28 stycznia 2017

40 rzeczy które zdziwiły mnie w Belgii

Gdy przyjeżdżamy do nowego kraju, doznajemy czasem lekkiego szoku kulturowego, smakowego i w ogóle szoku. Trzeba się przyzwyczaić do wielu rzeczy, a i tak ciągle coś zadziwia i powoduje opad szczęki. O wielu rzeczach, które nas zdziwiły, piszę od czasu do czasu.

Ostatnio jednak urządziłam sobie zabawę w sporządzaniu list 40 rzeczy, które cośtam cośtam* i jedną z nich jest 40 rzeczy, które mnie (a raczej NAS) zdziwiły w Belgii.

Lista jest chaotyczna, bo odkrywanie nowego świata też takie jest.

A więc (tak wiem, zdania nie zaczyna się od "a więc")... 

W Belgii zdziwiło mnie że:


1) na jednej ulicy spotyka się ludzi z całego świata i słyszy wiele języków jednocześnie i to nawet w małej miejscowości; Belgia jest 10 razy mniejsza niż Polska ale ma 3 języki urzędowe i 6 rządów

2) większość przypadkowo spotykanych ludzi (na ulicy, w sklepie, pociągu) mówi przynajmniej 3 językami, a wielu włada nawet pięcioma czy sześcioma;

3) marki które w Polsce były już "ŁAŁ" tutaj należą do najtańszych (przykład: ubrania kupujemy w C&A lub H&M bo najtaniej, tak samo np rowery te najtańsze tutaj to w Polsce już wyszcza półka)

4) kromki smażone w jajku (po tutejszemu wentelteefjes) je się z nutellą lub dżemem a do szkoły nosi się kanapki ze słodkich maślanych bułeczek z szynką, zaś zwykły chleb można przekładać markizami lub goframi
https://hallo.jumbo.com


5) kiełbaski frankfurterki można polewać z miodem, a do gulaszu z cielęciny się dodaje piernik i czekoladę

6) kanapkę z salami przegryza się czekoladą 

7) są paluszki z czekoladą i słodki popcorn (z cukrem i karmelem)

8) w kraju czekolady nie ma czekolad nadziewanych dżemem ani inną owocową masą jak polskie z Wedla  czy choćby Terravity (jednym słowem nie ma dobrej czekolady)

9) dzieci nie zmieniają w szkole butów, a długa przerwa trwa godzinę i dzieci muszą obowiązkowo spędzać ją na podwórku nawet jak leje jak z cebra

10) wszyscy uczniowie w całej Belgii od 2,5 do 18 lat zaczynają i kończą lekcje o tych samych godzinach (pn, wt, czw, pt mniej więcej od 8.30 do 16.00 środa 8.30-12)

11) W całej Belgii jest długa przerwa obiadowa (godzinę lub pół), podczas której część ludzi (zarówno dzieci jak i dorosłych) idzie jeść do domu , gdzie w wielu przypadkach jedzą tam kanapki, bo gorący obiad jedzą wieczorem po pracy. Wtedy oczywiście prawie wszystko (poczta i inne urzędy, fryzjerzy, mechanicy, sklepy etc) jest zamknięte.
godziny otwarcia w wielu instytucjach wyglądają podobnie

12) w większości urzędów i firm usługowych (banki, urząd gminy, lekarz, mechanik etc) trzeba się umawiać na wizytę telefonicznie, nie ma co liczyć, że się załatwi od ręki

13) porysowana szyba lub zmatowiała lampa (i wiele innych dupereli) w samochodzie może być powodem do nie dopuszczenia pojazdu do ruchu (niepodbity przegląd)

14) dokument z badań technicznych nie jest tożsamy z dowodem rejestracyjnym auta - to dwa różne dokumenty

15) dowody rejestracyjne jest dwa, przy czym jeden wozi się w samochodzie a drugi jest w domu, zaś przy sprzedaży musimy mieć oba te dokumenty

16) rowerzysta to na ulicy święta krowa (aż do przesady czasem)

17) gdy tylko dochodzi się do pasów, już wszyscy się zatrzymują (na prawdę miła niespodzianka)

18) jazda na suwak jest czymś normalnym (od zeszłego roku też obowiązującym prawem)

