14 stycznia 2017

Prawiezimowy tydzień za nami

Zmęczył mnie kolejny tydzień. Nie wiem, czy stara się robię, czy ki czort? Jest dziewiętnasta zaledwie a ja już ziewam, choć dziś pospałam do 9tej. Młody najwidoczniej też musiał być zmęczony, bo i on pospał dłużej niż zwykle, to znaczy do ósmej prawie. Świetnie. Szkoda tylko, że w naszym łóżku. Przez to my starzy nie mamy gdzie porządnie naszych kości rozprostować. I tak dobrze, że mamy szerokie łoże małżeńskie z prawdziwego zdarzenia a nie jakąś śmieszną wersalkę  czy temu podobny wynalazek. Tak w ogóle to się zastanawiam nie raz, jak to ludzie na tych wersalkach spali? Masakra jakaś. Sama spałam na wersalce za gówniarza, no ale ja spałam sama a nie z kimś. No nic. Dziecko śpiące z rodzicami to też masakra, ale gnojek się nie chce wyprowadzić póki co, w  każdym bądź razie nie na dłużej niż kilka godzin. Przez co mi cierpną wszystkie cztery łapy i w plecach łamie. Zaczęłam żreć magnez w dużych ilościach, bo hektolitry wypijanej kawy, stres i solidny wysiłek fizyczny zużywają więcej, niż ja jestem w stanie dostarczyć mojemu organizmowi z jedzeniem. Przeto jak w nocy zaczynają mnie łapać skurcze mięśni, po których rano nie mogę chodzić, to zdecydowanie najwyższa pora odwiedzić aptekę i kupić mega pakę mega mocnego magnezu i witaminy. Co też uczyniłam była jakiś czas temu, ale jeszcze nie zadziałało...
burza śnieżna 

W Belgii pojawił się incydent zimowy. Znaczy trochę przymroziło - nie jakieś tam wielkie mrozy, ale minus 4 przy wilgotności 85% to i tak zimno jak szlag jasny. Do tego od czasu do czasu pada śnieg lub deszcz ze śniegiem, który oczywiście zwykle się topi, zanim spadnie na ziemię, ale syf się robi. Wczoraj na ten przykład przez chwilę poczułam się jak w Polsce, gdy śmigałam rowerem od klienta do klienta. Bagatela 12 kilometrów, a tu nagle zaczęła się pierońska śnieżyca z bardzo porywistym wiatrem. Siekło tym mokrym śniegiem po pysku równo. Kurtka, rękawiczki i buty oczywiście przemokły. Gdy się jedzie do domu to pikuś - człowiek wskoczy zaraz w suche rzeczy, ale do roboty to już nie fajna sprawa. Weź zakładaj po paru godzinach te mokre, ohydne buty i ubrania. Brrrr.
Zima zimą, ale wczoraj to już miałam spore wątpliwości, czy skończę sprzątanie drugiego domu, bo plecy zaczęły się dopominać o odpoczynek. Doprawdy nie mam pojęcia, jak babki dają rady sprzątać po 40 godzin tygodniowo, bo ja gdy tylko muszę zrobić więcej niż 20 godzin w tygodniu - wymiękam. Znaczy moje plecy wymiękają mimo, że staram się zważać na ergonomię. Wczoraj znowu siedzenie bez oparcia było niemożliwe prawie. Dziś też szału nie ma. W związku z powyższym nasz dom w tym tygodniu nie zostanie posprzątany. W chlewiku zwanym powszechnie pokojem nastolatek jego właścicielki coś tam rano poczyniły w stronę udrożnienia przejścia z jednego końca na drugi i zrobienia miejsca na laptop i nowe przekąski na biurkach. Przed chwilą właśnie przemykała Młoda z miską suchych nesquików i rechocząc się zaklinała, by tylko się to nie wysypało, bo kto potem odróżni bobki Flafuni od bobków Nesquika :-) Smacznego!
Fluffy (Flafunia)
Odwożąc młodzież do akademii rysunku wstąpiliśmy po drodze do odzieżowego i obuwniczego, bo Młoda potrzebowała jeansów a Młody zapasowych butów. A póki są wyprzedaże to wiadomo dużo taniej. I muszę rzec po raz kolejny, iż nie mogę się nadziwić, jak bardzo się dzieci zmieniają wraz z dorastaniem.
Jeszcze nie dawno Młoda to był ciężki przypadek, jeśli idzie o zakupy. Nienawidziła chodzić do sklepów. Trzeba było drania siłą wlec, gdy potrzebowała butów czy ubrania. Potem przemocą te rzeczy próbować przymierzać. Kończyło się to zwykle kupieniem butów czy spodni za małych lub za dużych, bo pierwsze, jakie wcisnęła na nogę były "dobre". Najstarsza zawsze spokojnie i z namysłem wybierała.

