9 sierpnia 2017

Jak bawi się w czasie urlopu mama z synem?

Trójka z Piątki pojechała poprzeszkadzać trochę rodzinie w Polsce. Ja i Młody zostaliśmy tutaj w Belgii. Gdy pada, siedzimy w domu i gapimy się w ekrany wszystkiego, co tylko ma ekran - gramy, oglądamy, no bo co można robić w deszcz? Czasem rozkładamy gry podłogowe, ale większość już się ograła (w sezonie zimowym kilka razy dziennie codziennie aaaa!). Jedynie w "Spuzzle" jeszcze chciało się grać, bo to stosunkowo nowa gra (z pół roku u nas dopiero). No i któregoś dnia zrobiliśmy nowe "Memory". Nie żeby stare było złe, bo jeszcze całkiem do rzeczy, choć zgrane trochę, ale samo robienie dało Młodemu dużo frajdy. Wymyślał własne motywy i rysował zawzięcie. Potem graliśmy w ogódku na materacu, dopóki słońce nie zaszło za chmury, bo z temperaturą to się w tym kraju nie przewala w czasie wakacji, w cieniu za zimno na siedzenie bez ruchu.


Wieczorami czytamy lub oglądamy coś z odtwarzacza (przerobiliśmy Dzieci z Bullerbyn, które bardzo się spodobały Młodemu, tak samo jak kiedyś dziewczynom), w dzień czasem "zukbukujemy" (zoekboek - książka do szukania na obrazkach różnych przedmiotów, nie wiem czy to ma jakąś nazwę swoją po polsku). Młody uwielbia zoekboek(i), niektóre to wcale nie łatwe. Mieliśmy kilka książek z zadaniami wakacyjnymi, ale Młody szybko się z nimi uporał mimo, że miały po kilkadziesiąt stron i zadania nie takie przygłupie jak w polskich (kupiłam w zeszłym roku w PL zadania dla 5latków zalecane przez jakichś tam psychologów i innych mądroli... nie napisali, że dla opóźnionych w rozwoju a na takie wyglądały, do tego 5 kartek tylko; obejrzałam też kilka innych pozycji i wszystko mniej więcej na tym samym poziomie - tutaj w zadaniach dla 5latków widzę zadania typu: "zakreśl kolorem czerwonym piąte drzewo a niebieskim trzecie" w polskiej było "znajdź na obrazku niebieskie drzewo". Ta różnica w trudnościach zadań wynika pewnie z faktu, że w Polsce wiele dzieci nie chodzi do przedszkoli, ale to tylko moja teoria...

Od czasu do czasu wymieniamy się też z innymi rodzicami naszymi dziećmi. Podoba mi się ten zwyczaj. Gdy któreś z rodziców ma wolne, zaprasza jakiegoś kolegę własnej pociechy do siebie. Młody już trzeciego "spyjaciela" gości w ciągu mojego dwutygodniowego urlopu. W czasie wakacji dzieci bardzo tęsknią za klasowymi kolegami. Młody ma zawsze "SUPER DZIEŃ" gdy ma ktoś przyjść lub on do kogoś idzie się pobawić. Skreśla dni w kalendarzu i codziennie przelicza, ile dni zostało, bo oczywiście na takie odwiedziny trzeba się odpowiednio wcześnie umówić z innymi rodzicami.

Pogoda w ostatnim czasie typowo belgijska, czyli w kratkę. Na szczęście prognozy w tym malutkim kraiku dosyć się sprawdza, co pozwala zaplanować sobie odpowiednio wszelakie wyjścia i wyjazdy choćby na głupie zakupy, gdy ma się tylko rower do dyspozycji. Niestety okazało się, że fotelika nie da się zainstalować do żadnego z moich rowerów, co nas trochę ogranicza, bo małe nóżki nie zajadą zbyt daleko na małym rowerku. No ale mamy jeszcze publiczne środki transportu. Może nie za wiele bo do nas tylko jeden autobus jeździ, ale to już pozwala dostać się do Brukseli. Gdy przejedziemy na rowerach 4 kilometry - mamy już stację kolejową, skąd można bez problemu pojechać wszędzie, gdzie sięgają tory kolejowe.

Przekopałam Internet w poszukiwaniu miejsc, do których można by się wybrać z przedszkolakiem. W tym kraju możliwości nie brakuje. Wszystko zależy od tego, co kto lubi i ile może na to wydać.

