8 października 2017

Jak się jeździ rowerem elektrycznym i inne ciekawostki rowerowe.

Rowerowy dzwoneczek Młodego
W czerwcu zmieniłam biuro zabierając ze sobą wszystkich klientów. Dziś mogę rzec, że to była dobra zmiana. Wypłaty dostaję regularnie - pod koniec przepracowanego miesiąca otrzymuję na konto zaliczkę, na początku następnego miesiąca wpływa reszta wypłaty. Tak to można żyć i wydatki jakoś sensownie zaplanować, a nie jak z poprzednim biurem, gdzie wypłaty były co tydzień, co dwa z czego raz było to 100€, drugim razem 500, a trzecim razem 50 lub nic. Tym razem po 3 miesiącach dostałam umowę na czas nieokreślony, podczas gdy w poprzednim biurze przez 2 lata dostawałam umowy na miesiąc, bo zawsze coś było nie tak, no ale tak to jest jak człowiek nowy w systemie (w kraju w ogóle), a do tego nie zna języka i nie ma pojęcia niebieskiego  jak to wszystko działa ani tym bardziej jak powinno działać. Uczymy się powoli na błędach, uczymy...

To biuro pewnie też ma jakieś wady, jak wszytko na tej planecie, ale póki co jestem zadowolona. Poza regularnymi wypłatami a może nawet bardziej niż wypłatami zadowolona jestem z roweru firmowego, który odebrałam z biura po tygodniu od podpisania pierwszej umowy. Wcześniej nigdy nie miałam przyjemności przewieźć się rowerem elektrycznym, ba w Polsce nawet nie wiedziałam, że takie cuś w ogóle istnieje i że tylu ludzi na tym jeździ. W Belgii jeśli idzie o rowery to ludzie mają hopla (w Holandii ponoć jeszcze większego), a na ulicach można spotkać najdziwniejsze wynalazki. Na początku wielce fascynowały mnie głównie rowery z ogromnymi skrzyniami na zakupy albo do przewozu dzieci. No czad po prostu. Takim to i lodówkę można przywieźć ze sklepu a nie tylko zakupy jedzeniowe. Widziałam, jak ktoś wiózł w Mechelen.

rower do przewozu dzieci
rower do przewozu zakupów lub dzieci

inny rower towarowy
składak
Inny gatunek roweru, który bardzo mi się podoba, to składak. Pamietacie rower Wigry3, który składał się na pół? To coś w tym stylu, tylko składa się to w minutę, po czym można to nieść w jednej ręce bo jest wielkości i ciężaru pierwszej lepszej torby na zakupy. Składak można wziąć do pociągu czy autobusu bez specjalnego biletu czy kłopotu, co więcej można na nim siedzieć tam, bo tak jest skonstruowany, że po złożeniu staje się stołeczkiem.

Nie głupie są też te wszystkie torby i koszyki rowerowe. Takie wynalazki w Polsce też były od dawna, ale nie aż taki wybór jak tu w tym raju rowerowym. Torbę na rower ma tu chyba większość rowerzystów co najmniej jedną. Taka torba jest wielkości sporego plecaka i całkiem sporo się w niej mieści. W dwóch mieści się jeszcze więcej. Ja mam aktualnie dwie torby i spory kosz wiklinowy na kierownicy. Gdy wezmę plecak i skrzynkę, mogę załadować pełny wózek zakupów na rower. Wystarczy sensownie układać produkty i pamiętać, że pomidory czy chipsy nie mogą być na spodzie :-) Na ścieżkach widuję jednak ludzi, którzy mają jeszcze torby na przednim kole. Nie mam takich i nie wiem, jak sie je mocuje. One są raczej dla rowerowych turystów. Dla zwykłych ludzi wystarczają te zwykłe na bagażnik. Poza zakupami bardzo przydają się do przewożenia akcesoriów szkolnych typu strój na gimnastykę, jakieś materiały na technikę czy inne cuda, które trzeba akurat do szkoły przynieść a które do tornistra już nie wlezą. W torbach wozi się też akcesoria przeciwdeszczowe, które w tym deszczowym kraju są niezbędnym wyposażeniem każdego rowerzysty od przedszkolaka do emeryta. Tych akcesoriów też jest tu wybór taki, że głowa mała. Nie tylko parasole, kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Są też kapelusze i chustki, ochraniacze na buty, na plecaki i oczywiście na torby rowerowe (te akurat ja mam wbudowane w dno torby). Te gadżety są we wszystkich kolorach tęczy i z najróżniejszych materiałów jak folia pvc, tkaniny wodoodporne, gumy. Jednorazówek tu raczej nikt nie kupuje, zresztą nawet nie widuję takowych za często, bo zwyczajnie się to nie opłaca skoro co dnia może padać nawet jak o poranku niebo jest błękitne bez choćby jednej chmurki i często tak własnie jest. 

