7 stycznia 2017

Gdy pies ci pomaga dokopać się do asfaltu, czyli za co nie lubię zimy





"Zima lubi dzieci najbardziej na świecie.

Dorośli mi mówią - Nie wierzę.

Dzieci roześmiane stawiają bałwana,

a dorośli stawiają kołnierze."


Ile prawdy kryje się w słowach tej piosenki dla dzieci, która kiedyś w moich dziecięcych czasach śpiewała Majka Jeżowska. 

Młode w drodze do przedszkola kilka lat temu w PL
Jako mały i trochę większy smrol uwielbiałam zimę. Pierwszy śnieg, nawet jeśli była to zaledwie z lekka przypudrowana trawa, wzbudzał wręcz euforię. Od razu trzeba było gnać na pole, by zobaczyć ten cud natury z bliska. (tak, u nas na Podkarpaciu godo się: "na pole" i wcale nie chodzi o to że idziemy do żniw czy orki :P)
Jak nawaliło tyle śniegu, że nie dało się przez tydzień do wsi wjechać ani z niej wyjechać, dla nas dzieci to była frajda niesamowita. 
Madzia na drzewie

Madzia na giga zaspie śniegu

Wyciągaliśmy narty, sanki, napychaliśmy worki po nawozach sianem i ciągnęliśmy to wszystko na najbliższą albo i dalszą górkę. Czasem i 2-3 km szliśmy z tym majdanem po zaspach by sobie pozjeżdżać. Testowaliśmy też jazdę na byle czym, czyli np plastikowych i metalowych miskach. Plastikowe zwykle się rozwalały po pierwszym skoku przez kretówkę. Metalowe za to sunęły jak szalone, ale lubiły wpadać w korkociąg i nie dawało się nimi sterować. 

Babcia kiedyś podrzuciła nam pomysł z nieckami - takie drewniane korytko, w którym drzewiej zarabiało się ciasto albo kąpało dzidziusie, no a nasza babcia zjeżdżała w nich z górki. Znaleźliśmy takie cuś w starym domu i dawaj na górkę. Sunęło nieźle i zabawa była przednia... przynajmniej do czasu, gdy niecka pękła na pół. Nieźle zjeżdżało się też na starej ceracie - ze stromej górki szła jak przeciąg... tylko zadek się okropnie obijał na nierównościach.

Wspominam, że największa radocha była ganiać po polu w śnieżycę, gdy padał gęsty śnieg, wiał silny wiatr i nie było widać dalej niż na metr. Po powrocie do domu policzki miały kolor dojrzałego czerwonego jabłka.


Poza zjeżdżaniem z górki świetne było też budowanie domków ze śniegu. Koło domu mieliśmy zwykle ogromne zaspy - wyższe niż my sami. 
Wtedy byłam już dorosła (moja siostra prawie), ale zaspy były nawet nawet :-)

Gdy w nich wykopaliśmy łopatami z boku dziury - czasem tata nam pomagał - mieliśmy domek na co najmniej kilka dni, dopóki nie zasypało od nowa lub nie zaczęło topnieć i się zapadać. Potrafiliśmy oboje z bratem pół dnia w tym śniegu przesiedzieć i się bawić. Nie przeszkadzało, że rękawiczki i kombinezon przemokły, że dłoni i twarzy się prawie nie czuło. Leżeliśmy w śniegu, turlaliśmy się, czasem oczywiście jedliśmy śnieg (doświadczenia z roztapianiem śniegu w szklance by zobaczyć jaka brudną wodę się otrzyma wcale a wcale nas przed tym nie powstrzymywały)

Niezłą zabawą było też zwalanie sopli z dachów. Niektóre miały i pół metra długości a grubsze były niż nasze ręce. Ale fajnie się tłukły przy spadaniu na zmrożoną ziemię.

No i jeszcze wojny na śnieżki i lepienie bałwanów. Gdy chodziliśmy już do średniej szkoły, za punkt honoru uznawaliśmy ulepienie chociaż jednego bałwana w ciągu zimy, ale nie bodaj jakiego, tylko takiego, którego resztki doczekają do pierwszych wiosennych kwiatów. 

Jak się robi takiego bałwana? 

