9 grudnia 2016

Grudniowy sezon prezentowo-imprezowy

Tyle się mi zajęć nazbierało w ostatnich dniach, że nie było czasu siąść na dupie i spisać cotygodniowego sprawozdania w pamiętniku, czy jak kto woli na blogu. Teraz też nie mam czasu, ale bolą mnie plecy i sobie postanowiłam trochę posiedzieć przy kompie zamiast dokończać sprzątanie domu.
Co się działo w ciągu ostatnich dwóch tygodni? DUŻO!

W zeszłym tygodniu mąż miał imprezę w pracy, na której byliśmy obydwoje  wraz z Młodym. Było to święto świętego Eligiusza (Sint Elooi) patrona m.in. złotników, metalowców, weterynarzy i koniarzy. Miałam więc okazję poznać kolejnych kolegów męża. Był to bardzo przyjemnie spędzony wieczór - dobre wino, pyszne jedzenie, muzyka, sympatyczni, weseli ludzie. Wróciliśmy do domu trochę przed północą. Młody pierwszy raz był tak późno poza domem, prawie zasypiał na stojąco, ale bardzo mu się podobało, bo po pierwsze miał do zabawy rówieśnika, a po drugie impreza odbywała się w klimatycznej sali przy szkółce jeździeckiej, z widokiem na oświetlone pomieszczenie, gdzie młodzież jeździła na koniach i kucykach. Młody miłośnik koników  przesiedział sporo czasu z nosem przy szybie.

Następnego dnia byliśmy na spotkaniu z Mikołajem w bibliotece. Młody razem z innymi maluchami najpierw zrobił sobie szaszłyka z owoców, dał się zmienić w tygryska, potem spotkał się z autorką książek dla dzieci, a w końcu odebrał od Sinterklaasa worek ze słodyczami. Bardzo sympatycznie spędzony czas. Imprezy organizowane w tutejszej bibliotece publicznej wyglądają bardzo podobnie jak w tej w PL,  w której kiedyś pracowałam. O innych podobieństwach i różnicach pomiędzy tymi placówkami napiszę za jakiś czas. Na razie się przyglądam i zbieram informacje. W międzyczasie naprawiłam im poniszczone książki, która zalegały w magazynie. Zostało mi jeszcze tylko kilkadziesiąt komiksów do zszycia, ale myślę że w przyszłym tygodniu się z tym uporam. Zszywa się je tu dużym zszywaczem, do którego można zakładać zszywki różnej wielkości. Po czym grzbiet okleja się mocną  taśmą tekstylną. Nie jest to jakaś nowoczesna metoda, ale jak mówią inni belgijscy naprawiacze książek - póki co lepszej doraźnej  (i taniej) metody nie odkryto. Inne "rozsypane" książki skleja się bindownicą. Metoda szybka, wygodna i książki nadal ładnie wyglądają. Spodobały mi się natomiast taśmy samoprzylepne, które tu pierwszy raz używałam. Sprawdzałam, czy są w PL i są, ale kosztują 50-100 zeta za rolkę więc wątpię czy dużo bibliotek je używa. Są to taśmy papierowe - cieniutkie do sklejania rozerwanych kartek, których nie widać po przyklejeniu oraz trochę grubsze do przyklejania pojedynczych wypadniętych kartek. Główna ich zaleta - nie zmieniają koloru po jakimś czasie i zawsze można je odkleić po  lekkim ogrzaniu. Poza tym są taśmy tekstylne - grube do klejenia grzbietów i cienkie (coś jak lepiec z apteki na rolce) do wzmacniania okładki w środku. No ale odbiegłam (jak zwykle!) od tematu.



Podczas, gdy my bawiliśmy się w bibliotece, a dziewczyny tworzyły coś w Akademii Sztuk Pięknych Mikołaj zajrzał też do nas do domu i podrzucił kilka prezentów dla Trójcy. Młody dostał wymarzoną bazę Psiego Patrolu, Młoda trochę drobiazgów, w tym akcesoriów gimnastycznych. Nie wiem, czy wiecie, ale Młoda ostatnimi czasy dużo czasu poświęca na sport. Poza codziennym dojeżdżaniem do szkoły na rowerze (w te i nazad 14 km dziennie) prawie codziennie chodzi do lasu by tam pobiegać i pospacerować. Do tego każdego wieczoru uprawia w domu gimnastykę. Najstarsza też gimnastykuje się dosyć często, ale nie aż tak uparcie jak młodsza siostra.