19) prawie wszystkie babcie i dziadziowie jeżdżą samochodami i mimo, że często prowadzą samochód "jak ślepa i głucha babcia" nikt na nich nie trąbi

20) supermarkety są czynne "TYLKO" do 20-21 godziny  wieczorem i nieczynne w niedziele (są wyjątki)

21) - Belgowie mają hopla na punkcie świeczek; świeczki zapalają nie tylko z okazji świąt, urodzin, czy romantycznej kolacji; świeczki są dobre na każdy dzień; świeczki zwane w Polsce zniczami (takie duże płaskie miski) tutaj zapalane są z okazji imprez. "Znicze" oświetlają drogę na przyjęcie weselne, czy inną imprezę, palą się przed sklepem, szkołą czy firmą w której jest np dzień otwarty, często też przed restauracjami wieczorem

22) jest tyle różnych gatunków gofrów (z grubym cukrem, z nadzieniem w  środku - ostatnio jadłam rabarbarowe mmmmm, z czekoladą, ale widziałam też z jajkiem sadzonym i szynką)

23) że jest specjalne piwo na święta (nie że etykietka, tylko skład i smak)

24) zarejestrowanie samochodu (zarówno kupionego tutaj jak za granicą) zajmuje maksymalnie 20 minut, po czym otrzymuje się wszystkie dokumenty potrzebne do jazdy po tym kraju i że jedna tablica rejestracyjna przychodzi pocztą w ciągu 3 dni a drugą dorabia się w kilka minut samemu (np u gościa co dorabia klucze lub w sklepie) 

25) na wizytę u sąsiada czy koleżanki trzeba się umawiać (no może nie TRZEBA, ale lepiej to zrobić, żeby nie zostać przyjętym w drzwiach albo odejść pocałowawszy klamkę)

26) nie da się sprzedać samochodu bez zrobienia przeglądu dzień przed sprzedażą (chyba że do Polski lub do Afryki)

27) w miastach zawsze parkuje się zgodnie z kierunkiem jazdy (co jest konsekwentnie egzekwowane mandatami)

28) można mieć blisko i w góry,  i nad morze, i do Paryża,  i do Amsterdamu i objechać cały kraj za jeden dzień

29) w pracy nie kradną (nie ma ochrony, monitoringu a narzędzie zawsze leżą tam gdzie się je zostawi, a materiały do pracy leżą na półkach jak książki w księgarni i nic nie ginie) 

30) są mini place zabaw i telewizory dla dzieci w sklepach, księgarniach i na dzieci ani matki nikt w sklepie nie patrzy krzywo - wręcz przeciwnie - dzieci dostają cukierki, baloniki itp

31) ludzie zachowują się w sklepie jak na ludzi przystało - nie pchają się, nie pukają cię wózkiem w plecy, przepuszczają jeden drugiego, uśmiechają się do siebie, zagadują do dzieci 

32) Belgowie kupują dużo książek mimo że do tanich nie należą (20-50€ za powieść, 10€ za byle bajeczkę) - w księgarni zawsze jest ruch, książki są popularnym i mile widzianym prezentem;
wszędzie widać czytających ludzi - w pociągu, w poczekalni u lekarza, w autobusie bardzo popularny jest widok człowieka z grubą książką lub czytnikiem, czytają na siedząco i na stojąco. (ale spokojnie większość jednak normalnie gapi się w smartfon lub laptop - mówiąc "dużo" mam na myśli, że więcej niż widziałam w Polsce i ogólnie że widać wszędzie, a zwracam na to uwagę)

33) na przyjęciu urodzinowym zostanie się poczęstowanym naleśnikami z cukrem pudrem lub frytkami (tylko i wyłącznie)

34) po imprezie, na którą zostało się zaproszonym przez znajomych (np sylwestrowej) można się spodziewać rachunku

35) gdy zapraszasz dzieci na urodziny swojego dziecka w godzinach od 14 do 17 to wszyscy przywiozą ci je za pięć druga i odbiorą równo o piątej;  na urodziny dzieci przychodzą tylko zaproszeni rówieśnicy bez mam i tatusiów (nawet jeśli to dobrzy znajomi rodziców solenizanta) 