Korzystając ze strony http://www.wattedoen.be/ znalazłam informację o aktualnym Brussel Expo. W czasie wakacji jest wystawa interaktywnych dinozaurów. Pojechaliśmy autobusem do stolicy, gdzie przesiedliśmy się na metro i tak dotarliśmy na Heizel. Wycieczka bardzo się podobała. Dinozaury zrobiły duże wrażenie. Młody pytał, czy one są prawdziwe, skoro się ruszają i warczą.


Sporo ciekawych rzeczy, można też znaleźć na innej stronie: http://www.uitmetkinderen.be/.

Znalazłam mnóstwo miejsc i imprez na które warto się wybrać.

Ja korzystając z nieobecności pozostałej dwójki dzieci, postanowiłam wybrać się z Młodym do parku rozrywki. Dziewczyny były w czerwcu w Walibi (https://www.walibi.com/belgium-landing) na szkolnej wycieczce i wybawiły się swoje. Najlepszy chyba belgijski park dla maluchów to Plopsaland w De Pane nad morzem (blisko granicy z Francją). Tam można spotkać postaci znane z belgijskich filmów (Studio 100 ) dla dzieci: Maja, Bumba, Vic Wikie, Heidi, Plop, Mega Mindy, Piet Piraat, Rox etc. Większość atrakcji nadaje się dla dzieci w wieku przedszkolnym. Wstęp do danej atrakcji zależy od wysokości dziecka.

Wybawiliśmy się cały dzień. Nie ukrywam, że ja stara też bardzo lubię wszelakie karuzele, kolejki i huśtawki i bawiłam się równie dobrze, jak mój syn.

Jedna istotna rzecz, a której warto napisać na tym blogu, bo pewnie część osób tego nie wie, to wycieczkowe bilety kombinowane, czyli
rano było 10 stopni - Młody zmarzł na rowerze

B-Dagtrips

B-Dagtrips to rodzaj biletu na pociąg, który jest też biletem wstępu do jakiejść atrakcji turystycznej, na wystawę, czy też koncert. Bilety te można kupić zarówno w kasie, przez Internet jak i w automacie na stacji kolejowej. Wychodzi taniej, niż gdy kupuje się osobno bilety wstępu i pociągowe.
W naszym wypadku wyszło taniej jakieś 30€. Wejście do Plopsaland kosztuje prawie 36€ od osoby, tyle samo bilet na pociąg dla mnie (dzieci do 12 lat podróżują belgijskimi pociągami za darmo). Tymczasem bilet B-Dagtrips kosztował mnie nie całe 69€ dla nas obydwojga, czyli opłaca się.
Szczegóły na temat biletów B-Dagtrips można znaleźć na stronie belgijskich kolei: http://www.belgianrail.be/nl/vrije-tijd/b-dagtrips.aspx

Z naszej stacji do De Panne jedzie się około dwóch godzin z przesiadką w Gent Sint Pieters. Połączenie bardzo dobre zatem. Pociągi są co godzinę w jedną i drugą stronę. Od stacji do Plopsaland jest 5 minut spacerku krokiem przedszkolaka. Tory rollecoastera widać od dworca, a śmiech i wrzask jest słyszalny doskonale, ale są też drogowskazy, no i wszycy idą w tym samym kierunku raczej (pozostali wracają). W Gent i dalszych stacjach wsiadało sporo dzieci z rodzicami i wszycy jechali do Plopsalandu. Dzieciarnia młodsza ganiała się po pociągu i bawiła w chowanego.

Szczerze Wam polecam zarówno podróże pociagami jak i park rozrywki. Dzieci to lubią.

Pokażę Wam trochę obrazków z Plopsaland.

Oczywiście jest sporo innych miejsc, do których warto się wybrać z dziećmi.

Przy czasie spiszę te które udało mi się już odkryć oraz te, o których gdzieś wyczytałam lub usłyszłam i do których mam zamiar się wybrać.

O niektórych już pisałam. Te znajdziecie zawsze w zakładce WYCIECZKI.


Wojna na morzu Młodemu się nie podobała. Naszymi przeciwnikami byli dorośli albo nastolatki. Tymczasem Młody nie radził sobie z pompowaniem wody (kręcenie korbką) i strzelanie z armatek wodnych. Przed wypłynięciem w morze założyliśmy regenjasy, ale portki i włosy wykąpane mieliśmy do spodu. Na chwilę weszliśmy do suszarki (są tam takie specjalne suszarki dla ludziów), ale żeby jeansy na zadzie wysuszyć, trzeba by tam z godzinę siedzieć :-)




Most linowy za to bardzo się spodobał.


