9 sierpnia 2017

Jak bawi się w czasie urlopu mama z synem?

Trójka z Piątki pojechała poprzeszkadzać trochę rodzinie w Polsce. Ja i Młody zostaliśmy tutaj w Belgii. Gdy pada, siedzimy w domu i gapimy się w ekrany wszystkiego, co tylko ma ekran - gramy, oglądamy, no bo co można robić w deszcz? Czasem rozkładamy gry podłogowe, ale większość już się ograła (w sezonie zimowym kilka razy dziennie codziennie aaaa!). Jedynie w "Spuzzle" jeszcze chciało się grać, bo to stosunkowo nowa gra (z pół roku u nas dopiero). No i któregoś dnia zrobiliśmy nowe "Memory". Nie żeby stare było złe, bo jeszcze całkiem do rzeczy, choć zgrane trochę, ale samo robienie dało Młodemu dużo frajdy. Wymyślał własne motywy i rysował zawzięcie. Potem graliśmy w ogódku na materacu, dopóki słońce nie zaszło za chmury, bo z temperaturą to się w tym kraju nie przewala w czasie wakacji, w cieniu za zimno na siedzenie bez ruchu.


Wieczorami czytamy lub oglądamy coś z odtwarzacza (przerobiliśmy Dzieci z Bullerbyn, które bardzo się spodobały Młodemu, tak samo jak kiedyś dziewczynom), w dzień czasem "zukbukujemy" (zoekboek - książka do szukania na obrazkach różnych przedmiotów, nie wiem czy to ma jakąś nazwę swoją po polsku). Młody uwielbia zoekboek(i), niektóre to wcale nie łatwe. Mieliśmy kilka książek z zadaniami wakacyjnymi, ale Młody szybko się z nimi uporał mimo, że miały po kilkadziesiąt stron i zadania nie takie przygłupie jak w polskich (kupiłam w zeszłym roku w PL zadania dla 5latków zalecane przez jakichś tam psychologów i innych mądroli... nie napisali, że dla opóźnionych w rozwoju a na takie wyglądały, do tego 5 kartek tylko; obejrzałam też kilka innych pozycji i wszystko mniej więcej na tym samym poziomie - tutaj w zadaniach dla 5latków widzę zadania typu: "zakreśl kolorem czerwonym piąte drzewo a niebieskim trzecie" w polskiej było "znajdź na obrazku niebieskie drzewo". Ta różnica w trudnościach zadań wynika pewnie z faktu, że w Polsce wiele dzieci nie chodzi do przedszkoli, ale to tylko moja teoria...

Od czasu do czasu wymieniamy się też z innymi rodzicami naszymi dziećmi. Podoba mi się ten zwyczaj. Gdy któreś z rodziców ma wolne, zaprasza jakiegoś kolegę własnej pociechy do siebie. Młody już trzeciego "spyjaciela" gości w ciągu mojego dwutygodniowego urlopu. W czasie wakacji dzieci bardzo tęsknią za klasowymi kolegami. Młody ma zawsze "SUPER DZIEŃ" gdy ma ktoś przyjść lub on do kogoś idzie się pobawić. Skreśla dni w kalendarzu i codziennie przelicza, ile dni zostało, bo oczywiście na takie odwiedziny trzeba się odpowiednio wcześnie umówić z innymi rodzicami.

Pogoda w ostatnim czasie typowo belgijska, czyli w kratkę. Na szczęście prognozy w tym malutkim kraiku dosyć się sprawdza, co pozwala zaplanować sobie odpowiednio wszelakie wyjścia i wyjazdy choćby na głupie zakupy, gdy ma się tylko rower do dyspozycji. Niestety okazało się, że fotelika nie da się zainstalować do żadnego z moich rowerów, co nas trochę ogranicza, bo małe nóżki nie zajadą zbyt daleko na małym rowerku. No ale mamy jeszcze publiczne środki transportu. Może nie za wiele bo do nas tylko jeden autobus jeździ, ale to już pozwala dostać się do Brukseli. Gdy przejedziemy na rowerach 4 kilometry - mamy już stację kolejową, skąd można bez problemu pojechać wszędzie, gdzie sięgają tory kolejowe.

Przekopałam Internet w poszukiwaniu miejsc, do których można by się wybrać z przedszkolakiem. W tym kraju możliwości nie brakuje. Wszystko zależy od tego, co kto lubi i ile może na to wydać.

Korzystając ze strony http://www.wattedoen.be/ znalazłam informację o aktualnym Brussel Expo. W czasie wakacji jest wystawa interaktywnych dinozaurów. Pojechaliśmy autobusem do stolicy, gdzie przesiedliśmy się na metro i tak dotarliśmy na Heizel. Wycieczka bardzo się podobała. Dinozaury zrobiły duże wrażenie. Młody pytał, czy one są prawdziwe, skoro się ruszają i warczą.


Sporo ciekawych rzeczy, można też znaleźć na innej stronie: http://www.uitmetkinderen.be/.