36) żeby zapisać dziecko do dobrej szkoły średniej trzeba w najlepszym wypadku czekać pod szkołą całą noc a nie rzadko i kilka dni 
foto ze strony http://www.nieuwsblad.be/
foto ze strony: www.hln.be


37)  jest czysto na ulicach a ogródki jak spod igły (tylko Flandria!) i jest mnóstwo domów, które określiłabym słowem "niecodzienne"




38) Belgowie lubią używane i stare rzeczy; jest tu masę sklepów z rzeczami z drugiej ręki i zabytkami, popularne są pchle targi, targi antyków i wyprzedaże garażowe; domy często umeblowane są starociami
Tongeren -  targ staroci

39) ludzie chodzą w piżamach po podwórku (codzienny widok to sąsiadki stojące w szlafrokach i papuciach przy drodze nawet zimą, bo akurat jednocześnie wyszły po gazetę rano)

40) w mojej gminie najwięcej jest przybyszy z Holandii, POLSKI i Rumunii a w sąsiednich gminach jest podobnie, a wszędzie słyszę że to Afryka rządzi

Miało być 40, będzie 40, choć listę dało by się znacznie wydłużyć, gdyby chwilę podumać na spokojnie. 


*) 40 rzeczy które cośtam cośtam to taka moja tegoroczna zabawa wynikająca z faktu, że w tym oto 2017 roku skończę (jak los pozwoli) 40 lat. Wiek to jak wiadomo słuszny, więc trzeba pokazać światu jaki człowiek w tym wieku jest już mądry, co przeżył, widział, zauważył... 

i że dalej ma tak samo nasrane we łbie jak 10, 20 i 30 lat temu :P

Inspiracją do list 40 rzeczy były po pierwsze przezabawna książka "Szarlotka z ogryzków", w której Iwona chwali się że sporządza listę stu rzeczy, które ją ominęły w łóżku...
a po wtóre moje osobiste dziecko czytaj tutaj (druga część).

Lista 40 rzeczy, które mnie ominęły w łóżku nie zostanie jednak opublikowana (no chyba że znajdzie się 40 osób, które w komentarzach pod tym postem wyrażą takie życzenie i mnie do tego przekonają (przy czym anonimy się nie liczą!) a na fb dostanę 40 lajków :P 


27 stycznia 2017

Potworny dzień :-)

Rano -  co dnia - chaos częściowo kontrolowany, czyli 4 osoby próbuje wydostać się z domu na czas.Tylko M szczęściarz wychodzi o 6.30, a reszta z Piątki dopiero wtedy wstaje. M by pewnie dyskutował odnośnie tego "szczęściarza", bo wstawanie godzinę (a czasem i dwie) wcześniej przed resztą rodziny to też tam żadne hahaha. Tyle że ma spokój (przynajmniej rano). Zrobi sobie kawkę, jak się nudzi to w międzyczasie wypakuje zmywarkę (chwała mu za to - nie znoszę rozładowywać zmywarki, może dlatego, że w pracy też to robię) i potem ma jeszcze chwilkę na przeczytanie wiadomości zanim wyjdzie. 
Ja zaś wstając budzę trzy potwory. Potwory - jak to potwory - nie zawsze budzą się w dobrym nastroju. Czasem warczą i burczą, czasem się buntują, czasem piszczą i biadolą, czasem narzekają i marudzą.

Mam już opracowany schemat:
6.30 gra melodyjka w telefonie. Zapalam lampkę i przystawiam telefon do ucha najmniejszemu potworowi. Potwór otwiera szeroko oczy i zaczyna się przeciągać. Potem 2 minuty się zwykle przytula. 
Razem z Najmniejszym Potworem idziemy do pokoju Większych Potworów. Jeden zwykle już jest obudzony i ubrany. Drugi taki włochaty i mały czeka na otwarcie klatki i poranne bieganie po pokoju. Trzeci Najstarszy potwór jest śpiochem i wymaga dużo czasu na obudzenie. 
włochaty potworek

Idę z Najmniejszym Potworem na dół. Potwór układa się jeszcze na kanapie i karze okrywać kocem. Zaczynam proces włączanie telewizora w salonie, co wymaga czasem 100 kliknięć wyłącznikiem (wysłużony sprzęcior i ma już swoje lata), zwyzywania go od złomu, szajsu i postraszenia wysypiskiem śmieci, co czasem pomaga a czasem nie.