rowerowe taxi
Poza wynalazkami praktycznymi w sklepach znajdziemy tu mnóstwo innych bajerów. Jednym z bardziej popularnych, a w Polsce raczej nie spotykanych, są kwiatki na kierownicę. Takie szmaciaki sztuczne na druciku które zakręca się wokół kierownicy. My też sobie takie kupiłyśmy - rower od razu babsko wygląda i łatwiej go znaleźć na parkowiskach dla rowerów :-) 

parkowisko dla rowerów w Brugii na rynku
Chodnik w centrum Antwerpii - rowery są wszędzie
Nietutejsi nie wiedzą, co to znaczy parkowisko dla roweróww Belgii, a to znaczy że w jednym miejscu stoi np kilkaset czy kilka tysięcy rowerów w oczekiwaniu na swoich właścicieli. Tak, na parkingach rowerowych przy dużych dworcach kolejowych trzeba liczyć raczej w tysiącach. Przy szkołach w setkach. Roweradła (tak my nazywamy metalowe stojaki na rowery) są wszędzie i nigdy nie stoją tam na darmo. Poza szkołami i dworcami są przy wszystkich urzędach, sklepach, zakładach fryzjerskich, przy każdym prawie przystanku. Na stacjach kolejowych oprócz stojaków są też wieszaki na rowery, gdzie rower za koło się wiesza na haku.
roweradło pod szkołą podstawową (200 uczniów - 100 rowerów)

rodzice odbierają dzieci ze szkoły, po lewej wózek rowerowy
Z ciekawszych wynalazków rowerowych nie można zapomnieć o specjalnych wózkach dla dzieci i PSÓW! Wózek czy tez fotelik rowerowy dla dzieci pewnie każdy z was choć raz widział albo nawet ma własny, ale dla psów to w Polsce chyba nie są zbyt popularne,  tu i owszem. Całkiem sporo ludzi wozi pupile na rowerze w specjalnym koszyku albo we wózku (są też takie normalne wózki spacerówki dla piesełów ale o tym innym razem). 

I tu dochodzimy do rowerów elektrycznych. Przyznam że na początku pobytu w Belgii poczułam się lekko skonsternowana, gdy tak sobie zasuwałam moim starym rowerem ścieżką rowerową pod górkę i przeciwny wiatr i pot płynął mi ciurkiem po plecach, a kopyta odmawiały posłuszeństwa i tu nagle usłyszawszy  jakiś szum  z tyłu spoglądam i szczęka opada mi na asfalt, bo oto widzę, jak falanga staruszek na rowerach mnie wyprzedza bez większego wysiłku. Ki czort tym babciom dal tyle powera? Ano okazało się, że powera im dała bateryjka zamocowana sprytnie na rowerku i zupełnie nie rzucająca się w oczy. Kurde, pomyślałam, że taki rower to ja bym chciała mieć, by wozić zakupy, no i na dojeżdżanie do roboty, która okazała się bardziej energiożerna niż mi się z pierwa wydawało. Wyguglowałam sobie i wyszło że taki tańszy elektryczny rower to bagatela tysiąc ojro. Może kiedyś - powiedziałam sobie i dopisałam elektryka do listy życzeń do spełnienia.

tu mój rower jeszcze nowiutki


Życzenie spełniło się jednak zupełnie przypadkiem, gdy postanowiłam zmienić biuro. Okazało się, że w tym biurze pomoce domowe mają do wyboru czeki żywnościowe lub pakiet zdrowotny, czyli ubezpieczenie szpitalne, dentystyczne oraz rower elektryczny z 2-letnim darmowym serwisem i ubezpieczeniem od pecha (kapeć, pęknięty łańcuch itp). Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć na początku, że tak zupełnie gratis dają pracownicy rower, no ale jak się okazuje dają i gratisowe serwisowanie z dojazdem do klienta również. Trzeba było wyregulować hamulce - wysłałam mejla i już za dwa dni przyjechał pan i zrobił co trzeba. Gdybym złapała kapcia w drodze, to przyjadą natychmiast i zrobią albo - w poważniejszych kłopotach z rowerem - zabiorą rower do naprawy a mnie odwiozą do domu. Gicio. (nota bene takie ubezpieczenie w Belgii (obejmuje kraje Beneluxu) kosztuje 60-100€ na rok od rodziny i jak ktoś dużo roweruje to polecam to się tu nazywa FIETSBIJSTAND, można wyguglować: 

Jeżdżę na moim elektryku 4 miesiąc, przejechałam już prawie 1000 km (bez kilku kilometrów jak na dzień dzisiejszy). Zatem mogę już coś na temat tej jazdy powiedzieć. Do każdego nowego roweru trzeba się przyzwyczaić i z każdym trzeba się zgrać, ale z elektrycznym jest to trudniejsze niż ze zwykłym. On jest szalony. Trzeba się nauczyć, że startuje się z niskiego biegu, bo jak człowiek zapomni na czym siedzi to może zostać zrzuconym przez tego rumaka. No, może nie zrzuconym, ale startowanie z kopyta to nie jest zdecydowanie najlepszy pomysł. To samo przed skrzyżowaniem czy innym miejscem, gdzie trzeba zwolnić lub się zatrzymać - trzeba pamiętać o zmianie biegu jak w samochodzie, bo kto normalny stratuje z trójki? Cholibka, takim rowerem się trzeba nauczyć jeździć. Nauczyłam się już, ale chwilę to trwało. 

Wiem już też, że używanie największego, w tym wypadku 5 biegu piorunem zużywa baterię, gdy jednak jeżdżę na 3 to spokojnie mogę jeździć cały tydzień. No chyba że piździ... Tak, okazuje się że jazda pod wiatr jest też bateriożerna, co niby logiczne, ale kto by się nad tym zastanawiał, gdy jedzie z wiatrem. Baterię można ładować na rowerze albo można ją wymontować (łatwo i szybko) i ładować w domu. Jak się rozładuje w drodze to trudno, trzeba jechać bez wspomagania. Idzie ciężej niż na zwykłym rowerze, ale da się jechać w razie co i to najważniejsze.

Tyle biorę spokojnie na mój rower, gdy nie mam skrzynki na bagażnik ani plecaka :-)
Tak czy owak na takim rowerze jeździ się fantastycznie. Niby trzeba pedałować cały czas, żeby jechało, ale to jest tak jakby człowiek z górki jechał ciągle, nawet jak de facto pod górę zasuwa albo na ten przykład pod wiatr. Jazda zatem jest niemęcząca, ale to ciągle rower - ciągle człowiek jest w ruchu słysząc wiatru świst w uchu i oddychając świeżym powietrzem, a ja to właśnie lubię, nawet jak pada (co nie znaczy że czasem pogoda mnie nie wkurza, bo co innego 2 dni deszczu a co innego 2 miesiące non stop).