Znalazłam mnóstwo miejsc i imprez na które warto się wybrać.

Ja korzystając z nieobecności pozostałej dwójki dzieci, postanowiłam wybrać się z Młodym do parku rozrywki. Dziewczyny były w czerwcu w Walibi (https://www.walibi.com/belgium-landing) na szkolnej wycieczce i wybawiły się swoje. Najlepszy chyba belgijski park dla maluchów to Plopsaland w De Pane nad morzem (blisko granicy z Francją). Tam można spotkać postaci znane z belgijskich filmów (Studio 100 ) dla dzieci: Maja, Bumba, Vic Wikie, Heidi, Plop, Mega Mindy, Piet Piraat, Rox etc. Większość atrakcji nadaje się dla dzieci w wieku przedszkolnym. Wstęp do danej atrakcji zależy od wysokości dziecka.

Wybawiliśmy się cały dzień. Nie ukrywam, że ja stara też bardzo lubię wszelakie karuzele, kolejki i huśtawki i bawiłam się równie dobrze, jak mój syn.

Jedna istotna rzecz, a której warto napisać na tym blogu, bo pewnie część osób tego nie wie, to wycieczkowe bilety kombinowane, czyli
rano było 10 stopni - Młody zmarzł na rowerze

B-Dagtrips

B-Dagtrips to rodzaj biletu na pociąg, który jest też biletem wstępu do jakiejść atrakcji turystycznej, na wystawę, czy też koncert. Bilety te można kupić zarówno w kasie, przez Internet jak i w automacie na stacji kolejowej. Wychodzi taniej, niż gdy kupuje się osobno bilety wstępu i pociągowe.
W naszym wypadku wyszło taniej jakieś 30€. Wejście do Plopsaland kosztuje prawie 36€ od osoby, tyle samo bilet na pociąg dla mnie (dzieci do 12 lat podróżują belgijskimi pociągami za darmo). Tymczasem bilet B-Dagtrips kosztował mnie nie całe 69€ dla nas obydwojga, czyli opłaca się.
Szczegóły na temat biletów B-Dagtrips można znaleźć na stronie belgijskich kolei: http://www.belgianrail.be/nl/vrije-tijd/b-dagtrips.aspx

Z naszej stacji do De Panne jedzie się około dwóch godzin z przesiadką w Gent Sint Pieters. Połączenie bardzo dobre zatem. Pociągi są co godzinę w jedną i drugą stronę. Od stacji do Plopsaland jest 5 minut spacerku krokiem przedszkolaka. Tory rollecoastera widać od dworca, a śmiech i wrzask jest słyszalny doskonale, ale są też drogowskazy, no i wszycy idą w tym samym kierunku raczej (pozostali wracają). W Gent i dalszych stacjach wsiadało sporo dzieci z rodzicami i wszycy jechali do Plopsalandu. Dzieciarnia młodsza ganiała się po pociągu i bawiła w chowanego.

Szczerze Wam polecam zarówno podróże pociagami jak i park rozrywki. Dzieci to lubią.

Pokażę Wam trochę obrazków z Plopsaland.

Oczywiście jest sporo innych miejsc, do których warto się wybrać z dziećmi.

Przy czasie spiszę te które udało mi się już odkryć oraz te, o których gdzieś wyczytałam lub usłyszłam i do których mam zamiar się wybrać.

O niektórych już pisałam. Te znajdziecie zawsze w zakładce WYCIECZKI.


Wojna na morzu Młodemu się nie podobała. Naszymi przeciwnikami byli dorośli albo nastolatki. Tymczasem Młody nie radził sobie z pompowaniem wody (kręcenie korbką) i strzelanie z armatek wodnych. Przed wypłynięciem w morze założyliśmy regenjasy, ale portki i włosy wykąpane mieliśmy do spodu. Na chwilę weszliśmy do suszarki (są tam takie specjalne suszarki dla ludziów), ale żeby jeansy na zadzie wysuszyć, trzeba by tam z godzinę siedzieć :-)




Most linowy za to bardzo się spodobał.


Kabouter Plop


 Co do tego (poniżej) rollecoastera miałam wątpliwości, ale Młody koniecznie chciał przejechać przez pralkę. W długiej kolejce zauważyłam sporo rówieśników Młodego. Śmiał się jak szalony - ja też lubiłam od dziecka tego typu zabawy :-)
 Równie fajne okazało się spływanie w pniu. Kurtki przeciwdeszczowe znowu się przydały, bo w pewnym momecie wyjeżdża się w tej rynnie do góry, a potem ostro w dół i robi DUUUŻE CHLUP! Cały pysk miałam mokry! Fuj, ta woda taka bagnista.





karuzela u Pszczółki Mai



 Z De Panne do Gent mieliśmy pociąg bez klimatyzacji. No sauna jak za starych dobrych czasów w PKP, tylko ciszej, wygodniej  i czyściej, a Młody w polarowej bluzie, bo koszulka się była zmoczyła w tańczących fontannach. Dobrze, że portki i buty kazałam mu zdjąć zanim pogonił się chlapać. Pamiętam, że Młoda kiedyś całą drogę z Mechelen musiała stać w pociagu, bo miała mokry kuper od tańca z fontannami.
Kabouter Plop na pamiątkę z Plopsalandu :-)

A dziś upiekliśmy sobie muffinki z malinami. Niumnium!