Proste! Musi być mokry śnieg, nie żaden puch. Pierwszą kulę toczy się dotąd, dokąd 2 nastolatków będzie ją w stanie toczyć. Czyli powinna sięgać mniej więcej do pasa albo co najmniej do uda. Drugiej nie powinno dać się podnieść we dwóch (czy dwoje).  Na pierwszą kulę wtacza się drugą po desce. Trzecia musi być mniejsza, jak na bałwanią głowę przystało. Wkłada się ją na górę z jakiegoś podestu - skrzynia, pień itp. Kapeluszem u nas była zwykle wielka metalowa balia - wiaderko by na naszym bałwanie wyglądało jak kubeczek na naszej głowie, czyli bezsensu. Nasz bałwanek miał też zwykle wadę wzroku i brat wyspawał mu okulary z grubego drutu.... 
A ludzie mówili "że też wam się chciało..." Pewnie, że nam się chciało, wszak to świetna zabawa. Choć rozumiem, że wielu nastolatków wolało poświęcić swój cenny czas na oglądanie 150 odcinka serialu Pokolenia albo na próbowanie fajek w jakimś śmierdzącym przystanku autobusowym. Każdy robi to co lubi :-) My lubiliśmy się wygłupiać. Oj tam LUBILIŚMY... Ja lubię do dziś i jakby było dostatecznie dużo śniegu poszłabym robić bałwana razem z dziećmi albo i bez nich. Nie pogardziłabym też jazdą na worku po nawozach albo na sankach plastikach. Ostatnio jeździłam jak dziewczyny były małe, bo na białe szaleństwo nigdy nie jest za późno. Najlepsza pora na jazdę na sankach i workach oczywiście jest noc i wcale nie dlatego, żeby ludzie nie widzieli jak stara łupa się bawi, ale po ciemku jest większa radocha, bo nie widać, gdzie się jedzie.

A kuligi za traktorem? To był czad. Tata odpalał traktor, wydzieraliśmy stare konne sanie i przypinaliśmy je do traktora, a za nimi małe zwykłe sanki. Potem jechaliśmy po ciotkę i kuzynów, po drodze zabieraliśmy sąsiadów. Po drodze jeszcze czasem kilka przypadkowych osób się doczepiało. Śmiechu, wrażeń  i zabawy było co niemiara. A to się ktoś wywrócił, a to komuś się sznurek urwał i połowa kuligu została z tyłu, po czym pędzili na złamanie karku by się na nowo doczepić, a to ktoś spadł ze sanek. 

Teraz na Podkarpaciu modne są kuligi konne. Też fajne, ale to dla bardziej poukładanych ludzi. Prawdziwy świr na takim kuligu się nudzi jak mops. 
Kulig klasowy Najstarszej - kiedyś w PL 

No i jeszcze jest jeszcze jedna atrakcja zimowa, która wyjątkowo rzadko się zdarzała. Gdy zimą zaczynało padać, nam się marzyło, żeby to zamarzło, bo wtedy było by porządne lodowisko. Najlepiej żeby potem nie padał śnieg, bo zamiatanie lodowiska jest męczące.
Ostatni idealny rok, jaki pamiętam, był grudniu 2002. Wtedy urodziła się Najstarsza. Przez 2 tygodnie było po 20 stopni mrozu i zero śniegu. Lodowisko jak marzenie, ale niestety baba po cesarce nie mogła pójść na łyżwy i to nie było wcale fajne :-P 
W Belgii w każdym większym mieście mamy lodowisko i można iść bez problemu, ale my o takich atrakcjach mogliśmy tylko pomarzyć

Naturalne lodowisko na naszej łące koło domu - i moje rodzeństwo w akcji :-) 

Tak właśnie widzą zimę dzieci, młodzież, narciarze i inni miłośnicy śniegu, którzy MOGĄ ale NIE MUSZĄ.