Oczywiście, jak ktoś wsiada na rower po to by spalić kalorie, zażyć relaksu przejeżdżając przy niedzieli 10 km raz na miesiąc i to w ładną pogodę,  czy po to by się wyżyć to zdecydowanie kupowanie takiego roweru mija się z celem. Jednak jak ktoś lubi rowery jak ja, ale poza tym zapieprza fizycznie jak dziki osioł albo zwyczajnie musi codziennie daleko dojeżdżać przewożąc przy tym różne ciężkie rzeczy, czy też np ma już bardzo dużo lat albo problemy zdrowotne, ale lubi być w ruchu, to ten rower jest akuratnym wynalazkiem.

Oto Młoda ze swoim rowerkiem i tornistrem
Właśnie rozważamy zakup takiego roweru dla Młodej na dojazdy do szkoły. Bo wiecie, fajnie się jedzie na rowerku w krótkich porteczkach przy słonecznej niedzieli. Można nawet 30 kilosów przepedałować i ani się nie zauważy - relaksik, przyjemność, radość. Inna jednak sprawa, gdy bez względu na aurę i porę roku człowiek musi wsiadać na rower i kręcić 7-20 kilometrów. Wiecie jak wygląda jazda rowerem do szkoły/roboty w zimie? Termometr wskazuje dajmy na to minus 5 czy 0 stopni, leje jak z cebra, wieje jak by się kto powiesił - jednym słowem plucha. Dla pewności człowiek wychyla łeb przez drzwi i sprawdza, czy aby z bliska to inaczej nie wygląda. Brrrrr. Na normalne ubranie zakłada grubą bluzę i kurtkę, na to jeszcze portki i kurtkę przeciwdeszczową, jeśli zwykła kurtka może przemoknąć. Do tego rękawiczki, czapka i co tam się jeszcze znajdzie. Przywiązuje swój 10kilowy tornisterek, czy torbe roboczą  do kosza na bagażniku i wyrusza. Przez pierwszy kilometr zimno jak diabli, potem zaczyna się rozbić coraz cieplej od pedałowania - im bardziej pod wiatr i pod górę tym szybciej się ociepla. Po 4 kilometrach rozpina się kurtkę, po 7 zsiada się z roweru z kurtką na kierownicy, czyli mokrym zarówno od deszczu jak i własnego potu. Ani w szkole, ani w mojej robocie nie ma możliwości kąpieli, czyli cały dzień człowiek musi sie kisić we własnym pocie i być może czasem lekko podśmierdywać. Niefajnie c'nie? Poza tym - jako się rzekło - rowerownie to czynność wyczerpująca fizycznie, a tu lekcje się się same nie wysłuchają ani nie nauczą, robota się sama nie zrobi, a jeszcze do domu trzeba wrócić wieczorem i tam dalej się uczyć lub pracować, a bywa że to i to. Najlepiej jednak jak pogoda jest taka jak np teraz - rano 10 stopni, deszcz i wiatr a po południu 20 i słonecznie. Wieź pół szafy ubrań na bike'u razem z plecakiem i zakupami. No jak wielbłąd.

Czekamy na wyprzedaże końcoworoczne, bo może i elektryki będą w jakiejś dobrej cenie i może się uda jakoś z kasą wyrobić, by ułatwić dziecku życie, kto wie.

A jak tam u was z rowerowaniem?












1 października 2017

Jaki był wrzesień i co wniósł nowego w nasze życie?

Nie piszę ostatnio zbyt często, bo nie mam czasu. Znaczy nie to że w ogóle, ale po prostu poświęcam wolne chwile na co innego niż pisanie. Poza standardowymi rozrywkami typu pranie, sprzątanie, mycie okien, czy gotowanie próbuję spędzać więcej czasu z poszczególnymi członkami rodziny, zarówno w grupach jak i z każdym z osobna, bo wiecie, oni z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy potrzebują pobyć z 'mamą'. Stanowisko matka - jak zapewne Wam wiadomo - wymaga wysokich kwalifikacji i ogromnego zaangażowania. Matka jest nie tylko kucharzem, sprzątaczką i praczką. Matka musi też być lekarzem, psychologiem, detektywem, mediatorem, zoologiem, pedagogiem, powiernikiem, meteorologiem, a nawet wróżką czy tam wszystkowiedźmą. Do matki ciągną wszyscy z każdym prawie problemem, bo nawet jak matka nie wie, co robić, to wie kto może wiedzieć no i musi wiedzieć, że taki problem w ogóle jest.  

Nie ma co ukrywać, czasem jest trudno. Mimo że wszystko ogólnie układa się  i funkcjonuje bardzo dobrze, to czasem pojawiają się zgrzyty i trzeba dokonać przeglądu maszyny, naprawić, podokręcać, naoliwić... Kto ma czuwać nad prawidłowym funkcjonowaniem rodziny jak nie matka? :-) Zatem jak matka postanowi se zrobić wakacje i przegapi pierwsze zgrzyty, maszyna może po  chwili wypaść z torów albo całkiem się rozsypać, a wtedy weź to napraw i pozbieraj do kupy...

Nie no, spokojnie, bez przesady... tak na prawdę matka nie jest żadnym superbohaterem. Jeśli pozostali członkowie rodziny nie będą współpracować i się udzielać, pomagać i wspierać wzajemnie to i tak się wszystko posypie i będzie kicha. Bez wsparcia i pomocy ze strony taty i dzieci nic by z tego nie wyszło. 