Najstarsza dostała małą, szarą, puchatą kulkę, która zażera marchewki i gania po pokoju jak szalona.

Fluffy - bo tak kulka została nazwana - ma być dla córki mięciutkim przytulaśnym przyjacielem. Prawdziwych ludzkich przyjaciół na pewno nie zastąpi, ale być może trochę ogrzeje serducho.
 
Flafunia 💖
To jednak dopiero początek sezonu prezentowego. W tym tygodniu Młoda skończyła 12 lat. Zażyczyła sobie ulubiony tort bezowy z truskawkami, więc spełniłam jej życzenie. Trochę miałam wątpliwości co do truskawek o tej porze, ale się okazało, że były przepyszne, słodziutkie i pachnące jak w sezonie. 
Ponadto po powrocie z pracy (zanim Młode dotarły ze szkoły) na szybko udekorowałam kuchnię girlandą i balonami  (tylko czarne mieliśmy na stanie po halloween, ale ona lubi ten kolor), przygotowałam świece i kieliszki oraz szampana truskawkowego. Gdy przywiozłam Młodego ze szkoły, po wejściu do kuchni powiedział "o łał ale ciad!". Młodej też się spodobało. W prezencie dostała bon do sklepu Toys Temple. Kilka miesięcy temu powiedziała, że na następne urodziny chce bon do tej "świątyni". Jako że Mikołaj przyniósł jej niezbyt drogi prezent, w porównaniu z tym, co dostało rodzeństwo (taki zestaw króliczy - zwierzak, jego mieszkanko, żarełko itd - kosztował Mikołaja na pewno ponad stówę :-) ) postanowiliśmy kupić bon za 50€. Teraz tylko trzeba kogoś cierpliwego żeby z nią do tego sklepu poszedł, bo obawiam się że z kilka godzin może tam tkwić, zanim wybierze. To jest na prawdę wielki sklep.


torcik był pycha i zniknął w 5 minut :-)

W tym miesiącu jeszcze mamy urodziny Najstarszej no i święta. Nie ukrywam jednak, że lubię kupować prezenty najbliższym i robić im różne małe niespodzianki. Daje mi to wiele radości. To są ponadto wyjątkowo  magiczne chwile pełne ciepła i miłości, które w tym szalonym pędzie za pieniądzem, pracą i wiedzą są nam wszystkim bardzo potrzebne.

Nie ma jednak czasu by długo świętować. 14 grudnia zaczynają się bowiem testy na koniec trymestru, do których dziewczyny muszą się przygotować. Najstarszej trochę pomagam - poganiam, zachęcam, siadamy razem na dywanie i omawiamy poszczególne tematy. Młodsza nie chce pomocy - sama się uczy. Póki co przeglądnęłam raporty i z pierwszoklasistki jestem dumna. Jeszcze czekam na wywiadówkę, która będzie przed samymi świętami, ale wyniki są bardzo dobre. Bo czyż można narzekać na takie punkty w liceum po zaledwie 3 latach pobytu w Belgii? Tutaj mamy oceny procentowe (nie ma w BE takich ocen jak w PL), przedmioty po polsku to kolejno: religia, geografia, przyroda, historia, niderlandzki, francuski, matematyka, wf, technika, STEM, muzyka, plastyka. Pod spodem jest średnia Młodej i średnia klasy, w której większością są rodowici Belgowie. Jestem dumna z mojego dziecka, bo na te rezultaty bardzo ciężko pracuje. 