Mam za sobą fantastyczny tydzień pełen spokoju. Robię nic, tak jak sobie to zaplanowałam. Żyję teraz jakby w zwolnionym tempie. Różnica jest duża. Wstajemy spokojnie koło 7-8 godziny, kładziemy się koło 22-23. Rano maszeruję sama lub z Młodym na łąkę po zieleninę dla królika i papugi. Potem wypuszczamy i drapiemy po nosie i za uszami Flafunię, bo królik niewypuszczony i niewygłaskany to królik zły. Wkurzone króliki walą łupce w środku nocy (ona mieszka na poddaszu), telepią klatką za pomocą swoich króliczych zębów, tłuką szczotką zmiotką i wszystkim innym, co znajdą w swojej zagrodzie. Wkurzone króliki nie dają spać ludziom, którym nie chciało się porządnie wygłaskać królików. Dlatego dbamy o naszego złośliwca. Papugi nie głaskamy, bo papugi kichają ze złością na nas, jak chcemy je głaskać. Papugi nie lubią być głaskane ani miziane.
wybieg naszego króliczego złośliwca w pokoju Najstarszej

Summer

Zajonc,  Brzydkie,  Fluffy, Flafunia,  króliczy złośliwiec
Nigdzie się nie śpieszymy, nic nie musimy. Cały czas mam teraz dla siebie i Młodego. Dzień planuje się sam (nie licząc wizyt koleżeńskich). Nie mam powodu by się denerwować, by się złościć, by krzyczeć na dziecko, by poganiać, bo mam dużo czasu na wszystko. Dziecko nie ma powodu, by się złościć, by robić awantury, bo mama ma dla niego czas. Nie tylko czas na nakarmienie i ubranie, ale czas na zabawę, spacer, na karmienie kaczek w stawie, na wysłuchiwanie nigdyniekończących się historii, na budowanie farmy z klocków, na rysowanie i wycinanie, na przytulanie, na śpiewanie i tańczenie, na plac zabaw, na rowerowanie, na wspólne oglądanie bajek i granie na kompie, na puszczanie latwaca, na czytanie i na sto innych rzeczy, na które nie ma pracująca matka czasu ani sił w zwykłe dni. To jest piękne i cieszę się każdą chwilą tego urlopu, każdą minutką spędzoną z własnym synem, bo już za kilka dni trzeba wrócić do tego szalonego kołowrotu. Jeszcze kilkanaście dni i dzieci będą musieć wrócić do szkoły. Mam nadzieję, że i one - te duże - też trochę nacieszyły się wolnością i nicnierobieniem najpierw na obozie a teraz u dziadków i wujostwa  w Polsce. Dobre i 3 tygodnie porządnych wakacji. Jest nadzieja, że i im baterie się naładują i we wrześniu wystartują z pełną energią w swoich nowych klasach.





27 lipca 2017

Ten zakaz telefonów to super sprawa

Połowa wakacji praktycznie minęła. Dzieci większość czasu spędziły w domu syćkie trzy opiekując się sobą wzajemnie. To znaczy prrrr każdy opiekował się głównie swoim komputerem, jak na dzieci XXI wieku przystało. 
słońce chowa się za lasem a ja za trawą

Powiem Wam, że cieszę się wręcz, że sobie siedzą przy kompach, gdy mnie nie ma w domu, bo jakoś tak mniej prawdopodobne wydaje mi się, że coś głupiego im do łba strzeli albo jakaś nieprzygoda się zdarzy. Diaboł nie śpi. Dlatego jak tylko chcą się lampić w ekrany, niech się lampią. Choć one robią sobie przerwy... Poznaję to po tym, że jak wracam do domu po pracy, w kuchni czeka na mnie czasem 5 świeżutkich pachnących ciastek marchewkowych albo jedna (góra dwie) czekoladowa muffinka. Nie wiem, jak to robią, ale wyobraźcie sobie, że w kuchni jest czysto. Znaczy nie, raz przyszłam i zauważyłam, że wszedzie jest cukier. W zlewie jest cukier, na podłodze cukier, pomiędzy urządzeniami mnóstwo cukru, na stole cukier. No ki czart - myślę - M poprzedniego dnia co prawda  wywalił słoik z cukrem, ale natychmiast pościerał i poodkurzał co do okruszka. Nic to, nie wnikam. Tajemnica jednak wyjaśnia się natychmiast jak tylko Młody usłyszał, że matka wróciła - Maaaamoooo, a dziewczyny zrobiły mi watę cukrową! Noooo do maszyny jak się źle sypnie cukier to on jest potem wszędzie, nawet na szafie może być. Kilka dni później wszędzie są mrówki... Taaa, Młody kiedyś się cieszył, że ma wreszcie swoje zwierzątka i że one same do niego przyszły. Naprawdę fascynująca to sprawa tak leżeć sobie na dywanie i przyglądać się jak mróweczki targają dokądś resztki chipsów spod stolika i co dnia ich przybywa.... Tata drań popsikał je czymś i do tego posprzątał miejsce przestępstwa dokładnie z resztek jedzenia i mrówek. No więc pozostaje gapienie się w ekran i hodowanie zwierząt w Wiejskim Życiu albo próby zaprzyjaźniania się z pupilami sióstr. Każda ma swoje zwierzątko - Najstarsza królika, Młoda nimfę - i te stwory też potrafią odciągnąć młodzież od komputerów na dłuższą lub krótszą chwilę. Trzeba wypuścić z klatki, trzeba pogadać do stworzenia, trzeba posprzatać kupy, zmienić wodę, przynieść smakołyka... 