Kabouter Plop


 Co do tego (poniżej) rollecoastera miałam wątpliwości, ale Młody koniecznie chciał przejechać przez pralkę. W długiej kolejce zauważyłam sporo rówieśników Młodego. Śmiał się jak szalony - ja też lubiłam od dziecka tego typu zabawy :-)
 Równie fajne okazało się spływanie w pniu. Kurtki przeciwdeszczowe znowu się przydały, bo w pewnym momecie wyjeżdża się w tej rynnie do góry, a potem ostro w dół i robi DUUUŻE CHLUP! Cały pysk miałam mokry! Fuj, ta woda taka bagnista.





karuzela u Pszczółki Mai



 Z De Panne do Gent mieliśmy pociąg bez klimatyzacji. No sauna jak za starych dobrych czasów w PKP, tylko ciszej, wygodniej  i czyściej, a Młody w polarowej bluzie, bo koszulka się była zmoczyła w tańczących fontannach. Dobrze, że portki i buty kazałam mu zdjąć zanim pogonił się chlapać. Pamiętam, że Młoda kiedyś całą drogę z Mechelen musiała stać w pociagu, bo miała mokry kuper od tańca z fontannami.
Kabouter Plop na pamiątkę z Plopsalandu :-)

A dziś upiekliśmy sobie muffinki z malinami. Niumnium!




Mam za sobą fantastyczny tydzień pełen spokoju. Robię nic, tak jak sobie to zaplanowałam. Żyję teraz jakby w zwolnionym tempie. Różnica jest duża. Wstajemy spokojnie koło 7-8 godziny, kładziemy się koło 22-23. Rano maszeruję sama lub z Młodym na łąkę po zieleninę dla królika i papugi. Potem wypuszczamy i drapiemy po nosie i za uszami Flafunię, bo królik niewypuszczony i niewygłaskany to królik zły. Wkurzone króliki walą łupce w środku nocy (ona mieszka na poddaszu), telepią klatką za pomocą swoich króliczych zębów, tłuką szczotką zmiotką i wszystkim innym, co znajdą w swojej zagrodzie. Wkurzone króliki nie dają spać ludziom, którym nie chciało się porządnie wygłaskać królików. Dlatego dbamy o naszego złośliwca. Papugi nie głaskamy, bo papugi kichają ze złością na nas, jak chcemy je głaskać. Papugi nie lubią być głaskane ani miziane.
wybieg naszego króliczego złośliwca w pokoju Najstarszej

Summer

Zajonc,  Brzydkie,  Fluffy, Flafunia,  króliczy złośliwiec
Nigdzie się nie śpieszymy, nic nie musimy. Cały czas mam teraz dla siebie i Młodego. Dzień planuje się sam (nie licząc wizyt koleżeńskich). Nie mam powodu by się denerwować, by się złościć, by krzyczeć na dziecko, by poganiać, bo mam dużo czasu na wszystko. Dziecko nie ma powodu, by się złościć, by robić awantury, bo mama ma dla niego czas. Nie tylko czas na nakarmienie i ubranie, ale czas na zabawę, spacer, na karmienie kaczek w stawie, na wysłuchiwanie nigdyniekończących się historii, na budowanie farmy z klocków, na rysowanie i wycinanie, na przytulanie, na śpiewanie i tańczenie, na plac zabaw, na rowerowanie, na wspólne oglądanie bajek i granie na kompie, na puszczanie latwaca, na czytanie i na sto innych rzeczy, na które nie ma pracująca matka czasu ani sił w zwykłe dni. To jest piękne i cieszę się każdą chwilą tego urlopu, każdą minutką spędzoną z własnym synem, bo już za kilka dni trzeba wrócić do tego szalonego kołowrotu. Jeszcze kilkanaście dni i dzieci będą musieć wrócić do szkoły. Mam nadzieję, że i one - te duże - też trochę nacieszyły się wolnością i nicnierobieniem najpierw na obozie a teraz u dziadków i wujostwa  w Polsce. Dobre i 3 tygodnie porządnych wakacji. Jest nadzieja, że i im baterie się naładują i we wrześniu wystartują z pełną energią w swoich nowych klasach.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz