3 grudnia 2017

Rodzina znowu się powiększyła, bo kłopotów nigdy za wiele :-)

W tym roku postanowiliśmy ubrać choinkę zaraz na początku grudnia, a nie w samą Wigilię czy też dzień przed, jak robiliśmy dotychczas. W Belgii choinki rozbiera się zaraz po Nowym Roku, nie stoją do Gromnicznej jak w PL, więc jest - jak na mój gust - trochę mało czasu, by nacieszyć się tym ładnym, magicznym choinkowo-świątecznym okresem. Stąd taki dziwny pomysł, by wytargać drzewka ze strychu zaraz po 1 grudnia, co właśnie dziś uczyniliśmy. Ubraliśmy trzy choinki - 2 duże i jedną malutką. Nie mówicie mi, że to zawczasu, bo jeden z dalszych sąsiadów zaświecił choinkę i dekoracje okienne zaraz po wszystkich świętych, czyli jakiś miesiąc temu i świecą się non stop od tego czasu. Mistrz po prostu :-) Stwierdziliśmy jednogłośnie, że to musi być wielki wielbiciel Bożego Narodzenia. 

Mikołaj też do nas przyszedł wcześniej w tym roku, bo chyba się domyślił, że w środę nikt nie ma czasu odpakowywać rano prezentów, gdyż matka musi zdążyć do roboty na ósmą, a wcześniej jeszcze podrzucić berbecia do przedszkola. Prezenty podrzucił zanim dzieci wróciły ze szkoły i zostawił w salonie. Młody był bardzo miło zaskoczony, bo rano obliczył, że jeszcze kilka dni do wizyty Mikołaja, a tu taka niespodzianka. Tylko trochę był zawiedziony, że żadnej zabawki nie dostał, bo LEGO to LEGO a nie żadna zabawka. No a koszulki bez obrazków? Dziwne. No i ten Mikołaj to jest zabawny, dwie takie same skarpetki mu przyniósł. Z tego ostatniego stwierdzenia rżeliśmy jak głupki, choć wiedzieliśmy że Młody miał na myśli dwie pary takich samych skarpet :-) 
Poza ubraniami Młody dostał to o czym marzył i mówił od dawna, czyli "moriski", zwane przez innych ludzi świnkami morskimi albo kawiami. Niezadowolenie z prezentu było na szczęście tylko pozorne, w dużej mierze spowodowane brakami z listy życzeń, na której był np monster truck Blaze i gumki (takie gumowe kolczaki do budowania różnych rzeczy, które non stop reklamują w tv). Drugim powodem niezadowolenia było zwyczajne piątkowe zmęczenie, bo przedszkole to też niezły zachrzan dla takiego malucha wbrew temu co się niektórym dorosłym wydaje. W piątkowe wieczory Młody jest zawsze wyraźnie wypompowany i zniechęcony jak stary po całym tygodniu roboty. Tyle tylko, że Młodemu się o wiele szybciej akumulatorki ładują. On już po godzinie jest naładowany, podczas gdy my starzy po całym weekendzie jeszcze nie bardzo. 

Sara
Jak tylko pochłonął hamburgera, nastrój się naprawił i Młody zabrał się za odpakowywanie klocków. Po zbudowaniu rzeczy zawartych w instrukcji, dołączył klocki do reszty kolekcji LEGO i zainteresował się  zwierzaczkami, które w tym czasie już się trochę oswoiły z nowymi dźwiękami i zaczęły wystawiać nosy ze schowanka. Bardzo szybko doszedł do wniosku że to chłopczyk i dziewczynka (choć w rzeczywistości są to chyba 2 samiczki - sprawdzimy jak się już dadzą brać na ręce) i wybrał dla nich adekwatne imiona: Sara i Niko. Potem wypytał o wszystko. Co lubią jeść? Czy będziemy je wypuszczać z klatki? Czy będzie mógł je głaskać i brać na ręce? Czy będzie sam mógł je karmić? Powiem Wam, że mając na uwadze jego niecierpliwość, trochę się obawiałam, czy nie będę musiała cały czas pilnować go razem z jego "moriskami". Okazuje się jednak, że moje obawy były zupełnie niepotrzebne. Młody ma serce i rękę do zwierząt tak samo jak najstarsza siostra. Świnki zamieszkały w jego pokoju i dziś już wiem, że są tam z nim bezpieczne sam na sam. Siedzi koło klatki i bawi się klockami (dorósł do LEGO nie dawno, choć kilka zestawów z prezentów zalegało w pokoju od dawna, tak dopiero teraz budowanie wciągnęło go na dobre) i kątem oka obserwuje swoich podopiecznych buszujących coraz śmielej po swojej klatce. Co jakiś czas ciągnie kogoś do wspólnego przyglądania się lub karmienia jego bobosiów. 

Od rana, jeszcze jak było ciemno, przypominał o listkach dla zwierzaków. Poszliśmy jak tylko się rozwidniło. W tygodniu chodzę po ciemku, bo tu jak jest pochmurno to się jasno koło ósmej dopiero robi, ale zbieranie roślin na macanego to nie jest najlepsze, co się człowiekowi może przytrafić. Na tej łączce oprócz trawy, babki, koniczyny i mniszków rosną też pokrzywy, a ja nie lubię zrywać pokrzyw gołymi rękami za bardzo. Zreszrą wątpię, czy królik by to jadł. Ostatnie dni padał śnieg i trochę podmroziło, więc rano musiałam odmrażać liście dla królika, ale dziś już pada deszcz, więc zielonki dla naszego zoo nam raczej przez zimę nie zabraknie. Belgijski klimat ma swoje zalety :-)

Sara i Niko
Przez dzień Młody też nie zapomniał o swoich pupilach. Co chwilę dopomina się o jakiś przysmak dla nich. Nie to, że cały czas je karmi, ale jak on zgłodnieje, to myśli że świnkom też by coś dał. Deszcz nie deszcz musiałam zakładać kalosze i iść po obiecane gałązki dla świniaków.  Zapamiętał też, że świnki bardzo lubią cykorię i przed południem już przewracał w lodówce, by zanieść ten przysmak świniaczkom. Nie wiem, czy wiecie, ale cykoria to bardzo zdrowe warzywo zarówno dla ludzi jak i zwierzaków. Świnki je uwielbiają. Zaś w Belgii ci tego dostatek, bo cykoria jest tu bardzo popularna. Zresztą o ile mi wiadomo, to właśnie Belgowie odkryli tę roślinę na nowo (jej walory zdrowotne znane już były w starożytności), zaczęli ją masowo uprawiać i rozprzestrzeniać po Europie. Cykorię najczęściej tu chyba zapieka się z boczkiem lub szynką i serem, z cykorii robi się różne sałatki, bardzo popularna jest też kawa z cykorii - taki jakby odpowiednik naszej zbożowej kawy Inki, tyle że Inka smaczniejsza :-) Cykorię zajadają też tutejsze świnki morskie (ich właściciele często o tym piszą w necie). Królik też je, ale nie rzuca się na to jak na mleczyki (mniszki), jabłuszka czy winogron Nasza Fluffy ma świra na punkcie winogronu - uwielbia, choć nie dostaje go dużo bo mam wątpliwości, czy to by było dla niej dobre. Gałęzie też uwielbia wszelakie. Wczoraj przyciągnęłam taką dwumetrową gałązeczkę, która wiatr ułamał z topoli. Do wieczora zostały z niej tylko drzazgi - pracowite to stworzenie.
Flafunia pomaga w porządkach domowych

Oswajanie świnek potrwa jeszcze pewnie kilka dni. Póki co jedna - Sara już swobodnie buszuje po klatce, nie boi się. Druga - Niko jeszcze trochę się wstydzi i każdy najdrobniejszy ruch powoduje, że znika błyskawicznie w domku. 

Jak żyję 40 lat, tak nigdy nie miałam do czynienia ze świnką morską, a trzeba wam wiedzieć, że w naszym domu zawsze było istne zoo. Przez 40 lat przewinęło się w moim domu 8 psów nie licząc potomstwa Gapy i Mrówki (Bobik, Reksio, Gapa, Misiek, Misiek, Raiden, Mrówka, Szrek) i niezliczona ilość kotów (bywało i po 10, bo na wsi były potrzebne do walki ze szczurami, ale też często ginęły w pysku lisa, kuny lub pod kołami samochodów), 4 chomiki (1 brata, 1 siostry, a potem 2 kolejne moich córek), szczurek Killer (te dzikie się nie liczą), rybki (akwarium taty i akwarium brata), papużki faliste (hodowałam je kilkanaście lat, a pierwszą parkę dostałam, gdy byłam niewiele starsza od Młodego), żółwik Adolf, króliki - Max i Luna a teraz Fluffy, no i papużka nimfa Summer (aktualny przyjaciel Młodej). Nie wiem dlaczego nigdy nie trafiła do nas świnka morska? To superowe stworzenie - już to widzę (w końcu mam jakby trochę doświadczenia w hodowli różnych stworzeń). Śmieszy mnie ich sposób poruszania - chodzą prędko (jak błyskawica) ale kanciasto, czyli ze zrywami. Dziewczyny mówią, że chyba im system laguje :-) Fajniaste są i słodkie. Już je wszyscy lubimy. 

Nie jeden się pewnie zastanawia, po cholerę nam tyle zwierząt w jednym domu? No to wam powiem. Po pierwsze dla mnie dom bez zwierząt jest strasznie pusty, surowy i smutny. No zwyczajnie niepełny. Po drugie każdy lubi mieć towarzystwo, przyjaciela, kogoś do przytulania. Mamy siebie nawzajem. Ale nie ma z nami babci, dziadka, wujka, cioci, kuzynki ani kuzyna. Nie ma nikogo.  Nie ma do kogo pójść, przed kim się wyżalić, ponarzekać, przytulić, gdy mama czy tata za bardzo ględzi. Nie ma się z kim pobawić, komu zrobić prezentu na urodziny, nie ma się o kogo troszczyć. Dlatego dobrze mieć choć takiego puchatego, włochatego czy pierzastego małego kumpla, do którego można pogadać, którego można pogłaskać, na którego można popatrzeć, który jest zawsze w pobliżu i który okazuje swoje oddanie, dzięki któremu czuje się człowiek zawsze potrzebny. Jeśli nie zaznaliście nigdy samotności, to pewnie nie wiecie, ile znaczy dla człowieka obecność takiej małej istoty, a znaczy bardzo wiele. Sama na własnej skórze doświadczyłam tej ludzko-zwierzęcej przyjaźni i poczułam jej moc. Dziś obserwuję dobroczynny wpływ tej magii na moje dzieci. Bo choć...
"Dla całego świata możesz być nikim, ale dla kogoś możesz być całym światem" - Antoine de Saint-Exupery.