25 lipca 2017

Nagła fascynacja Jezusem - jak nadążyć za własnymi dziećmi?

Jesteśmy rodziną katolicką - mamy te wszystkie sakramenty, w domu symbole katolickie, Biblię (czytaną nawet od czasu do czasu), obchodzimy Boże Narodzenie i Wielkanoc (po swojemu bo po swojemu ale pamiętamy), lubimy i szanujemy tradycje, dzieci uczą się w szkołach katolickich i chodzą na taką religię. Jednak ostatnio nie jesteśmy praktykujący, wiara też raczej pod znakiem zapytania (bardziej szukanie odpowiedzi n/t sensu życia i przywiązanie do tradycji w której się wychowało). Pobożni zdecydowanie, na 100% nie jesteśmy, nie opowiadamy dzieciom o Bogu, nie namawiamy, nie przekonujemy. Dziewczyny chodziły na religię w Polsce i były tam u I Komunii więc musiały nauczyć się tych wszystkich przykazań, zakazań i całej reszty nikomu nie potrzebnych (moim zdaniem) rzeczy. Dzięki temu pewnie dziś nie chcą nawet słyszeć na temat kościoła  i nawet na zwiedzanie ich tam nie zadrze. Ze szkoły chodzą bo nie mają wyjścia, a nawet mówią, że jest fajnie.  Sami też nie chodzimy raczej na msze, bo nam się nie chce. Młody nie miał styczności z kościołem odkąd skończył roczek, bo jakoś się nie składa. Nie będę własnych dzieci przekonywać do czegoś, w co sama nie wierzę  za bardzo. Tu religia w szkole to takie tam pitu pitu o wszystkim i o niczym. Jesteśmy zatem takimi sobie, słabymi katolikami, ale bez wątpienia lubimy zwiedzać kościoły i miejsca kultu, poznawać legendy i historię. To jest ciekawe i fascynujące. Czujemy się też związani z kulturą i tradycjami chrześcijańskimi i nie mamy zamiaru póki co się rozwiązywać ani pozwalać innym się w te nasze kwestie wtryniać.

 Nie dawno pokazywałam tu zdjęcia z wycieczki do Scherpenheuvel. Młodemu się podobało, jak każda wycieczka. Jednak tam zainteresował go Jezus na ogromnym krzyżu. Nadmienię, że nasz synio jest na etapie zadawania pytań i jak go coś zaciekawi to nie ma zmiłuj, czasem kilka tygodni drąży temat (tak było z umieraniem). Teraz pojawił się Jezus. Kto to jest? Co on tam robi? Dlaczego go zabili? Kto to byli ci źli ludzie? Ale dlaczego? A ile on ma lat? A był mały?.... W końcu zostawiliśmy Jezusa i poszliśmy dalej. No ale to była Droga Krzyżowa i zaraz zauważył kolejną stację. Co oni tu robią? Kto to jest? Dlaczego?.... Dobrze, że Tata obcykany w stacjach Drogi Krzyżowej to doszliśmy do bazyliki w końcu. Tam też obrazów i rzeźb nie brakowało.

Wróciliśmy do domu i okazało się, że ta dekoracja z salonu już nigdy nie będzie zwykłą dekoracją. To jest przecież Jezus - człowiek, który był dobry i wszystkim pomagał, ale źli ludzie go zabili. Obraz w sypialni przypomniał też historię opowiadaną podczas Bożego Narodzenia i mała główka szybko połączyła fakty, ale na wszelki wypadek się upewnił. A ten dzidziuś to kto? A ta pani obok niego to jego mama Maria...? Koło szkoły też jest krzyż duży. Ostatnio go malowali i znowu pojawiło się wiele pytań o Jezusa. Niesamowite, jak zafascynowała go ta postać.

20 lipca 2017

Nasze babskie problemy. Kolejny post o dorastaniu.