Trochę... CAŁKIEM inaczej patrzy się na zimę, gdy się MUSI

musi zapalić w piecu, żeby było w domu ciepło
musi narąbać drzewa, że by było czym zapalić
musi kupić, węgiel lub zapłacić (dużo!) za prąd, gaz potrzebne do ogrzewania 
musi marznąć, bo nie ma pieniędzy na ogrzewanie
musi pójść po zakupy w zawieruchę lub w ślizgawicę
musi ogarnąć gospodarstwo
musi pójść do pracy lub szkoły
musi czekać na pociągi  lub (przeważnie spóźnione) autobusy
musi skrobać co rano szybę w samochodzie
musi odśnieżać drogę
musi iść przez zaspy kilka kilometrów
musi jechać rowerem po lodzie lub zaspach, czy w śnieżycę
musi zmieniać opony na zimowe
musi kupić buty, czapki, rękawiczki, buty, kurtki zimowe dla siebie i dzieci
musi myśleć o uszczelnianiu okien, drzwi
musi marznąć w pracy, bo nie każdy pracuje w dobrze ogrzewanym miejscu
...
gdy pies ci pomaga dokopać się do asfaltu


gdy mimo pomocy psa, nie dokopiesz się do asfaltu

W takich warunkach Madzia chodziła do szkoły i pracy (i tak, tu jest droga asfaltowa)

pług wirnikowy - jeden na całe Podparpacie

Powyższe problemy raczej rzadko zaprzątają głowę dzieci czy młodzieży, zaś dorosłych i owszem. I pewnie dlatego my dorośli zwykle nie przepadamy za zimą.

Nie zaprzeczam, że bardzo chętnie poszłabym dziś na sanki, na łyżwy, ulepiła bałwana, mimo że mam czterdziechę na karku, bo na dobrą zabawę człowiek nigdy nie jest za stary. 

Jednak wolę się obejść bez tych atrakcji, jeśli muszę przy tym akceptować takie rzeczy, jak marznięcie (zmarzluch jestem i dopiero 23 stopnie w domu mnie zadowala - choć w tym momencie mimo owych 23 na termometrze siedzę w polarze, wełnianych skarpetach i pod kocem), ubieranie tych wszystkich warstw ubrań przed wyjściem z domu i rozbierania się po przejechaniu 5 km, jazda po oblodzonej drodze, kiedy każde hamowanie kończy się obrotem o 180stopni, a często też zaliczeniem gleby, czyli rozbiciem dupska i podarciem portek oraz kurtki (o łokciach i kolanach nawet nie wspominam), marznięciem w oczekiwaniu na pociąg czy autobus, piekącymi dłońmi, którym mróz i wiatr szkodzi o wiele bardziej niż te wszystkie środki chemiczne w których paćkam się na co dzień

za tą zaspą po lewej stoi dom, w którym mieszkałam 35 lat


jak się jest młodym to i na bosaka po śniegu można biegać :-)

Belgia - ku mojej wielkiej radości, której dzieci zdecydowanie nie podzielają) jest krajem, gdzie zima, jaką poznałam w Polsce, się nie zdarza. Skutek jest taki, że jak przychodzi kilka dni zimopodobnych, ludzie mają wiele problemów.

Teraz właśnie tak troszkę zimą powiało i TRAGEDIA!!!

Z powodu braku prawdziwych zim, rzadko kto się fatyguje zakładaniem opon zimowych. Więc jak troszkę podmrozi lub podśnieży na drogach zaczyna się hard core.
Większość ludzi jeździ powolutku, wielu zostawia samochód pod domem i przesiada się na transport publiczny, a ci co mają trochę mniej wyobraźni jeżdżą potem poobijanymi samochodami :-)

Belgowie nie mogą uwierzyć, że ktoś może przeżyć temperaturę minus 25 stopni, bo tu minus 10 to już niezły mróz. Jednak trzeba w tym miejscu wspomnieć, że przy takiej wilgotności powietrza faktycznie mogło by to być śmiertelne. Wczoraj na ten przykład było tylko minus 4 stopnie rano, ale mnie się wydawało że jest z 10 mrozu. Ale cóż przy wilgotności powietrza 85% wydaje się o wiele zimniej.