A dziś? Poszliśmy po jeansy, ale przymierzyła kilka par różnych spodni, koszulek, bluzek i ostatecznie wyszła ze sklepu z dwoma marami portek i 2 bluzkami, do tego w obuwniczym jakieś pumy przygarnęła. Oczywiście wszystko przecenione o 40 - 70%, jak to na noworocznych wyprzedażach, więc czasem zapłaci się za torbę ubrań tyle co zwykle za jedną sztukę. Niesamowite jest jednak to, jak zmieniło się moje dziecko. Dziś jest prawdziwą dziewczyną - ogląda, wybiera, przymierza. Widzę, że zna się na markach i bieżących trendach i bardzo mi się to podoba.
Zauważam też, jak bardzo różnią się moje córki miedzy sobą także pod tym względem. Najstarsza ma zupełnie inny gust i inne podejście do tematu. Też wybiera, przymierza i lubi kupowanie, ale dokonuje zupełnie odmiennych wyborów niż siostra. Najstarsza nie zwraca tak bardzo uwagi na markę ani na modę - ona kalkuluje do czego jej to będzie pasować i czy jest w jej guście. A gusty mają całkiem inne. Młoda znalazła jedne brokatowe spodnie, do których zapałała miłością od pierwszego wejrzenia, ale niestety nie było już jej rozmiaru. Był za to rozmiar Najstarszej więc jej pokazałam - A fu, w życiu bym tego nie założyła! 
Jedyne co obydwu się podobało (tylko inne kolory) to koszulki ze zmieniającymi się obrazkami. Nawiasem mówiąc, gdyby nie młodzież, w życiu bym tego nie zauważyła, że jak się cekinowy obrazek pogłaska, to cekiny się odwrócą i utworzą inny obrazek. Całkiem sprytne :-) Najstarsza taką właśnie sobie wybrała:
foto pochodzi ze strony: http://www.c-and-a.com/
Fajnie jest kupować dzieciom ubrania i patrzeć, jak się cieszą i stroją. Samemu zwykle się tylko poogląda, czasem nawet coś przymierzy, ale i tak ostatecznie dobierze się jeszcze coś córce albo synowi, bo do szkoły, między ludzi idą, to i muszą jakoś wyglądać, a co tam my. Pewnie, jakby człowiek pracował w jakim biurze, to by się musiał stroić, ale do fizycznej roboty, najważniejsze żeby było ciepło i wygodnie, a na wyjście to wystarczy jedna kiecka i jedna par butów :-)
Nie, no sorry, kupiłam sobie paczkę majtasków (ładnych i mam nadzieję wygodnych), bo moim zdaniem fajnych majtek nigdy za wiele :-) 
A teraz idę delektować się ryżem na mleku, który sobie po południu uwarzyłam na kolacyjkę. Ten ryż na słodko łaził za mną już z tydzień, a najbardziej lubię zimny niomniom. Zimno to i jeść się chce.
zima w Belgii :-)

11 stycznia 2017

Polskie jedzonko na obczyźnie? Dzięki takim ludziom jest to możliwe.

Za czym tęsknią Polacy najbardziej za granicą? 

Poza dalszą i bliższą rodziną oraz przyjaciółmi rodakom najbardziej brakuje polskiego jedzenia

Każdy kraj ma bowiem swoją kuchnię, swoje przepisy i smaki, w każdym używa się innych produktów. Oczywiście w dzisiejszych wielce mobilnych czasach PRAWIE wszędzie można kupić PRAWIE wszystko, ale to PRAWIE właśnie robi różnicę. W belgijskich restauracjach czy sklepach  próżno raczej szukać polskich pierogów, czerwonego barszczyku, czy choćby polskiej szarlotki lub makowca. A często ma się właśnie na to smak. 
Smaki dzieciństwa

Początki jedzeniowe w obcym kraju są trudne - nie ma tego, co w Polsce, a to co jest smakuje często inaczej. Nawet jeśli ktoś jest otwarty na kuchenne nowości i lubi kosztować nowych smaków, to potrzeba trochę czasu na wytresowanie własnych kubków smakowych, żeby akceptowały to, co się na język wrzuca. No i od czasu do czasu jednak by człowiek podjadł coś swojskiego, znanego z dzieciństwa. Wielu rodaków wręcz w ogóle nie może się przyzwyczaić do obcego jedzenia.

I co z tym fantem zrobić? Można wozić z Polski półprodukty tonami i gotować, piec, kuchcić... Tylko hm, trzeba mieć czas...

A może  by tak znaleźć kogoś, kto nas poczęstuje od czasu do czasu swojskim jadłem? Mówicie, że niemożliwe? I tu się mylicie! Właśnie kogoś takiego chcę wam dziś przedstawić.

Dziś na moim blogu gości małżeństwo, które uwielbia stać przy garach. 

pomocnik kucharza