Przychodzi taki moment, że dziewczynka staje się kobietą. Jest to z jednej strony powód do radości - człowiek staje się dorosły, nabiera ładniejszych kształtów; z drugiej jednak wiąże się to z całą gamą niedogodności i niefajnych problemów. Już nie można iść na basen kiedy się chce, już  nie można zakładać jasnych portek czy kiecki w niektóre dni, już trzeba pamiętać, by w tornistrze czy torebce zawsze mieć choć jedną podpaskę i tabletki przeciwbólowe, bo nigdy nie wiadomo kiedy to cholerstwo nas dopadnie i gdzie. Gdy już dopadnie, to co chwilę trzeba latać do wuceta i sprawdzać, czy nic nie przemogło. Do tego ten przeszywający ból i osłabienie, a tu uczyś się trzeba i myśleć, i siedzieć te 8-9 godzin w szkole, a potem jeszcze pedałować na rowerze 7 kilometrów do domu. Jakby tego było mało w wielu przypadkach dorastanie wiążę się  z trądzikiem, czyli spaskudzoną przez jakieś syfy twarzą. Wiele dziewczyn przechodzi na szczęście łagodnie, bez większego bólu, większego krwawienia, ot 3 dni i po sprawie. Niestety nie wszystkie. 

Gorzej jeśli nastolatka (dokładnie: dwunastolatka) ma obfity okres 8-10 dni, a przy tym cierpi na okropne bóle brzucha i głowy. Do szkoły chodzić musi, musi uważać na lekcji, pisać testy, odrabiać zadania domowe. W Polsce można się opieprzać, olewać, opuszczać lekcje i nikt wam nic nie zrobi, ot tam pobiadolą na wywiadówce i tyle, we Flandrii nie ma zmiłuj. (przynajmniej w naszej szkole). Wagarujesz, nie odrabiasz zadań, dostajesz gorsze wyniki - wyślą cię do psychologa czy innego tam nawiedzonego specjalisty, a jak ci sie nie podoba to przywitasz się z sądem rodzinnym. Można latać co miesiąc do lekarza po zwolnienie, ale to kosztuje i na ból nie pomaga. Pora się wybrać do ginka....

Wybadaliśmy wcześniej sytuację po znajomych i w necie, by dowiedzieć się jak to wygląda w tym kraju. Sama zresztą byłam u tego nielubianego doktora nie tak wcale dawno i nie ukrywam, że zostałam bardzo miło zaskoczona. Podejście do ...WSZYSTKIEGO zupełnie inne niż w Polsce. W gabinecie full wypas, nawet wziernik podgrzewany hahaha - w PL bywałam w gabinetach państwowych i prywatnych dość często, bywałam też w szpitalu z powodów babskich najróżniejszych, to coś wiem na ten temat. Szczegółami się dzielić nie będę, ale zapodam kilka ciekawostek, różnic, których nie da się nie zauważyć. W PL wmawiano mi z jakiegoś (podejrzewam czysto biznesowego) powodu, że biorąc tabletki muszę chodzić na badanie co 2 miesiące albo i co miesiąc (stówka za wizytę). Tutaj co się okazuje? Ano że przy pierwszej wizycie dostaję 3 recepty od razu,  z czego jedna na roczny zapas tabsów. Aaaa czyli jednak z tym comiesięcznym badaniem to gówno prawda. Druga miła niespodzianka - pigułki nie są drogie.  Do 21 roku życia są nawet UWAGA - ZA DARMO!!! Zresztą wizyta też kto wie co nie kosztuje - 35-40 euro, z czego sporą część oddaje ubezpieczyciel. Tyle samo płaciłam za cytoligię, ale po jakimś czasie przyszła informacja że co 2 lata jest cytologia darmowa (na przyszłość będę siedzieć i poczekam grzecznie na zaproszenie).

W PL, z tego co podają na portalach medycznych,  nastolatka poniżej 18 roku życia musi mieć PO-ZWO-LE-NIE-OD-RO-DZI-CÓW, gdy chce by jej ginek przepisał pigułki antykoncepcyjne. No wiadomo normalny zapyta od picu czy starzy wiedzą i przepisze, a inny każe z mamusią przyjść. Spoko.

W BE nastolatka nie musi się pytać mamy o zgodę, a mama nie ma prawa się pytać doktora, co dziecku przepisał. Znaczy pytać może, ale odpowiedzi raczej nie otrzyma.

Najważniejsza ciekawostka, a w zasadzie dobra nowina dla nastolatek wybierających się do gina w Belgii. Cała wizyta odbywa się przy stoliku. Nie ma badania. Co niektórzy ponoć robią USG przez brzuch, gdy jest taka potrzeba. Oczywiście wiadomo do doktora chodzi się z różnych powodów i w różnych sytuacjach. Co innego zbyt męczące miesiączki co innego na ten przykłada jakaś nieplanowana ciąża, czy poważne schorzenie. Mówię tu jednak o tym pierwszym, zwykła, powszechna choć baaardzo niefajna rzecz - menstruacja.