U nas  jest ta specyficzna sytuacja, że jesteśmy rodzinką sklejaną i czasem jest nam troszkę trudniej niż zwykłym rodzinom. Z każdym rokiem jest łatwiej, z każdym miesiącem lepiej się wszystko dociera i mniej zgrzytów na tej płaszczyźnie się pojawia, ale czasem jeszcze wyczuwam pewne bariery. I tak, bardziej są to bariery niż zgrzyty czy jakieś konflikty. Jednakowoż trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że mimo wszystko jest super. Od pierwszych dni było super. Nigdy nie pojawił się żaden poważny konflikt na lini ojczym-pasierbice (bosszzz kto wymyślił te słowa? NIGDY ich nie używałam i używać nie zamierzam, bo tak są ohydne). Było jednak sporo ...niuansów, których pewnie nikt patrzący z boku nigdy nie zauważył, ale ja matka i żona bardzo wyraźnie odczuwałam te drobne zgrzyty, które nota bene dla mnie związanej z wszystkimi emocjonalnie były bardzo bolesne. Mało tego, bardzo trudne do usunięcia, bo to delikatne kwestie o których trudno się rozmawia, a do tego związane z uczuciami, które są częstokroć niezależne od ludzkiej woli i rozumu. Miłość, nienawiść, gniew, strach, zazdrość, tęsknota, smutek, radość... uczucia, nad którymi trudno zdobyć władzę rozumowi, a które mogą rozwalić najlepiej zaplanowany system, co oczywiście niekoniecznie musi mieć negatywne skutki, ale czasem może...

Ja jestem tym dziwnym typem, który cały czas analizuje swoją sytuację i otoczenie. Nie to że jakoś specjalnie się nad sobą rozczulam, użalam czy zachwycam (choć się zdarza chłe chłe, szczególnie to ostatnie) Zwyczajnie analizuję. Zawsze próbuję zrozumieć i odkryć, co i dlaczego poszło nie tak, gdzie popełniliśmy błąd i jak z tego teraz wybrnąć. O dziwo to zwykle działa i wielce pomaga. Jedyna wada tego zboczenia, to nieodłączne analizowanie postępowania innych, zupełnie obcych ludzi - zajmuje czas a mało się przydaje.

Po ostatnich wakacyjnych analizach (2 tygodnie byłam tylko z Młodym i sporo rozkminiłam) wyszło mi, że mało czasu poświęcam każdemu z osobna i może trzeba by coś z tym zrobić. Do męża napisałam mejl, bo to jedyna sprawdzona metoda wyjaśnienia wszystkiego na raz. Potem można wszystko na spokojnie omówić i przedyskutować.  No wiem, że dla większości z Was wydaje się to tyle samo głupie co śmieszne, ale my nie jesteśmy Wami. My napisaliśmy do siebie dziesiątki, jeśli nie setki długich mejli, w których rozmawialiśmy o wszystkim od muzyki i literatury poprzez pogodę, do osobistych uczuć oraz upodobań erotycznych. My poznaliśmy się bardzo dokładnie za pomocą listów zanim pokazaliśmy sobie wzajemnie swoje pyski. My jesteśmy nietypowi i nieprzeciętni (jak kto woli dziwni) wszyscy razem i każde z piątki z osobna. A nieprzeciętni używają niecodziennych metod :-) Mejl oczywiście zadziałał tak jak tego oczekiwałam, czyli stał się przyczynkiem do wielogodzinnych dyskusji i rozważań oraz podjęcia działań poprawiających wzajemne relacje rodzinne (złe nie były, ale zawsze mogą być jeszcze lepsze). Nie wiadomo, czy poprawianie się uda, ale na pewno warto próbować coś zmienić a już zrozumienie problemu to połowa sukcesu - tak myślę.

Odkryliśmy np że można by zacząć nadrabiać pewne zaległości, czyli np pójść od czasu do czasu na randkę tylko we dwoje, co przez 8 lat znajomości nigdy nie miało miejsca, bo matki małych dzieci nie chadzają nigdzie bez tych dzieci. Teraz dzieci są wystarczająco stare, by mogły obyć się dwie godziny bez nadzoru rodziców. Nie chodzi tu o to że od razu kolacja przy świecach w drogiej restauracji, ale kurcze, nawet na zakupy odzieżowe sobie pojechać tylko we dwoje to bardzo fajna sprawa. Nikt nie jojczy że się nudzi i chce do domu ani nie naciąga na kolejną parę kolczyków. Człowiek może sobie pooglądać na spokojnie ubrania w swoim rozmiarze, przymierzyć i zapytać małżonka o opinię. Mój facet jest dość nietypowy - on lubi zakupy odzieżowe i lubi mi pomagać wybierać ubrania, szczególnie te, których nie ogląda nikt poza nim... 

Postanowiłam też pochodzić na randki z moimi dziećmi, żeby z nimi pobyć na osobności, pogadać o dupie maryni i zwyczajnie fajnie spędzić czas we własnym gronie.