Idę do kanciapy nastawić jakieś pranie (no chyba że jakimś cudem nie ma nic do prania, co nawet czasem się zdarza).

Potem idę się sama ogarnąć i przyodziać. Po czym robię kanapkę na śniadanie (z czekoladą lub szynką i margarynką) i podstawiam małemu potworowi wraz z zimnym chocomelkiem z kartonika albo gorącą czekoladą - wedle życzenia. 

Czasem gotuję kaszę mannę albo smażę naleśniki (tylko, jeśli nie wchodzimy pół godziny wcześniej)

Nie wołam go do kuchni, bo im mniej potworów przy jednym stole - tym lepiej. Je w salonie.

Następnie robię kanapkę do szkoły i pakuję do pudełka*. Do kolejnego pudełka* pakuję owoc (winogron, mandarynka, banan lub jabłko), do jeszcze innego pudełka* ciasteczko na popołudnie, gdy potwór ma zostać w świetlicy. Nalewam wody z kranu do bidona. Wszystkie pojemniki pakuję do plecaka i ustawiam przy drzwiach, gdzie stoi razem z innymi plecakami i torbami gotowymi do wymarszu na place boju (czyli szkół i pracy). 

*) We Flandrii nie używa się papieru, folii ani innych śmieci do pakowania drugiego śniadania - wszystko ma być w pudełkach. Takie niby EKO (gdyby się tylko te pudełka nie psuły tak szybko).

Gdzieś pomiędzy tamtymi czynnościami nalewam wody i pykam pstryczki od czajnika i ekspresu, wyjmuję kubeczki na herbatę i kawę, wrzucam kostki cukru i ładuję torebeczki z kawą i herbatą na swoje miejsca - w ten sposób mam gotowe napoje, gdy zabieram się do śniadania.

Wszystkie powyższe czynności zajmują mi około pół godziny. O siódmej idę przypomnieć najstarszemu potworowi, że w kwestii konieczności wstawania nic się przez te minione pół godziny nie zmieniło i trzeba jednak się z tym uporać. (Czasem wcześniej wysyłam posłańców i czasem nawet uda im się coś zdziałać, ale zwykle nie).

Zabieram się za jedzenie. Od ponad 2 lat jem to samo na śniadanie: chleb wieloziarnisty z masłem, szynką i serem. Czasem jeszcze dżem (tak, ja jadam szybkę z dżemem - po belgijsku) albo sałatka. Czasem ser w plastrach czasem jakiś pleśniowy w kawałkach, ale jeden potwór narzeka wtedy, że cuchnie (drugi zaś się podłącza do sera). Czasem - głównie w cieplejszych dniach - jakieś warzywa typu pomidory, rzodkiewki, ogórki. Nie żeby mi to wybitnie smakowało, ale coś trzeba jeść, by mieć siłę do roboty, a jak wiem co zjeść to nie marnuję czasu na myślenie o tym co rano.

Po zjedzeniu przerywanym:
- popędzaniem dużego potwora, 
- uciszaniem (zwykle kilkukrotnym) walczących na głupie wyzwiska wszystkich trzech potworów
-  rozsadzaniem ich w oddzielnych kątach (wszystkie chcą siedzieć na tej samej kanapie ale się nie mieszczą bo są rogate i czupurne, chcą się też przykrywać tym samym kocem i leżeć na tej samej poduszce, aaaaa!) 
- czasem podcieraniem zadka najmłodszemu potworowi (potwory najbardziej lubią robić kupę, gdy ktoś je)
...kończę szykowanie najmniejszego potwora do potwornej szkoły. Znaczy szukam mu świeżych ubrań, bo z poprzedniego dnia raczej rzadko się nadają, gdyż są albo w farbie, albo w kleju, albo w błocie albo w  liściach albo we wszystkim po trochu - w tutejszych szkołach wszyscy się potwornie dobrze bawią i potwornie brudzą. Potworek ubiera się sam, pomagam tylko przy skarpetkach, bo zakładanie skarpetek jest czynnością bardzo trudną i denerwującą potwory.