Na wizytę nastolatka (nawet jeśli ma tylko 12 lat) może iść z mamą, z siostrą albo zwyczajnie sama i nie ma problemu. Dodam tu przy okazji (bo pewnie nie jeden potrzebuje to wiedzieć) że w tym kraju antykoncepcja jest czymś najnormalniejszym na świecie także w kwestii nastolatek. Nikt raczej (ani lekarz, ani aptekarz, ani pani w szkole) nie bedzie się dziwił ani tym bardziej komentował, czy choćby głupio patrzył, gdy piętnastolatka, czy nawet dwunastolatka poprosi o środki antykoncepcyjne (pigułki są na receptę - tak samo jak w PL, tyle że tu dla małolatów są darmowe).

Pani doktor powiedziała, że zarówno 1 okres na pół roku jest czymś normalnym u nastolatki, jak i regularne ale ciężkie miesiączki mieszczą się w normie. To pierwsze prawdopodobnie ureguluje sie samo w ciągu najbliższych 2-3 lat i nie ma się co martwić. To drugie mają poprawić pigułki hormonalne, bo jak stwierdziła pani doktor, obfite miesiączki oraz trądzik świadczą właśnie o tym, że organizm cierpi na chaos hormonalny typowy dla okresu dorastania.

Pamiętam że w Polsce wszyscy straszyli tabletkami antykoncepcyjnymi. Jakie one to mogą być szkodliwe. Na ulotce podają, że faktycznie skutki uboczne mogą być różne, jak przy większości leków. Dla niektórych zwykły paracetamol czy ibuprofen może okazać się śmiertelny, gdy okaże się że organizm danego składnika leku nietoleruje. Przeciętny człowiek  nie martwi się tym co go może ewentualnie kiedyś tam spotkać, gdy zażywał będzie dany lek. Przeciętny człowiek zażywa go z nadzieją, że mu pomoże tu i teraz. Przeciętny człowiek nie lubi, by go coś bolało a gadanie (pamiętam te czasy gdy ja co miesiąc umierałam z bólu), że inni też tak mają i żyją działa mi na nerwy. Bo serio guzik mnie obchodzi że w XII wieku baby cierpliwie znosiły ból miesiączkowy czy porodowy i rodziły na miedzy i szły dalej do roboty bez narzekania. Bo czasy się zmieniły, w XXI wieku nie trzeba ani rodzić na miedzy w bólu, ani umierać przy porodzie z byle powodu czy choćby na zapalenie wyrostka, ani wyrywać zębów na żywca. Można też ułatwić sobie bycie kobietą i złagodzić paskudne objawy menstruacyjne i pozbyć się wielu innych problemów zdrowotnych, które jeszcze za moich gówniarskich czasów były niedopokonania.

Co ciekawe kilka miesięcy temu prasa pisała na temat najnowszych badań, które dowodzą, że pigułki anty brane w młodym wieku mogą nawet zapobiegać rakowi babskich narządów. Tak że tak. Opini tyle ile stron świata, a człowiek zrobi i tak zawsze, co sam uważa za słuszne i dobre dla siebie.




14 lipca 2017

Nocne reflekcje na temat blogowania.

Blogi są jak ogrody przed domem. Każdy może zajrzeć, każdy może skomentować. Ogród możemy też ogrodzić i nikt nam zaglądał nie będzie. Blog może być całkowicie prywatny lub dostępny tylko dla wybranych.

Każdy urządza swój ogród wedle własnego uznania, fantazji, potrzeb i możliwości. Każdy może mieć swój ogród, nie trzeba być ogrodnikiem ani innym tam specjalistą od ogrodów. Jak ktoś chce mieć piękny ogród a nie zna się, zatrudnia fachowca, by ogród zaprojektował. Każdy ogród jest inny, ale projektowanie i pielęgnowanie ogrodu daje dużo frajdy.

Teraz spójrzmy na to z perspektywy przypadkowego przechodnia. Jeden przejdzie mimo i nawet nie zauważy żadnego ogrodu. Drugi zauważy, ale się nie zainteresuje. Trzeci przystanie i obejrzy sobie wszystko dokładnie, czasem nawet skomentuje albo zapyta o coś właściciela. Są też tacy, co po ogrodach rozrzucają śmieci i inny syf, w necie zwiemy to spamem albo wirusami (ale to już śmieci z kategorii toksyczne)

W tym momencie dochodzimy do jednej zasadniczej różnicy pomiędzy blogiem i ogrodem. Jak żyję 40 lat, to nie widziałam ani nie słyszałam (choć pewnie na świecie gdzieś się zdarzyło), żeby ktoś zobaczywszy czyjś ogród, który mu się nie podoba (bo jest zaniedbany, bo styl jakiś taki nie tego, bo za dużo dekoracji albo za mało żółtych kwiatków, bo śmieci się walają, a te huśtawki nie pasują...) wtargnął nagle do właściciela tego ogrodu i zaczął mu, i jego latami hodowanym pokrzywom bezczelnie ubliżać, krytykować ten ogród i jego właściciela, drzeć mordę...