My też jesteśmy do zimy nie przygotowani kompletnie. Dziś troszkę poprószyło śniegiem i Młody rano chciał pędzić pomacać śnieg. Dopiero wtedy skonstatowaliśmy, że nie ma mu co dać do ubrania na tę okoliczność:
- Nie ma butów zimowych. Bo po co mu buty zimowe? w szkole są raczej niezbyt praktyczne, bo przecież w Belgii nie zmienia się obuwia, a siedzenie 8 godzin w ocieplanych butach nie jest zbyt dobre dla zdrowia. Ma tylko adidasy i kalosze.
- Nie ma kombinezonu. Bo po co kombinezon, jak tu nie ma śniegu?
- Nie ma grubych rękawic. Bo po co grube rękawice, skoro nie ma zimy?
namiastka zimy w Belgii :-) 

Myślałam nawet o wyprawie na sanki w Ardeny, ale:
- nie mamy opon zimowych (znaczy mamy z poprzedniego sezonu i to funkiel nówka, ale na Zafirkę nie pasują)
- nie mamy kombinezonów ani butów zimowych (na obcasach raczej na sanki się nie nadadzą)
- nie mamy grubych rękawic
- nie mamy sanek, nart  ani niczego innego na czym można zjeżdżać z górki

Postanowiliśmy się, że w lecie skompletujemy wszystkie gadżety z oponami zimowymi włącznie. Póki co pozostaje nam basen i ewentualnie lodowisko :-)


Choć lodowiska to mam dość po minionym tygodniu. We wtorek na drodze mieliśmy tak zwaną szklaneczkę, czyli istne lodowisko. Miałam do przejechania 10 km w jedną stronę, więc wyszłam 10 minut wcześniej niż zwykle, biorąc poprawkę na wolną jazdę i ewentualne wywrotki. Dojechałam bez szwanku, ale w jednym miejscu było cieplutko, aż mi całe plecy  ścierpły. Sunęłam jak szalona jakieś 7 km/h, czyli ślimaki mnie wyprzedzały, ale jak zobaczyłam na skrzyżowaniu z prawej auto (a tam NIGDY nic nie jeździ!) to miałam przez dobre kilka nanosekund zagwozdkę, co zrobić z tym fantem. Każdy kto jeździł kiedykolwiek rowerem po lodzie, wie że dopóki się jedzie, to można i 30 na godzinę popylać, ale użycie hamulca w 99% kończy się glebą. Jedyna słuszne hamowanie to butami, a ja jeżdżę ostatnio męskim rowerem z ramą, bo tylko taki mi się ostał. Droga hamowania butami przy prędkości pieszego to jakieś 50m - gdyby kogo interesowało. Udało mi się wyhamować przed dołami w asfalcie i przed skrzyżowaniem, co prawda około 100 stopni w stosunku do pierwotnego kierunku jazdy, ale wciąż na nogach a nie na dupie. Cieplutko jednak się zrobiło, a tu jeszcze 7 kilometrów było do celu. Na szczęście po 2 następnych się okazało, że tam już solniczki rano przejechały i lód był tylko w niektórych miejscach. Spóźniłam się tylko 5 minut. Uff!
Za to po robocie oddałyśmy się z koleżanką wielkiemu nicnierobieniu. Znaczy robiłyśmy ...kawy, herbaty, żarłyśmy ciasteczka i przedyskutowałyśmy trochę ważnych dla ludzkości spraw typu: Dlaczego zawodowa sprzątaczka musi mieć bałagan w domu? Dlaczego nieistniejącego mejla nie da się wysłać smsem? Co facet wie o dziurach? I wiele wiele innych aspektów życia codziennego, o których we dwie mogłybyśmy niezłe epopeje napisać i pewnie kiedyś się za to zabierzemy :-)




4 stycznia 2017

Ludzie z pasją - jak pokonać swoje słabości.

Nowy rok nastał. Najwyższa pora przedstawić Wam kolejnych rodaków z wielce interesującymi pomysłami na spędzanie czasu wolnego i nie tylko.

Dziś opowiem wam o Ewelinie, która mieszka w Belgii pod Antwerpią już ponad 11 lat, a przyjechała tu z Kraśnika. Wcześniej mieszkała zaś w małej, pięknej miejscowości Leszczyna. 

Ewelina zarabia na życie tak samo jak ja i wiele innych kobiet - jako pomoc domowa. W międzyczasie próbowała też innej pracy, jednak doszła do wniosku, że praca na sprzątaniu to świetna sprawa, bo człowiek sam sobie ustala tempo, metodykę i organizację roboty, nie musząc przy tym użerać się z nie zawsze fajnymi współpracownikami.