Ponadto dziecko posiadając podopiecznego, uczy się cierpliwości, troski, odpowiedzialności, empatii, wrażliwości. Naturalnie pod warunkiem, że sam dorosły nie traktuje zwierzaka jako zwykłej zabawki.  Jeśli dla kogoś żywa istota jest zabawką, powinien jednak ograniczyć się do klocków i pluszaków...
Fluffy, jako asystent sprzątaczki :-)

Dla nas dorosłych to też odpowiedzialność i dodatkowe obowiązki oraz dodatkowe wydatki, ale moim zdaniem warto poświęcić te parę centów i pare minut, bo myślę, że to się zwróci i to z nawiązką. Czy radość w oczach dziecka i jego szczęście ma jakąś cenę, której nie warto by było zapłacić? Czy nie warto poświęcić tych paru minut i paru euro, by pomóc własnemu dziecku stać się odpowiedzialną, wrażliwą i troskliwą istotą? 
pod łóżkiem pani jest bezpiecznie 

Nasze życie jednak na zoo się nie kończy. Zwierzakami zajmujemy się i cieszymy tylko porankami, wieczorami i w weekendy oraz w wakacje. Poza tym musimy wszyscy ciężko pracować. Nic się pod tym względem specjalnie ostatnio nie zmieniło. Mnie tylko godzin pracy co jakiś czas przybywa, a to wiąże się niestety z coraz rzadszą obecnością porządnego obiadu w naszym domu, bo jak wszyscy wrócimy o 17 do domu to nie bardzo ma sens zabierania się za gotowanie czegokolwiek, bo nikt nie będzie czekał o głodzie godzinę na żarcie, zwłaszcza że o dwudziestej pierwszej kładziemy się spać, a wcześniej młodzież musi odrobić lekcje i pouczyć się, my też tam zawsze jakieś obowiązki mamy do wykonania, a odpoczynek też jest niezbędny, gdy żyje się w takim rytmie. Czasem gotuje się na dwa dni, czasem ratuje gotowcami lub frytkami. Zdarza mi się gotować lub podgotowywać coś rano, ale to nie jest proste nawet jak się wstanie o piątej. Jest mi coraz ciężej ogarniać rzeczywistość. Nie chodzi tu tyle o czas, co o samopoczucie. Gdzieś mi się ostatnio zgubiły mój niekończący się optymizm i pozytywna energia. Dupa. Czarna dupa. Jestem dobrym psychologiem dla innych. Wiem jak wspierać innych i wyciągać ich z doła. Cieszę się i jestem dumna, że mam ten dar, bo przecież jestem mamą Trójcy ze skłonnością do pakowania się w kłopoty i często mi się to przydaje. Tyle tylko, że jak ja nie mam chwilowo (mam nadzieję) powera to i innym pomóc nie mogę, czyli dupa. Czarna dupa. Jestem w czarnej dupie i tym razem nie mam pomysłu na to jak sie z niej wydostać. Albo inaczej - nie chce mi się chcieć. Nie mam siły do walki ze sobą, do szukania pomysłów. Jestem w ciul zmęczona psychicznie. Fizycznie też, choć mniej. Dętka. Od jakiegoś czasu cierpię na bezsenność i to jest być może przyczyna zmęczenia. Wielce prawdopodobne, że  winne są hormony (te które mam od natury i te które biorę dodatkowo) i nie długo będę testować inne bajery. Niestety doktorka nie może mi zagwarantować czy to pomoże i czy jak pomoże to nie pogorszy tego co wcześniej naprawiło, a serio nie wiem co lepsze - zmęczenie spowodowane przez bezsenność i inne skutki uboczne pigułek czy zmęczenie spowodowane 14 dniową obfitą miesiączką...? Różnica po byku. W takich sytuacjach czuję, że mam faktycznie te 40 lat, czyli  jestem stara i maszyna się zaczyna psuć, a części zamiennych już nie produkują dla tego rocznika :-) 

A może po prostu zwyczajnie mój organizm w ten sposób reaguje na stabilizację i względny spokój. Jako się rzekło - wyszliśmy wreszcie na prostą ze wszystkim. Dogadujemy się z ludźmi, rozumiemy Belgię z grubsza, mamy pracę i zarabiamy wystarczająco by nie martwić się za co przeżyć kolejne dni. Dziewczyny odnalazły się w szkołach i radzą sobie dobrze i coraz lepiej,  ciągle do przodu. Już się o nie nie martwię, bo już wiem, że sobie poradzą. No, drobne problemy ciągle są i wypadało by jeszcze od czasu do czasu się przyłożyć, poświęcić te pół godziny dziennie, ale kurde nie chce mi się, nie mam sił... Robię to rzadko. Niby nauczyciele mówią, że nie muszę pomagać dziewczynom, ale ja wiem, że pomoc by mogła przyśpieszyć postęp. Nie mam oczywiście na myśli odrabiania lekcji za nie czy coś, bo tego nie potrzebuje żadna z nich. Potrzebują jednak czasem przypomnienia, ponaglenia, symbolicznego kopa na rozpęd. Najstarszej pomaga wspólne zaglądanie do książek, ale taaak mi się nieee chceee że tylko czasem się do tego zmuszę. Choć codziennie planuję, że "jutro muszę z nią przysiąść", ale zwykle kończy się na pogadaniu o szkole przy obiadokolacji czy śniadaniu i na przypomnieniach o lekcjach... Najstarsza jednak mówi, że raz, dwa razy w tygodniu w szkole spotyka się z panią, którą jej przydzielili (nie dawno powstało takie jakby nowe stanowisko - ondersteuner, "wspieracz"(?) - o taką osobę może poprosić szkoła dla konkretnego ucznia i ta osoba przyjeżdża do szkoły by pomagac temu uczniowi w nauce, w radzeniu sobie z życiem szkolnym, po prostu ma wspierać go). Ondersteuner mojej córki organizuje dla niej specjalne lekcje dodatkowe, na których pomaga jej w nauce niderlandzkiego i francuskiego. Podobno jej to dużo daje. No, w każdym bądź razie córka jest bardzo zadowolona z tej pomocy i z tej pani. Nie długo mamy kolejne spotkanie w domu z panią z poradni i tym "ondersteunerem". Tak, okazuje się, że nie zawsze rodzic musi jeździć na spotkania z poradnią czy innymi mądrolami. Równie dobrze mogą oni się pofatygować do rodzica. Podoba mi się to rozwiązanie, zwłaszcza, że nic mnie to nie kosztuje, a mają bardzo ciekawe pomysły do zaoferowania. Nie dawno byłam na spotkaniu w szkole, gdzie poza w/w paniami był też dyrektor, mentorka i leerlingbegeleider (to jakby odpowiednik polskiego pedagoga szkolnego połączony z funkcją sekretarki i pośrednika w relacjach uczeń-nauczyciel). Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy na temat możliwości belgijskich szkół i po raz kolejny przekonałam się, że szkole na prawdę zależy na dobru ucznia a nie tylko dobru systemu (choć to jest dla nich b. ważne) i mogą efektywnie mu pomóc. Może na tym nowym spotkaniu będą mi kazali coś porobić z córką, bo to by mnie mogło zmotywować do działania... Może... Może samej mi się uda wydobyć z tej czarnej dupe w końcu. Może opowiedzenie o tym mi pomoże - czasem pomaga. 

Na koniec taka historia, która mnie rozbawiła, choć pewnie rozbawić nie powinna, gdybym była bardziej normalna (biorąc pod uwagę kryterium powszechnej normalności, bo ja mam swoją własną normalność i ona z tym kryterium się nie specjalnie pokrywa).

Przychodzi Młoda ze szkoły któregoś dnia i mówi - Sorry, że tak późno, ale musiałam zostać po lekcjach za karę, bo się pobiłam z chłopakiem.
- No ja pierdzielę, Ciebie puścić między ludzi - śmieję się - Czyli, że kopnęłaś go czy co?
- Nie, to on mnie kopnął, a ja mu oddałam bo co mnie będzie kopał jak mu nic nie zrobiłam... No i zaczęliśmy się bić. Ludzie się oczywiście zaraz zlecieli i zaczęli kibicować. No i przez nich nauczyciel to zobaczył i rozgonił ich a nam kazał iść do klasy i musieliśmy zostać po kozie za karę, ale uwagi nie dostałam.

Po czym pochwaliła się odniesionymi siniakami i zadrapaniami. To serio musiała być regularna nawalanka i nie mogę sobie tego wyobrazić bez pochichrania się. 

To jest sytuacja z cyklu "nie wiadomo, śmiać się czy płakać". Co innego bowiem dowiedzieć się, że siedmiolatek pobił się z kolegą, a co innego usłyszeć tę opowieść od córki, która już przerosła własną matkę. 
Jak człowiek, znaczy rodzic powinien zareagować w takiej sytuacji? Ochrzanić? Niby dlaczego, skoro to nie ona zaczęła? Dziś ją ktoś kopnie, jutro popchnie, a za kilka lat będzie pozwalać by facet ją lał systematycznie i znosić to pokornie, bo "dziewczyny się nie biją", bo "kobiety są posłuszne". 
Nie byłam przygotowana na taką sytuację i musiałam szybko myśleć. Nie ochrzaniłam, nie wyśmiałam, choć uśmiech szeroki na ryju zagościł. Powiedziałam tylko, by spróbowała unikać takich sytuacji, nie prowokowała i trochę próbowała panować nad agresją, bo tamten kopniak prawdopodobnie nie pojawił się bez powodu - ona ma dość cięty język i lubi komentować rzeczywistość... 
Po kilku dniach zapytałam o tego kolegę i ogólne nastroje w szkole po tym wydarzeniu. Kolega (z innej klasy) boczy się ponoć na nią, dostał metkę "damski bokser" (czyli z młodzieżą ogólnie wszystko w normie). Na nią nikt się nie gniewa, dostała metkę "agresywna baba - nie zaczepiać", czyli jest dobrze. 


16 listopada 2017

School- en studietoelagen - zasiłek dla ucznia, jak to się załatwia przez internet?

Pewnie większość osób mieszkających tutaj wie, że uczniom we Flandrii należy się jednorazowy zasiłek szkolny. Ze szkoły zazwyczaj dają we wrześniu papierki do wypełnienia i wszyscy (oprócz mnie) wiedzą, co się z tym robi. Ja na początku nie miałam żółtego pojęcia o jakimkolwiek dodatkowym zasiłku, a dokumenty z napisem "school- en studietoelage" mówiły mi tyle samo co instrukcja obsługi telewizora napisana krzaczkami po chińsku. W kolejnym roku już wiedziałam, że jakiś zasiłek co prawda istnieje, ale nauczona wieloletnim doświadczeniem z Polski, że pracującym rodzicom niczego nie dają (darmowe jest dla tych co im się nie chce robić) tutaj przy TAKICH zarobkach nawet nie myślałam o tym by się starać o cokolwiek... Po przeżyciu w PL 35 lat nie łatwo uwolnić się z myślenia po polsku... "No proszę pani, 1200 złotych na trzy osoby to przecież spory dochód, oczywiste chyba że się nie należy żaden zasiłek, no co z tego że pani sama wychowuje dwoje dzieci, trzy osoby to trzy osoby, no proszę pani, my rozumiemy, że jak nie ma na leki to trudna sytuacja, ale pani brat przecież pracuje, były teść ma bardzo wysokie zarobki, rodzice mają dochody z każdego hektara no co z tego że nic nie sadza, z pola zawsze jest dochód czy się sadzi czy nie -tak tu mamy napisane przecież... no proszę pani my nic nie możemy, musi pani lepiej zarządzać pieniędzmi i wtedy pani wystarczy na wszystko... " Tak było w PL i  dobrze, że już mnie to nie dotyczy i  żywię nadzieję, że już nigdy, przenigdy nie będę mieć do czynienia z tamtejszymi ośrodkami pomocy społecznej jak ci nie zaszkodzili to już pomogli :-/

Wróćmy jednak do tematu. W związku z tutejszym zasiłkiem na początku obawiałam się oczywiście,  że nie poradzę sobie ze zrozumieniem i wypełnieniem dokumentów... tu też polskie myślenie, że do każdego najgłupszego zasiłku trzeba złożyć setki dokumentów wyżebranych w najróżniejszych urzędach i tyleż samo najróżniejszych zaświadczeń, poświadczeń, atestów, pozwoleń, pieczątek, podpisów wójta, komornika, sklepowej, proboszcza, lekarza, nauczyciela, listonosza  i szkolnej sprzątaczki, a na koniec po 3 miesiącach i tak dostanie się orzeczenie odmowne. Tutaj wszystko w obcym języku, jak człowiek sobie pomyślał, że będzie musiał przez to przechodzić to wolał zostać przy tym, co ma bez żebrania. Jak się nie zna języka, trzeba żebrać o pomoc u obcych ludzi, a ja tego nie lubię i robię to tylko jak jest zagrożenie życia lub zdrowia.

W zeszłym roku było mnóstwo ważniejszych problemów i teraz wiem, że dobrze, że nawet nie starałam się o szkolny zasiłek, bo i tak musielibyśmy go oddać. Warunkiem bowiem jest chodzenie do szkoły, nie wolno wagarować, a u nas po kilkanaście nieusprawiedliwionych nieobecności. Skąd tyle? A to autobus nie jechał, a to kapeć w rowerze rano, a to problemy psychologiczne (dorastanie, stres, emigracja...). Zeszły rok był chyba najtrudniejszym jak dotąd etapem na emigracji dla nas wszystkich. Tymczasem jedyne ważne usprawiedliwienie może wystawić lekarz, a lekarz kosztuje czas i pieniądze. 

