobijaliśmy sobie trochę łapy i nadwyrężyliśmy plecy przy wnoszeniu rupieci na piętro i podawaniu przez okna. Każdy wybrał swój pokój, ukokosiliśmy się, poczuliśmy się jak w domu. Padliśmy ze zmęczenia z satysfakcją dobrze wykonanej roboty.

Na drugi dzień wylegliśmy przed chałupę zobaczyć, gdzie to nas przyniosło. Spodobało się. Było ładnie, cicho i spokojnie, swojsko,  śmierdziało kurami. Jesteśmy w domu, na wsi, gdzie wystarczy przejść 2 kilometry, bo pogłaskać kozy, pogęgać do gęsi, poczochrać kucykom grzywę, popokrzywiać się osłu...


Sąsiedzi od razu GOEIEDAG! GOEIDEDAG! i dawać nawijać, pytać, gadać... A my ani be ani me ani kukuryku. Nic nie rozumieliśmy. Na szczęście Flamandowie się nie zrazili tym, że nie mówimy po ichniemu. Dziś nadal wołają 'Goiedag' i mówią że ładna pogoda lub nie. Dziś mogę nawet odpowiedzieć, a nawet pogadać o czymś innym.

W grudniu podłączyli nam Internet i wreszcie mogliśmy pogadać z rodziną przez skype, użyć tłumacza google, poszukać lekarza, dentysty, dowiedzieć się czegoś o tym kraju i innych rzeczach. Dziś bez internetu jak bez nogi albo i gorzej, a my musieliśmy się bez niego obyć przez ponad pół roku w obcym kraju. Bez znajomych, bez języka, bez pieniędzy i bez Internetu. Nie było za łatwo, ale przeżyliśmy i to :-) Gdy tylko dopadłam kompa z Internetem zaczęłam opisywać wszystko, co nas spotyka dla rodziny, znajomych, dla potomności i nas samych. Tak urodził się ten blog. Z czasem zaczęli przychodzić tu ludzie, którzy tak jak i my wyemigrowali albo stoją przed taką decyzją, albo zupełnie przypadkowi. Niektórzy napisali do mnie i się bliżej poznaliśmy. Z niektórymi spotykam się od czasu do czasu w różnych częściach Belgii. Mamy tu całkiem sporo znajomych z Polski. Mamy też znajomych z innych krajów i z każdym dniem bardziej się zadomowiamy.

mężczyźni w kuchni
Nasz dom (choć wynajęty to póki co nasz) z czasem pomalowaliśmy,  wyrzuciliśmy meble zebrane w Brukseli z ulicy, zamieniliśmy na inne używane, ale tylko takie które nam się podobały i pasowały do nas.

Nie mamy w domu bogactwa, większość rzeczy dostaliśmy za darmo, inne dokupiliśmy za kilka centów w Troc i Kringwinkel, ale i tak patrzymy na naszą chatę z wielkim zachwytem, bo mamy dom marzeń. W kuchni spokojnie mieści się kilkanaście osób (sprawdziliśmy podczas urodzin dziewczyn, gdy kilkanaście domorosłych kucharek bawiło się jedzeniem).



Nasz salon jest większy niż całe mieszkanie w Polsce. Zmieściły się wszystkie nasze książki i filmy, jest gdzie postawić chabazie i gdzie zaprosić gości.


 Młode mają własne królestwa, które rządzą się własnymi prawami, czyli zwykle panuje chaos kontrolowany lub jak kto woli  twórczy nieporządek.


 To nasze trzecie ferie jesienne we Flandrii. Za nami kilka trudnych decyzji i wiele przygód , na plecach bagaż doświadczeń, na pyskach uśmiech, duma i zadowolenie z siebie, w serduchach miłość do siebie nawzajem i świata, przed nami nadzieja i kolejne cele do osiągnięcia oraz kolejne przygody.