Nie dawno dokonaliśmy wielkiego odkrycia. Odkryliśmy kino w okolicy, w którym jak się okazało bilety są dużo tańsze niż w dużych wypasionych kinach. Po zapłaceniu dwa razy po 70€ za wizytę w jednym ze znanych kin odechciało nam się rodzinnych seansów. W małym kinku bilety są dużo tańsze a kino to kino, nie ważne czy ma  2 sale czy 20. W wakacje byłam z Młodym na Cars3. Trochę nudna ta bajka, ale przeżyłam. We wrześniu Młoda wyciągnęła mnie na horror według Kinga pt It (Coś). Miałam obawy, czy ludzie nie będą dziwnie patrzeć, że matka idzie z dzieckiem na horror, ale się okazało, że mnóstwo małolatów było (film był dozwolony od 12 lat). W ogóle to pierwszy raz w życiu stałam w kolejce po bilety do kina, która kończyła się na chodniku przed kinem. Z pięć minut później pewnie byśmy już nie weszły, bo już i tak trzeba było szukać wolnego miejsca na sali. Oglądałam większość ekranizacji Kinga i każda mi się podobała. Ta też całkiem fajna do oglądania. Nie jakoś strasznie straszna ani nie makabrycznie makabryczna - ot taka w sam raz, także dla 12latki lubiącej horrory, bo w sumie to film o nastolatkach z kilkoma dobrymi elementami humorystycznymi. Potem zaliczyłam jeszcze bajkę o emotikonach z całą Trójcą. Tata nie pisze się na kreskówki, bo one są po niderlandzku bez napisów. Normalne filmy są w oryginale z napisami po francusku i niderlandzku. Mnie i dziewczynom to rybka. Dla Młodego jednak tylko bajki po niderlandzku a dla taty tylko filmy po angielsku. Emotikony są bajką dla nastolatek. Młody się trochę nudził i jak opustoszył paczkę chipsów zaczął standardowo wyczyniać cuda z poddupnikiem (podwyższenie dla maluchów) i pytać kiedy zapalą światło. Mnie też jakoś nie powaliła ta bajka, jakoś tak średnio ciekawa dla matek. W planach na ten miesiąc Trójca ma Lego Ninjago. Myślałam, że na to tylko Młody będzie chciał iść, bo nie dawno dostał parę książek w tej tematyce i się przyjęło,  a tu niespodzianka - dziewczyny są fankami bajek o gadających klockach i już pytają w który dzień idziemy... Ja nie jestem legofanką, ale chyba pora to zmienić hehe.
Na randkę rodzicielską jeszcze nie wybraliśmy seansu na ten miesiąc, bo jakieś same ckliwe bajeczki albo produkcje tutejsze (po niderlandzku), Batman i Gwiezdne Wojny już mi się dawno temu przejadły. Morderstwo w Orient Expres wydaje się dobrym pomysłem, ale czas pokaże, co z tego wyniknie. 

Tymczasem gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi atrakcjami i rozrywkami udaje nam upchnąć takie mało ważne zajęcia jak chodzenie do szkoły, do roboty i te wszystkie zabawne zajęcia domowe.

Najstarsza chodzi do nowej szkoły, z której jest bardzo ale to bardzo zadowolona. Kierunek moda okazał się bardzo trafnym wyborem. Wreszcie robi to co lubi. Większość lekcji stanowią zajęcia kreatywne - projektowanie, szycie, plastyka. Poza tym ma po godzinie angielskiego i francuskiego oraz informatyki tygodniowo oraz PAV, czyli projekt przedmioty ogólne. Ten przedmiot zawiera w sobie niderlandzki, matmę, historię, geografię, przyrodę i wszystko co pod "ogólne" upchac się da. Mają tego kilka w tygodniu ze swoją mentorką, która niestety nie wpadła w oko naszej córce do tego z wzajemnością. Nie polubiły się, co wróży nam znowu kłopoty, no ale nie martwię się na zapas i czekam cierpliwie na pierwszą wywiadówkę, która już w tym miesiącu przed feriami jesiennymi. Dowiemy się wtedy czy szkoła jest równie zadowolona z naszej córki jak ona ze szkoły. Panie od projektowania i mody (szycia) chwalą ją od samego początku (już po tygodniu nauki na wieczorze informacyjnym powtarzały, że pięknie rysuje i że widać talent). Najważniejsze że póki co lubi szkołę i chodzi tam z wielką chęcią i uśmiechem na twarzy. Widzę, że bardzo się stara sprostać szkolnym oczekiwaniom nawet u nielubianej nauczycielki. Choć jako typowy introwertyk i typowy artysta ma spore problemy z ogarnianiem rzeczywistości. Wspieram ją cały czas, przypominam, o czym sama nie zapomnę i poganiam. Jest dobrze i coraz lepiej. Jest już chyba z górki, ale trzeba być, czuwać i pomagać.
Do tej nowej szkoły jest od nas fantastyczny dojazd. Rano pociąg jest co pół godziny i jedzie raptem 10 minut. Tyle samo zajmuje jej dotarcie rowerem na stację. Po lekcjach też od razu ma pociąg i też w razie co, następny za pół godziny. Bomba.