W tym roku jednak postanowiłam zaryzykować, bo już chyba wyszliśmy na prostą. Młode chodzą przykładnie do szkoły (nie licząc nieobecności z powodu zapalenia uszu, gardła i grypy żołądkowej no ale to przyroda)

We wrześniu dostałam dokumenty do zasiłku ze szkoły i zobaczyłam, że stoi tam, iż można to wypełnić przez internet przy użyciu czytnika dowodów lub innego rodzaju podpisu elektronicznego. Dla mnie bomba, bo jakoś z komputerem zawsze mi łatwiej się dogadać niż z człowiekami.

Poczytałam wpierw na stronie http://studietoelagen.be/ , co muszę mieć i jak to działa.

Okazuje się, że potrzebne są tylko (w standardowych przypadkach):
czytnik kart eID  (elektronicznych kart, czyli dowodów) ✓
dowód osobisty ✓
PIN do dowodu ✓
numer konta bankowego IBAN ✓

Wszystko to mam.

W niestandardowych przypadkach potrzebne są ponadto różne dokumenty i skaner, bo jako załączniki dołącza się skany dokumentów.

Jak wygląda wypełnianie prośby o zasiłek szkolny przez internet?

Łatwizna. Jest kilka (dokładnie cztery) stron do poklikania. Najpierw wkładamy jednak dowód do czytnika i podajemy PIN. Po potwierdzeniu zaczynamy wypełnianie dokumentu elektronicznego.

Na pierwszej stronie uzupełniamy dane osobowe. Maszyna ma już niektóre. Uzupełnić należy adres e-mail, oraz numer konta bankowego.

Na drugiej stronie trzeba ewentualnie oświadczyć (jeśli takie mamy plany), że w bieżącym roku nasze dochody będą niższe, co robi się np w przypadku bezrobocia lub choroby, które to zdarzenia losowe przytrafiły nam się właśnie w tym roku.
Trzeba też podać kwotę ewentualnych otrzymywanych alimentów na dzieci.

Na trzeciej stronie trzeba zaptaszkować osoby (komputer odczytuje z dowodu dane całej naszej rodziny), dla których się ubiegamy o ten zasiłek. Przy każdej osobie, wybieramy z listy szkołę (kleuteronderwijs, lageronderwijs, secundaireonderwijs, hogeschool... - przedszkole, podstawówka, średnia, wyższa...)

Na czwartej stronie dodajemy ewentualne załączniki (w pdf zapewne). Załączniki potrzebne są dla sytuacji:
- dziecko mieszka w internacie
- dziecko wynajmuje mieszkanie
- dziecko jest ohajtane
- pobieramy alimenty na dziecko
- otrzymujemy dochody z zagranicy (czyli spoza Belgii)
- dziecko uczy się lub jest zameldowane poza Flandrią

Ja nie dodawałam żadnych załączników, bo żadna z tych sytuacji nie ma miejsca. Klikanie zajęło mi około 5 minut. Po czym pojawił się komunikat, że zgłoszenie zostało przyjęte i poinformują mnie o decyzji.


Po kilku dniach otrzymałam mejlem potwierdzenie z urzędu, że otrzymali zgłoszenie i będą je rozpatrywać, czyli zbierać i sprawdzać dane.

Po 3 miesiącach, czyli nie dawno, otrzymałam 3 mejle - dla każdego dziecka osobny - o przyznaniu zasiłków na poszczególne dzieci wraz z informacją jak oni obliczyli, ile nam się należy. Mejl zawierał też informację o  wpłaceniu pieniędzy na moje konto. I tak na przedszkolaka dostaliśmy prawie 100€, na szkolniki ze szkoły średniej po około 300€, czyli całkiem fajna kwota się uzbierała. Słowem opłacało się poświęcić te 5 minut :-)

W przyznawaniu tego zasiłku bierze się pod uwagę różne kryteria - dochody, narodowość i czas zamieszkania w Belgii oraz szkołę. Uczeń musi uczyć się w pełnym wymiarze godzin (w Belgii jest np możliwość łączenia pracy z nauką) i nie może opuszczać.

Jeśli ktoś jeszcze nie starał się o ten zasiłek, na pewno warto spróbować.

Oczywiście nie musi się tego robić przez Internet (choć jest to bez wątpienia najłatwiejsza i najszybsza metoda) można też wypełnić formularz papierowy (można wydrukować ze strony, gdyby szkoła nie dała) i wysłać pod adres:

Afdeling Scol- en Studietoelagen
Koning Albert II-laan 15
1210 Brussel

Najlepiej zrobić to przed 1 czerwca 2018 roku, ale formalnie można do końca 2018 roku.

Na stronie informują, że jak ktoś już raz otrzymał ten zasiłek to w kolejnym roku dostanie automatycznie powiadomienie i zapytanie o zgodę na zajęcie się tą sprawą (czyli sprawdzenie naszych danych osobowych w różnych instytucjach w celu ewentualnego przyznania i obliczenia zasiłku). No pożyjemy, zobaczymy, ale w tym kraju wiele rzeczy jest robione automatycznie. Sporo urzędów samodzielnie potrafi zdobyć potrzebne informacje, bo już zajarzyli, że internety i telefony są po to by z nich korzystać a nie na ozdobę biura jak czasem było w Polsce. Kurde  nawet z sąsiedniego pokoju to petent musiał osobiście dokumenty pójść przynieść i one musiały być koniecznie na papierze i to specjalnym z milionem pieczątek, a potem wszyscy biadolili że kolejki wszędzie a biedny urzędas nie ma czasu kawy nawet wypić...

5 listopada 2017

Jak polubiłam komputery i dlaczego dziś mnie wkurzają?

Co jakiś czas, gdy szukam czegoś w necie przypomina mi się stara prawda na temat forów internetowych. Tym, którzy od niedawna w sieci przypomnę stary żart.

Wiecie, ilu forumowiczów potrzeba by wymienić żarówkę?

Jednego - aby zmienić żarówkę i napisać, że żarówka została zmieniona,
czternastu - którzy podzielą się podobnymi doświadczeniami przy zmienianiu żarówki i napiszą o tym jak inaczej można było to zrobić,
siedmiu - którzy ostrzegą o niebezpieczeństwach grożących przy zmianie żarówki
jednego, który przeniesie temat do działu "Oświetlenie",
dwóch, którzy zaczną się kłócić i przeniosą to do działu "Elektryka",
siedmiu, którzy wytkną błędy gramatyczne/ortograficzne w postach na temat wymiany żarówki,
pięciu, którzy pojadą tym, co wytykali błędy,
trzech, którzy poprawią te błędy,
sześciu, którzy będą się kłócić, czy pisze się "żarówka" czy "rzarówka",
sześciu, którzy powiedzą im, że są głupi,
dwóch profesjonalnych elektryków, którzy poinformują wszystkich że mówi się "lampa",
piętnastu wszechwiedzących, którzy twierdzą że siedzieli w tym temacie i mówi się "żarówka",
dziewiętnastu, którzy napiszą, że to forum nie jest o żarówkach i powinno się to przenieść do forum o żarówkach,
jedenastu, którzy obronią temat mówiąc, że wszyscy używają żarówek, więc temat pasuje,
trzydziestu sześciu, którzy będą debatować, która metoda zmieniania żarówek jest lepsza, gdzie kupić żarówki, jakiej marki i które są wadliwe,
siedmiu, którzy podeślą linki, gdzie można zobaczyć różne przykłady żarówek,
czterech, którzy napiszą, że te linki nie działają i podeślą nowe,
trzynastu, którzy zacytują kilkanaście postów pod cytatami pisząc: "Ja też", "Zgadzam się",
pięciu, którzy napiszą, że odchodzą z forum, bo nie mogą dłużej znieść kontrowersji wokół żarówek,
czterech, którzy napiszą, że "BYŁO!",
trzynastu, którzy napiszą, żeby "szukać" zanim napisze się kolejne pytania o żarówki,
jednego, który zrobi mały offtop i zapyta, jak wymienić klakson,
jednego, który odpowie na oryginalny post po pół roku i zacznie temat od nowa.


W tym żarciku jest więcej prawdy niż się komuś może wydawać. Myślę, że każdy kiedyś natknął się na w/w forumowiczów gdy szukał pomocy w rozwiązaniu jakiegoś drobnego problemu - wszystko jedno czy z działu elektryka, zdrowie czy hodowla kurczaków. Dziś - wydaje mi się - fora już nie są tak popularne, jak kilka lat temu. Wiele tematów przeniosło się bowiem na facebooka i na blogi, bo dziś nic nie jest tym, co było jeszcze kilka lat wstecz... ale zasady powyższe są ciągle żywe i do grup fejsbukowych jak najbardziejmożna je zastosować, nieprawdaż? Wystarczy zapisać się do jakiejś grupy i poczytać.... Główna różnica pomiedzy kiedyś i dziś to dziś  jest więcej chamstwa i trolizmu niż dawniej niestety...

1 listopada 2017

Ferie jesienne, pierwsze raporty i inne ciekawostki z życia szkolnego naszych dzieci

najmłodszy szkodnik 
Szkolniki (lub jak kto woli szkodniki) mają właśnie jesienne ferie, zwane po tutejszemu herfst vakantie. Oznacza to, że właśnie rozpoczynamy piąty rok życia we Flandrii. Podczas ferii w 2013 roku przewoziliśmy nasz bardziej skromny dobytek z Brukseli do flamandzkiej wsi. Chyba do końca życia będziemy wspominać jak to jechaliśmy pożyczonym z firmy busem kierując się tylko wyczuciem, bo nie mieliśmy ani nawigacji, ani mapy, a tylko mgliste pojęcie w którym kierunku może znajdować się ta wieś, do której się udajemy i ten dom w którym mamy zamieszkać. Jaja jak berety :-)

Nasz dobytek też wspominamy ze śmiechem. Bosssz co to było za bogactwo - jakieś stare śmierdzące rozpadające się graty zebrane z brukselskich ulic i trochę podobnych przywiezionych z Polski, bo co my tam mieliśmy w Polsce na tych 35 metrach kwadratowych? Niewiele, a połowa została, bo nie dało się zabrać wszystkiego.  A tu na tej przestrzeni (grubo ponad 100m2)  to wszystko przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. A ubrania gdy wspomnę, to płakać się chce. Mieliśmy po jednej parze wydeptanych butów, po kilka majtek, t-shirtów, portek ze szmateksu. Kasy z biedą starczało na bieżące opłaty i skromne jedzenie.. No ale przeżyliśmy ten czas i mam nadzieję, że więcej nic podobnego nie będzie nam dane, bo to nie było za fajne.