No weź spróbuj jeden z drugim zrobić w realu coś takiego to w najlepszym przypadku ktoś zadzwoni po gliny, w trochę gorszym zwyczajnie otłucze wam ryło, a może was nawet zastrzelić, bo ponoć w niektórych rejonach świata prawo na to pozwala.

Na bloga natomiast (czy inną tam mniej lub bardziej prywatną stronę) bardzo często wpada jakaś niewychowana dzicz i się drze wirtualnie, obraża, wyzywa, krytykuje wszystko co się da i jeszcze jakie pretencje i żale, gdy się zwróci uwagę, bo jaka to ja jestem nietolerancyjna, jaka egocentryczna, jak nie potrafię uszanować odmiennego zdania... Tja bo ja swój własny ogród będę urządzać wedle czyjegoś widzimisię albo wysłuchiwać w spokoju debilnych komentarzy... Czasem to serio mam ochotę zastrzelić...

Blogowanie jest też jak nałóg - dość szybko uzależnia. Blog to diabelny pochłaniacz czasu i myśli. Nie wiem, jak mają inni blogerzy (pewnie zależy od tego, o czym blog), ale ja mam tak, że pomysły na artykuł dopadają mnie o najróżniejszych porach dnia i nocy. Tak, nocy! Budzę się w środku nocy, bo na ten przykład chce mi się siusiu, idę do kibla i tam w tej świątyni dumania nachodzi mnie na rozważania nad sensem życia. W nocy najgłupsze rzeczy mogą wydawać się dobrym materiałem do opisania na blogu. Wracam do łóżka, gdzie przez najbliższe godziny zamiast spać piszę w myślach ten fantastyczny powalający na kolana post. Oj tam w myślach, zadarzało mi się już pisać ze smartfona, a rano oczy jak po spawaniu, zmęczenie do entej potęgi, a ten zajefajny tekst w blasku słońca wydaje się śmieszny i redaguję go za dnia na nowo od początku albo zwyczajnie klikam 'usuń' oraz 'tak jestem pewna, że usunąć ten post'. Pomysły na temat dopadają mnie też w drodze, w robocie i innych mejscach do tego niestosownych. Dlaczego niestosownych? Dlatego, że człowiek chodzi czasem jak naćpany, gdy pisze w myślach bloga. Na szczęście tylko czasem, zwykle obmyślanie tematu nie koliduje z robotą, a tylko pomaga przeżyć dzień.

Jak się już wymyśli coś, to potem trzeba to koniecznie wklikać z lapka lub smartfona, a potem skorygować, poszukać zdjęć i w końcu opublikować. To trwa czasem kilka dobrych godzin z przerwami, a bywa że dni. Są na tym świecie rzeczy o wiele pożyteczniejsze, które można by w tym czasie zrobić. Jestem wszak czyjąć mamą, żoną, czyjąś córką... A wiecie jak irytujące są chwile, gdy masz 'super pomysł' a nie masz czasu by usiąść do laptopa? Nie wiecie? To dobrze. To okropne chwile. Tak samo jak te, w których się już przy tym lapku usiądzie a wtedy ktoś coś chce. Bywam wtedy agresywna a już na pewno pierońsko wściekła, że bez kija nie podchodź. Dlatego czasem zastanawiam się nad zakończeniem tego procederu, bo dla rodziny mój blog jest chyba trochę (albo i więcej) krzywdzący.

Nałóg ma jednak to do siebie, że nie łatwo z nim zerwać.

Blogowanie daje mi dużo frajdy. Mogę się wygadać, pozbyć balastu obciążającego moje myśli. Gdy człowiek nie ma z kim pogadać, to każda możliwość jest dobra. Są tematy, które mogą przedyskutować z mężem, są też takie o których już fajnie się gada z moimi pannami, ale pozostaje wiele, z którymi nie mam co zrobić. Blog ratuje sytuację.

No, o wszystkich to nie mogę też pisać, bo moje niektóre teorie i poglądy mogły by wywołać trzecią wojnę światową. Wystarczy, że czasem mi się coś wymknie, gdy mnie wkurzenie opanuje i już wielka awantura, czy jak to dziś powiada młodzież, gównoburza.


W dzisiejszych bowiem czasach wolność polega na tym, że możesz robić i mówić wszystko co tylko chcesz pod warunkiem, że większość się z tym zgadza. Jak ośmielisz się być przeciw aktualnie panującym normom, trendom i  poprawności politycznej, masz przesrane. Możesz iść, gdzie chcesz pod warunkem że w lewo  :-) 

Staram się nie wychylac zbytnio, bo życie codzienne dostarcza mi wystarczająco wiele powodów do podnoszenia poziomu adrenaliny we krwi. Ciągłe użeranie się z wszystkowiedzącymi, nierzadko bezczelnymi  i o niezbyt wysokim poziomie inteligencji ludźmi,  zaprowadziło by mnie albo do więzienia albo do psychiatryka...