Młodsza buntowniczka często jest bardzo emo (trochę chyba celowo ale sporo zupełnie niezamierzenie z powodów dorastania i szaleństwa hormonów) i teraz ona wymaga najwięcej uwagi, cierpliwości i wsparcia. Ma nową klasę, bo wszystkie pierwsze klasy pomieszali i nie trafił jej się nikt ze starej klasy. Ona jest zadowolona z tego tytułu. Ta gromada jest jednak tak samo hałaśliwa jak poprzednia, a Młoda od małego nie lubiła hałasu w szkole. Pamiętam, jak wychowawczyni opowiadała nie raz jak to ta malutka chudziutka drugoklasistka krzyczała na dryblasów z szóstej czy nawet gimnazjum by zamknęli pyski i przestali ganiać, bo ją to denerwuje. Skarży się non stop na ból głowy i zmęczenie, a na samą myśl o szkole ma mdłości i zawroty głowy. Ciężki mamy czas. Sytuacji nie poprawia ilość nauki i obowiązków szkolnych. Oni tu mają w liceum na prawdę niezły zachrzan. Nie ma tygodnia bez testu, a bywa że po 3 i 4 dziennie mają. Mnóstwo zadań domowych i mnóstwo nauki z każdego przedmiotu. Ona lubi się uczyć, jej w ogóle nigdy niczego nie muszę przypominać. Sama zadba o wszystko i wszystkiego dopilnuje. No wiadomo, zapomnieć się zdarza coś od czasu do czasu albo zwyczajnie oleje i odwali po łebkach jakieś zadanie domowe, gdy ma gorszy dzień, ale to przecież normalna ludzka rzecz. Dźwiga też dzielnie codziennie ten swój cholernie ciężki plecak. Kipling robi wielkie tornistry szkolne i faktycznie wszystko się do nich mieści razem z laptopem. To wszystko waży razem 12 kilo. Ważyłam! Wyobrażacie sobie codzienne dojeżdżanie 7 kilometrów rowerem do szkoły z dwunastokilowym plecakiem? Deszcz, wiatr, skwar - Młoda pedałuje. Tak samo jak czyni to większość jej tutejszych rówieśników. Oczywiście nie zawsze tornister waży 12 kilo, czasem tylko 7, ale czasem jeszcze trzeba worek ze strojem na w-f dołożyć do bagażu. Kupiliśmy jej taki specjalny duży koszyk na bagażnik i gumy do przypinania, bo normalnie to ramiona jej prawie odpadały po tej trasie i hopkania na dołkach. Teraz jedzie się łatwiej, ale trzeba uważac przy wietrze bo z takim obciążeniem z tyłu można łatwo dać się powalić na glebę z rowerem.
A mówią, że dzieci to gówno wiedzą o życiu, obowiązkach i ciężkiej pracy. Taa, ja zapieprzam fizycznie 25 godzin tygodniowo, myję czyjeś kible, zbieram brudne majtki i skarpety po pokojach, praca to nie lekka i nie zawsze przyjemna, ale nie zamieniła bym tego na chodzenie do szkoły, nawet jakby mi płacili za to, że tam chodzę. Szkoła to kawał ciężkiej roboty, nie tylko dla nauczycieli., a dorastanie to jedno z trudniejszych doświadczeń życiowych zarówno dla nastolatka jak i rodziców.

Młody tymczasem zaczął ostatnią klasę przedszkola a weekendy chodzi na taniec. Po drugich zajęciach polubił i chodzi z ochotą. Opowiada do jakich jego ulubionych utworów tańczyli danego dnia i potem szuka ich na swoim jubjubie (youtube). Ma totalnego hopla na punkcie muzyki a to co wybiera z yt czasem mnie powala. On trafia przypadkiem na różne rzeczy i jak coś się spodoba, to słucha do znudzenia i tańczy. Kiedyś odkrył jakiś koncert gitarowy i mówił, że ta gitara to jest superowa. Dziś znalazł Beethovena, popatrzył chwilę, wstał i zaczął dyrygować. Przedszkolak zachwycony utworem Dla Elizy oraz Odą do radości :-) Niezły aparat z tego naszego syna hehe.
 Dorósł też do nauki. Najpierw zaczęła się jazda na na liczenie. Nauczył się sam przy pomocy YT liczyć do 20 w trzech językach (pl, nl i ang). Potem przyszła pora na dodawanie. Gdy kupiliśmy tablicę, wymyślił zabawę w liczenie i katuje nią tatę. On pisze działania dla taty, tata pisze dla niego. Każde dodawanie musi się składać z 3 liczb (np 7+5+3=?) Sprawnie liczy w zakresie 15, do dwudziestu też daje radę. Nie dawno zafascynował go alfabet. Puszcza z YT piosenki o alfabecie i inne filmiki o literach po polsku i już trochę liter zapamietał. Swoje imię umie napisać od dawna i pierwsze litery naszych imion.
Cieszy mnie to, bo za rok będzie mu łatwo wystartować w pierwszej klasie.




10 września 2017

Po co małolatowi konto w banku?

zdjęcie ze strony: https://www.finder.com.au
Dziewczyny - jak chyba większość ich rówieśników - dostają systematycznie kieszonkowe. W podstawówce dawaliśmy im po 5-10€, teraz dostają trochę więcej, bo zarówno potrzeby jak i możliwości trochę urosły. Przyglądam się, co one robią z tymi pieniędzmi? Sporo wydają na jedzenie (kanapki, napoje w szkole, chipsy, słodycze w weekendy), trochę odkładają (no, przynajmniej jedna) na coś grubszego. Jak się dojeżdża do szkoły, dobrze mieć trochę własnej gotówki w razie co.
Ostatnio wymyśliłam, żeby założyć im konta w banku. W Belgii już 10latek może mieć własne konto z własną kartą. Dziecko dostaje też tego dinksa do obsługi konta przez Internet. Może zatem korzystać z bankomatów i płacić w sklepach (zarówno na terenie Belgii jak i za granicą, o dziwo dzieci mają te usługi często za darmo) oraz robić zakupy przez internet. Każdy bank ma oczywiście trochę inne warunki i zasady, ale ogólnie funkcjonuje wszystko podobnie.