Dziś Ewelina jest pełnoprawnym obywatelem Belgii, którą uważa za swój dom. Do Polski nie planuje wracać, bo nic tam nie ma swojego. Bardzo dużo pracy włożyła w naukę języka i to głównie we własnym zakresie, bowiem w szkole zrobiła tylko 3 semestry. Potem uczyła się sama w domu korzystając ze słownika, czytając gazety i słuchając radia. Z Belgami - jak mówi - specjalnie się nie przyjaźni, ale głównie dlatego, że ogólnie nie przepada za spotkaniami towarzyskimi, zresztą nie ma na nie za bardzo czasu, bo praca i hobby zajmują jej każdą minutę.

Mój dzisiejszy gość  postanowił opowiedzieć mi historię swojej przemiany i walki ze słabościami, z nadzieją że być może kogoś to zmotywuje do pracy nad sobą.

Ewelina opowiada, że

2 stycznia 2017

Możesz spać dalej, jak tylko usmażysz naleśniki i zobaczysz śnieg

Nie chce mi się pisać, ale nie mam na dziś żadnego sensownego planu, więc czymś trzeba się zająć.

Od kilku dni bolą mnie plecy i chyba najwyższa pora w końcu wybrać się do tego znachorologa, do którego wybieram się od 4 lat i nadal się nie złożyło. Ale już mam postanowienie noworoczne,  że w tym tygodniu zadzwonię do jakiegoś i się umówię na wizytę.

Wczoraj całą noc mi się śniło, że bolą mnie plecy. Dlaczego? Bo mnie bolały! Przez to po 8 godzinach wstaję niewyspana i wkurzona. Siedzieć źle, leżeć źle, stać jeszcze gorzej... Bez sensu.
Dziś rano jednak postanowiłam poleżeć w łóżku znowu do 9tej mimo  uczucia powolnego odpadania d... od reszty ciała. No ale pech chciał, że w nocy poprószył śnieg. W sensie że POPRÓSZYŁ - nie że napadało! Ot dwa płatki na krzyż. Nadal widać trawę i kamienie, ale...

- MAMA! ŚNIEG SPADŁ! - zaryczał jakiś straszny potwór nad moją głową.
- Super, ale mogę jeszcze pospać chwilę? - wymamrotałam pytanie retoryczne
- Tak, ale zrobisz mi naleśniki na śniadanie? Bo jestem głodny. - odpowiedział potwór naleśnikowy.

No ale dobrze, że wstałam i usmażyłam te naleśniki, bo teraz mamy gotowy obiad dla dzieci... dla nas jest wczorajszy do odgrzania.

Poza tym dziś mam dzień tumizwisizmu i nic z tym nie poradzi. Leżosiedzę na kanapie z poduszką pod obolałym częściem pleców i z kołdrą w postaci laptopa na brzuchu i piszę te głupoty na blogu.

Przez dwa dni robiłam zadanie z niderlandzkiego. Nie, żeby jakieś trudne było, ale jakoś nie mogłam ogarnąć tematu ekologii. No bo weź, ferie a tu zadanie domowe. Pff. Stwierdziłam ponadto , że jestem za stara na takie tematy i za dużo wiem o realiach tego świata, by przekonywająco prawić na temat jego ratowania w takiej czy innej dziedzinie. Już dawno doszłam do wniosku, że jednostka może całe nic w takich kwestiach jak ekologia, głód, wojny itp, bo zbyt duże pieniądze w to wchodzą i żadna korporacja ani żaden rząd  nie ma interesu w poprawie stanów tych rzeczy, raczej wprost przeciwnie. 

Jednak zadanie to zadanie - chcesz czy nie chcesz, trzeba je zrobić.