W międzyczasie potwory chwilami oglądają bajki albo esemesują (to większe), a chwilami ganiają po domu w poszukiwaniu zgubionych okularów, kamizelek odblaskowych, telefonów, biletów, rękawiczek, uniformów szkolnych (wymaganych m.in. na wf, wycieczki i egzaminy), rycząc i warcząc  przy tym na siebie, od czasu do czasu ciągnąc się za kudły, drapiąc i kopiąc, czyniąc wrzawę i zamieszanie.

Wrzawa przycicha około 7.30 gdy duże potwory zabierają swoje bagaże, zakładają kurtki, czapki, rękawiczki i kamizelki odblaskowe i wyciągają swoje rowery. Czasem muszę biec za nimi z jakąś pozostawioną torbą (uniform albo zestaw kucharski), nie zawsze zorientuję się na czas, wtedy nazajutrz muszę podpisać uwagę w agendzie.

Czasem duże potwory idą do autobusu - wtedy odmeldowują się później. Jeszcze później wychodzą, gdy przyjeżdża po nie autem mama innego potwora.

Zdarza się że potwory się pożrą między sobą a wtedy jeden wychodzi o 7.30 a drugi później. Czasem za późno, a wtedy też muszę podpisywać agendę. Jednak na niektóre potwory rady nie ma - znane metody już dawno zawiodły, nie pomogą ani prośby ani groźby. Pozostaje cierpliwość, tolerancja i akceptacja faktów, których się zmienić nie da.

Mając chwilę czasu do wyjścia, rozwieszam pranie, składam to z poprzedniego dnia (lub wrzucam na stertę do prasowania - czasem trzeba)  lub czynię jakieś przygotowania czy choćby wstępne projekty tego, co będziemy wieczorem jedli. Często sprawdzam jeszcze coś w necie - jakieś rozkłady jazdy, godziny otwarcia i przyjęć rożnych instytucji, które mogą być przydatne w dalszej części dnia. Odpowiadam na formalne (praca, szkoły) mejle lub sama takowe wysyłam.

W końcu pakuję ostatniego ostałego się potwora w kurtkę, czapkę, rękawiczki i żółtą kamizelkę, zabieram swój i jego plecak, zakluczam drzwi i wyruszamy w nowy dzień. Potworka zostawiam w szkole. Nie mam wcale po drodze więc to dodaje mi 2 km dziennie więcej do przepedałowania. Pod szkołą wysadzam potwora z roweru, daję cuska i zostawiam pod opieką nauczyciela na podwórku (jeśli pada, to w świetlicy). I idę pracować. Potem wracam, gotuję i pędzę po potwora lub nie wracam tylko idę do kolejnej pracy, a M odbiera potwora. Wieczorem wracają wszyscy i o 17 spożywamy wspólny posiłek po czym każdy ma jeszcze trochę zajęć do wykonania (nauka, mycie czegoś lub kogoś, pranie, prasowanie, zakupy, królik - zależy od dnia i potwora). Potem wszyscy padają na pysk ze zmęczenia i idą spać.

Tak wygląda dzień powszedni zwykły bez komplikacji.

Jak wygląda z komplikacjami? Zwykle z większą ilością hałasu, biegu, stresu i dzwonienia.

Weźmy taki np wtorek.

Średni potwór udawał chorego. Może i był chory ale tak średnio na jeża, czyli nie umierający.

 Ale jak potwór mówi że jest chory, a nie wygląda na chorego, to wcale nie oznacza że potwór jest zdrowy.

Gdy potwór ma 12 lat to jest dużym potworem i samodzielnym jednak duże potwory muszą chodzić do szkoły. Żeby nie iść do szkoły muszą mieć atest od doktora, ale mama nie ma czasu by chodzić z dużymi jeszczenieumierającymi potworami do doktora. Potwór dostał więc 25€ i kartę ubezpieczenia w łapę i wyruszył sam na poszukiwanie doktora. Doktora łatwo znaleźć bo mieszka przy tej samej ulicy i ma dużą tabliczkę przed domem z napisem HUISARTS (lekarz domowy) więc kazałam tylko powiadomić się esemesem o efektach wizyty, a sama wyruszyłam do pracy z przystankiem pod podstawówką.

Jeszcze nie dowiozłam małego potwora do szkoły, jak doniesiono mi telefonicznie z dwu różnych źródeł, że duży potwór miał wypadek i zalał się krwią. Jednak obiecano mi dostarczenie potwora do naszego lekarza, by ocenił straty i podwiezienie go do domu, by towarzyszył średniemu potworowi w udawaniu chorego.