Pojechaliśmy kiedyś całą piątką do banku, w którym mamy wspólne konto. Okazało się, że możemy załatwić to bez wcześniejszego umawiania się - zalety banku w małej wsi. Miły pan zaprosił nas do swojego gabinetu, po czym przytargał skądś krzesła dla wszystkich swoich klientów. Wszak nie co dzień zwala się mu do gabinetu cała rodzina :-)

W naszym banku wymagana jest zgoda rodziców do założenia konta, ale my tylko podpisywaliśmy na końcu dokument razem z córkami. Natomiast całą rozmowę urzędnik prowadził z dziewczynami. Wszystko im dokładnie tłumaczył i wyjaśniał. Pytał ich, co chcą, a czego nie. Zaproponował im też konta oszczędnościowe, by mogły zbierać kasę na coś grubszego, co Młodej bardzo się spodobało. Zatem mają od razu po 2 konta. Dostały też jego wizytówki i kazał im dzwonić w razie pytań. Bank bardzo sobie ceni takich młodych klientów ...no cóż, może dziś będą mieć na koncie tylko drobne kieszonkowe, ale za kilka lat będzie już poważna wypłata - tak sobie pomyśleliśmy, gdy urzędnik pomaszerował na zaplecze i przytargał stamtąd prezenty. Dziewczyny mogły wybrać pomiędzy słuchawkami a power bankiem, a Młody, choć jeszcze konta nie zakładał, dostał domino z Bumbą. Dziecko to przecież potencjalny dorosły klient i trzeba go zachęcić do korzystania z tego a nie innego banku w przyszłości.
Zakładanie konta to poważna sprawa, ale nie obeszło się bez  żartów i wygłupów. Pokazując nowym klientkom na papierze i wyjaśniając co do czego, pan doszedł do numeru konta i mówi: "ten numer rozdajecie jak najszybciej rodzinie i znajomym, i mówicie żeby każdy coś tam wpłacił". 

Do 18 urodzin naszych pociech mamy nadzór nad ich kontami, ale każda z nich dostała swoją kartę do mądrej ściany i ten dinks do bankowości elektronicznej (podpis elektroniczny), czyli mają pełną władzę nad swoimi kontami.

Karta przyszła pocztą. Po załatwieniu formalności w banku dziewczyny musiały zadzwonić pod wskazany numer i podać PIN, który wymyśliły dla swojej karty, co było dla nich dosyć stresujące - to taka pierwsza poważna sprawa załatwiona samodzielnie. Za dwa dni przyszła pocztą karta i trzeba było w ten sam sposób ją aktywować. 

Teraz możemy już kieszonkowe wpłacać na konto, a one niech robią z tym co chcą. Każda ma ten bank i bankomat po drodze do szkoły, więc mogą sobie wybrać od razu wszystko albo uczyć się powoli płacić kartą. Niech uczą się korzystać z wynalazków techniki i zarządzać pieniędzmi. Może kiedyś dzięki temu będzie im łatwiej wkroczyć w dorosłość. Wiedza i umiejętności na pewno im nie zaszkodzą :-)

Posiadanie karty płatniczej i własnego konta przez dziecko nie jest jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, jednak dla nas starych wychowanych w  całkiem innych realiach technologicznych pewne rzeczy są niesamowite i niecodzienne, przeto cieszymy się z takich dupereli.

Młode też się cieszą. Wczoraj pierwszy raz zapłaciły kartą za swoje artystyczno-słodyczowe zakupy (w Belgii można kartą nawet 2€ zapłacić, rzadko są ograniczenia do 10 czy 15 €, choć zdarza się). Trochę zdenerwowania było przy tym. Czy ze stresu się PINu nie zapomni? Czy wszystko zadziała jak należy? Ja parę lat temu podobne pytania sobie zadawałam jako świeży posiadacz karty płatniczej. Wszystko zadziałało. Potem zatrzymałyśmy się koło mądrej ściany, by zapoznać się z obsługą tego cuda w praktyce. Bankomat okazał się też być dosyć przyjazny i wszystko już teraz wiadomo. Zapłacenie kartą (lub wybranie pieniążków w bankomacie) aktywuje bankowość elektroniczną, więc i z tym mogły się dziewczyny zapoznać w domu. Udało się zalogować korzystając z podpisu elektronicznego i sprawdzić, ile jest na koncie.

Tak oto kolejny krok na drodze do dorosłości został zrobiony.

A wy co myślicie o zakładaniu kont bankowych małolatom?

Młody tym czasem zaliczył pierwszą lekcję tańca. Od dawna obserwujemy, że ma niezły słuch muzyczny i poczucie rytmu. Po jednym przesłuchaniu przypadkowej piosenki, która mu wpadnie w ucho, potrafi ją zanucić. Nawet jak jest w obcym języku i musi wymyślać tekst to melodię oddaje idealnie. Ponadto giba się od razu do każdej skoczniejszej nuty. Wymyśliliśmy, że trzeba go zapisać na jakieś tańce albo granie, bo szkoda by się taki talent marnował, ale nie wiedzieliśmy jak on na taki pomysł zareaguje.

Akademia muzyczna dostępna jest od pierwszej klasy, więc o tym ewentualnie można pomyśleć za rok, ale taniec dla przedszkolaków mamy w sąsiedniej wsi, w tamtejszym przedszkolu i postanowiliśmy spróbować. Pierwsza wzmianka na temat tańca spotkała się z reakcją negatywną, bo
- To jest dla dziewczynek. Nie chcę. - Cholera, czas dlachłopcówdladziewczyn się zaczął...
- Pojedziemy tylko zobaczyć...
- To sobie jedźcie. Ja się nigdzie nie wybieram - Pomyślał by kto, że to małe gówienko ma dopiero pięć lat? Takie teksty...

Nie to nie. Dałam mu spokój. Za parę dni jednak po przemyśleniu sprawy sam oświadczył, że jednak chce zobaczyć ten taniec. Ba, nawet zapodał z jubjuba jakąś minionkotechniawę i pokazał, jak będzie tam tańczył. To był pokaz breakdance :-)

Na pierwszej lekcji jednak nie zapodali odpowiedniej muzy. Trzeba było tańczyć do K3 (tutejszy DZIEWCZYŃSKI zespół dla dzieci), Frozen (taaaa Dorcio musiał być Elzą, ale był tez Olafem), na szczęście był też Plop. Uff!