Blog pomaga też w rozwiązywaniu problemów. Gdy wystawię moje problemy na światło dzienne, mogę lepiej się im przyjrzeć, a potem uporządkować. Przy okazji dostrzegam też wszystkie zalety i skarby jakie skrywa nasze prywatne życie. To jest bardzo pozytywna rzecz.

Dlatego blog na razie jeszcze pewnie zostanie... przynajmniej do dopóty, dopóki nie spiszę wszystkich pomysłów albo dopóki mi się nie znudzi całkiem, bo nie mam z kim gadać o tym wszystkim, co mnie dręczy... Jeszcze jest nadzieja, że laptop padnie i zakończy temat raz na zawsze (już, już zdawał się być na wykończeniu, ale zaryzykowałam rozkręcenie wszystkiego i wyczyszczenie... nie wiem kto mi napchał do lapka tyle kurzu...? Pomogło, przestał się wyłączać po 10 minutach).

Na koniec ważna informacja (jakby kto z fejsbukomaniaków jeszcze nie zauważył): zamykam fanpejdża na fejsie. Powisi tam jeszcze kilka dni w celach informacyjnych i przekierowawczych. Nie będę się tu spowiadać dlaczego, z kim i po co, przyjmijmy, że taka moja fanaberia, no a poza tym fan page nie spełnił moich oczekiwań. Spróbuję szczęścia z grupą zamknietą na tym samym portalu społecznościowym oczywiście, bo - nie ma się co oszukiwać - lubię mieć kontrolę nad tym co dzieje się w moim ogródku i lubię wiedzieć, kto mi się tam pałęta dniami i nocami.

Liczę na to, że w grupie będzie też można od czasu do czasu podyskutować na jakiś temat, bo to tak trochę nie teges, że ja się tu produkuję a wszyscy siedzą i się patrzą. No, parę osób zawsze się udziela, ale na fan pageu było ponad 300 lajków... czyli co? ludzie-widma, analfabeci, szpiedzy, psychopaci...?

To jest ostatni wpis z bloga udostępniony na fan page'u. Zainteresowanych zapraszam do grupy zamkniętej. Nazwa to tytuł bloga: Belgia Nasz Nowy Dom. Dla czytaczy bloga


















10 lipca 2017

Bokrijk. Skansen w prowincji Limburg.

W minioną niedzielę zrobiliśmy sobie kolejną wycieczkę do prowincji Limburg do skansenu Bokrijk w Genk.

Genk leży nieopodal Hasselt, które to miasteczko odwiedziliśmy 2 lata temu tu o tym pisałam (kliknij by przeczytać).

Jest to miejsce, do którego warto się wybrać na cały dzień, bo jest dużo do oglądania. Można pobawić się zapomnianymi już prawie zabawkami.
Była okazja sprawdzić, czy nie zapomniałam, jak się chodzi na szczudłach. Jak widać na załączonym obraku - nie :-) Dziewczynom też całkiem dobrze szło jak na pierwszy raz.

Bo takich dwu jak nas trzy to ani jednej nie ma :-)

W Bokrijk jak w każdym skansenie przenieść się można do dawnych czasów i zobaczyć jak to drzewiej się ludziom żyło. Zobaczymy tam nie tylko, jak wyglądały flamandzkie domy dawno dawno temu. Można zajrzeć też do magicznej kuźni, gdzie zaczarowane kowadło, wiadro i kowalski piec opowiedzą nam ciekawą historię, a nawet zaśpiewają. Można przejechać się na wozie, zobaczyć jak piecze się chleb w prawdziwym piecu, można zabawić się w prawdziwą prząśniczkę i poznać z bliska wiele innych, dziś już nie istniejących zawodów.

Spotkamy tam też wiele żywych zwierzatek gospodarskich, które można pogłaskać. Owce, kozy, kury, króliki, konie, krowy mamy na co dzień u sąsiadów, ale świniami nasz Młody był zachwycony...

Polecam to miejsce na wakacyjną (i nie tylko) wycieczkę z dziećmi. Całęj Trójcy się bardzo podobało.


Ja: Patrzcie, żuraw! A dzieci szukają ptaka :-)











szybki kurs chodzenia na szczudłach ;-)

brudna jak świnia




Najstrasza oswoiła motyla





sraczyk przy chlewiku


piec chlebowy

Trójca :-)

Magiczna Kużnia












jak się kto zmęczy, może sobie kimnąć w cieniu



Bokrijk ma oczywiście swoją stronę, gdzie możecie się bliżej z tym miejscem zapoznać. Strona jest dostępna w języku niderlandzkim i angielskim.
http://www.bokrijk.be/nl

Ceny:

Przy skansenie jest baaardzo duży zadrzewiony PARKING w cenie 5€/dzień.

Wejście do skansenu:
do 3 lat gratis,
do 12 - 2 (dwa) €
13-59 - 12,5€
pow 60  - 10,5€

kibelki GRATIS

adres:
Het Domein Bokrijk
Bokrijklaan 1
3600 Genk

Genk, bliżej centrum