Fajnie się tak pracuje nie wiedząc do końca, co tak na prawdę się stało i czekając na telefony od poszczególnych uczestników akcji "ratujmy potwora" oraz na zobaczenie efektów owego wypadku.

Średni potwór wykazał się przy tym sporą dozą fantazji i poczucia humoru, umieszczając zdjęcie ubrań Dużego potwora na Facebooku z podpisem "siostra jeździ na rowerze". Haha.

Babcia potwora od razu zadzwoniła zapytać co się stało.

A stało się wiele guzik. Ot niefartowna wywrotka na rowerze - nie pierwsza i nie ostatnia. Nic nie złamane, wszyscy żyją, rower cały, tylko okulary połamane i to dzięki nim potwór ma dziurawy łeb, ale dziura mała tylko krwi dużo było. Ale po zdjęciu można wnioskować, że rzeźnia jakaś była :-) Dobrze, że tego nie widziałam będąc jeszcze w pracy.

Potwornie śmieszne :-)


Wczoraj był kolejny potworny dzień. Mały potwór leżał z potworną gorączką i bólem uszu. Lekarz w ten dzień tylko wieczorem przyjmuje, więc musieliśmy poczekać karmiąc potwora ibuprofenem co 6 godzin, bo tyle działał. Potwór nie życzył sobie jeść niczego innego - jak to zwykle bywa w takich okolicznościach. Pił tylko mleczko czekoladowe na zmianę z sokiem pomarańczowym i syropek na deser :-)

Oczywiście w tego typu okolicznościach trzeba obwieścić całemu światu, że dziecko chore. No może nie całemu światu, ale pracodawcom, czyli po pierwsze wszyscy klienci, po drugie biuro. Do pierwszych esemesuję, do drugich mejluję ciesząc się, że znam już na tyle niderlandzki.

Wczoraj miałam też zagwozdkę jak tu samemu skoczyć do doktora na umówioną wizytę mając zdechłego potwora w domu. Na szczęście M (na moje szczęście nie jego) poszedł wcześniej do roboty  wcześniej wrócił i akurat zdążyłam na czas.

Potem zaliczyliśmy jeszcze wizytę u rodzinnego i zaszaleliśmy w aptece i można było iść spać.


Kurs sobie odpuściłam w tym tygodniu, w poprzednim również. Chyba zakończę tę przygodę na razie, bo zwyczajnie mi się nie chce. Normalnie chodzimy spać o 21, a często i wcześniej (tylko weekendy później) i te 2 dni do 23 to jest koszmar zarówno dla mnie jak i dla M, który mnie wozi na dworzec i odbiera. Zdrowie jednak ważniejsze, a języka mogę się douczać innymi sposobami, co też zresztą robię cały czas. Poza tym 2.3 jest dosyć nudne jak się skończyło wcześniej 2.4, a reszta 2.2.

Na razie postawiłam na czytanie czasopism i książek.


Od klientów dostaję babskie gazety więc czytam. Codziennie (prawie) czytam Młodemu na dobranoc bajki po niderlandzku. Nie wiem, czy to dobre dla niego, bo ja mam zły akcent i złą wymowę, ale dla mnie ćwiczenie świetne, bo na prostych tekstach można się wiele nauczyć. Przeczytałam już kilka książek dla młodzieży i muszę rzec, że bardzo fajnie mi się czytało. Miałam obawy, że jeśli nie będę wszystkiego rozumieć, to nie da się czytać. Nic bardziej mylnego. Nie muszę rozumieć 100% słów, by zrozumieć sens ogólny tekstu. Od czasu do czasu sprawdzam jakieś ciekawe słówko w słowniku, po którymś razie je zapamiętuję. Poza tym czytam w necie wiadomości po niderlandzku no i często też artykuły medyczne, by wzbogacić swoje słownictwo z tej jakże przydatnej dziedziny. Właśnie przymierzam się do okulistyki, bo nie długo wizyty u okulisty. Przerobiłam już grypy, przeziębienia, alergie, szczepienia, a także trochę ortopedię, ginekologię i psychiatrię. Dużo nowych słów ale przydają się co chwilę :-)