Oby tak dalej, a będą z niej ludzie. Druga córa ma wyniki różne - z jednych przedmiotów powyżej 90, z innych poniżej 40%. Matma utrzymuje się od początku na wysokim poziomie, teraz ponad 80%, bo nie wymaga znajomości obcego języka. Podobnie z przedmiotami artystycznymi typu muzyka, plastyka, moda. Reszta - że tak powiem - tak sobie. Teraz dużo zależy od wyników z testów, bo jeśli ma się słabe wyniki z trymestru to można napisać dobrze test i juz jest okej. Tak samo odwrotnie - jeśli ma się dobre punkty z pracy w ciągu trymestru to zawalenie testu nie jest problemem. Gorzej jak i tu i tu do dupy. Nie ma się jednak co martwić na zapas. Jeszcze sporo roku szkolnego przed nami i wszystko się może zdarzyć.

W tym tygodniu i ja wróciłam wreszcie do szkoły. Nawet nie wiecie, jak mi się nie chce jeździć na ten kurs. Uf. Aż się boję tych kilku najbliższych miesięcy. Znaczy, wiecie, sam kurs jako taki jest super - nauka nowych rzeczy i poprawianie błędów własnych daje mi wiele satysfakcji, możliwość poznawania nowych ludzi z całego świata jest ciągle niesamowite, te  6 godzin spędzanych co tydzień w szkolnej ławce jest bardzo przyjemne, ale niestety cholernie męczące. W normalny dzień chodzimy spać o 21, czasem nawet wcześniej, bo zmęczenie stało się naszym stałym towarzyszem. Tylko wyjątkowo człowiek dłużej posiedzi czasem, ale to na prawdę rzadko. Jednak z kursy wracam o 23 i mąż mnie odbiera za stacji, więc i on nie może się wyspać należycie przez dwa dni w tygodniu. We wrześniu było za mało osób na ten poziom, teraz jest za to dużo, bo aż 18 osób. Nie lubię dużych grup, ale jest nadzieja, że niektórzy będą mieć od czasu do czasu ciekawsze zajęcia niż udział w lekcji i nie będzie zawsze pełnego stanu, bo taka duża grupa to nic dobrego. Im mniej ludzi, tym prędzej się można czegoś nauczyć. W grupie są ludzie z całego świata - Europa, Azja, Afryka, Ameryka, Australia - będzie się można więc wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć. Poziom - jak zauważyłam już na pierwszej lekcji - jest bardzo różny, ale większość wygląda na takich którym zależy na nauce, więc myślę, że to będzie równie dobra grupa jak poprzednia. Nauczycielem tym razem jest facet z dużym poczuciem humoru, w grupie też już zauważyłam kilku dowcipasów, czyli rokowania na ten trymestr są dobre, a jak będzie to się okaże. Byle tylko sił starczyło na te dojazdy do Mechelen.

W międzyczasie poza biblioteką próbuję się trochę udzielać społecznie w szkole podstawowej. Wczoraj wieczorem kroiliśmy cebulę i pory do zupy cebulowej na coroczną  imprezę organizowaną przez szkołę pt:  "Kaas en wijnavond" (czyli wieczór wina i sera). Impreza odbywa się w sali parafialnej i jest to impreza dla wszystkich chętnych - dzieci i dorosłych, którzy mają ochotę wszamać i wypić coś dobrego oraz spędzić miło wieczór. Dochód przeznaczony jest oczywiście na Komitet Rodzicielski. Ponadto każdy uczeń dostał 2 cegiełki na wsparcie Komitetu o wartości 4€, których zakup jest dobrowolny, ale za  które można odebrać porcję jedzenia podczas imprezy. 
Impreza odbywa się przez dwa dni. Ja idę jutro wieczorem do pomocy. Raczej nie spodziewam się powrotu przed północą, bo na niedzielę sala ma być wysprzątana, a impreza trwa do dziesiątej. 

Ponadto jutro rano jeszcze lecę do roboty na 3 godziny, bo klientka w gipsie i nie mogę kobiecie odmówić pomocy w takich okolicznościach, zwłaszcza że mi za to przecież płacą. W międzyczasie nie zaszkodziło by też choć z chwilę posiedzieć na dywanie z podręcznikami do szkoły średniej :-) 

Z grubszych wydarzeń to by było na razie tyle. Teraz spadam na chwilę do książek, bo czas leci nieubłaganie, a nic samo się zrobić nie chce...