Mieliśmy przygotować dwuminutowe wideo, w którym przedstawiamy własny projekt ustawy, która w ciągu 2 lat zmniejszyła by wkład Belgii w niszczenie Ziemi. Takie pitu pitu. Nie ukrywam, że wolę tematy gdzie bardziej można się pobawić w wodolejstwo, bo mogę pójść na żywioł bez przygotowania, ale z drugiej strony doceniam takie, które wymagają ode mnie zagłębienia się w temat, gdyż dzięki temu uczę się wielu nowych słów, a często też - jak było właśnie w tym wypadku - poszerzam swoją wiedzę na temat Belgii. A o to w tym kursie chodzi :-) 

 Dwa dni czytałam i oglądałam filmy na temat ekologii i ochrony środowiska, bo raczej ciężko wymyślić coś nowego nie wiedząc, co jest stare :-) To jednak mnie znudziło tak, że gdy już wymyśliłam, co mogę zaproponować, to dobre chęci niemal całkowicie mnie opuściły. Ostatecznie nagrałam swoją wypowiedź, że tak powiem na odpier... i czym prędzej ją wysłałam mejlem do nauczyciela, żeby mnie przypadkiem nie kusiło dziś tego poprawiać. No bo bez przesady :-P Okazało się, że moja wypowiedź trwała dokładnie 2 minuty i 3 sekundy - jak w pysk strzelił :-) 
Mam nadzieję, że następny temat będzie ciekawszy niż segregowanie śmieci i oszczędzanie wody :-)

Tymczasem jutro trzeba wracać do roboty. Też z jednej strony niby się nie chce, ale z drugiej już nie umiem siedzieć w domu, szczególnie o takiej porze roku. Co innego latem - można gdzieś połazić, pojechać, posiedzieć w słońcu, pogrzebać w kwiatkach. Teraz beznadzieja - zimno, ciemno, a do tego to  irytujące nieprzyjemne mrowienie w plecach - ani siedzieć, ani leżeć, ani tym bardziej stać. 

Młode też się nudzą, wszystkie trzy, bo ileż można grać na kompie, bawić się z królikiem, jeść słodycze - nie ma nic gorszego, niż brak konstruktywnego zajęcia. Młody już sam siebie przechodzi i cały czas głowę zawraca. Zanim nasmażyłam rano naleśników, on obszedł z tatą z chlebem do koników i wymacał śnieg w całej okolicy. Potem musieliśmy całą rodziną chodzić oglądać nową architekturę, jaką wybudował w swoim pokoju, graliśmy w memory i 4 w rzędzie, a on obrażał się za każdym razem, bo albo przegrał, albo ktoś mu zwrócił uwagę, że nie jego kolej. Rozmawialiśmy też z babcią przez skype...

 Cholera jasna, przechodzi jakiś dziwny etap teraz. Znaczy Młody, nie babcia... Nie pamiętam, żeby dziewczyny taki miały, ale możliwe że mnie pamięć zawodzi.  Domaga się uwagi 24 godziny na dobę - to raz. Dwa - nie chce spać w swoim pokoju. Trzy - obraża się, płacze, drze lub rzuca wszystkim z byle powodu. Przegrał - płacze. Nie wszedł pierwszy do domu - wyje. Ktoś zjadł ostatnie ciastko z pudełka - lament. W lodówce nie ma bananowego jogurtu, tylko 10 innych smaków - foch. Klocki się nie sczepiły jak chciał - wylatują z wielkim hukiem w powietrze. Tata odmawia wspólnej zabawy - "nie kocham cię już!". Uch! Każde dziecko przechodzi  różne upierdliwe dla rodziców etapy, większość z nich cała Trójca zaliczyła po kolei w adekwatnym wieku. Każde miało np okres "ja sam/a" albo okres "cokolwiek by od ciebie chcieli, zawsze bądź przeciw". Był też czas "bez mamy żyć nie mogę", kiedy to matka nawet do wuceta szła z asystą. 

Już przy Najstarszej nauczyłam się, że każdy z tych okresów trzeba przeczekać, bo one są naturalne  w rozwoju każdego dziecka. Jednak inaczej wygląda przeczekiwanie gdy się ma 25 lat a inaczej, gdy ma się 40, inaczej przy pierwszym dziecku, inaczej przy trzecim, gdy to pierwsze już prawie dorosłe jest. Niestety cierpliwość i tolerancja rodzica jest odwrotnie proporcjonalna do jego wieku i stażu w rodzicielstwie. Dlatego CZASEM mam zwyczajnie dość bycia mamą przedszkolaka, który mimo całej swojej ogromnej słodyczy i wielkiej samodzielności, ciągle jeszcze jest ZA MAŁY na wiele rzeczy.