Dziś mamy ładnie, zgodnie z własnym gustem i potrzebami umeblowany dom (a tak, co roku będę o tym mówić, bo ciągle się nie mogę nacieszyć ;-p). Odkąd zaczęłam pracować stać nas na więcej. Możemy co jakiś czas pozwolić sobie na nowy sprzęt do domu - ekspres, odkurzacz, pralka, suszarka. Od czasu do czasu idę z dziewczynami (no z chłopakami też) do dużego sklepu odzieżowego i pozwalam im wybrać po kilka rzeczy. W naszych ulubionych sklepach rzeczy są średnio po 10-20€ (portasy, sweterki, t-shirty), więc jak zapłacę te 100-200€ to mamy całą torbę ubrań i jest w czym chodzić do szkoły (aczkolwiek nie gardzę też darowanymi rzeczami - wszystko się przydaje). I to jest właśnie normalne życie. Nie to że się przelewa, że jest na wszystko, co człowiek zamarzy, bo trzeba liczyć ile i na co się wydaje, by nie zabrakło, ba, czasem nawet brakuje i trzeba się posiłkować kartą kredytową w razie nagłych nieprzewidywanych wydatków. Nie ma jednak tak, że człowiek każe dzieciom chodzić do szkoły w starych, podartych i dwa numery za dużych butach czy ubraniach, bo innych nie ma. Nie ma tak, że nie pójdzie się do dentysty, czy innego specjalisty bo nie ma kasy. Popsuje się pralka, odkurzacz, rower to kupi się nowe na spokojnie bez większych wyrzeczeń, bez stresu. Nie brakuje na mleko ani na chleb, ani na rachunki, na stole zawsze pełny koszt najróżniejszych owoców i dobrych łakoci... Tylko tyle i AŻ TYLE. Nie potrzeba więcej. Tak moglibyśmy dożyć w spokoju do samej śmierci, ale wątpię czy będzie nam dane, bo życie takie nie jest. Życie to wredna franca - jak ci nie dokopie od czasu do czasu to nie wiesz, że żyjesz. Póki co cieszymy się i żyjemy tą chwilą, bo nie wiemy (i nie chcemy wiedzieć) co nas jeszcze czeka zanim wyzioniemy ducha.
ścieżka rowerowa jesienią
Starczy może tych wspomnień i zachwytów.  Jako się rzekło mamy pierwsze ferie w tym roku szkolnym, a za nami już pierwsze raporty i pierwsze wywiadówki w szkołach średnich. O wywiadówkach i raportach mogę powiedzieć tylko jedno: SUPER! Dziewczyny spisały się na medal przez te dwa miesiące. Jestem z nich dumna. 
Na pierwszych wywiadówkach można było wybierać, z kim chce się rozmawiać. Pewnie już wspominałam, jak to działa, ale przypomnę. Na wywiadówki umawiamy się przez internet. Gdy dostaniemy mejl, trzeba jak najszybciej otwierać stronę szkoły i bukować rozmowy z nauczycielami, z którymi chce się porozmawiać. Dlaczego jak najszybciej? Żeby sobie powybierać najlepsze dla siebie godziny. Na jedną rozmowę przewidują zwykle 10-15 minut. Jak człowiek chce z kilkoma nauczycielami pogadać, albo ma więcej niż jedno dziecko w danej szkole, to dobrze jest mieć te pogaduszki jedna za drugą, a nie w odstępach godzinnych. 

Ja wybrałam u Młodej panie od francuskiego i niderlandzkiego, bo uważam że dla nas język to podstawa, a do wychowawczyni (pani od matmy) już nie było miejsc w odpowiadającym mi czasie (bo za późno się zalogowałam). U Najstarszej wybrałam rozmowę z mentorką, bo ona uczy przedmiotu ogólnego, w którym zawiera się niderlandzki, matma, historia, geografia i wszystkie inne podstawy no i jako mentorka wie o podopiecznej też wszystko inne.

Pani od francuskiego powiedziała, że jest raz w górę raz w dół, ale jak gorzej nie będzie to będzie dobrze. Pani od niderlandzkiego powiedziała, że nie wie co powiedzieć, bo wszystko jest bardzo dobrze i żywcem się nie ma do czego przyczepić.

 Młoda ma problemy z występami przed klasą... Tu mają często zadania domowe, w których trzeba przygotować sobie jakiś temat do omówienia, czasem dodatkowo też prezentację w Power Poincie, czy jakiś tam kolaż i potem nawijać o tym do kolegów i nauczyciela. No i ona ma problem z samym występem, bo trema ją po prostu zżera. Nauczycielka powiedziała, że zupełnie niepotrzebnie, bo jest bardzo dobra, no ale to łatwo powiedzieć... Młoda twierdzi, że belgijscy uczniowie są pod tym względem gorsi od polskich (wnioskuje to po własnych obserwacjach i omówieniu tematu z koleżankami internetowymi) . W Polsce inni uczniowie mają wywalone na to, co gadasz i zwykle w ogóle nie zwracają na odpytywanego uwagi, zaś tutejsi gapią się w delikwenta jak sroka w gnat i słuchają uważnie, a czasem nawet komentują... Dla niej to stresująca sytuacja. Tak czy owak punkty są - moim zdaniem - świetne. Co jednak nie przeszkadza nauczycielom biadolić, że z dwóch przedmiotów ma trochę gorzej niż z innych i powinna nad tym popracować.... Wiecie co? Ona ma z wszystkich przedmiotów powyżej 70%, tylko z trzech poniżej 70%, w sensie 69,5% z francuskiego i z SEI oraz 67,6% z matmy. No serio z tego powodu zaraz krowy przestaną się doić a ptaki zapomną jak się lata...
tak wygląda moja wieś, gdy wychodzimy rano do szkoły
Za moich czasów mawiało się, że nauczyciele są jak nietoperze - niedowidzą a wszystkiego się  czepiają i widzę, że od tamtego czasu nic się nie zmieniło ;-) Kurde większość z nich (belgijskich belfrów) nie potrafi mojego nazwiska POWTÓRZYĆ poprawnie, że o samodzielnym przeczytaniu nawet nie wspomnę, przy 666 język mają zaplątany na supły a spluci są do kolan, ale to nie przeszkadza im oczekiwać, że dziecko ma się za rok nauczyć płynnie mówić, czytać i pisać w 2 językach i w jednym z nich przyswoić całą wiedzę, którą ichnie dzieci przyswajały przez 10 lat. Młoda to zrobiła. Dziś mówi, pisze i czyta doskonale w języku niderlandzkim, nie rzadko lepiej niż jej rówieśnicy flamandzcy. Mimo, że 4 lata temu przeskoczyła bezpośrednio z II klasy w Polsce do IV klasy w Belgii opuszczając jeden rok. Mimo, że zaczęła tę czwartą klasę 2 miesiące później i mimo, że nie znała wtedy ani jednego słowa w tutejszym języku, mimo że nauczyciele nie mogli się z nią porozumieć przez kilka tygodni, to DAŁA SOBIE RADY i NADROBIŁA WSZYSTKO, dorównała do reszty a wielu nawet przegoniła. Jest dobra z wszystkich przedmiotów, a z niektórych bardzo dobra, ale to dla nauczycieli ciągle mało. Ciągle słyszy, że stać ją na więcej, że powinna się bardziej starać... W zeszłym roku przez to ich głupie gadanie dziecko całkowicie się załamało (o czym pisałam), bo ileż można znieść?
Mam czasem ochotę zasadzić komuś takiego kopa w cztery litery, żeby leciał i leciał, i leciał, i wylądował gdzieś w Chinach i niechby sobie spróbował tam  pożyć, a może wtedy by jeden z drugim doznał jakiegoś oświecenia, bo ja już mam na prawdę dość. Próbuję tłumaczyć, przekonywać, ale szkoda mojego wysiłku. Nauczyciel zawsze ma rację. Nauczyciel zawsze wie lepiej. Nauczyciel nie słucha, to nauczyciela trzeba słuchać... Uwaga, pracuję u emerytowanego nauczyciela i jego żona mówi to samo :-) Ten typ tak ma hehe (pozdrawiam niniejszym wszystkich znajomych nauczycieli z nadzieją, że czytają to tylko ci z odpowiednim poczuciem humoru). Ale wiecie co? Ja nie należę do matek wzorowych i uczę swoje dzieci, że to co się w głowie nie mieści trzeba mieć w... nosie.

Dzieciom powtarzam to samo, co tu napisałam. Mianowicie, że są super, że osiągnęły w swoim młodym życiu już bardzo wiele (niejeden dorosły by się już w połowie poddał), że są dzielne i samodzielne, że mogą wiele osiągnąć, ale mówię też, że wcale nie muszą wszystkich słuchać. Mówię, że powinny innych ludzi szanować, ale nie muszą robić wszystkiego, czego ci ludzie od nich oczekują, nawet jak to są nauczyciele czy my rodzice. Bowiem uważam, że taka nastolatka już swój rozum ma i nie jest on dany na ozdobę tylko do używania. Mówię im, że muszą tego rozumu używać , by podejmować samodzielne decyzje, muszą same dokonywać wielu wyborów, bo to nie ja ani nie nauczyciel będziemy żyć ich życiem. Mówię im, że dobrze jest posłuchać rodziców, nauczycieli, babci, ciotki czy koleżanek, bo każdy coś tam o życiu wie, ale nie trzeba ślepo wykonywać tego co oni, co my wszyscy mówimy. Każdy idzie swoją własną drogą, każdy ma swoje moce i talenty, które powinien wykorzystywać, każdy ma swoje ideały i zasady, którymi powinien się kierować przede wszystkim, a inni mają swoje życie do przeżycia i swoje moce do wykorzystania. Moje dzieci sroce spod ogona nie wypadły - to mądre istoty i wierzę w nie. 

Najstarsza  wreszcie trafiła do szkoły, w której świetnie się czuje. Jest to już 6-sta szkoła w jej piętnastoletnim życiu, ale teraz widać że jest na prawdę szczęśliwa i zadowolona ze szkoły. Wychodzi rano z uśmiechem i wraca z uśmiechem wieczorem. Wreszcie robi, to co lubi. Jak wspominałam kiedyś - większość lekcji to zajęcia kreatywne, jak rysowanie, projektowanie (z użyciem zarówno ołówka i papieru jak i komputera) oraz szycie. Klasa jest malutka i w 100% damska - razem jest ich 7 dziewcząt, a co za tym idzie jest cicho i spokojnie, można się skupić i pracować w spokoju, bo nikt nie drze ryja ani nie przeszkadza. W tej szkole liczy się kreatywność a indywidualizm nie jest tak bardzo niemile widziany jak w poprzednich (takie odnoszę przynajmniej na dzień dzisiejszy wrażenie i tak mówił kiedyś nauczyciel, z którym rozmawialiśmy). Mentorka powiedziała na wywiadówce, że nie spodziewali się po naszej córce aż tak dobrych wyników... Chodzi tu o jej ciągle za słabą jak na średnią szkołę znajomość języka niderlandzkiego i ogromną nieśmiałość. Z przedmiotu wykładanego przez mentorkę (ten w/w ogólny) ma punkty poniżej normy, ale widać wyraźnie, że babka w nią wierzy, że wreszcie trafiła na kogoś, kto rozumie (kto chce, kto próbuje rozumieć) co to znaczy znaleźć się nagle w obcym kraju i musieć uczyć się wszystkiego w obcym języku, co to znaczy bać się pyska otworzyć, bu nie zostać źle (lub wcale) zrozumianym. Widzi też że dziecko się stara. No ja też widzę to wyraźnie, bo wcześniej to różnie z tym staraniem było. Jednak jak w szkole słyszysz tylko "mało i mało, możesz więcej, wiem na co cię stać" to czemu się dziwić... Mentorka uczy też angielskiego i tu też jest zaskoczona. Obie dziewczyny lubią angielski (w przeciwieństwie do francuskiego) i już widać to nastawienie w punktach. Kreatywność Najstarszej mentorka określiła jako ponadnormalną ...nie wiem, czy tak się mówi po polsku, ale po niderlandzku tak to jakoś brzmiało... no po prostu szczęka opada. W komentarzach z przedmiotów kreatywnych do punktacji (nota bene 80-100%) też uwagi typu "jesteś cichutka ale JAKA KREATYWNA!" "brawo", "świetnie" itp. W końcu trafiła do szkoły, gdzie jej talent i pomysłowość się liczy, gdzie jest doceniana mimo, że poza tym stara nie rzucać się w oczy, że siedzi jak mysz pod miotłą. Wreszcie chyba zrozumiano, że trzeba jej pomóc z językiem, a nie doszukiwać się nieistniejących problemów czy chorób psychicznych, jak taka jedna wszystkowiedząca z poradni CLB...  

Czasem ktoś tak bardzo chce ci pomóc, że nawet jak nie masz problemów to on stanie na uszach, przeprowadzi milion testów, wyśle do szpitala na badania,  aż ci te problemy w końcu znajdzie i będzie pomagał się z nim uporać... Znacie takie typy? Nie wiem, co ludzie przez to chcą osiągnąć, ale potrafi takie napsuć krwi.

Przez ostatnie lata powtarzałam w szkole aż do znudzenia, że moje dziecko potrzebuje przede wszystkim wsparcia i pomocy z językiem, ale przecież oni wiedzą lepiej, co ono potrzebuje, bo już kurde 5 razy je widzieli to przecież wiadomo znają je jak własną kieszeń i w ogóle... Oczywiście z nieśmiałością czy innymi tego typu problemami to fajnie jakby jakiś specjalista pomógł, bo śmiałemu żyje się łatwiej, no ale to inksza inkszość.

Najstarszej przydzielono jakąś panią, która ma jej pomagać na lekcjach. Nie wiem jeszcze, jak ta pomoc będzie wyglądała, bo dopiero po feriach mamy w szkole zebranie w tej sprawie. Tak czy owak już wiemy, że Najstarsza wybrała dobrą szkołę dla siebie. To jest to. Obawiam się tylko, że to nie jest tania szkoła. Znaczy szkoła jako taka jest finansowo normalna - faktury standardowe przewiduję na około 50€ na trymestr, ale wydatki dodatkowe to już inna para kaloszy.

etui
Oni - ku wielkiej irytacji młodszej siostry - non stop gdzieś jeżdżą. A to teatr, a to targi czy wystawy materiałów krawieckich, a to jakiś dzień sportu w dużym ośrodku itd. Czwarta klasa  (czyli rok wyżej od Najstarszej) w tym roku jedzie na pokaz mody do Londynu, szósta z kolei do Paryża. Jednak przede wszystkim wydatki wiążą się z szyciem. Przed 2 miesiące uszyły już kilka etui (2 zwykłe piórniki - jeden z pomocą nauczyciela, drugi samodzielnie, etui na linijki i ekierki), organizer naścienny (taka szmata z kieszeniami do zawieszania na ścianie i przechowywania różnoś
ci - obrazowo mówiąc) i dwie dziecinne spódniczki (dla około rocznej dziewuszki). Na każdą uszytkę - jak wiadomo - trzeba kupić materiały, a to już kosztuje trochę. Na szczęście mamy w sąsiedniej wsi ogromniasty (no chyba z hektar powierzchni ma) sklep z materiałami i akcesoriami krawieckimi. Byłam tam z Najstarszą wybierać materiały na organizer. Oj tam oj tam powiecie organizer. Wiecie ile jej zajęło wybranie ODPOWIEDNIEJ bawełny i guzików do ozdoby? Ponad GODZINĘ! Dobrze, że w sklepie jest zjeżdżalnia i inne zabawki dla maluchów to Młody się nie zanudził. Dobrze, że nauczycielka jasno określiła, że bazowy materiał ma być czarny lub jeans, a ona TYLKO na kieszenie miała wybrać :-) Weź tu wybierz z setki różnych wzorów i kolorów i jeszcze żeby było dwa różne wzory i żeby one do siebie pasowały... Najstarsza ma hopla na punkcie detali... Młoda nie chce z nią nigdzie chodzić, bo mówi, że zanim Zuzanna dobierze kolczyki do bluzki, torebkę do kolczyków i szalik do torebki to noc nastanie albo weekend się skończy... Za to jak już skończy to efekt faktycznie jest niesamowity. Jak robi kanapki to masło musi być dokładnie do samych brzegów rozsmarowane i wszystko ładnie na nich ułożone, a kanapki idealnie ułożone w pudełku kanapkowym. Podobnie jest z każdą pracą plastyczną - nie ma czegoś takiego, że odwali siach-mach. Nie, zawsze dopracowuje każdy szczegół. W szkole jest to czasem problematyczne, bo klasa zabiera się już za 3 zadanie a ta nadal przy pierwszym pracuje nad szczegółami. Oczywiście tylko w kwestiach artystycznych, tam matematyka czy francuski albo takie sprzątanie pokoju to już można zrobić na odwal się :-) Taka to jest ta nasza artystka.

Młody nie miał jeszcze wywiadówki w tym sezonie, ale z nim póki co problemów szkolnych się nie przewiduje żadnych. W szkole jest wzorowym przedszkolakiem z tego co mi wiadomo. W klasie poznali już kilka literek, a Młody dokształcił się w domu co do pozostałych. Aktualnie prowadzi śledztwo w kwestii których liter nie ma w niderlandzkim alfabecie, a które są w polskim i jakie są różnice w nazywaniu (wymowie) poszczególnych liter. Wymyślił też nową zabawę tablicową. Pisze jakąś literę na tablicy, po czym jeden z graczy musi narysować coś na tę literę, a reszta musi odgadnąć co to jest i tu wam zdradzę tajemnicę - o wiele łatwiej jest odgadnąć co narysował Młody niż co narysował tata. Ten drugi to jakąś sztukę nowoczesną uprawia i odgadnąć co dzieło przedstawiać może, jest nie lada wyzwaniem ;-)


22 października 2017

Jak emigracja zmienia ludzi!? Wpis bardziej niż osobisty.

Właśnie mija czwarty rok, jak osiedliliśmy się we Flandrii. Potem zaczęłam pisać tego bloga, bo nagle poczułam taką potrzebę spisywania pierwszych chwil z naszego życia na obczyźnie.

Zaczęłam publikować ten mój pamiętnik z myślą o rodzinie i znajomych. Pisali bowiem do mnie i dzwonili wszyscy po kolei, bo chcieli wiedzieć co słychać, jak nam się układa itd, a że wkurzające jest powtarzanie tego samego po pierdyliard razy, gdy już człowiek nie wie, co komu mówił i jednemu po setny raz obowiada jak debil to samo, a drugi w tym momencie się żali, że czegoś nie wie.
Pomyślałam, że będę pisać i opowiadać o tym, co robimy, jak sobie radzimy, w jakie kłopoty się wpakowaliśmy, co odkryliśmy, jakie są tu zwyczaje, jacy ludzie i w ogóle wszystko o tym jak żyje się w Belgii, bowiem spora część moich znajomych nigdy tu nie była.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Spodobało się. Dostałam wiele mejli i wiadomości na FB od znajomych (także tych, z którymi od lat nie miałam kontaktu), że to fajne,  żebym pisała dalej, niektórzy podpowiedzieli, co powinnam zmienić i dlaczego... To było miłe. 

Z czasem jednak zauważyłam  iż te osoby, dawni znajomi, rodzina przestają rozumieć, o czym ja tu mówię i wielu zapewne już tu nie zagląda. Zaczęły się za to mejle i komentarze od obcych osób, które albo mieszkają w tym kraju albo zamierzają tu przyjechać. Ci pierwsi w moich tekstach zobaczyli swoje pierwsze doświadczenia na emigracji,  drudzy odkryli kilka wskazówek i ciekawostek na temat swojego przyszłego domu. Powoli zaczęłam pisać bardziej w kierunku tych drugich, bo pomyślałam, że jak opiszę tu problemy z jakimi się spotykamy i w jakie się pakujemy nie wiedząc czegoś o tym kraju, to może komuś pozwolimy ich uniknąć, bo już będą mądrzejsi o moje informacje.

Od znajomych słyszę coraz częściej, że zagranica mnie zmieniła, że wielka już ze mnie belguska...

Zagranica zmienia ludzi. Dlaczego?

Człowiek zmienia się całe życie,  rozwija się fizycznie,  emocjonalnie, duchowo, dorasta, uczy się, doświadcza. Poznając świat i doświadczając różnych przeżyć, wrażeń, emocji zmienia się. Przeważnie owe zmiany są minimalne, nawet ich nie zauważymy ani u siebie ani u innych. Bardziej zauważamy je, gdy kogoś nie widujemy na co dzień.  Każda mama wie,  że czyje dzieci rosną szybciej, bo własnym tylko ubrania się kurczą...

Jednak są w życiu wydarzenia, które mogą zmienić człowieka całkowicie i to w bardzo krótkim czasie.
Śmierć, choroba, wypadek, pożar czy inna tragedia może spowodować że człowiek osiwieje w ciągu jednej nocy, że pogodna wesoła, szczęśliwa istota stanie się w ciągu kilku zaledwie chwil wrakiem człowieka.

Człowieka zmieniają też takie zwyczajne rzeczy jak ślub, rozwód, narodziny dziecka, rozpoczęcie pracy lub jej strata, przejście na emeryturę, wygrana w totolotka lub nagła strata majątku.
Weźmy tu powszechną rzecz i wesołą jak narodziny dziecka. Czy to nie zmienia ludzi? Każdy rodzic niech sobie sam na to pytanie odpowie wyliczając wszystkie rzeczy, z których zrezygnował dla dziecka, które jest w stanie dla dziecka zrobić a które wcześniej by mu nawet do głowy nie przyszły... 
Czy matka (normalna - patologii nie biorę pod uwagę) lata po dyskotekach i wraca nad ranem? Czy matka idzie spać kiedy chce i robi co chce, gdzie chce i z kim chce? Czy matka spotyka się chętnie z niedzieciatymi niemężatymi Czy z kolei nie-matka była by skłonna obwąchiwać pupę jakiegoś dziecka czy tym bardziej ją całowała? A fu! A czy dla matki to normalna rzecz? Ba.

Bardzo łatwo przychodzi nam oceniać ludzkie postępowania, gdy chcemy ich mierzyć swoją miarą nie doświadczywszy tego samego co oni.

Czy zatem mnie zagranica zmieniła? 

Nie, no niby czemu by miała? Przecież żyję sobie dalej jak żyłam przez te 35 lat w Polsce. Mieszkam wśród Polaków, gadam po polsku z wszystkimi wszędzie, płacę złotówkami i to  gotówką, na oczy nie widziałam Araba, Chińczyka, Portugalczyka, Belga i całej reszty świata, nie słyszałam też żadnego innego języka, w sąsiednim mieście nie było żadnego zamachu, a jedynym zagrożeniem jest zamknięcie Biedronki w okolicy, w sklepach kupuję polskie produkty, by gotować polskie jedzenie, spotykam się z rodziną na każde święta i pomiędzy nimi, w urzędzie pracy proponują mi pracę budowlańca która jest jedyną ofertą w mojej okolicy, jak pracuję to zarabiam 1500 zetów (300€), za które nie stać mnie kupić nawet podpasek, bo wszystko wydam na opłaty i kredyty za lodówkę, czy coś w tym stylu.

Nie! Od 4 lat żyję w zupełnie innym świecie, w innych warunkach,
- gdzie musiałam zmienić każdą część mojego życia, 
- gdzie musiałam zweryfikować wiele poglądów na temat świata i życia, jeśli nie większość, 
- gdzie mogę liczyć tylko na siebie, mojego męża i dzieci oraz obcych ludzi, z którymi nawet czasem dogadać się nie mogę, 
- gdzie moje dzieci do 'obcych' kobiet mówią ciociu, a mnie 'obce' dzieci nazywają ciocią a wszystkie inne mówią po imieniu, 
- gdzie rzadko spotykam ludzi mówiących po polsku,
- gdzie strach jechać do dużego miasta, bo można zostać wysadzonym w powietrze albo przejechanym przez tira, ale trzeba jeździć
- gdzie każdy od małego do starego żyje według tego samego schematu i z kalendarzem w ręku, 
- gdzie nie ma czasu na głupoty, bo trzeba sie dużo uczyć albo dużo pracować, albo i to i to
- gdzie każdy może pracować, jak tylko chce i zarobić na utrzymanie rodziny, 
- gdzie w każdej szkole spotyka się dzieci z całego świata, mówiące 2 lub więcej językami już do przedszkola, 
- gdzie ludzie inaczej się ubierają,
- gdzie są inne zwyczaje, inne święta, inne prawa,
- gdzie nawet klimat i pogoda są inne niż w Polsce
Tych wszystkich innych rzeczy - tak pozytywnych jak negatywnych - jest jeszcze dużo.

Ale co to ma w ogóle za znaczenie? Przecież tego typu rzeczy zupełnie nie mają wpływu na człowieka. Dlaczego miałby się niby zmienić? (SARKAZM)

Opowiadałam o tym wszystkim ze szczegółami na tym  blogu od 4 lat, z nadzieją że przybliżę i wyjaśnię mojej rodzinie, moim dawnym znajomym oraz wielu innym, którzy na obczyźnie nie byli ale może kogoś tam mają albo i sami się wybierają, że pokażę ten mój nowy  świat, problemy z jakimi się borykamy i radości jakich doznajemy. Mam jednak wrażenie, że częstokroć zdaje się to psu na buty.