Na początku lekcji był okropnie zdenerwowany i przestraszony. Inne dzieci podobnie. Pani, a w zasadzie młoda dziewczyna, ma jednak podejście do dzieci i szybko nawiązała kontakt z maluchami. Po paru minutach już dobrze się bawili. Powtarzanie ruchów i kroków za panią Młodemu wychodziło całkiem dobrze, podobnie jak innym starszakom. Maluchy ze smoczem bowiem jeszcze nie do końca ogarniały, o co chodzi. Niektóre nawet nie dały się odczepić od mamusi, tylko przyglądały się całej akcji z bezpiecznych kolan mamusinych lub babcinych.

Pod koniec lekcji Młody zgłosił, że już nie chce tańczyć. Dobrnął jednak dzielnie do końca lekcji. Całą drogę do domu był na nie. Jednak gdy odpoczął, zmienił zdanie.
- To ja jednak będę chodził na te balety, bo to jest fajne.
Ech, te dzieci.

Dziś dokonałam oficjalnego zapisu przez internet z nadzieją, że nie wydałam 90€ na darmo i że Młody nie zmieni zdania i po kliku lekcjach nie zacznie się buntować na "balety", które z baletem nie mają wiele wspólnego. Siłą go tam wozić nie zamierzamy, bo to ma być przyjemność a nie mus. Co do jednego Młody miał rację, że to dla dziewczynek - faktycznie większość tej grupki przedszkolaków to dziopy,  a szkoda. Zobaczymy, co z tego wyniknie.



3 września 2017

Parada kwiatów (bloemencorso). Czy warto się wybrać na takie wydarzenie?

W Belgii bardzo popularne są wszelakie parady, przemarsze, festyny, jarmarki i cała masa innych cyklicznych imprez. Każda gmina ma jakieś swoje tradycyjne uroczystości i wydarzenia. W większości można uczestniczyć zupełnie za darmo. Tak jest właśnie w przypadku bloemencorso, czyli parad kwiatów, a raczej rzeźb kwiatowych.

Parady te odbywają się w wielu miejscowościach. Jedną z nich jest parada w Sint Gillis Dendermonde, która odbyła się dziś w mojej okolicy. To już 67 edycja tej imprezy. Tym razem tematem były "kontynenty".

Przemarsz trwał około 1,5 godziny i było na co popatrzeć - kwiatowe rzeźby, grupy taneczne, szczudlarze, orkiestry z różnych części Belgii. Na początku przejecheły odpowiednio przystrojone samochody sponsorów imprezy, którzy u uciesze licznie zgromadzonych dzieci rozdawali balony, bańki mydlane, słodycze, kolorowanki, ołówki, długopisy itp. 

Policja pilnowała porządku, a kretynów na całym świecie nie brakuje i tu też co niektórzy musieli akurat gdzieś jechać wtedy, gdy ulice były już zamknięte. Na pewno nie wiedzieli o tym, że dziś jest ta impreza skoro wszędzie wiszą banery i w każdym sklepie leżą ulotki a impreza odbywa się po raz 67 z rzędu co roku o tym samym czasie... Tja.  Na końcach ulic były ustawione kolce, żeby przypadkiem jakiś Belg-z-tłem-migracyjnym-niemający-nic-wspólnego-z-islamem nie próbował rozjeżdżać ludzi. A taki debil jeden z drugim krąży samochodem w te i wewte mimo opierdolenia przez policjantkę, bo przecież jak ma beemwu (tocożestare) to już nie musi mieć mózgu... Mam nietolerancję na debilizm, nic nie poradzę, muszę o tym napomknąć.

Zrobiłam telefonem trochę zdjęć, które wam tu zaprezentuję. Jak uważacie że zdjęcia są fatalnej jakości, to wybierzcie się koniecznie na taką imprezę i obejrzyjcie na własne patrzały te cuda i dziwy. Każda figurka i figura wyklejona jest żywymi kwiatami. Niektóre to po prostu arcydzieła. Każda rzeźba kosztowała na pewno dużo czasu, pracy  i cierpliwości wielu ludzi oraz miliona kwiatów.

Jakby kogo interesowało jak oni robią te cuda, niech zerknie tu:  http://www.kleinebloemenstoet.be/about/hoe-bouw-ik-een-wagen
strona jest po niderlandzku ale są obrazki (i google translate) :-)

No a teraz moje obrazki:


dają balony!!!!!!!
















szczudlarze


















Młody siedzący wraz z innymi dziećmi na chodniku

























Zrobiłam kilka zdjęć po zakończeniu parady, bo myślę, że dla wielu z Was (szczególnie tych nie mieszkających w Belgii czy Holandii) może być interesujące, że w tym kraju na imprezy wszelakie, zakupy, do kościoła, szkoły itd itd spora część (jeśli nie większość) ludzi przybywa rowerem.
Zatem przestańcie się dziwić i w ogóle ciągle ochać i achać czy łapać się za głowę, że ja tak tym rowerem do pracy jak przygłup dojeżdżam. W tym kraju to jest standard, najnormalniejsza normalność i oczywista oczywistość. Tylko w tak bogatym kraju jak Polska wszędzie musi się jechać samochodem, nawet jak szybciej można dojść na nogach ;-) Pozdrawiam niniejszym wszystkich miłośników rowerowania i dreptania.

Gdy w Belgii kończy się impreza, ludzie wsiadają na rowery i jadą do domu.

dużo ich tam jeszcze na tych rowerach...?

kolce antyterrorystyczne :-)