 Są momenty, że nawet przytulanie budzi we mnie irytację, nad którą muszę panować. No, dziwne to i kilka lat temu pomyślałabym zapewne, że matka która tak mówi, jest nienormalna chyba. No cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dziś wkurza mnie, gdy Młody co pół godziny przychodzi się przytulać, szczególnie, gdy akurat zarabiam ciasto, czytam coś, rozmawiam przez telefon albo próbuję zapisać swoje myśli, zanim mi umkną. Nie jestem też zachwycona, gdy nie mogę sobie do woli dyskutować z małżonkiem, córkami czy koleżanką, bo Młody coś chce.  Nie mogę się też doczekać kiedy draniuś wreszcie dorośnie do swojego pokoju na tyle, by ani nie zasypiać w naszym łóżku, ani nie wracać do niego po 1-2 godzinach po odtransportowaniu do swojego apartamentu. Pod tym względem jest wyjątkowo upierdliwy i niereformowalny. Już kilka razy udało nam się dojść do etapu, gdy zaczął zasypiać w swoim łóżku, gdy wystarczyło mu tam poczytać bajkę i poprzytulać na dobranoc lub pobawić się maskotkami, po czym kazał gasić księżyc (lampka nocna) i nawet wypędzał mnie do swojej sypialni, a sam zasypiał bez problemów i spał do rana. Jednak wystarczyło, że nagle złapał katar (latem alergia na pyłki) albo inne choróbsko się przyplątało i nie mogąc dobrze, spokojnie spać - przychodził do nas. Po wyzdrowieniu znowu trzeba było go przyuczać do własnego łóżka. Teraz jednak całkiem się coś potentegowało i wcale nie chce spać u siebie. To mówi, że się boi, to znowu stwierdza, że łóżko ma za niskie. Już z wieczora zapowiada ostro, by go nie odnosić, bo nie chce być sam. Rano zaś albo w środku nocy, czasem i przed północą przychodzi z wielkimi pretensjami "KTO MNIE ODNIÓSŁ?! NO KTO? Mówiłem, żebyście mnie nie odnosili. Nie lubię Was już! Mamo przytul mnie. Tato daj mi całuska"

 Czasem na hecnych tekstach się nie kończy. Często jest płacz i rozpacz. Nie wiadomo, jak reagować, bo nie do końca wiem, czy to fanaberia przedszkolaka, jakich wszak mu nie brakuje, czy też faktyczny strach przed samotnością. Młoda przecież jest dużo starsza, a boi się być sama i boi się ciemności. Tak miała zawsze odkąd pamiętam. Nawet do kiosku, który widać było z okna, czy śmietnika nie mogłam wyjść, gdy w domu nie było chociażby siostrzyczki, czy koleżanki, bo wpadała w panikę. Dziś widzę, że próbuje pokonać tę fobię i czasem zostaje sama w domu, choć woli zostawać z kimś, nawet z braciszkiem. No i drzwi muszą pozostać otwarte, gdy jest sama. Można się śmiać, ale to jest poważny problem dla dziecka, nawet dla nastolatki. Dlatego właśnie nie naciskamy na Młodego, by spał sam, bo może też faktycznie się boi. Próbujemy cierpliwie czekać, aż dorośnie do etapu, w którym spanie z rodzicami jest obciachowe i się wyprowadzi do swojego pokoju. 

Jednak o ile przebywanie z dzieckiem do trzech lat 24 godziny na dobę jest dla mamy czymś naturalnym i oczywistym, tak w przypadku starszej pociechy już nie koniecznie. Powoli zaczyna irytować, i ta irytacja rośnie z każdym miesiącem, bo matka też człowiek i czasem potrzebuje trochę pobyć sam na sam ze swoim mężem, choćby po to by obejrzeć sobie razem w spokoju dobry film inny niż Król Lew czy Minionki, a który przedszkolaki nie za bardzo oglądać mogą. O przyjemniejszych rzeczach to już nawet nie wspominam. Jak żyć, Panie? Jak żyć?