Ludzie i tak zobaczą tylko to, co chcą widzieć i przeczytają tylko to, co chcą przeczytać, i będą człowieka mierzyć swoją miarą. (wiem i cieszę się, że nie wszyscy)

Łatwo jest oceniać i krytykować albo szydzić z innych jak się samemu żyje od urodzenia w tym samym miejscu i nie wyściubiło sie nosa choćby raz poza granicę Polski, jak się ma do tego pod ręką armię braci, rodziców, teściów, wujków, kuzynów, sąsiadów, szkolnych kolegów do których zawsze można zagaić, z którymi można wyjść na piwo, na zakupy, których można poprosić o pomoc, którym można podrzucicć dzieci w razie wu. Jak się nie musi po całym dniu roboty gonić na kurs językowy, by wrócić o północy a rano znowu wstać do roboty. Jak się nie trzeba martwić jak się tu dogadać z doktorem czy pracodawcą.

Tak wiem, teraz usłyszę (jak zwykle) "no to po kiego wyjeżdżałaś?" albo "wróć do Polski jak Ci tam źle", bo z jakiegoś dziwnego powodu większość nie zrozumie, że ja nie mówię o tym, że jest mi tu źle, bo NIE JEST, ale jest w cholerę inaczej. A jak jest inaczej to nie może być tak samo. Jak nie jest tak samo, to ja nie mogę być taka sama. Na Antarktydzie nie da się chodzić w samych majtkach a na równiku nie da się chodzić w futrze, czyli jak gostek spod bieguna przyjedzie do ciepłych krajów to musi zmienić swoje przyzwyczajenia i zacząć chodzić w samych majtkach. Prościej się już chyba nie da tego wytłumaczyć.

Choć podejrzewam, że ktoś kto emigracji nie doświadczył nigdy nie zrozumie też tego, jak się tu tak na prawdę żyje i jakich wyborów trzeba dokonać.

Wkurza mnie też bardzo często, że ludzie popadają w skrajności. Nie no sorry czy to jest normalne?
Powiesz że w Belgii jest fajnie, podoba ci się to, tamto, owamto to momentalnie usłyszysz z Polski (albo od innych Polaków na emigracji) "o proszę jaka wielka belguska, zapomniała już skąd pochodzi" i takie tam sratytaty. Tja bo jak mi się podoba rynek w Leuven to na 100% znaczy że nienawidzę rynku w Krakowie i sram nma swoją wieś. Logiczne bardzo :-) Tak samo jak to, że każdy kto lubi Bożenarodzenie nienawidzi Wielkanocy.
Napomkniesz o swoich problemach, czy skrytykujesz jakiś element Belgii, natychmiast słyszysz z Polski szyderstwa i docinki "to po co wyjechałaś, jak Ci tam źle?", "wróć do Polski, debilko".

Dokonałam wyboru sama dobrowolnie bez przymusu. Wyjechałam i jest mi tu dobrze. Nie znaczy to jednak, że Polska przestała dla mnie istnieć. Widzę wiele rzeczy, które tutaj są o niebo lepsze - jak choćby zarobki czy w ogóle możliwość znalezienia pracy - i będę  o tych rzeczach mówić, bo cholera jasna zwyczajnie się cieszę, że są mi dane, że możemy dzięki nim normalnie, dobrze żyć. Czy ja mam prawo się cieszyć? Bo może jak zostawiłam ojczyznę to już mam się tylko umartwiać?

Widzę też wiele rzeczy które są tu okropne, denerwujące, czy dziwne i o nich też czasem mówię, choć jako urodzona optymistka zawsze jednak widzę tę szklankę do połowy pełną.

Myślę czasem o Polsce, o rodzinie. Nie ukrywam jednak, że nie za często, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Nie siedzę na bezrobociu i nie pierdzę w stołek przed telewizorem tylko mam sporo zajęć - robota, dzieci, mąż, zwierzaki, chałupa, sprawy urzędowe, zdrowotne, no jest na prawdę co robić przez cały boży dzień (piszę o tym, więc każdy wie). Potrzebuje też chwil dla siebie - spanko, jedzonko, jakaś książka, jakiś film - jak każdy.

Chcemy tu żyć. Więc żadne z nas nie może sobie pozwolić na bezrobocie i inne obijanie, bo musimy zapracować na nasze emerytury i to w krótkim czasie bo już swoje lata mamy. Musimy zasuwać ile się da, a jednocześnie mieć na uwadze, że musi nam zdrowia i sił starczyć na kolejne 20 lat do emerytury. Musimy mieć na uwadze, że zanim nasz najmłodszy synio stanie się pełnoletni, my będziemy po 50tce i zdało by sie dożyć w jakotakim zdrowiu do tego czasu. W sumie to powinniśmy wpłacać sobie na dodatkową  emeryturę, powinniśmy też oszczędzać, ale nie po uciekliśmy z tej podkarpacko-lubelskiej biedy, by teraz znowu jeść chleb z musztardą, jeździć starym gruchotem i mieszkać w jakiejś klitce. Postanowiliśmy choć trochę pocieszyć się życiem, poużywać, pobawić się, pozwiedzać, bo cholera wie, czy dożyjemy tej emerytury, czy dożyjemy choćby następnego roku, kto wie, czy za rok nie zacznie się wojna czy inna tam katastrofa nie wyniknie (żyjemy w ciekawych czasach i wszystko może się zdarzyć), kto wie, czy zdrowie nam nie padnie całkiem (nie młodniejemy)?

Zamieszkując tutaj, trzeba dokonać wielu wyborów i z czegoś zrezygnować na koszt czegoś innego. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka.
Za granicą jest różnie - tak samo jak i w ojczyźnie - wszystko zależy od naszego szczęścia, umiejętności odnajdowania się w różnych sytuacjach  i sposobu postrzegania świata.

Najważniejsze jest jednak to, czego tak na prawdę człowiek musi doświadczyć na własnej skórze, co musi przeżyć - ile go to kosztuje strachu, obaw, nerwów, nieprzespanych nocy, łez, zmęczenia,  bólu, tęsknoty,  wstydu, upokorzeń, cierpienia.

Zacznijmy jednak od tego, że są różne rodzaje emigracji. Każdy wyjeżdża z innym nastawieniem. Na przykład są ludzie, którzy zostawiają wszystko: dom, małżonka, dzieci i wyjeżdżają na jakiś określony czas. W niektórych przypadkach jest to tylko kilka miesięcy, w innych kilka długich lat z przerwami dłuższymi lub krótszymi. Ja doświadczyłam tylko kilku miesięcy rozłąki i pamiętam, że tęsknota była ogromna z obydwu stron. Pozytyw taki, że jedna strona może sobie cały czas żyć po staremu i niczego nie musi zmieniać. No nie, przepraszam, musi przejąć obowiązki tego co wyjechał, ale to ciągle pikuś w porównaniu z własną emigracją.

Inna grupa emigrantów to tacy, którzy wyjeżdżają razem, ale na określony czas, czyli z zamiarem powrotu. Ci mają zwykle ten komfort, że zostawiają sobie otwarte drzwi. Uda się to okej, nie uda się to potraktujemy to jak przygodę i wrócimy.

W końcu są tacy jak my, którzy wyjeżdżają na zawsze, którzy przekraczając granicę palą za sobą mosty, którzy nie zostawiają w kraju nic, bo zwyczajnie niczego nie mają, którzy nie mają dokąd wrócić w razie niepowodzenia.

W emigrowaniu z kraju niezmiernie ważne jest też, czy po tej drugiej stronie ktoś na nas czeka. Są bowiem ludzie, którzy jadą do kogoś - rodzeństwa, rodziców, przyjaciół, emigranci którzy wiedzą że tam na obczyźnie będą mogli liczyć na pomocną dłoń i jakieś wsparcie. Są też tacy, którzy przekraczając granicę wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie i łut szczęścia. Na nas nie czekał nikt.

Emigracja to ogromne przeżycie dla każdego.

Na blogu opowiadam o naszym życiu codziennym, a mniejszych i większych problemach, przy czym staram się to życie przedstawić z jak najlepszej strony, a problemy przedstawiam w formie zabawnych anegdotek lub przygód. Staram się nie narzekać na nic ani na nikogo, bo nie lubię jak inni narzekają na wszystko. Staram się nikogo ani niczego nie krytykować, bo nie lubię jak ludzie krytykują moje postępowanie czy pomysły. Staram się być obiektywna, ale od czasu do czasu pozwalam sobie na bardzo osobiste potraktowanie danego tematu i od czasu do czasu sobie też pobiadolę albo coś skrytykuję, bo mi wolno :-)

Belgię i życie nasze w tym kraju przedstawiam w bardzo jasnym świetle, bo tak je widzę, tak je chcę widzieć i - powiedzmy sobie szczerze - tak je MUSZĘ widzieć, bo to jest teraz mój dom i moje życie, innego nie mam i mieć nie będą raczej, więc każdego dnia, w każdej sytuacji, w każdych okolicznościach doszukuję się pozytywów. Nie robię tego dla was, nie robię tego dla popisu, robię to dla siebie samej. Jeśli w najgorszym bagnie uda mi się znaleźć suche miejsce - jestem uratowana, jeśli w największych kłopotach znajdę pozytywną stronę - już wygrałam.

Nigdy jednak nie opowiadam tu wszystkiego, nigdy nie zdradzam najgłębszych i najtrudniejszych uczuć, nigdy nie opowiadam o najtrudniejszych problemach, bo są rzeczy o których nie chce się lub nie powinno mówić publicznie.

Mam jednak za sobą wiele nieprzespanych nocy, wiele dni zwątpienia w siebie i w powodzenie tej życiowej misji, wiele dni, w których umierałam ze strachu o nasze zdrowie fizyczne jak i psychiczne, wiele dni, gdy chciałam zawołać: PIERDOLĘ* TO WSZYSTKO, nie idę dalej!!!  Ale nie ma nikogo, kto by moje życie za mnie przeżył i kto byłby mamą dla moich dzieci.

Jesteśmy tu sami w pięcioro. Na początku nie mieliśmy tu nikogo, na czyją pomoc moglibyśmy liczyć. Nie znaliśmy ani jednego słowa w tutejszych językach a wszystko musieliśmy sami załatwić. Żeby coś załatwić to najpierw trzeba wiedzieć co i gdzie, a my nie mieliśmy nikogo, kto by nam podpowiedział, nie mieliśmy też dostępu do internetu, żeby sobie to wyguglować czy przetłumaczyć. Ludzie się obiadolą jeśli przyjdzie im w swoim kraju coś załatwić, bo ciężko się dowiedzieć gdzie i co a urzędnicy odsyłają gdzie indziej. Ale w swoim kraju masz znajomych, rodzinę a i każda przypadkowa osoba może ci podpowiedzieć to i owo. Za granicą nie masz nikogo i do tego nie umiesz mówić.

Czy myślicie, że taka sytuacja  nie ma żadnego wpływu na człowieka, na jego psychikę? To spróbuj sobie wyobrazić, że nagle budzisz się rano i okazuje się, że mówisz po chińsku, że nie rozumiesz ani słowa po polsku. Jak wyglądał by twój dzień? Czy udało by ci się załatwić w swoim banku kredyt? Czy wytłumaczyłbyś lekarzowi co dolega dziecku? Jak poradziłbyś sobie na wywiadówce swojej pociechy? Jak szybko trafiłbyś byś do psychiatry i jak byś się z nim dogadał? ;-)

Gdy możesz liczyć tylko na siebie w końcu przestajesz w ogóle myśleć o innych. 

Gdy w swojej emigracyjnej samotności stajesz przed jakimś problemem, nie myślisz kto mógłby ci pomóc, kto miał już taki problem, kto mógłby coś wiedzieć na ten temat, bo nikogo takiego nie ma. Jesteś sam. Nikt ci nie pomoże, sam sobie musisz poradzić. Nie możesz tego z nikim przedyskutować, bo jesteś sam. Trzeba się nauczyć z tym żyć, a jak się człowiek nauczy to raczej nie oduczy się tak szybko. Rodzina i znajomi pomyślą pewnie, że nagle się z ciebie straszny snob i mruk zrobił, bo nagle nie rozmawiasz z nimi o swoich problemach, nie prosisz o poradę, opinię jak zwykłeś to czynić wcześniej.

Tymczasem realia życia tu i tam są całkiem inne. Nie tylko zarobki, standard życia, ale prawo, oczekiwania społeczne, zwyczaje, system szkolny, a nawet przepisy kulinarne, czy klimat.

Nagle przestajesz rozumieć o czym mówią twoi dawni znajomi, a oni przestają rozumieć twoje problemy.

W tym kontekście wielkie znaczenie ma na jakich zasadach wyjeżdżamy i jak często bywamy w Polsce. Jeśli ktoś zamierza wracać po jakimś czasie, chce być cały czas na bieżąco, nie może sobie pozwolić na utratę kontaktu z ojczyzną, przy każdej nadarzającej się okazji jedzie do Polski, troszczy się by dzieci chodziły do polskiej szkoły, mniej znaczenia zaś przywiązuje do integracji i poznawania obczyzny, bo myśli o powrocie. Tymczasem ludzie, którzy postanowili związać życie z obczyzną więcej uwagi muszą poświęcić nowemu miejscu. Dlatego ja każdą wolną chwilę poświęcam na integracją, naukę języka, poznawanie Belgii, tutejszych tradycji, zwyczajów, prawa, uczestniczę w  życiu wsi, szukam nowych znajomości wśród autochtonów, zależy mi by dzieci mówiły i pisały bardzo dobrze po niderlandzku, bo to jest nasza i ich przyszłość.  Staramy się jak najwięcej pracować, bo musimy dorobić się jakiejś emerytury. Żyjemy na pełnych obrotach, z kalendarzem w ręku, pochłonięci codziennymi problemami i integracją  mamy coraz mniej czasu by dzwonić do Polski. Wyjazdy są z kolei dla nas zbyt kosztowne  i męczące. Im mniej mamy kontaktu z ojczyzną, tym mniej o niej wiemy, tym bardziej jesteśmy do tyłu. Im mniej wiemy, tym trudniej zrozumieć problemy rodziny, a rodzinie trudno zrozumieć nasze.

Rodzina zarzuca ci że zapomniałeś, gdzie się wychowałeś.

Doprawdy uważacie za normalne, że jak komuś nagle życie zacznie się lepiej układać, będzie każdego dnia wspominał z tęsknotą te momenty, gdy nie miał co do gara włożyć, za co butów czy antybiotyku dzieciom kupić, że będzie z czułością rozpatrywał jak to samotnie kładł się do łóżka przez kilka lat? Było oczywiście w moim życiu masę cudownych, pięknych i miłych chwil, które wspominam co jakiś czas oglądając albumy ze zdjęciami. Jednak musicie wiedzieć, że gdy przekracza się granicę z wilczym biletem w ręku, to lepiej nie oglądać się do tyłu. Gdy nie można wrócić, bardzo trudno wraca się w myślach do chwil minionych.

Czasem dla własnego dobra lepiej jest myśleć o tym co złego nas w kraju spotkało niż o dobrych chwilach. Wtedy łatwiej jest pokochać nowe miejsce i zbudować nowy dom wśród obcych ludzi. Czasem lepiej zapomnieć. 
Łatwo się wytyka komuś coraz rzadsze kontakty z rodzinnym gniazdem, gdy mieszka się tuż obok brata, siostry, ciotek, babć, wujków, dziadków, kolegów z którymi się kopało piłkę za gówniarza, dawnych nauczycieli, sąsiadów których zna się od dziecka, gdy widuje się znajome pyski każdego dnia w domu, sklepie, szkole, kościele, pociągu, gdy wystarczy przejść dwa kroki lub wyjrzeć przez okno by z nimi pogadać.

Bardzo trudno jest czasem rozmawiać przez telefon czy skype z bliskimi, których nie masz szans zobaczyć w najbliższym czasie.

Z jednej strony jest miło usłyszeć znajomy głos, powspominać stare dzieje, posłuchać nowin, popatrzeć jak dzieci rosną, z drugiej strony, gdy człowiek sobie uświadamia, że oni tam wszyscy są razem, gadają ze sobą każdego dnia, świętują razem urodziny, zasiadają do wigilijnej kolacji, kłócą, obrażają na siebie  i godzą, odwiedzają się, pomagają sobie w remontach, odwiedzają w chorobie, robią sobie psikusy, a my tu całkiem osobno już nigdy z nimi nie będziemy dzielić tych chwil wesołych i smutnych to robi się trochę ciężko na sercu. Do tego dochodzi wspomniane wcześniej coraz częstsze niezrozumienie wzajemne.

Do tego dochodzi bolesny temat odwiedzin.

Jakoś tak się przyjęło, że to na emigrancie spoczywa obowiązek odwiedzania rodziny w Polsce. Niestety nie rozumiem dlaczego? Bo co? Z zagranicy do Polski bliżej? Emigrant ma podróż za darmo? Emigrant ma więcej czasu? Pewnie że zarabiam więcej niż w Polsce i łatwiej mi uzbierać na wakacje, ale niestety pracuję na ten luksus ciężko, nie dostaję tu nic za darmo a koszty życia są dużo większe niż w ojczyźnie, a czasu wolnego dużo mniej. To nie jest tak że dla emigranta wyjazd do Polski to jak skoczyć po bułki do biedry. Dla mnie na dzień dzisiejszy jest to praktycznie niemożliwe. Samolotem nie polecę - dowód mam nieważny i najpierw muszę postarać się o obywatelstwo a to może potrwać (lub wyrobić paszporty a to spory koszt i potrzeba czasu, którego nie mam). Auto odpada ze względów zdrowotnych - od leżenie i pierdzenia w stołek mam problemy z wysiedzeniem w aucie już przez 100km, po czym wyczołguję się z bolącymi plecami i ścierpniętymi rękami jojcząc i przeklinając mój wiek. Autobus - j/w plus choroba lokomocyjna. Pociąg był jedyną sensowną możliwością dopóki nie zlikwidowali większości połączeń - 30 godzin w podróży z 5 przesiadkami za kilkaset ojro od osoby to nie dla mnie już niestety.
Marzyło mi się (marzenie są zawsze za darmo i wolno mi marzyć o wszystkim), że chodź raz mnie ktoś z Polski odwiedzi, jak czynią to znajomi moich znajomych, ale najwidoczniej nie jestem tego warta. Rozumiem to doskonale - zawsze byłam anormalna i aspołeczna to nie powinnam się dziwić teraz. A jednak... nie zawsze rozumiem.

Proste sprawy mogą być powodem wzajemnego niezrozumienia.

Opowiadam na blogu o tym, jak żyje się tutaj, jakie są zwyczaje i oczekiwania, by przybliżyć najbliższym, trochę dalszym i zupełnie obcym nasz świat. Niestety wielu rzeczy nie da się opowiedzieć i pokazać, jeszcze więcej nie da się zrozumieć, jeśli się ich nie doświadczy. Dlatego już dziś coraz trudniej mi się rozmawia z tymi co zostali, bo to co dla nas tu jest rzeczą normalną, zwyczajną i oczywistą, w Polsce może być przejawem niezdrowej fanaberii. I odwrotnie - co w Polsce jest normą, tutaj może być już dziwactwem. To są różne światy. Przy tym o ile na początku ja wiedziałam jak jest z tym czy tamtym w Polsce i mogłam się do tego ustosunkować tak dziś już nie bardzo ogarniam polskie realia. Przez 4 lata zmieniło się bardzo dużo, ale skąd ja to mam wiedzieć?

Nie jesteśmy w stanie być na bieżąco z polskimi realiami żyjąc w belgijskich  i nie bywając w ojczyźnie.

Mieszkam w Belgii czwarty rok. To mimo wszystko kupa czasu. Żyję według tutejszych wytycznych, przestrzegam tutejszego prawa i tutejszych zwyczajów,  poruszam się po belgijskich drogach, przebywam głównie wśród Belgów, mój mąż pracuje z Belgami w belgijskiej firmie, dzieci mają tylko belgijskich znajomych coraz więcej gotuję według belgijskich przepisów, czytam belgijskie gazety o wydarzeniach w Belgii, zarabiam w euro i wydaję w euro, leczę się u belgijskich doktorów i czeszę u belgijskich fryzjerów i tak długo mogłabym jeszcze wymieniać, bo każdy aspekt życia związany jest teraz z Belgią, gdyż tu właśnie mieszkam, a do tego nie mam zbyt wiele kontaktu z rodakami. Dlatego coraz mniej wiem, jak coś wygląda w Polsce i nie dlatego że zapomniałam, tylko dlatego że z każdym dniem wszystko się zmienia, a im więcej dni mija,  tym z zmienia się bardziej.

Nie mam tu zbyt wielu polskich znajomych, a ci których mam też żyją tutejszym życiem. Gdy ze sobą rozmawiamy, to tematami wiodącymi są nasze bieżące problemy. Gadamy o naszych dzieciach, o szkole, wymieniamy się wrażeniami z ostatniej wizyty u ginekologa, przepisami na szybki obiad, narzekamy na mężów, sąsiadów i pomysły nauczycieli. Tak samo jak w Polsce z tym tylko, że w naszych rozmowach można usłyszeć dziwne wyrazy i pokręcone zdania.

Nasze polskie dzieci używają w domu spolszczonych wyrazów z języka którym posługują się w szkole, a my rodzice bardzo szybko od nich to przejmujemy i tym pomieszanym językiem rozmawiamy w domu i z polskimi znajomymi. Dzieje się tak dlatego, że niektóre wyrazy są łatwiejsze do powiedzenia po obcemu niż po naszemu albo zwyczajniej fajniej brzmią. Niektórych słów często używa się w szkole a rzadko w domu i zwyczajnie zawsze siedzą na wierzchu i same się na język pchają. U nas np na stałe przyjęły się "boekentas" (tornister), "wiskunde" (matma), "godsdiens" (religia), "knoflook" (czosnek), "pompoen" (dynia) i wiele innych. Nigdy nie pytam o wynik testu z matematyki - zawsze z wiskunde, a mąż zawsze kupuje knofloka, bo nazwa przez 4 lata nie przestała nas bawić. Młoda wspominała nawet, że będąc w Polsce kazała ciotce włożyć coś "do bukentasa" i ciotka z jakiegoś dziwnego powodu niezrozumiała hahaha. Ten mieszany język to też chyba coś w rodzaju emigranckiego slangu, który łączy nas emigracyjnych rodziców :-)

Kto zastanowił się choć przez pięć minut nad tym,  co czuje ten który wyjechał za granicę? Mieszkałam długie lata w Polsce i patrzyłam na tych co wyjeżdżali, przyjeżdżali i - nie będę tu cyganić - nigdy się nie zastanawiałam nadmiernie jak oni się tam czują, jak tak na prawdę żyje się za granicą. 

Wystarczyło mi to co widziałam. Co widziałam ja? Że mają więcej kasy. Że inaczej się ubierają. Że przyjeżdżają i budują sobie domy. Że jadą na narty. Że mają nowy samochód i inne wizualne rzeczy. Że trochę inaczej zaczęli mówi i się zachowywać. Wydawało mi się, że popisują się, że chcą zaszpanować, zabłysnąć, pokazać swoją inność. No niektórzy na pewno robią szoł i się popisują, ale to zwykle tacy, co mają troszkę mało rozumku, a co byli za granicą raptem cały tydzień na zbiorach pomidorów z innymi rodakami i nawet  tej zagranicy tak na prawdę nie widzieli...

Przez 35 lat mieszkałam w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi, borykałam się z podobnymi problemami, nie wiedziałam nic o innym świecie, bo skąd miałabym wiedzieć. Jak oglądałam czy czytałam o życiu w innym miejscu czy innym czasie to było to owszem ciekawe, ale nadal tak na prawdę nic nie wiedziałam. Czy jak wam opiszę, jak smakują małże z frytkami i majonezem oraz prześlę wam zdjęcie to poczujecie ich smak? 

Ludzie nie opowiadają o tym co przeżyli i co czuli, czego doświadczyli, bo się wstydzą albo boją obgadywania. Tacy, co jak ja opowiadają o tym co czują, co myślą, którzy o zgrozo przyznają się do własnych błędów  i wpadek są wyzywani od czubków. W Polsce bowiem każdy chce uchodzić za twardziela i superbohatera (nie tylko pewnie w Polsce), bo inaczej zrównają go z błotem. W Polsce nie wolno przyznać się że jest ci źle, że masz jakiekolwiek problemy, bo będą z ciebie szydzili i pokazywali palcami. W Polsce nie możesz się też przyznać, że nie masz pieniędzy, bo to znaczy że jesteś nieudacznikiem i tępym Johnem, albo skąpcem, cyganem i krętaczem. Gdy ktoś pyta, jak ci tam za granicą to mówisz "dobrze" i to jest koniec tematu. Nikt się nie dopytuje, a ty nie wyjaśniasz, bo po co mają ci dupę obrabiać i snuć chore domysły, jak tylko się odwrócisz. Zresztą widzą, że jest dobrze, bo jak ma nie być dobrze, skoro nową bryką prosto z salonu zajechałeś, skoro ty i twoje dzieci w markowych ciuchach się lansujecie.... bo każdy widzi tylko to co chce widzieć. Kogo obchodzi, że w twoim kraju utrzymanie starego auta jest droższe niż zakup nowego. Kto pomyśli, że te markowe ciuchy to de facto najtańsze ubrania dostępne w twojej okolicy i to kupione za równowartość paczki chipsów na letniej czy świątecznej wyprzedaży. Każdy widzi, to co chce widzieć.

Opowiadam na moim blogu jak nam się żyje, bo chcę to życie trochę przybliżyć i pozwolić zrozumieć tym co zostali tych co wyjechali. 

Emigracja to trudne doświadczenie życiowe, które zmienia nas i to bezpowrotnie. 

Piszę czasem, że tu w Belgii jest np łatwiej coś kupić, nawet auto, nawet dom są w zasięgu przeciętnego człowieka. Opowiadam, że są różnice w cenach poszczególnych rzeczy, że np te markowe ciuchy które w Polsce są tylko dla zamożnych tutaj są zwyczajnie najtańsze, a dla zamożnych są takie, których w PL nawet nie ma pewnie. Co to jednak oznacza dla Polaka, który postanawia zamieszkać w Belgii? Większość powie no SUPEROWA SPRAWA a może nawet pozazdrości, a przyjdzie komuś do głowy, że z tym faktem trzeba się nauczyć żyć? Tak, to wcale nie jest proste ogarnięcie całkowicie innych warunków ekonomicznych. Kupię se markową bluzkę za 3 euro ale za fryzjera zapłacę 100€. To jest duży szok. Zrozumienie i poznanie całego rynku trwa miesiącami, latami. Zanim człowiek to ogarnie choć w minimalnym stopniu, czuje się zwyczajnie zagubiony i skołowany. Zwyczajnie nie wie się na początku na co cię tak na prawdę stać. Wszystko stoi na głowie. Ale ludzie widzą przecież tylko, że masz nową bluzkę albo nową fryzurę...

Ale co tam ekonomia, jak całe życie toczy się tutaj trochę inaczej. Sam język. Kto zastanowi się, co to znaczy uczyć się mówić od nowa w wieku 10, 20, 40 lat? Tak to łatwo powiedzieć "mieszka za granicą już rok". Przez rok wiele się dzieje w życiu każdego człowieka. Temu się dziecko urodzi, temu się auto zepsuje 10 razy, tamten pójdzie na studia, jeszcze inny dostanie pracę lub ją straci. Dla większości jednak pewne rzeczy są ciągle stałe - mieszka w tym samym domu, je z tej samej miski, ma tych samych sąsiadów, mówi tym samym językiem, ogląda te same programy w telewizji, robi zakupy w tych samych sklepach, zna ceny, smaki, głosy, zapachy. Jednak jak się zepsuje auto albo urodzi dziecko to wiele to zmienia, prawda? A spróbuj sobie wyobrazić, jak to jest gdy zmieni się wszystko, każdy najdrobniejszy detal w twoim życiu. Nagle nie znasz sąsiadów, śpisz w innym domu, jesz z innej miski, nie rozumiesz, co sąsiedzi do ciebie mówią, chleb ma inny smak, w telewizji nie ma twoich seriali, w radiu twoich audycji, w sklepach twoich ulubionych produktów, nawet głupi termometr nie działa jak w Polsce, a ty nie masz nikogo w promieniu 100 km, z kim można by pogadać, kogo można by poprosić o najdrobniejszą poradę, szklankę cukru, czy jakąkolwiek pomoc. Wiesz, że gdyby nagle dziecko spadło ze szafy to nie masz po kogo zadzwonić czy polecieć po pomoc a w pogotowiu cię nie zrozumieją. Wiesz że jesteś skazany tylko i wyłącznie na siebie i wszystkiego musisz się nauczyć sam, jak małe dziecko krok po kroku, słówko po słówku, z tym, że dziecko ma mamę, która go prowadzi za rączkę, a imigrant często nie ma nikogo. Oswajanie rzeczywistości może trwać latami, ale kto o tym myśli żyjąc sobie ciągle w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi, walcząc ze swoimi problemami? Ja nie myślałam na przykład kiedyś.

No ale w końcu po roku, dwóch, dziesięciu coraz bardziej ogarniasz te obce realia, oswajasz je, uczysz się w nich żyć i jedziesz do Polski i nie pojmujesz dlaczego ludzie  mówią "o wielka Belgijka przyjechała", "zapomniała gdzie się urodziła", nie wiesz o co im się rozchodzi, nie zdajesz sobie sprawy, że nauczyłeś się żyć w innych realiach, że już nie zawsze rozumiesz polskie. Czy to znaczy że zapomniałam, gdzie się wychowałam, w jakich realiach? Nie, to znaczy tylko że nie jestem na bieżąco i już nigdy nie będę, bo żyję tu nie tam, a realia się różnią bardzo a do tego ciągle zmieniają, zaś ja nie mam przełącznika w mózgu: cyk - Polska, cyk Belgia, cyk Korea Południowa. Czy to znaczy że się zmieniłam? A jak niby miałabym żyć w obcym kraju, gdybym się nie dostosowała, nie zmieniła swoich przyzwyczajeń, podejścia do życia?

Wiem jak - tak jak żyją ci Polacy w tzw polskich gettach, w polskich dzielnicach, którzy po 5, 10, 20 latach mówią nadal tylko i wyłącznie po polsku, trzymają się tylko z Polakami, pracują u innych Polaków lub z innymi Polakami u tubylca, czeszą się tylko i wyłącznie u polskich fryzjerów a auta naprawiają u polskich mechaników, kupują tylko w polskich sklepach, bo do tutejszych  wstydzą się pójść, bo nie potrafią się tu odnaleźć. Którzy po 10 latach na obczyźnie na fb mają tylko polskich znajomych, którzy mają tylko polską telewizję i żyją tylko tym co w Polsce. Którzy mają tylko nikłe  (tyle co drugi Polak powiedział) lub zerowe pojęcie na temat tutejszego życia, zwyczajów, prawa, tradycji, szkolnictwa czy turystyki. Każdy dokonuje wyborów i żyje po swojemu i każdy ma do tego prawo...

Gdy wybierzesz (lub tak ci się losowo ułoży) opcję z dala od innych rodaków to będziesz sam. My byliśmy w piątkę i było nam raźniej, ale też z drugiej strony trudniej, bo musieliśmy się martwić o nasze dzieci i siebie nawzajem. Co innego pojechać jednemu dorosłemu na jakiś określony czas, wiedząc że dzieci i partner siedzą sobie bezpiecznie w domu pośród znajomych ludzi - uda się czy nie uda, to wiesz, że masz gdzie wrócić, że masz dom, że ktoś na ciebie czeka. Niektórzy tak robią długie lata. Co innego postawić wszystko na jedną kartę, wóz albo przewóz, bilet w jedną stronę, nie ma powrotu, nie ma pewności, że się uda, bez pieniędzy, znajomości, pomocy, licząc na łut szczęścia i dobrych ludzi. Ale kto się nad tym zastanawia, kto pomyśli, co przeżyły nasze dzieci, co przeżyliśmy my dorośli? Ile to nas wszystkich kosztowało (i kosztuje nadal) nerwów, strachu, nieprzespanych nocy? Czy takie doświadczenie  może  zmienić człowieka? Czy może wpłynąć na jego psychikę i charakter? Na to pytanie niech se każdy sam odpowie wedle własnych kryteriów postrzegania świata. Mnie zmieniło na pewno i to bezpowrotnie. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Mnie nie zabiło... jeszcze.

Emigracja zmienia ludzi.
Może dzięki temu wpisowi choć jedna osoba zrozumie dlaczego, a może i nie...
Może dzięki temu wpisowi, jedna osoba zrezygnuje z emigracji i oszczędzi swoim znajomym i sobie przykrych doświadczeń, a może to właśnie kogoś do emigracji zachęci...
Może ktoś doczytał do końca, a może po pierwszym akapicie stwierdził, że to beznadziejny teskt i odlubił bloga...
Może rodzina i znajomi się na mnie po tym tekście całkiem wypną... a może nie.

Jedno jest pewne - Polska nadal jest w moim sercu. Uwielbiam oglądać stare zdjęcia (a mam ich setki jak na córkę fotografa i miłośniczkę pstrykania przystało), wspominać wszystkie miejsca które odwiedziłam i wszystkich ludzi których spotkałam na swojej drodze. Pamiętam dobre i złe chwile, poważne i śmieszne... Opowiadam o nich swoim dzieciom. Opowiadam Belgom i innym obcokrajowcom o mojej ojczyźnie, o moim życiu, rodzinie, znajomych. Mówię im o rzeczach dobrych i złych, tak jak na tym blogu wam Polakom opowiadam o Belgii.

Mój rodzinny dom to była zawsze  szalona zbieranina ludziów, kotełów, piesełów i wszelakiego innego żywego stworzenia. Co jedno to większy oryginał (myślicie, że po kim mam swoją nienormalność?)





...ale też miejscem, gdzie w spokoju można było wypić kawę, podumać albo pogadać o wszystkim i o niczym



Moja praca była fantastycznym, pasjonującym i ciekawym doświadczeniem życiowym

Poznałam w Polsce wielu świetnych ludzi. Czas spędzony z drużyną to niepowtarzalne chwile.



Polskie zimy ech :-)

Cieszę się, że dane mi było zwiedzić tyle pięknych miejsc w ojczyźnie zanim wyjechałam







 


Polska to piękny kraj, który mam i pewnie na zawsze już w pamięci i sercu mieć będę, ale
JUŻ NIE MÓJ. To nie żale, nie biadolenia - nie doszukujcie się , proszę, w moich wpisach tego czego tam nie ma - to są fakty. Tęsknię czasem do chwil minionych, wspominam je czule (albo i ze złością na siebie lub kogoś, bo takie jest życie), ale nie żałuję niczego. Jestem zadowolona z moich życiowych wyborów. Jestem szczęśliwa jako żona, jako matka i jako emigrantka. Nie znaczy to, że nie mam prawa sobie czasem ponarzekać, powkurzać (na męża, dzieci, zagranicę czy Polskę), że nie mam prawa się martwić, denerwować, że nie wolno mi marzyć i tęsknić, bo niczym się od was wszystkich pod tym względem nie różnię - ciągle jestem tylko (a może aż) człowiekiem i to bardzo wrażliwym, empatycznym i emocjonalnym, tylko może czasem z cięższym o pewne doświadczenia bagażem. Fajnie by było spotykać się z rodziną od czasu do czasu, fajnie by było dzielić się  co roku opłatkiem i jajkiem, próbować wszystkich urodzinowych tortów, fajnie by było pogadać o bieżących problemach i poradzić, fajnie by było być na bieżąco, ale cóż ...dzień ma tylko 24 godziny, 1500km to w ciul daleko, hajs nie rośnie na krzaku, a robota się sama nie zrobi. Już nigdy nie będzie, tak jak było - ciężko się czasem z tym pogodzić, ale nie ma wyjścia. Takie jest życie.





*) tak to wulgaryzm, użyty świadomie z premedytacją, bo wiecie ja zwyczajny robol jestem i jak mi spadnie cegła na stopę to nie mam zwyczaju mówić wtedy tonem pani od polskiego "o motyla noga", tylko zaryczę to co zaryczy każdy normalny, gdy mu spadnie cegła na stopę...